
Beatrycze
Pędziła przed siebie, nie
zastanawiając się nad tym, co robi. W tamtej chwili liczył się wyłączne
bieg – sposób, w jaki napinały się jej mięśnie, błyskawiczne pokonywanie
kolejnych metrów, kojący pęd i…
I coś
jeszcze.
Coś, co
nade wszystko chciała odstać.
Coś, co tak
bardzo ją kusiło…
Wydało jej
się, że słyszy, jak ktoś wypowiada jej imię, ale nie zwróciła na to uwagi.
Biegła, obojętna na to, że gałęzie raz po raz zahaczały o ubrania albo
szarpały ją za włosy. Nigdy wcześniej nie rozwinęła takiej prędkości,
poruszając się tak szybko i lekko, że wszystko wokół już dawno powinno
stworzyć rozmazaną plamę bliżej nieokreślonych kolorów i kształtów. Tak
przynajmniej stałoby się, gdyby wciąż była słabym człowiekiem z ograniczonymi
zmysłami.
Miała
wrażenie, że nic ani nikt nie byłoby w stanie jej powstrzymać. Gardło
paliło żywym ogniem, głód zaś dodatkowo wzmacniała kusząca słodycz, która z każdą
kolejną sekundą przybierała na sile. Beatrycze mogła koncentrować się wyłącznie
na tej słodyczy i bodźcach, które sprawiały, że z takim uporem parła
przed siebie. Nie myślała, świadoma co najwyżej tego, że chciała dotrzeć do
źródła kuszącego zapachu – dostać to, co przecież do niej należało.
Świat,
który ją otaczał, zmienił się diametralnie, zupełnie jakby przemianie uległa nie
tylko ona, ale też wszystko wokół. Kształty wydawały się wręcz zbyt wyraziste,
kolory drażniły, a zapachy atakowały ją, potęgując mętlik w głowie. Jeden
z nich wydawał wybijać się ponad wszystkie inne, mając dla Beatrycze
największe znaczenie. To było coś, czego potrzebowała. Obietnica nader
wyjątkowego doświadczenia, które przy odrobinie szczęścia miałoby wystarczyć,
by umniejszyć odczuwany przez wampirzycę głód. Tylko to się liczyło, znacząc o wiele
więcej niż pocałunki, chwile uniesień czy świadomość dopiero co odzyskanych
wspomnień.
Odcięcie
się od niechcianych bodźców przyszło jej wręcz zadziwiająco łatwo. Przez krótką
chwilę ograniczała się do całkowitego minimum – wyłącznie tego, co pozwalało je
przeć przed siebie, bez konieczności zbaczania z kursu czy ryzyka
potknięcia albo zderzenia z drzewem. Miała wrażenie, że wszystko wokół
przysłoniła dziwna, czerwonawa mgiełka, zniekształcając otaczającą ją
rzeczywistość, ale to wydawało się dobre. Dzięki temu trop, którym podążała,
wyglądał na wyraźniejszy, będąc niczym lśniąca wstęga, prowadząca ją wprost do
miejsca, do którego dążyła.
Nie miała
pewności, jak długo biegła. Wszystko działo się bardzo szybko, zresztą kolejne
ruchy przychodziły jej w pełni machinalny sposób. To było jak oddychanie –
działo się gdzieś poza jej świadomością, stanowiąc coś tak oczywistego, że nie
musiała się upominać, by to robić. W tamtej chwili też wiedziała, a przynajmniej
sądziła, że dobrze wie czego chce, pozwalając, żeby ciało samo reagowało w sposób,
które uznawało za słuszne.
Zapach stał
się tak wyraźny, że zignorowanie go okazało się niemożliwe. Przyczaiła się
pomiędzy drzewami, nagle zamierając i bezmyślnie wpatrując w bliżej
nieokreślony punkt przestrzeni. Nasłuchiwała, aż nazbyt wyraźnie słysząc nie
tylko cudze bicie serca, ale również przyjemne pulsowanie, które wabiło ją w równym
stopniu, co i kusząca słodycz. Rytmiczne jaki jej kolejne kroki, zachęcało
do tego, żeby podeszła jeszcze bliżej – na tyle blisko, by…
Coś
uderzyło z nią z siłą, która dosłownie ścięła ją z nóg.
Usłyszała huk, który w pierwszym odruchu skojarzył jej się ze zderzeniem
dwóch potężnych skał. Chwilę później wylądowała twarzą w ziemi, co na
którą chwilę skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Natychmiast poderwała
się na równe nogi, poruszając tak błyskawicznie, że dla postronnego obserwatora
mogłoby to wyglądać tak, jakby nagle zmaterializowała się kilka metrów dalej. Zagrożenie!, tłukło jej się w głowie
i to wystarczyło, by choć na moment odwrócić jej uwagę od tego, co chciała
zrobić.
Ta słodycz
musiała poczekać. Nie miała innego wyboru, skoro w pierwszej kolejności
należało pozbyć się intruza, który chciał trzymać ją z daleka od tego,
czego chciała.
Napięła
mięśnie, gotowa przyjąć kolejny atak. Niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo,
szukając czegoś, co mogłaby uznać za potencjalne niebezpieczeństwo. Drżała na
całym ciele, wytrącona z równowagi do tego stopnia, że spokojne stanie po
prostu nie wchodziło w grę. Wszystko wokół wciąż wydawało się pulsujące i nienaturalnie
czerwone, ale to nie miało dla niej znaczenia. Poddawała się instynktowi,
zdolna myśleć wyłącznie o to, że musiała się bronić… I że powinna
dopilnować, by nikt nie dorwał tego, co przecież należało do niej.
Z drugiej
strony, ta słodycz wciąż gdzieś tam była. Na dodatek znajdowała się niedaleko,
wabiąc ją kusząc w stopniu, który zaczynał ją irytować. Czuła, że traci
czas. Gdyby tylko chciała, już dawno mogłaby dotrzeć do celu, by w końcu
doświadczyć czegoś niesamowicie przyjemnego. Być może niepotrzebnie czekała.
Albo właśnie dawała się omotać, bo podczas gdy ona wypatrywała nieistniejącego
wroga, jej przeciwnik zdążył dotrzeć do źródła zapachu i zabrać to, co
przecież…
Usłyszała
gniewne, ostrzegawcze warknięcie. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że
iście zwierzęcy charkot w rzeczywistości wydobył się z jej gardła.
Zawahała
się zaledwie na moment. Mniej więcej tyle wystarczyło, by jej umysł kolejny
został przyćmiony przez pragnienie. Nie dając sobie czasu na wątpliwości, bez
wahania z powrotem rzuciła się do biegu.
A
przynajmniej taki miała zamiar, bo bez jakiegokolwiek ostrzeżenia tuż przed nią
dosłownie zmaterializowała się jakaś postać.
Tym razem
nie dała sobie czasu na wątpliwości. Wraz z kolejnym warknięciem,
błyskawicznie rzuciła się przed siebie, skacząc przeciwnikowi do gardła. Chciała
się go pozbyć, zdolna myśleć co najwyżej o tym, że miała przed sobą kogoś,
kto zagrażał nie tyle jej, co temu, co należało do niej.
Musiała to
chronić – na wszystkie sposoby.
Za wszelką
cenę.
Mimo
wszystko samą siebie zaskoczyła tym, że zdołała powalić przeciwnika na ziemię.
Chwila triumfu prawie natychmiast została zniszczona, kiedy czyjeś dłonie
chwyciły ją za ramiona, próbując utrzymać w bezpiecznej odległości.
Beatrycze szarpnęła się, ale zyskała jedynie tyle, że intruz z łatwością
powalił ją na ziemię. Cudze ciało nagle znalazło się na niej, przyciskając do
podłoża i żaden sposób nie reagując na to, że warczała, szarpała się i na
wszystkie sposoby próbowała wyrwać.
–
Beatrycze…
Ktoś ją
wołał. Jakaś jej cząstka chciała na to zareagować, zwłaszcza że znała ten głos,
a to było jej imię…
Z tym, że
to nie miało znaczenia. Bo przecież w tym wszystkim wciąż było coś, co
nade wszystko chciała dostać. Nie zamierzała ustąpić tylko dlatego, że pojawił
się ktoś jeszcze.
Szarpnęła
się na tyle gwałtownie, by zdołać oswobodzić rękę. Zaraz po tym przetoczyła
się, rzucając przeciwnika z siebie. Natychmiast wykorzystała okazję, by
spróbować się podnieść, ale powstrzymała ją dłoń, która nagle chwyciła ją za
łydkę. Chociaż za wszelką cenę próbowała utrzymać równowagę, jak długa runęła
do przodu, kolejny raz lądując na ziemi. Otoczył ją zapach ziemi, skutecznie
przysłaniając ten, który był dla niej ważniejszy.
Słodycz,
której pragnęła, powoli jej uciekała, a to nigdy nie powinno mieć miejsca.
Gniew,
który poczuła, w ułamku sekundy zdominował wszelakie inne potrzeby.
Beatrycze napięła mięśnie, po czym szarpnęła się raz jeszcze, kopiąc na oślep.
Walczyła zaciekle, nie zastanawiając się nad tym, co robiła. Gdyby tylko mogła,
bez chwili wahania wydrapałaby oczy pierwszej osobie, która znalazłaby się w zasięgu
jej wzroku. Już nie tylko pragnęła się bronić, ale przede wszystkim atakować –
zrobić cokolwiek, byleby pokazać przeciwnikowi, że cudowna słodycz należała
tylko i wyłącznie do niej.
Z
zaskoczeniem uświadomiła sobie, że udało jej się trafić. Jedno kopnięcie
wystarczyło, by usłyszała dziwnie satysfakcjonujący trzask i całą wiązankę
przekleństw. Tyle przynajmniej zdążyła wywnioskować z tonu, bo w rozproszeniu
nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach. Zaraz po
tym uścisk wokół jej łydki zelżał na tyle, by bez przeszkód mogła się
oswobodzić.
To jej
wystarczyło.
Błyskawicznie
poderwała się na równe nogi, ale zamiast pobiec za oddalającą się słodyczą, z gniewnym
warknięciem zaatakowała tego, kto śmiał ją powstrzymać. Nie zamierzała czekać,
aż przeciwnik po raz kolejny spróbuje powalić ją na ziemię i pozbawić
szansy do tarcie do celu. Tym razem zamierzała doprowadzić sprawy do końca;
pokazać mu, że to, co znajdowało się na końcu tropu, którym podążała, należało
do niej.
Wystarczyły
ułamki sekund, by bezceremonialnie chwyciła intruza za gardło, w zdecydowanie
niedelikatny sposób przyciskając go do najbliższego drzewa. Usłyszała trzask,
ale konar wytrzymał nacisk ciała, przynajmniej tymczasowo nie zamierzając złamać
się na pół. Beatrycze zamarła, dysząc ciężko, chociaż powietrze wcale nie było
jej potrzebne do normalnego funkcjonowania. Palce z siłą zaciskała na
cudzym gardle, chyba jedynie cudem nie miażdżąc go samym tylko uściskiem.
Czuła, że mogłaby, a jednak…
– Puść…! –
wykrztusił jej przeciwnik i to wystarczyło.
Poczuła się
trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją w twarz. Chociaż
wcale tego nie chciała, dosłownie zatoczyła się w tył, posłusznie
spełniając polecenie. Zastygła, nagle oszołomiona i całkowicie bezradna.
Tkwiła w miejscu, sama niepewna, co powinna ze sobą zrobić – rzucić się do
ucieczki, podążyć za zapachem czy może jednak zaprzeć się i walczyć.
Niczego już
nie rozumiała.
A w głowie
miała pustkę.
– Ani mi
się waż ruszyć, jasne? – Słyszała poszczególne słowa tak wyraźnie, że wręcz ją
ogłuszały. Wydawały się rozbrzmiewać również w jej umyśle, dosłownie się
tam wypalając. Jakby tego było mało, nie potrafiła ich zignorować, niezależnie
od tego, czego tak naprawdę chciała. – Beatrycze…
Tym razem głos
zabrzmiał łagodniej, ale to nie miało znaczenia. Z gardła wyrwało jej się
coś z pogranicza warknięcia i zdławionego jęku, zaraz po tym zaś
ciężko opadła na ziemię. Dłoń przycisnęła do ust, w równym stopniu
wytrącona z równowagi zarówno pragnieniem, jak i zrozumieniem, które
pojawiło się chwilę później.
Lawrence
westchnął, po czym spojrzał na nią w bliżej nieokreślony sposób. Jakby od
niechcenia potarł gardło, po czym zwiesił ramiona, w końcu decydując się
rozluźnić. Nie odrywał od niej wzroku, co w jakiś trudy do zrozumienia
sposób jeszcze bardziej skołowało Beatrycze. Tkwiła w bezruchu, palcami
bezmyślnie rozgrzebując zamarzniętą ziemię. Znów drżała, tym razem jednak nie z gniewu,
ale czystego przerażenia, które odczuła chwilę po tym, jak w końcu uprzytomniła
sobie, kogo zaatakowała.
Co ja chciałam zrobić? Co…?
Nie miała
pojęcia.
Spojrzała
na Lawrence’a rozszerzonymi do granic możliwości oczami. Coś w brzmieniu
jego głosu – rozkazu, który wydał, bo inaczej nie potrafiła tego określić –
skutecznie przymusiło ją do trwania w miejscu. Miała wrażenie, że do ziemi
przyciskała ją jakaś niewidzialna siła, skutecznie odbierając siły. Jakaś jej
cząstka – ta najbardziej pierwotna i skupiona na głodzie – zawzięcie się
przeciwko temu buntowała, ale nie była w stanie zwalczyć wpływu kogoś, kto
przez minione wieki do perfekcji opanował narzucanie innym swojej woli.
Przynajmniej ona nie miała szans, by się z nim mierzyć, zbyt roztrzęsiona i łatwo
ulegająca emocjom. Młode wampiry były niemalże jak dzieci, zadziwiająco wręcz
nieporadne i łatwe do zmanipulowania.
– Cóż… –
Lawrence zawahał się, wciąż uważnie jej przypatrując. Nie chciała, żeby to
robił… żeby widział ją w takim stanie. – Podejrzewam, że sobie zasłużyłem.
Zwłaszcza na to, byś kopnęła mnie w twarz.
Wpatrywała
się w niego w milczeniu, co najmniej oszołomiona tymi słowami.
Zrobiła to? W gruncie rzeczy to wcale nie wydawało się bardziej szokujące
od tego, że mogłaby próbować go udusić. Oczywiście nie widziała żadnych śladów,
które świadczyłyby o tym, że zdołała go zranić, ale to nie miało
znaczenia. Nie, skoro stopniowo zaczynało do niej docierać, co zrobiła i co
mogłaby zrobić.
Zadrżała,
coraz bardziej niespokojna. Mętlik w głowie dawał jej się we znaki,
sprawiając, że miała ochotę krzyczeć, płakać albo uciec w popłochu.
Najlepiej wszystko na raz, jednak kiedy przyszło co do czego, mogła co najwyżej
siedzieć i bezmyślnie wpatrywać w stojącego tuż przed nią wampira.
Emocje
powoli opadały, w miarę jak zaczęło do niej docierać, że kusząca słodycz
zniknęła. Tak przynajmniej sądziła Beatrycze, bo choć w powietrzu wciąż
wyczuwała trop, który przywiódł ją aż do tego miejsca, nie miała odwagi skupić
się na nim na tyle, by sprawdzać, czy wciąż była w stanie odszukać tego,
do kogo należał zapach.
Człowieka, uświadomiła sobie, bo to
nagle wydało jej się oczywiste. Tropiłam
człowieka.
Prawda
uderzyła w nią z całą mocą, sprawiając, że Beatrycze aż się skuliła.
Mocniej wbiła paznokcie w ziemię, po czym z jękiem opadła na ściółkę,
przyciskając policzek do ziemi. Wstrzymała oddech, nagle bojąc się wziąć choćby
najmniejszy haust powietrza. Z gardła wyrwał jej się cichy, zdławiony
szloch, ale to działo się jakby poza nią, odległe i równie nierzeczywiste,
co i myśl o tym, że mogłaby tak po prostu rzucić się na Lawrence’a.
Co chciała
zrobić? I dlaczego, skoro…?
– No, już…
– usłyszała. Aż wzdrygnęła się, czując cudzy dotyk na ramieniu. – Beatrycze…
Odskoczyła
od niego jak oparzona, prawie uderzając go łokciem w żebra. I tak by
nie poczuł, ale coś w tym geście sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej
winna, zwłaszcza gdy podchwyciła jego spojrzenie. Drżąc i wciąż nie będąc w stanie
stanąć na nogi, odczołgała się aż do najbliższego drzewa. Plecami oparła się o pień,
po czym z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Miała ochotę siedzieć i płakać,
ale oczywiście łzy nie płynęła, wątpiła zresztą, by w ten sposób mogła
poczuć się choć odrobinę lepiej.
Lawrence
westchnął. Czuła, że ją obserwował, ale przynajmniej milczał, co było jej na
rękę. Przynajmniej miała wrażenie, że cisza była o wiele lepsza od pocieszających
formułek, na które zdecydowanie nie zasłużyła.
Mogła się
tego spodziewać. Głód nie był niczym zaskakującym, tak jak i to, że
mogłaby pragnąć właśnie krwi. Przecież wiedziała, kim się stała. Ba! Jeszcze
jakiś czas temu była gotowa o to prosić, do tej pory pamiętając wyraz
twarzy Carlisle’a, kiedy poruszyła kwestię przemiany. W tamtej chwili
dotarło do niej, że faktycznie nie miała pojęcia, czego sobie życzyła. W gruncie
rzeczy nie wyobrażała sobie niczego, co wiązało się z byciem wampirem.
Obserwowała tych, pośród których przyszło jej funkcjonować, a to, że
miałaby się stać kimś takim jak oni, wydawało jej się w pełni naturalne.
Teraz
widziała, że to wcale nie było takie proste.
Więc tak to
miało wyglądać? W ten sposób miała reagować za każdym razem, gdy w pobliżu
pojawiał się człowiek? Zachowywać równie gwałtownie, co i płomień w zetknięciu
z benzyną? W oszołomieniu uprzytomniła sobie, że jak przez mgłę
pamiętała to, co działo się od chwili, w której poczuła słodycz krwi. Nie
myślała, ale po prostu działała, na dodatek w całkowicie bezmyślny,
niespójny sposób. Była gotowa zabić i bez znaczenia pozostawało to, kto
stanąłby na jej drodze. To głód i instynkt dyktowały to, co robiła, a jakby
tego było mało…
Wzdrygnęła
się, wyczuwając ruch u swojego boku. Natychmiast wyprostowała się niczym
struna, po czym obejrzała na Lawrence’a, który jak gdyby nigdy nic usiadł tuż
obok niej. W ostatniej chwili powstrzymała kolejne niekontrolowane
warknięcie, w zamian wydając z siebie cichy, bliżej nieokreślony jęk.
W milczeniu wpatrywała się w profil swojego towarzysza, uciekając
wzrokiem w bok dopiero w chwili, w której on spojrzał na nią.
Chciała kazać mu się odsunąć, a najlepiej odejść i na nią nie
patrzeć, ale nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Jak miałaby o to
poprosić, zwłaszcza jego?
Sama
niepewna, co i dlaczego robi, z wahaniem przesunęła się bliżej.
Wzdrygnęła się, kiedy ich ciała otarły się od siebie, ale nie próbowała
odsuwać. W zamian ostrożne wtuliła się w bok Lawrence’a, układając
głowę na jego ramieniu. Wyczuła, że drgnął, wyraźnie zaskoczony, ale w żaden
sposób nie skomentował jego zachowania. Wręcz przeciwnie – nagle się rozluźnił,
kiedy dotarło do niego, że kryzys został zażegnany. Cóż, przynajmniej na razie.
– Już ci
lepiej? – zapytał i coś w tym pytaniu sprawiło, że zapragnęła
roześmiać się histerycznie. Żartował sobie?
Poderwała
głowę, by móc spojrzeć mu w twarz. W jakimś stopniu się tego
obawiała, ale potrzeba sprawdzenia tego, jaki miał wyraz twarzy, okazała się
silniejsza od niej. Zawahała się, kiedy ich spojrzenia się spotkały, zwłaszcza
że to Lawrence’a wydawało się wręcz zadziwiająco łagodnie. Pytał poważnie,
chociaż pytanie wciąż brzmiało wręcz niedorzecznie łagodnie, jakby nie działo
się nic wartego uwagi.
To brzmiało
tak, jakby w rzeczywistości obchodziło go wyłącznie jej samopoczucie.
– Ja… –
zaczęła i zaraz zamilkła. Potrząsnęła głową, jakby w ten sposób w jakiś
magiczny sposób mogła sprawić, by rozjaśniło jej się w głowie. – Co ja
chciałam zrobić?
– Nic. I tego
się trzymajmy.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Och, musiał sobie z niej żartować! Inaczej nie potrafiła
tego wytłumaczyć, bo najzwyczajniej w świecie nie miało sensu. Jak miałaby
uznać jego słowa za prawdziwe, zwłaszcza w tej sytuacji? To nic niosło ze sobą zadziwiająco wiele konsekwencji
jak na coś, co w jego ustach brzmiało tak, jakby faktycznie było
pozbawione większego znaczenia.
Cisza
dzwoniła jej w uszach. Tkwiła w bezruchu, wciąż mając ochotę po
prostu uciec, chociaż to wydawało się bez sensu. Przecież dobrze wiedziała, że
tak naprawdę marzyła o czymś niemożliwym – o ucieczce przed sobą, co w żadnym
wypadku nie wchodziło w grę.
–
Beatrycze… Och, do cholery – zniecierpliwił się Lawrence. – Walnęłaś mnie w twarz.
– Nie
przypominaj mi o tym – wymamrotała, a wampir jedynie prychnął, po
czym jak gdyby nigdy nic objął ją ramieniem. Pozwoliła mu na to, bez słowa
wtulając się w jego tors.
– Uważaj,
bo dojdziesz do wniosku, że masz z mojego powodu wyrzuty sumienia –
mrukną, po czym wzruszył ramionami. – Oboje wiemy, że sobie zasłużyłem. Myśl o tym
w ten sposób – zasugerował, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
Naprawdę
uważał, że to było takie proste? To, że rzuciła mu się o gardła? Że
niemalże doprowadziła do czegoś innego, kiedy prawie urządziła sobie krwawe
polowanie? To miało być w porządku?
I niby to
ona była niemożliwa…?
– Cokolwiek
sobie myślisz, przestań. Nie wiem, czego się spodziewałaś, ale kontrola nie
przychodzi ot tak. – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – Nawet gdybyś
zabiła, to byłoby w porządku. Jakby nie patrzeć, to taki przykry dodatek
do życia po śmierci… Ale wtedy miałabyś do mnie pretensje, prawda?
– I tylko
dlatego mnie powstrzymałeś? – zapytała z niedowierzaniem.
Lawrence
westchnął, wyraźnie sfrustrowany.
– Nie tylko
– zreflektował się pośpiesznie. – Ale nie zamierzam przepraszać za to, kim
jestem. Ty też nie powinnaś.
Zacisnęła
usta, bynajmniej nieuspokojona jego słowami. Nie chciała zastanawiać się nad
tym, czy miały jakikolwiek sens. Tak naprawdę nie miała na to siły, zbyt
oszołomiona, by zdobyć się na jakiekolwiek głębsze przemyślenia. Palenie w gardle
wciąż dawało jej się we znaki, z uporem wracając, chociaż usiłowała je
ignorować. Tym razem przynajmniej wiedziała, co działo się wokół niej, ale w pamięci
wciąż miała myśl o tym, że ten stan z łatwością mógł ulec zmianie.
Wystarczyłaby chwila, by po raz kolejny zamieniła się w bezwzględnego
łowcę, gotowego zabić pierwszą osobę, która wpadłaby jej w ręce.
Miała
usprawiedliwiać to wampiryzmem? Tym, kim była, bo natura bywała okrutna…?
– Chodź.
Nie zamierzam siedzieć tutaj całą noc – odezwał się nagle Lawrence, w pośpiechu
podrywając na równe nogi. – Zaufaj mi, dobrze, moja radości? Tym razem zrobimy
to po mojemu – oznajmił, zachęcająco wyciągając ku niej rękę.
Zawahała
się, w milczeniu wpatrując w nachylonego w jej stronę mężczyznę.
Wydawał się spokojny, zupełnie jakby to, co miało miejsce w istocie
pozostawało czymś normalnym – czymś, co powinna sobie wybaczyć, bo nie miało
znaczenia. Dalej wątpiła, żeby to było takie proste…
A potem
doszła do wniosku, że tak naprawdę i tak nie miała wyboru, więc po prostu
chwyciła jego dłoń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz