9 czerwca 2018

Osiem

Beatrycze
Pędziła przed siebie, nie zastanawiając się nad tym, co robi. W tamtej chwili liczył się wyłączne bieg – sposób, w jaki napinały się jej mięśnie, błyskawiczne pokonywanie kolejnych metrów, kojący pęd i…
I coś jeszcze.
Coś, co nade wszystko chciała odstać.
Coś, co tak bardzo ją kusiło…
Wydało jej się, że słyszy, jak ktoś wypowiada jej imię, ale nie zwróciła na to uwagi. Biegła, obojętna na to, że gałęzie raz po raz zahaczały o ubrania albo szarpały ją za włosy. Nigdy wcześniej nie rozwinęła takiej prędkości, poruszając się tak szybko i lekko, że wszystko wokół już dawno powinno stworzyć rozmazaną plamę bliżej nieokreślonych kolorów i kształtów. Tak przynajmniej stałoby się, gdyby wciąż była słabym człowiekiem z ograniczonymi zmysłami.
Miała wrażenie, że nic ani nikt nie byłoby w stanie jej powstrzymać. Gardło paliło żywym ogniem, głód zaś dodatkowo wzmacniała kusząca słodycz, która z każdą kolejną sekundą przybierała na sile. Beatrycze mogła koncentrować się wyłącznie na tej słodyczy i bodźcach, które sprawiały, że z takim uporem parła przed siebie. Nie myślała, świadoma co najwyżej tego, że chciała dotrzeć do źródła kuszącego zapachu – dostać to, co przecież do niej należało.
Świat, który ją otaczał, zmienił się diametralnie, zupełnie jakby przemianie uległa nie tylko ona, ale też wszystko wokół. Kształty wydawały się wręcz zbyt wyraziste, kolory drażniły, a zapachy atakowały ją, potęgując mętlik w głowie. Jeden z nich wydawał wybijać się ponad wszystkie inne, mając dla Beatrycze największe znaczenie. To było coś, czego potrzebowała. Obietnica nader wyjątkowego doświadczenia, które przy odrobinie szczęścia miałoby wystarczyć, by umniejszyć odczuwany przez wampirzycę głód. Tylko to się liczyło, znacząc o wiele więcej niż pocałunki, chwile uniesień czy świadomość dopiero co odzyskanych wspomnień.
Odcięcie się od niechcianych bodźców przyszło jej wręcz zadziwiająco łatwo. Przez krótką chwilę ograniczała się do całkowitego minimum – wyłącznie tego, co pozwalało je przeć przed siebie, bez konieczności zbaczania z kursu czy ryzyka potknięcia albo zderzenia z drzewem. Miała wrażenie, że wszystko wokół przysłoniła dziwna, czerwonawa mgiełka, zniekształcając otaczającą ją rzeczywistość, ale to wydawało się dobre. Dzięki temu trop, którym podążała, wyglądał na wyraźniejszy, będąc niczym lśniąca wstęga, prowadząca ją wprost do miejsca, do którego dążyła.
Nie miała pewności, jak długo biegła. Wszystko działo się bardzo szybko, zresztą kolejne ruchy przychodziły jej w pełni machinalny sposób. To było jak oddychanie – działo się gdzieś poza jej świadomością, stanowiąc coś tak oczywistego, że nie musiała się upominać, by to robić. W tamtej chwili też wiedziała, a przynajmniej sądziła, że dobrze wie czego chce, pozwalając, żeby ciało samo reagowało w sposób, które uznawało za słuszne.
Zapach stał się tak wyraźny, że zignorowanie go okazało się niemożliwe. Przyczaiła się pomiędzy drzewami, nagle zamierając i bezmyślnie wpatrując w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Nasłuchiwała, aż nazbyt wyraźnie słysząc nie tylko cudze bicie serca, ale również przyjemne pulsowanie, które wabiło ją w równym stopniu, co i kusząca słodycz. Rytmiczne jaki jej kolejne kroki, zachęcało do tego, żeby podeszła jeszcze bliżej – na tyle blisko, by…
Coś uderzyło z nią z siłą, która dosłownie ścięła ją z nóg. Usłyszała huk, który w pierwszym odruchu skojarzył jej się ze zderzeniem dwóch potężnych skał. Chwilę później wylądowała twarzą w ziemi, co na którą chwilę skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Natychmiast poderwała się na równe nogi, poruszając tak błyskawicznie, że dla postronnego obserwatora mogłoby to wyglądać tak, jakby nagle zmaterializowała się kilka metrów dalej. Zagrożenie!, tłukło jej się w głowie i to wystarczyło, by choć na moment odwrócić jej uwagę od tego, co chciała zrobić.
Ta słodycz musiała poczekać. Nie miała innego wyboru, skoro w pierwszej kolejności należało pozbyć się intruza, który chciał trzymać ją z daleka od tego, czego chciała.
Napięła mięśnie, gotowa przyjąć kolejny atak. Niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, szukając czegoś, co mogłaby uznać za potencjalne niebezpieczeństwo. Drżała na całym ciele, wytrącona z równowagi do tego stopnia, że spokojne stanie po prostu nie wchodziło w grę. Wszystko wokół wciąż wydawało się pulsujące i nienaturalnie czerwone, ale to nie miało dla niej znaczenia. Poddawała się instynktowi, zdolna myśleć wyłącznie o to, że musiała się bronić… I że powinna dopilnować, by nikt nie dorwał tego, co przecież należało do niej.
Z drugiej strony, ta słodycz wciąż gdzieś tam była. Na dodatek znajdowała się niedaleko, wabiąc ją kusząc w stopniu, który zaczynał ją irytować. Czuła, że traci czas. Gdyby tylko chciała, już dawno mogłaby dotrzeć do celu, by w końcu doświadczyć czegoś niesamowicie przyjemnego. Być może niepotrzebnie czekała. Albo właśnie dawała się omotać, bo podczas gdy ona wypatrywała nieistniejącego wroga, jej przeciwnik zdążył dotrzeć do źródła zapachu i zabrać to, co przecież…
Usłyszała gniewne, ostrzegawcze warknięcie. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że iście zwierzęcy charkot w rzeczywistości wydobył się z jej gardła.
Zawahała się zaledwie na moment. Mniej więcej tyle wystarczyło, by jej umysł kolejny został przyćmiony przez pragnienie. Nie dając sobie czasu na wątpliwości, bez wahania z powrotem rzuciła się do biegu.
A przynajmniej taki miała zamiar, bo bez jakiegokolwiek ostrzeżenia tuż przed nią dosłownie zmaterializowała się jakaś postać.
Tym razem nie dała sobie czasu na wątpliwości. Wraz z kolejnym warknięciem, błyskawicznie rzuciła się przed siebie, skacząc przeciwnikowi do gardła. Chciała się go pozbyć, zdolna myśleć co najwyżej o tym, że miała przed sobą kogoś, kto zagrażał nie tyle jej, co temu, co należało do niej.
Musiała to chronić – na wszystkie sposoby.
Za wszelką cenę.
Mimo wszystko samą siebie zaskoczyła tym, że zdołała powalić przeciwnika na ziemię. Chwila triumfu prawie natychmiast została zniszczona, kiedy czyjeś dłonie chwyciły ją za ramiona, próbując utrzymać w bezpiecznej odległości. Beatrycze szarpnęła się, ale zyskała jedynie tyle, że intruz z łatwością powalił ją na ziemię. Cudze ciało nagle znalazło się na niej, przyciskając do podłoża i żaden sposób nie reagując na to, że warczała, szarpała się i na wszystkie sposoby próbowała wyrwać.
– Beatrycze…
Ktoś ją wołał. Jakaś jej cząstka chciała na to zareagować, zwłaszcza że znała ten głos, a to było jej imię…
Z tym, że to nie miało znaczenia. Bo przecież w tym wszystkim wciąż było coś, co nade wszystko chciała dostać. Nie zamierzała ustąpić tylko dlatego, że pojawił się ktoś jeszcze.
Szarpnęła się na tyle gwałtownie, by zdołać oswobodzić rękę. Zaraz po tym przetoczyła się, rzucając przeciwnika z siebie. Natychmiast wykorzystała okazję, by spróbować się podnieść, ale powstrzymała ją dłoń, która nagle chwyciła ją za łydkę. Chociaż za wszelką cenę próbowała utrzymać równowagę, jak długa runęła do przodu, kolejny raz lądując na ziemi. Otoczył ją zapach ziemi, skutecznie przysłaniając ten, który był dla niej ważniejszy.
Słodycz, której pragnęła, powoli jej uciekała, a to nigdy nie powinno mieć miejsca.
Gniew, który poczuła, w ułamku sekundy zdominował wszelakie inne potrzeby. Beatrycze napięła mięśnie, po czym szarpnęła się raz jeszcze, kopiąc na oślep. Walczyła zaciekle, nie zastanawiając się nad tym, co robiła. Gdyby tylko mogła, bez chwili wahania wydrapałaby oczy pierwszej osobie, która znalazłaby się w zasięgu jej wzroku. Już nie tylko pragnęła się bronić, ale przede wszystkim atakować – zrobić cokolwiek, byleby pokazać przeciwnikowi, że cudowna słodycz należała tylko i wyłącznie do niej.
Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że udało jej się trafić. Jedno kopnięcie wystarczyło, by usłyszała dziwnie satysfakcjonujący trzask i całą wiązankę przekleństw. Tyle przynajmniej zdążyła wywnioskować z tonu, bo w rozproszeniu nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach. Zaraz po tym uścisk wokół jej łydki zelżał na tyle, by bez przeszkód mogła się oswobodzić.
To jej wystarczyło.
Błyskawicznie poderwała się na równe nogi, ale zamiast pobiec za oddalającą się słodyczą, z gniewnym warknięciem zaatakowała tego, kto śmiał ją powstrzymać. Nie zamierzała czekać, aż przeciwnik po raz kolejny spróbuje powalić ją na ziemię i pozbawić szansy do tarcie do celu. Tym razem zamierzała doprowadzić sprawy do końca; pokazać mu, że to, co znajdowało się na końcu tropu, którym podążała, należało do niej.
Wystarczyły ułamki sekund, by bezceremonialnie chwyciła intruza za gardło, w zdecydowanie niedelikatny sposób przyciskając go do najbliższego drzewa. Usłyszała trzask, ale konar wytrzymał nacisk ciała, przynajmniej tymczasowo nie zamierzając złamać się na pół. Beatrycze zamarła, dysząc ciężko, chociaż powietrze wcale nie było jej potrzebne do normalnego funkcjonowania. Palce z siłą zaciskała na cudzym gardle, chyba jedynie cudem nie miażdżąc go samym tylko uściskiem. Czuła, że mogłaby, a jednak…
– Puść…! – wykrztusił jej przeciwnik i to wystarczyło.
Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją w twarz. Chociaż wcale tego nie chciała, dosłownie zatoczyła się w tył, posłusznie spełniając polecenie. Zastygła, nagle oszołomiona i całkowicie bezradna. Tkwiła w miejscu, sama niepewna, co powinna ze sobą zrobić – rzucić się do ucieczki, podążyć za zapachem czy może jednak zaprzeć się i walczyć.
Niczego już nie rozumiała.
A w głowie miała pustkę.
– Ani mi się waż ruszyć, jasne? – Słyszała poszczególne słowa tak wyraźnie, że wręcz ją ogłuszały. Wydawały się rozbrzmiewać również w jej umyśle, dosłownie się tam wypalając. Jakby tego było mało, nie potrafiła ich zignorować, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała. – Beatrycze…
Tym razem głos zabrzmiał łagodniej, ale to nie miało znaczenia. Z gardła wyrwało jej się coś z pogranicza warknięcia i zdławionego jęku, zaraz po tym zaś ciężko opadła na ziemię. Dłoń przycisnęła do ust, w równym stopniu wytrącona z równowagi zarówno pragnieniem, jak i zrozumieniem, które pojawiło się chwilę później.
Lawrence westchnął, po czym spojrzał na nią w bliżej nieokreślony sposób. Jakby od niechcenia potarł gardło, po czym zwiesił ramiona, w końcu decydując się rozluźnić. Nie odrywał od niej wzroku, co w jakiś trudy do zrozumienia sposób jeszcze bardziej skołowało Beatrycze. Tkwiła w bezruchu, palcami bezmyślnie rozgrzebując zamarzniętą ziemię. Znów drżała, tym razem jednak nie z gniewu, ale czystego przerażenia, które odczuła chwilę po tym, jak w końcu uprzytomniła sobie, kogo zaatakowała.
Co ja chciałam zrobić? Co…?
Nie miała pojęcia.
Spojrzała na Lawrence’a rozszerzonymi do granic możliwości oczami. Coś w brzmieniu jego głosu – rozkazu, który wydał, bo inaczej nie potrafiła tego określić – skutecznie przymusiło ją do trwania w miejscu. Miała wrażenie, że do ziemi przyciskała ją jakaś niewidzialna siła, skutecznie odbierając siły. Jakaś jej cząstka – ta najbardziej pierwotna i skupiona na głodzie – zawzięcie się przeciwko temu buntowała, ale nie była w stanie zwalczyć wpływu kogoś, kto przez minione wieki do perfekcji opanował narzucanie innym swojej woli. Przynajmniej ona nie miała szans, by się z nim mierzyć, zbyt roztrzęsiona i łatwo ulegająca emocjom. Młode wampiry były niemalże jak dzieci, zadziwiająco wręcz nieporadne i łatwe do zmanipulowania.
– Cóż… – Lawrence zawahał się, wciąż uważnie jej przypatrując. Nie chciała, żeby to robił… żeby widział ją w takim stanie. – Podejrzewam, że sobie zasłużyłem. Zwłaszcza na to, byś kopnęła mnie w twarz.
Wpatrywała się w niego w milczeniu, co najmniej oszołomiona tymi słowami. Zrobiła to? W gruncie rzeczy to wcale nie wydawało się bardziej szokujące od tego, że mogłaby próbować go udusić. Oczywiście nie widziała żadnych śladów, które świadczyłyby o tym, że zdołała go zranić, ale to nie miało znaczenia. Nie, skoro stopniowo zaczynało do niej docierać, co zrobiła i co mogłaby zrobić.
Zadrżała, coraz bardziej niespokojna. Mętlik w głowie dawał jej się we znaki, sprawiając, że miała ochotę krzyczeć, płakać albo uciec w popłochu. Najlepiej wszystko na raz, jednak kiedy przyszło co do czego, mogła co najwyżej siedzieć i bezmyślnie wpatrywać w stojącego tuż przed nią wampira.
Emocje powoli opadały, w  miarę jak zaczęło do niej docierać, że kusząca słodycz zniknęła. Tak przynajmniej sądziła Beatrycze, bo choć w powietrzu wciąż wyczuwała trop, który przywiódł ją aż do tego miejsca, nie miała odwagi skupić się na nim na tyle, by sprawdzać, czy wciąż była w stanie odszukać tego, do kogo należał zapach.
Człowieka, uświadomiła sobie, bo to nagle wydało jej się oczywiste. Tropiłam człowieka.
Prawda uderzyła w nią z całą mocą, sprawiając, że Beatrycze aż się skuliła. Mocniej wbiła paznokcie w ziemię, po czym z jękiem opadła na ściółkę, przyciskając policzek do ziemi. Wstrzymała oddech, nagle bojąc się wziąć choćby najmniejszy haust powietrza. Z gardła wyrwał jej się cichy, zdławiony szloch, ale to działo się jakby poza nią, odległe i równie nierzeczywiste, co i myśl o tym, że mogłaby tak po prostu rzucić się na Lawrence’a.
Co chciała zrobić? I dlaczego, skoro…?
– No, już… – usłyszała. Aż wzdrygnęła się, czując cudzy dotyk na ramieniu. – Beatrycze…
Odskoczyła od niego jak oparzona, prawie uderzając go łokciem w żebra. I tak by nie poczuł, ale coś w tym geście sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej winna, zwłaszcza gdy podchwyciła jego spojrzenie. Drżąc i wciąż nie będąc w stanie stanąć na nogi, odczołgała się aż do najbliższego drzewa. Plecami oparła się o pień, po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Miała ochotę siedzieć i płakać, ale oczywiście łzy nie płynęła, wątpiła zresztą, by w ten sposób mogła poczuć się choć odrobinę lepiej.
Lawrence westchnął. Czuła, że ją obserwował, ale przynajmniej milczał, co było jej na rękę. Przynajmniej miała wrażenie, że cisza była o wiele lepsza od pocieszających formułek, na które zdecydowanie nie zasłużyła.
Mogła się tego spodziewać. Głód nie był niczym zaskakującym, tak jak i to, że mogłaby pragnąć właśnie krwi. Przecież wiedziała, kim się stała. Ba! Jeszcze jakiś czas temu była gotowa o to prosić, do tej pory pamiętając wyraz twarzy Carlisle’a, kiedy poruszyła kwestię przemiany. W tamtej chwili dotarło do niej, że faktycznie nie miała pojęcia, czego sobie życzyła. W gruncie rzeczy nie wyobrażała sobie niczego, co wiązało się z byciem wampirem. Obserwowała tych, pośród których przyszło jej funkcjonować, a to, że miałaby się stać kimś takim jak oni, wydawało jej się w pełni naturalne.
Teraz widziała, że to wcale nie było takie proste.
Więc tak to miało wyglądać? W ten sposób miała reagować za każdym razem, gdy w pobliżu pojawiał się człowiek? Zachowywać równie gwałtownie, co i płomień w zetknięciu z benzyną? W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że jak przez mgłę pamiętała to, co działo się od chwili, w której poczuła słodycz krwi. Nie myślała, ale po prostu działała, na dodatek w całkowicie bezmyślny, niespójny sposób. Była gotowa zabić i bez znaczenia pozostawało to, kto stanąłby na jej drodze. To głód i instynkt dyktowały to, co robiła, a jakby tego było mało…
Wzdrygnęła się, wyczuwając ruch u swojego boku. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, po czym obejrzała na Lawrence’a, który jak gdyby nigdy nic usiadł tuż obok niej. W ostatniej chwili powstrzymała kolejne niekontrolowane warknięcie, w zamian wydając z siebie cichy, bliżej nieokreślony jęk. W milczeniu wpatrywała się w profil swojego towarzysza, uciekając wzrokiem w bok dopiero w chwili, w której on spojrzał na nią. Chciała kazać mu się odsunąć, a najlepiej odejść i na nią nie patrzeć, ale nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Jak miałaby o to poprosić, zwłaszcza jego?
Sama niepewna, co i dlaczego robi, z wahaniem przesunęła się bliżej. Wzdrygnęła się, kiedy ich ciała otarły się od siebie, ale nie próbowała odsuwać. W zamian ostrożne wtuliła się w bok Lawrence’a, układając głowę na jego ramieniu. Wyczuła, że drgnął, wyraźnie zaskoczony, ale w żaden sposób nie skomentował jego zachowania. Wręcz przeciwnie – nagle się rozluźnił, kiedy dotarło do niego, że kryzys został zażegnany. Cóż, przynajmniej na razie.
– Już ci lepiej? – zapytał i coś w tym pytaniu sprawiło, że zapragnęła roześmiać się histerycznie. Żartował sobie?
Poderwała głowę, by móc spojrzeć mu w twarz. W jakimś stopniu się tego obawiała, ale potrzeba sprawdzenia tego, jaki miał wyraz twarzy, okazała się silniejsza od niej. Zawahała się, kiedy ich spojrzenia się spotkały, zwłaszcza że to Lawrence’a wydawało się wręcz zadziwiająco łagodnie. Pytał poważnie, chociaż pytanie wciąż brzmiało wręcz niedorzecznie łagodnie, jakby nie działo się nic wartego uwagi.
To brzmiało tak, jakby w rzeczywistości obchodziło go wyłącznie jej samopoczucie.
– Ja… – zaczęła i zaraz zamilkła. Potrząsnęła głową, jakby w ten sposób w jakiś magiczny sposób mogła sprawić, by rozjaśniło jej się w głowie. – Co ja chciałam zrobić?
– Nic. I tego się trzymajmy.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Och, musiał sobie z niej żartować! Inaczej nie potrafiła tego wytłumaczyć, bo najzwyczajniej w świecie nie miało sensu. Jak miałaby uznać jego słowa za prawdziwe, zwłaszcza w tej sytuacji? To nic niosło ze sobą zadziwiająco wiele konsekwencji jak na coś, co w jego ustach brzmiało tak, jakby faktycznie było pozbawione większego znaczenia.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Tkwiła w bezruchu, wciąż mając ochotę po prostu uciec, chociaż to wydawało się bez sensu. Przecież dobrze wiedziała, że tak naprawdę marzyła o czymś niemożliwym – o ucieczce przed sobą, co w żadnym wypadku nie wchodziło w grę.
– Beatrycze… Och, do cholery – zniecierpliwił się Lawrence. – Walnęłaś mnie w twarz.
– Nie przypominaj mi o tym – wymamrotała, a wampir jedynie prychnął, po czym jak gdyby nigdy nic objął ją ramieniem. Pozwoliła mu na to, bez słowa wtulając się w jego tors.
– Uważaj, bo dojdziesz do wniosku, że masz z mojego powodu wyrzuty sumienia – mrukną, po czym wzruszył ramionami. – Oboje wiemy, że sobie zasłużyłem. Myśl o tym w ten sposób – zasugerował, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
Naprawdę uważał, że to było takie proste? To, że rzuciła mu się o gardła? Że niemalże doprowadziła do czegoś innego, kiedy prawie urządziła sobie krwawe polowanie? To miało być w porządku?
I niby to ona była niemożliwa…?
– Cokolwiek sobie myślisz, przestań. Nie wiem, czego się spodziewałaś, ale kontrola nie przychodzi ot tak. – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – Nawet gdybyś zabiła, to byłoby w porządku. Jakby nie patrzeć, to taki przykry dodatek do życia po śmierci… Ale wtedy miałabyś do mnie pretensje, prawda?
– I tylko dlatego mnie powstrzymałeś? – zapytała z niedowierzaniem.
Lawrence westchnął, wyraźnie sfrustrowany.
– Nie tylko – zreflektował się pośpiesznie. – Ale nie zamierzam przepraszać za to, kim jestem. Ty też nie powinnaś.
Zacisnęła usta, bynajmniej nieuspokojona jego słowami. Nie chciała zastanawiać się nad tym, czy miały jakikolwiek sens. Tak naprawdę nie miała na to siły, zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakiekolwiek głębsze przemyślenia. Palenie w gardle wciąż dawało jej się we znaki, z uporem wracając, chociaż usiłowała je ignorować. Tym razem przynajmniej wiedziała, co działo się wokół niej, ale w pamięci wciąż miała myśl o tym, że ten stan z łatwością mógł ulec zmianie. Wystarczyłaby chwila, by po raz kolejny zamieniła się w bezwzględnego łowcę, gotowego zabić pierwszą osobę, która wpadłaby jej w ręce.
Miała usprawiedliwiać to wampiryzmem? Tym, kim była, bo natura bywała okrutna…?
– Chodź. Nie zamierzam siedzieć tutaj całą noc – odezwał się nagle Lawrence, w pośpiechu podrywając na równe nogi. – Zaufaj mi, dobrze, moja radości? Tym razem zrobimy to po mojemu – oznajmił, zachęcająco wyciągając ku niej rękę.
Zawahała się, w milczeniu wpatrując w nachylonego w jej stronę mężczyznę. Wydawał się spokojny, zupełnie jakby to, co miało miejsce w istocie pozostawało czymś normalnym – czymś, co powinna sobie wybaczyć, bo nie miało znaczenia. Dalej wątpiła, żeby to było takie proste…
A potem doszła do wniosku, że tak naprawdę i tak nie miała wyboru, więc po prostu chwyciła jego dłoń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa