10 czerwca 2018

Dziewięć

Beatrycze
Kurczowo ściskała dłoń Lawrence’a. Czuła się trochę tak, jakby tylko jego obecność trzymała ją przy zdrowych zmysłach, powstrzymując przed zrobieniem czegoś głupiego. Myślami wciąż była gdzieś daleko, gorączkowo zastanawiając się nad tym, co mogłoby się stać, gdyby jej nie dogonił… Ba! Co stałoby się, gdyby nie jego zdolności i to, że okazała się na tyle podatna, by ugiąć się działaniu wpływu. To ją przerażało, przez co nawet najbardziej sensowne zapewnienia wampira nie mogły sprawić, by poczuła się lepiej.
Przez większość drogi wstrzymywała oddech, woląc nie sprawdzać, czy           zapach krwi wciąż był obecny gdzieś w powietrzu. Przynajmniej to przychodziło jej bez większych problemów, nawet jeśli wciąż wydawało się czymś co najmniej dziwnym. Milczała, ale to najwyraźniej nie przeszkadzało Lawrence’owi. Co najwyżej od czasu do czasu oglądał się na nią, spoglądając jej w twarz w bliżej nieokreślony sposób. Mogła tylko zgadywać, co sobie myślał, ale w oszołomieniu i tak nie była w stanie skupić się na emocjach.
Rozluźniła się dopiero, gdy znów znaleźli się w pobliżu domu. Pomiędzy drzewami widziała zarys znajomego budynku, jednak w chwili, w której spróbowała ruszyć w jego stronę, L. stanowczo chwycił ją za rękę i zatrzymał w miejscu.
– Poczekaj. – Zmierzył ją wzrokiem, wyraźnie zmartwiony. – Polowanie, pamiętasz? – rzucił tonem, który jednoznacznie sugerował, że szczerze wątpił w to, by zapomniała o pragnieniu.
Skrzywiła się, chcąc nie chcąc na powrót koncentrując na pieczeniu w gardle. Nie, zdecydowanie nie była w stanie ot tak zignorować bólu. W zasadzie miała wrażenie, że ktoś wetknął jej do gardła rozżarzony do białości pręt. Podejrzewała, że gdyby tego doświadczyła, to wyglądałoby właśnie w ten sposób.
– Jakoś nie mam ochoty – skłamała, a Lawrence prychnął, wymownie wznosząc oczy ku niebu.
– Tak, na pewno. Mów mi jeszcze – obruszył się, nawet nie próbując ukrywać, że jej nie wierzył. – Zmieniałem się dwa razy.
– Wiem o tym.
Przez jego twarz przemknął cień, ostatecznie jednak nie skomentował jej słów. W zamian w zamyśleniu skinął głową, po prostu przyjmując do wiadomości to, co miała mu do powiedzenia.
– Tak czy inaczej – podjął, siląc się na spokój – zwłaszcza na początek krew jest podstawą. Wierz mi, lepiej teraz, póki… nie jest aż tak źle.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Wiedziała, co takiego jej sugerował, chociaż nie ujął tego wprost. Cóż, nie musiał.
Lepiej teraz, póki wciąż nad sobą panowała. Zwłaszcza że za drugim razem mógł już nie być w stanie w porę jej powstrzymać.
– Uważasz, że to takie proste? – zapytała, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Zabijanie…
– Z perspektywy kogoś myślącego czy łowcy, bo to różnica? – Zamilkł na tak krótko, że już nie miała wątpliwości, że tak naprawdę nie oczekiwał odpowiedzi. – Nieważne. I tak musisz to zrobić, najlepiej w pełni świadomie, jeśli wiesz, co mam na myśli. Dlatego zamierzam ci pomóc.
– Tak… Zrobić to „po twojemu”? – zapytała z powątpiewaniem.
Lawrence uśmiechnął się w nieco wymuszony, gorzki sposób.
– No… Nie do końca – przyznał, wzdychając przeciągle. – Wychodzę z założenia, że wampir powinien poznać smak ludzkiej krwi. Coś, co się zna, aż tak bardzo nie kusi. Aczkolwiek…
– Co? – Spojrzała z niepokojem. Przez moment wydawał jej się kimś obcym, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony… To wciąż był Lawrence. Dokładnie taki sam, jak przez wszystkie te lata, co zresztą miała okazję obserwować. – Nie sugerujesz mi chyba, żebym jednak zapolowała na człowieka, prawda?
Własne słowa przyprawiły ją o dreszcz niepokoju. Głos nieznacznie jej zadrżał, więc zamilkła, dla pewności wciąż wstrzymując oddech. Pieczenie w gardle wciąż dawało jej się we znaki, chociaż z uporem próbowała je ignorować. Dla pewności chwyciła Lawrence’a mocniej za rękę, po cichu licząc na to, że faktycznie powstrzymałby ją, gdyby znów spróbowała zrobi coś głupiego.
Wampir w zamyśleniu spojrzał na ich splecione palce. Zaraz po tym stanowczo ujął obie jej dłonie w swoje, jak gdyby nigdy nic unosząc je do ust.
– Nie – zapewnił, a Beatrycze mimo wszystko kamień spadł z serca. – Nie mam wątpliwości, że byś tego nie chciała.
– W porządku – odetchnęła, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Kolejny raz wręcz poraziło ją to, jak delikatnie zachowywał się względem niej. Wciąż trzymał jej dłonie pocierając je lekko, zupełnie jakby chciał ją rozgrzać, chociaż to przecież nie miało w obecnej sytuacji sensu. – Więc co mam zrobić? Carlisle… – zaczęła pod wpływem impulsu i zaraz urwała, kiedy coś ścisnęło ją w gardle.
Poczuła się co najmniej dziwnie, kiedy wypowiedziała imię syna – w pełni świadomi, nawet bardziej niż w chwili, w której zrozumiała, że mogłaby mieć dziecko. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Bezskutecznie, swoją drogą. To wszystko wciąż jawiło jej się jak sen – jak coś, co w rzeczywistości nie miało racji bytu, chociaż…
– Dlatego powiedziałem, że to będzie… nie do końca po mojemu. – Głos Lawrence’a skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. – Rany, nie wierzę, że to robię, ale… skoro już jesteśmy w lesie, możemy ci czegoś poszukać.
Dopiero po chwili pojęła, co takiego jej sugerował. Uniosła brwi, z powątpiewaniem spoglądając na stojącego przed nią mężczyznę – w tamtej chwili o pewnego stopnia rozdrażnionego, co uświadomiło jej, że perspektywa polowania na zwierzęta ani trochę go nie zadowalała. Dla niej pozostawało to czystą abstrakcją, ale łatwiej mogła przyjąć do świadomości konieczność zabicia jakiegoś jelenia czy nawet królika, niż zamordowanie człowieka.
– Mówisz… jakbyś nigdy tego nie próbował – mruknęła. Wiedziała przecież, że kiedyś tego spróbował, chociaż zazwyczaj krwisty kolor jego tęczówek jednoznacznie sugerował, co sądził o „wegetarianizmie”.
– Ne wspominajmy o tym, dobra? Nie wierzę, że miałbym do tego wszystkiego uczyć cię uganiania za królikami, ale w porządku… – Zamilkł, z niedowierzaniem potrząsając głową. – I tak nie mamy lepszego wyboru. Chyba że mają gdzieś tutaj dobrze zaopatrzony bank krwi.
Nie skomentowała tego choćby słowem, bez trudu orientując się, że chciał jak najszybciej zmienić temat. Spróbowała nawet wysilić się na blady uśmiech, co koniec końców przyszło jej wręcz zadziwiająco naturalnie. Uświadomiła sobie, że w jakimś stopniu czuła się podekscytowana, chociaż sama nie była pewna, co wywołało u niej taką reakcję – bliskość Lawrence’a czy może perspektywa polowania.
– Ufam ci – oznajmiła pod wpływem impulsu, sprawiając, że wampir spojrzał na nią co najmniej tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Skoro tak twierdzisz…
Być może chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie się na to nie zdecydował. Puścił jej dłonie, w zamian materializując się tuż za plecami Beatrycze, by móc chwycić ją za ramiona. Zadrżała pod jego dotykiem, bynajmniej nie dlatego, że temperatura jego ciała mogłaby dawać jej się we znaki. Machinalnie cofnęła się – na tyle, na ile było to możliwe, skoro L. znajdował się tuż za nią. Chciała znaleźć się tak blisko, jak tylko było to możliwe, wciąż mając wrażenie, że dzieląca ich odległość była zdecydowanie zbyt duża.
Wyczuła, że drgnął. Chociaż nie widziała jego twarzy, była pewna, że się uśmiechał.
– Nie zapędzajmy się tak, co? Dobrze by było, gdybyś przynajmniej spróbowała się skupić – stwierdził, a Beatrycze z trudem powstrzymała jęk. Miała wrażenie, że gdyby wciąż była człowiekiem, jak nic by się zarumieniła.
– Cały czas się skupiam – wymamrotała, chociaż oboje wiedzieli, że to było bardzo dalekie od prawdy. Ledwo była w stanie zebrać myśli, świadoma co najwyżej mętliku w głowie.
– Więc postaraj się bardziej – zaproponował, a potem nachylił się tak blisko, że poczuła jego słodki oddech na policzku. – Zamknij oczy.
Posłuchanie go przyszło jej z trudem. Nie miała pojęcia czy robił to specjalnie, ale prawda była taka, że w tamtej chwili była jednym wielkim kłębkiem nerwów. Co więcej, Lawrence ją rozpraszał – jego głos, jego bliskość i te zaczepne słowa, przez które miała wrażenie, że pragnął ją równie mocno, co i ona jego.
Oboje niedowierzali. Tak przynajmniej sądziła, wciąż bojąc się, że to sen albo wyobrażenie – coś, co prędzej czy później miało dobiec końca. Miała wrażenie, że krążyli wokół siebie, nie mając odwagi wprost zacząć nazywać rzeczy po imieniu. W pamięci wciąż majaczyło wspomnienie tego, jak oboje zareagowali w salonie, będąc na dobrej drodze, by posunąć się o wiele dalej niż do tej pory – tak po prostu, jakby minione dekady nie miały miejsca.
Przecież wciąż do siebie należeli, prawda? Wróciła. I była jego Beatrycze, ale…
– Och – wyrwało jej się.
Nie po raz pierwszy nadmiar bodźców zmusił ją do skoncentrowania się na czymś więcej. Porzuciła dotychczasowe myśli, kolejny raz zwracając uwagę na to, jak wyraziste było wszystko wokół. Oddychała powoli i płytko, bojąc się, że jeśli zbyt gwałtownie zaczerpnie powietrza, słodycz krwi wróci, po raz kolejny ciskając nią w sam środek szaleństwa. Za nic w świecie nie chciała na to pozwolić, ale wiedziała, że gdy przyjdzie co do czego, nie będzie miała nic do powiedzenia.
Spróbowała skupić się na zalegających na jej ramionach dłoniach. Pozwalała, by Lawrence pocierał je lekko, co na swój sposób okazało się kojące, nawet jeśli wciąż ją rozpraszało.
– Dużo tego, prawda? – zauważył cicho, starannie dobierając słowa. – Las żyje… Więc wyobraź sobie, jak ciężko jest się odnaleźć w mieście.
– To miało mnie pocieszyć? – zapytała, nie kryjąc rozdrażnienia.
Kolejny raz jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że się uśmiechał.
– Ani trochę. Wiesz, że nigdy mi to nie wychodziło. – Zawahał się. Mimo wszystko zwracanie do niej tak, jakby fakt, że pamiętała, był czymś oczywistym, przychodziło mu zadziwiająco łatwo. – Po prostu uważam, że powinnaś wiedzieć, czego powinnaś się spodziewać.
Westchnęła, chcąc nie chcąc przyznając mu rację. To, że od teraz wszystko miało być bardziej skomplikowane, wydawało się oczywiste. Co więcej, to wcale nie perspektywa walki z głodem niepokoiła ją w tym najbardziej. W gruncie rzeczy wampiryzm stanowił zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, nic nie znaczący zwłaszcza w momencie, gdy porównywało go się do tego, co wiązało się z niebezpieczeństwem ze strony Ciemności.
Nie chciała o tym myśleć, przynajmniej na razie. W tamtej chwili wręcz błogosławiła fakt, że z taką łatwością była w stanie ująć umysł czymś innym, w pośpiechu koncentrując się na tym, co podsuwały jej zmysły.
– Co dalej? – zapytała cicho, uświadamiając sobie, że Lawrence milczał, czekając na jej reakcję.
– Ach, tak… – zreflektował się pośpiesznie. Odchrząknął i wtedy zrozumiała, że nie tylko ona miała problem z koncentracją. – Musisz nauczyć się odcinać od tego, co niepotrzebne. Z czasem to będzie prostsze, chociaż już teraz… Cóż, sama widziałaś, że twoje ciało zareagowało na krew – zauważył, a Beatrycze drgnęła. Oboje zdecydowali się przemyśleć kwestię tego, co zrobiła. – Cała sztuka to wiedzieć, co takiego chce się znaleźć. Na początku niektóre zapachy wydają się bardzo do siebie podobne, ale z czasem okazuje się, że istnieją między nimi znaczące różnice… To jak z głosem. Potrafiłabyś rozpoznać kogoś znajomego po głosie, prawda?
– Dlatego znalazłbyś mnie, gdziekolwiek bym nie poszła? – zapytała, bo to wydało jej się logiczne.
Machinalnie skoncentrowała się na jego zapachu – znajomej słodyczy, która przyciągała ją nawet teraz. Od samego początku uznawała to za gwarant bezpieczeństwa, jakoś nie mając wątpliwości, że Lawrence by ją ochronił, gdyby zaszła taka potrzeba. Myślała tak, bo wiedziała, że ta słodycz wiązała się z nim.
– Mniej więcej – przyznał i zaśmiał się nerwowo. – Daleko mi do tropiciela.
Powstrzymała się od przypomnienia mu, że co innego sugerowało jego zachowanie, kiedy jeszcze był człowiekiem i próbował szukać istot nadnaturalnych. Był w tym niezły, co mogła stwierdzić zwłaszcza teraz, widząc jak daleko sięgały zdolności wampirów.
– Więc powinnam teraz szukać krwi – nie tyle zapytała, co po prostu stwierdziła fakt. – Gdybym jeszcze miała pewność, że znów nie zaczaję się na człowieka…
– Wierz mi, że różnica między ludzka a zwierzęcą krwią jest spora. Nawet bardzo.
Nie odpowiedziała, podejrzewając, że za moment sama miała się o tym przekonać. Mocniej zacisnęła powieki, próbując skupić się na tym, co najważniejsze. Ostrożnie wdychała chłodne, nocne powietrze, wciąż obawiając się tego, co mógłby przynieść ze sobą każdy, nawet najbardziej subtelny podmuch wiatru. Próbowała się rozluźnić, powtarzając sobie, że nie ma powodów do obaw, bo Lawrence miał wszystko pod kontrolą, ale to wcale nie było takie proste. Nie, skoro mimo wszystko się bała, a mętlik w głowie sprawiał, że chcąc nie chcąc rozważała te gorsze, nawet najbardziej niepokojące scenariusze.
Gdyby jej nie dogonił… Gdyby jakimś cudem to ona zdecydowała się go skrzywdzić…
A potem gardło Beatrycze zapłonęło żywym ogniem, kiedy wyczuła coś, co może i nie przypominało cudownej słodyczy, którą dopiero co pragnęła posiąść, ale wydało jej się równie obiecujące.
Nie wyczuła żądnego oporu ze strony Lawrence’a, gdy po raz kolejny rzuciła się do biegu. Być może pod wpływem głodu nie zarejestrowała tego, że mógłby próbować ją zatrzymać, ale to nie miało znaczenia. Nagle znów liczył się bieg i zapach, który poprowadził ją w głąb lasu, wabiąc do siebie w sposób wystarczająco intensywny, by nie próbowała się temu opierać.
Jej ciało po raz kolejny reagowało bez jakiegokolwiek wpływu zdrowego rozsądku. Zdecydowanie to nie ona podjęła decyzję o tym, by nagle zatrzymać się, zastygając w bezruchu na skraju niewielkiej polany. W normalnym wypadku tym bardziej nie skoczyłaby do przodu, z gracją polującego węża rzucając się do gardła czegoś, w czym dopiero później rozpoznała dzika. Uświadomiła to sobie w chwili, w której pojęła, że klęczy nad truchłem, drżąca i umazana krwią. W głowie miała pustkę, niezdolna przywołać z pamięci momentu ataku ani tego, czy zwierzę w ogóle próbowało z nią walczyć.
Ze wstrętem odsunęła się, nerwowym ruchem ocierając wierzchem dłoni usta. Miała wrażenie, że w tamtej chwili jej żołądek powinien zacząć się buntować i skręcać, bo – na litość Boską! – dopiero co ssała krew, na dodatek należącą do zwierzęcia, ale nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że poczuła się lepiej, a palenie w gardle już aż tak bardzo nie dawało jej się we znaki, nawet jeśli głód wciąż pozostawał w pełni obecny.
Wzięła kilka głębszych wdechów. W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi jej pierwszej ofiary, wydając się przysłaniać wszystko innego. Jakby tego było mało, wciąż miała posokę na dłoniach i ubraniu, chociaż nie miała pojęcia, co musiała zrobić, by doprowadzić się do takiego stanu. Niecierpliwym ruchem odgarnęła włosy na bok, bezskutecznie próbując zająć czymś ręce. W ustach wciąż miała przyjemny posmak krwi – słodkiej i kuszącej, chociaż miała w sobie jakaś dziwną, niezrozumiałą dla Beatrycze gorycz. Zrozumiała, że to właśnie musiała być ta różnica o której wspominał Lawrence i która decydowała o tym że większość wampirów stanowczo protestowała, kiedy w grę wchodziło przejście na „wegetarianizm”.
Wciąż wytrącona z równowagi i na swój sposób oszołomiona tym, co zrobiła, w milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. Z opóźnieniem zauważyła, że L. jak gdyby nigdy nic rozsiadł się na gałęzi jednego z pobliskich drzew, uważnie ją obserwując. Wyglądał na w pełni rozluźnionego, a może nawet rozbawionego, jakby to, co widział, wyjątkowo przypadło mu do gustu.
– Nudzi ci się? – zapytała, podchodząc bliżej i zadzierając głowę, by przypadkiem nie stracić go z oczu.
– Ani trochę. – Ześlizgnął się z gałęzi, miękko lądując na ziemi. Zmierzył ją krytycznym spojrzeniem, a jego uśmiech stał się nieco bardziej drapieżny. – Dziki. Ciekawa sprawa, ale to miejsce chyba z nich słynie.
– Nie wierzę w to, co zrobiłam – stwierdziła, nerwowo obejmując się ramionami.
Nie miała pewności, co tak naprawdę czuła. Jakby tego było mało, wciąż odczuwała głód, a to zdecydowanie nie przypadło jej do gustu. Być może nie powinna się dziwić, skoro miała wrażenie, że większość krwi i tak wylądowała na niej, ale i tak poczuła, że robi jej się niedobrze na samą myśl o tym, że miałaby zabić kolejne zwierzę.
Z drugiej strony, jej ciało aż drżało z ekscytacji na samą myśl o kolejnej porcji krwi – i bez znaczenia było czy w grę wchodziła zawartość żył człowieka, czy może…
– Potrzebujesz więcej – stwierdził Lawrence, uświadamiając jej, że targające nią emocje pozostawały czymś w pełni oczywistym. – Poszukaj sobie czegoś jeszcze. Jak na moje, to świetnie ci idzie.
– Nabijasz się ze mnie? – zapytała z niedowierzaniem.
Wyraźnie próbował powstrzymać uśmiech, ale wyszło mu to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
– Absolutnie nie – zreflektował się pośpiesznie. – Po prostu… Och, radości, wybacz – wyrzucił z siebie na wydechu, po czym westchnął przeciągle. – Wciąż cieszę się z tego, że tutaj jesteś.
Potrząsnęła głową, wręcz rozbrojona jego słowami. Zawsze potrafił to zrobić – najpierw igrać z jej emocjami, a później tak czy inaczej doprowadzić do tego, że nie potrafiła być o to na niego zła. W tamtej chwili na dodatek wszystko w niej aż krzyczało, że mówił poważnie. To, w jaki sposób się do niej zwracał, jak wypowiadał kolejne słowa i przez cały ten czas się z nią wpatrywał…
Coś ścisnęło ją w gardle. Z wolna podeszła bliżej, po czym – obojętna na to, że wciąż była umazana we krwi – ułożyła dłonie na jego ramionach. Stanęła na palcach, wyciągając ciało w taki sposób, by bez przeszkód móc musnąć wargami usta przypatrującego jej się uważnie Lawrence’a.
– To wciąż nie jest dobra krew – stwierdził dziwnie zachrypniętym głosem. Zadrżała, kiedy przesunął językiem po jej dolnej wardze. – Ale być może mógłbym ją polubić – dodał, przysuwając ją do siebie w bardziej stanowczy sposób.
– Zwierzęcą krew czy mnie? – rzuciła zaczepnym tonem.
Nie odpowiedział. W zamian znów musnął wargami jej usta – tym razem bardziej stanowczo, niemniej łapczywie, co i po jej przebudzeniu w salonie, kiedy…
Jęknęła, po czym z zaczepnym uśmiechem oswobodziła się z jego uścisku.
– Najpierw mnie złap.
Zdążyła zarejestrować to, że spojrzał na nią w szoku, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, czego od niego oczekiwała. Zanim w ogóle zareagował i ruszył się z miejsca, Beatrycze rzuciła się do biegu. Tym razem w żaden sposób nie zareagowała na to, że ruszył za nią, bynajmniej nie wrąc się do tego, by zrobić mu krzywdę. Chciała, żeby ją gonił, nagle czując się trochę jak dziecko – prawie jak całe wieki temu, gdy mogła ganiać się z siostrami, nie zastanawiając się nad tym, że którakolwiek z nich mogłaby być zagrożona.
Przez krótką chwilę wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a ona skupiała się wyłącznie na tym, by ze śmiechem kluczyć pomiędzy drzewami i trzymać z daleka od Lawrence’a. Przynajmniej na razie, bo to, że prędzej czy później jednak miał ją złapać, nie pozostawało najmniejszych wątpliwości – zwłaszcza że tego chciała.
Pragnęła, by ją dogonił.
A potem już tylko trzymał w ramionach i więcej nie puszczał, nieważne co by się wydarzyło. Wtedy poczułaby się bezpieczna, a przecież o to chodziło.
Wiedziała, że to nie było takie proste, ale nie dbała o to. Przez krótką chwilę chciała udawać, że to wystarczy. Tej jednej nocy mogła udawać, że wszystko w pełni wróciło do normy, a ona nie musiała obawiać się, że nagle coś jeszcze pójdzie nie tak. Nie miała pojęcia czy tym samym nie popełniała błędu, aż prosząc się o to, by późniejsze rozczarowanie zabolało, ale…
– Mam cię – usłyszał tuż przy uchu, w chwili, w której znajome ramiona bezceremonialnie otoczyły ją w pasie, zmuszając do wytracenia prędkości.
Beatrycze jedynie się uśmiechnęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa