
Beatrycze
Kurczowo ściskała dłoń
Lawrence’a. Czuła się trochę tak, jakby tylko jego obecność trzymała ją przy
zdrowych zmysłach, powstrzymując przed zrobieniem czegoś głupiego. Myślami
wciąż była gdzieś daleko, gorączkowo zastanawiając się nad tym, co mogłoby się
stać, gdyby jej nie dogonił… Ba! Co stałoby się, gdyby nie jego zdolności i to,
że okazała się na tyle podatna, by ugiąć się działaniu wpływu. To ją przerażało,
przez co nawet najbardziej sensowne zapewnienia wampira nie mogły sprawić, by
poczuła się lepiej.
Przez
większość drogi wstrzymywała oddech, woląc nie sprawdzać, czy zapach krwi wciąż był obecny gdzieś w powietrzu.
Przynajmniej to przychodziło jej bez większych problemów, nawet jeśli wciąż
wydawało się czymś co najmniej dziwnym. Milczała, ale to najwyraźniej nie
przeszkadzało Lawrence’owi. Co najwyżej od czasu do czasu oglądał się na nią,
spoglądając jej w twarz w bliżej nieokreślony sposób. Mogła tylko
zgadywać, co sobie myślał, ale w oszołomieniu i tak nie była w stanie
skupić się na emocjach.
Rozluźniła
się dopiero, gdy znów znaleźli się w pobliżu domu. Pomiędzy drzewami
widziała zarys znajomego budynku, jednak w chwili, w której
spróbowała ruszyć w jego stronę, L. stanowczo chwycił ją za rękę i zatrzymał
w miejscu.
– Poczekaj.
– Zmierzył ją wzrokiem, wyraźnie zmartwiony. – Polowanie, pamiętasz? – rzucił
tonem, który jednoznacznie sugerował, że szczerze wątpił w to, by
zapomniała o pragnieniu.
Skrzywiła
się, chcąc nie chcąc na powrót koncentrując na pieczeniu w gardle. Nie,
zdecydowanie nie była w stanie ot tak zignorować bólu. W zasadzie
miała wrażenie, że ktoś wetknął jej do gardła rozżarzony do białości pręt.
Podejrzewała, że gdyby tego doświadczyła, to wyglądałoby właśnie w ten
sposób.
– Jakoś nie
mam ochoty – skłamała, a Lawrence prychnął, wymownie wznosząc oczy ku
niebu.
– Tak, na
pewno. Mów mi jeszcze – obruszył się, nawet nie próbując ukrywać, że jej nie
wierzył. – Zmieniałem się dwa razy.
– Wiem o tym.
Przez jego
twarz przemknął cień, ostatecznie jednak nie skomentował jej słów. W zamian
w zamyśleniu skinął głową, po prostu przyjmując do wiadomości to, co miała
mu do powiedzenia.
– Tak czy
inaczej – podjął, siląc się na spokój – zwłaszcza na początek krew jest
podstawą. Wierz mi, lepiej teraz, póki… nie jest aż tak źle.
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na te słowa. Wiedziała, co takiego jej sugerował, chociaż
nie ujął tego wprost. Cóż, nie musiał.
Lepiej
teraz, póki wciąż nad sobą panowała. Zwłaszcza że za drugim razem mógł już nie
być w stanie w porę jej powstrzymać.
– Uważasz,
że to takie proste? – zapytała, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. –
Zabijanie…
– Z perspektywy
kogoś myślącego czy łowcy, bo to różnica? – Zamilkł na tak krótko, że już nie
miała wątpliwości, że tak naprawdę nie oczekiwał odpowiedzi. – Nieważne. I tak
musisz to zrobić, najlepiej w pełni świadomie, jeśli wiesz, co mam na
myśli. Dlatego zamierzam ci pomóc.
– Tak…
Zrobić to „po twojemu”? – zapytała z powątpiewaniem.
Lawrence
uśmiechnął się w nieco wymuszony, gorzki sposób.
– No… Nie
do końca – przyznał, wzdychając przeciągle. – Wychodzę z założenia, że
wampir powinien poznać smak ludzkiej krwi. Coś, co się zna, aż tak bardzo nie
kusi. Aczkolwiek…
– Co? –
Spojrzała z niepokojem. Przez moment wydawał jej się kimś obcym,
przynajmniej na pierwszy rzut oka. Z drugiej strony… To wciąż był
Lawrence. Dokładnie taki sam, jak przez wszystkie te lata, co zresztą miała
okazję obserwować. – Nie sugerujesz mi chyba, żebym jednak zapolowała na
człowieka, prawda?
Własne
słowa przyprawiły ją o dreszcz niepokoju. Głos nieznacznie jej zadrżał,
więc zamilkła, dla pewności wciąż wstrzymując oddech. Pieczenie w gardle
wciąż dawało jej się we znaki, chociaż z uporem próbowała je ignorować.
Dla pewności chwyciła Lawrence’a mocniej za rękę, po cichu licząc na to, że
faktycznie powstrzymałby ją, gdyby znów spróbowała zrobi coś głupiego.
Wampir w zamyśleniu
spojrzał na ich splecione palce. Zaraz po tym stanowczo ujął obie jej dłonie w swoje,
jak gdyby nigdy nic unosząc je do ust.
– Nie –
zapewnił, a Beatrycze mimo wszystko kamień spadł z serca. – Nie mam
wątpliwości, że byś tego nie chciała.
– W porządku
– odetchnęła, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Kolejny raz wręcz poraziło
ją to, jak delikatnie zachowywał się względem niej. Wciąż trzymał jej dłonie
pocierając je lekko, zupełnie jakby chciał ją rozgrzać, chociaż to przecież nie
miało w obecnej sytuacji sensu. – Więc co mam zrobić? Carlisle… – zaczęła
pod wpływem impulsu i zaraz urwała, kiedy coś ścisnęło ją w gardle.
Poczuła się
co najmniej dziwnie, kiedy wypowiedziała imię syna – w pełni świadomi,
nawet bardziej niż w chwili, w której zrozumiała, że mogłaby mieć
dziecko. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Bezskutecznie,
swoją drogą. To wszystko wciąż jawiło jej się jak sen – jak coś, co w rzeczywistości
nie miało racji bytu, chociaż…
– Dlatego
powiedziałem, że to będzie… nie do końca po mojemu. – Głos Lawrence’a
skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. – Rany, nie wierzę, że to robię, ale…
skoro już jesteśmy w lesie, możemy ci czegoś poszukać.
Dopiero po
chwili pojęła, co takiego jej sugerował. Uniosła brwi, z powątpiewaniem
spoglądając na stojącego przed nią mężczyznę – w tamtej chwili o pewnego
stopnia rozdrażnionego, co uświadomiło jej, że perspektywa polowania na
zwierzęta ani trochę go nie zadowalała. Dla niej pozostawało to czystą
abstrakcją, ale łatwiej mogła przyjąć do świadomości konieczność zabicia
jakiegoś jelenia czy nawet królika, niż zamordowanie człowieka.
– Mówisz…
jakbyś nigdy tego nie próbował – mruknęła. Wiedziała przecież, że kiedyś tego
spróbował, chociaż zazwyczaj krwisty kolor jego tęczówek jednoznacznie
sugerował, co sądził o „wegetarianizmie”.
– Ne
wspominajmy o tym, dobra? Nie wierzę, że miałbym do tego wszystkiego uczyć
cię uganiania za królikami, ale w porządku… – Zamilkł, z niedowierzaniem
potrząsając głową. – I tak nie mamy lepszego wyboru. Chyba że mają gdzieś
tutaj dobrze zaopatrzony bank krwi.
Nie
skomentowała tego choćby słowem, bez trudu orientując się, że chciał jak najszybciej
zmienić temat. Spróbowała nawet wysilić się na blady uśmiech, co koniec końców
przyszło jej wręcz zadziwiająco naturalnie. Uświadomiła sobie, że w jakimś
stopniu czuła się podekscytowana, chociaż sama nie była pewna, co wywołało u niej
taką reakcję – bliskość Lawrence’a czy może perspektywa polowania.
– Ufam ci –
oznajmiła pod wpływem impulsu, sprawiając, że wampir spojrzał na nią co
najmniej tak, jakby widział ją po raz pierwszy.
– Skoro tak
twierdzisz…
Być może
chciał dodać coś jeszcze, ale ostatecznie się na to nie zdecydował. Puścił jej
dłonie, w zamian materializując się tuż za plecami Beatrycze, by móc
chwycić ją za ramiona. Zadrżała pod jego dotykiem, bynajmniej nie dlatego, że
temperatura jego ciała mogłaby dawać jej się we znaki. Machinalnie cofnęła się
– na tyle, na ile było to możliwe, skoro L. znajdował się tuż za nią. Chciała
znaleźć się tak blisko, jak tylko było to możliwe, wciąż mając wrażenie, że
dzieląca ich odległość była zdecydowanie zbyt duża.
Wyczuła, że
drgnął. Chociaż nie widziała jego twarzy, była pewna, że się uśmiechał.
– Nie
zapędzajmy się tak, co? Dobrze by było, gdybyś przynajmniej spróbowała się
skupić – stwierdził, a Beatrycze z trudem powstrzymała jęk. Miała
wrażenie, że gdyby wciąż była człowiekiem, jak nic by się zarumieniła.
– Cały czas
się skupiam – wymamrotała, chociaż oboje wiedzieli, że to było bardzo dalekie
od prawdy. Ledwo była w stanie zebrać myśli, świadoma co najwyżej mętliku w głowie.
– Więc
postaraj się bardziej – zaproponował, a potem nachylił się tak blisko, że
poczuła jego słodki oddech na policzku. – Zamknij oczy.
Posłuchanie
go przyszło jej z trudem. Nie miała pojęcia czy robił to specjalnie, ale
prawda była taka, że w tamtej chwili była jednym wielkim kłębkiem nerwów.
Co więcej, Lawrence ją rozpraszał – jego głos, jego bliskość i te zaczepne
słowa, przez które miała wrażenie, że pragnął ją równie mocno, co i ona
jego.
Oboje
niedowierzali. Tak przynajmniej sądziła, wciąż bojąc się, że to sen albo
wyobrażenie – coś, co prędzej czy później miało dobiec końca. Miała wrażenie,
że krążyli wokół siebie, nie mając odwagi wprost zacząć nazywać rzeczy po
imieniu. W pamięci wciąż majaczyło wspomnienie tego, jak oboje zareagowali
w salonie, będąc na dobrej drodze, by posunąć się o wiele dalej niż
do tej pory – tak po prostu, jakby minione dekady nie miały miejsca.
Przecież
wciąż do siebie należeli, prawda? Wróciła. I była jego Beatrycze, ale…
– Och –
wyrwało jej się.
Nie po raz
pierwszy nadmiar bodźców zmusił ją do skoncentrowania się na czymś więcej. Porzuciła
dotychczasowe myśli, kolejny raz zwracając uwagę na to, jak wyraziste było
wszystko wokół. Oddychała powoli i płytko, bojąc się, że jeśli zbyt
gwałtownie zaczerpnie powietrza, słodycz krwi wróci, po raz kolejny ciskając
nią w sam środek szaleństwa. Za nic w świecie nie chciała na to
pozwolić, ale wiedziała, że gdy przyjdzie co do czego, nie będzie miała nic do
powiedzenia.
Spróbowała
skupić się na zalegających na jej ramionach dłoniach. Pozwalała, by Lawrence
pocierał je lekko, co na swój sposób okazało się kojące, nawet jeśli wciąż ją
rozpraszało.
– Dużo
tego, prawda? – zauważył cicho, starannie dobierając słowa. – Las żyje… Więc
wyobraź sobie, jak ciężko jest się odnaleźć w mieście.
– To miało
mnie pocieszyć? – zapytała, nie kryjąc rozdrażnienia.
Kolejny raz
jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że się uśmiechał.
– Ani trochę.
Wiesz, że nigdy mi to nie wychodziło. – Zawahał się. Mimo wszystko zwracanie do
niej tak, jakby fakt, że pamiętała, był czymś oczywistym, przychodziło mu
zadziwiająco łatwo. – Po prostu uważam, że powinnaś wiedzieć, czego powinnaś
się spodziewać.
Westchnęła,
chcąc nie chcąc przyznając mu rację. To, że od teraz wszystko miało być
bardziej skomplikowane, wydawało się oczywiste. Co więcej, to wcale nie
perspektywa walki z głodem niepokoiła ją w tym najbardziej. W gruncie
rzeczy wampiryzm stanowił zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, nic nie
znaczący zwłaszcza w momencie, gdy porównywało go się do tego, co wiązało
się z niebezpieczeństwem ze strony Ciemności.
Nie chciała
o tym myśleć, przynajmniej na razie. W tamtej chwili wręcz
błogosławiła fakt, że z taką łatwością była w stanie ująć umysł czymś
innym, w pośpiechu koncentrując się na tym, co podsuwały jej zmysły.
– Co dalej?
– zapytała cicho, uświadamiając sobie, że Lawrence milczał, czekając na jej
reakcję.
– Ach, tak…
– zreflektował się pośpiesznie. Odchrząknął i wtedy zrozumiała, że nie
tylko ona miała problem z koncentracją. – Musisz nauczyć się odcinać od
tego, co niepotrzebne. Z czasem to będzie prostsze, chociaż już teraz… Cóż,
sama widziałaś, że twoje ciało zareagowało na krew – zauważył, a Beatrycze
drgnęła. Oboje zdecydowali się przemyśleć kwestię tego, co zrobiła. – Cała sztuka
to wiedzieć, co takiego chce się znaleźć. Na początku niektóre zapachy wydają
się bardzo do siebie podobne, ale z czasem okazuje się, że istnieją między
nimi znaczące różnice… To jak z głosem. Potrafiłabyś rozpoznać kogoś znajomego
po głosie, prawda?
– Dlatego
znalazłbyś mnie, gdziekolwiek bym nie poszła? – zapytała, bo to wydało jej się
logiczne.
Machinalnie
skoncentrowała się na jego zapachu – znajomej słodyczy, która przyciągała ją
nawet teraz. Od samego początku uznawała to za gwarant bezpieczeństwa, jakoś nie
mając wątpliwości, że Lawrence by ją ochronił, gdyby zaszła taka potrzeba. Myślała
tak, bo wiedziała, że ta słodycz wiązała się z nim.
– Mniej
więcej – przyznał i zaśmiał się nerwowo. – Daleko mi do tropiciela.
Powstrzymała
się od przypomnienia mu, że co innego sugerowało jego zachowanie, kiedy jeszcze
był człowiekiem i próbował szukać istot nadnaturalnych. Był w tym niezły,
co mogła stwierdzić zwłaszcza teraz, widząc jak daleko sięgały zdolności
wampirów.
– Więc
powinnam teraz szukać krwi – nie tyle zapytała, co po prostu stwierdziła fakt. –
Gdybym jeszcze miała pewność, że znów nie zaczaję się na człowieka…
– Wierz mi,
że różnica między ludzka a zwierzęcą krwią jest spora. Nawet bardzo.
Nie
odpowiedziała, podejrzewając, że za moment sama miała się o tym przekonać.
Mocniej zacisnęła powieki, próbując skupić się na tym, co najważniejsze.
Ostrożnie wdychała chłodne, nocne powietrze, wciąż obawiając się tego, co mógłby
przynieść ze sobą każdy, nawet najbardziej subtelny podmuch wiatru. Próbowała
się rozluźnić, powtarzając sobie, że nie ma powodów do obaw, bo Lawrence miał
wszystko pod kontrolą, ale to wcale nie było takie proste. Nie, skoro mimo
wszystko się bała, a mętlik w głowie sprawiał, że chcąc nie chcąc
rozważała te gorsze, nawet najbardziej niepokojące scenariusze.
Gdyby jej
nie dogonił… Gdyby jakimś cudem to ona zdecydowała się go skrzywdzić…
A potem gardło
Beatrycze zapłonęło żywym ogniem, kiedy wyczuła coś, co może i nie
przypominało cudownej słodyczy, którą dopiero co pragnęła posiąść, ale wydało
jej się równie obiecujące.
Nie wyczuła
żądnego oporu ze strony Lawrence’a, gdy po raz kolejny rzuciła się do biegu.
Być może pod wpływem głodu nie zarejestrowała tego, że mógłby próbować ją
zatrzymać, ale to nie miało znaczenia. Nagle znów liczył się bieg i zapach,
który poprowadził ją w głąb lasu, wabiąc do siebie w sposób wystarczająco
intensywny, by nie próbowała się temu opierać.
Jej ciało
po raz kolejny reagowało bez jakiegokolwiek wpływu zdrowego rozsądku.
Zdecydowanie to nie ona podjęła decyzję o tym, by nagle zatrzymać się,
zastygając w bezruchu na skraju niewielkiej polany. W normalnym
wypadku tym bardziej nie skoczyłaby do przodu, z gracją polującego węża rzucając
się do gardła czegoś, w czym dopiero później rozpoznała dzika. Uświadomiła
to sobie w chwili, w której pojęła, że klęczy nad truchłem, drżąca i umazana
krwią. W głowie miała pustkę, niezdolna przywołać z pamięci momentu
ataku ani tego, czy zwierzę w ogóle próbowało z nią walczyć.
Ze wstrętem
odsunęła się, nerwowym ruchem ocierając wierzchem dłoni usta. Miała wrażenie,
że w tamtej chwili jej żołądek powinien zacząć się buntować i skręcać,
bo – na litość Boską! – dopiero co ssała krew, na dodatek należącą do zwierzęcia,
ale nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – w oszołomieniu uprzytomniła
sobie, że poczuła się lepiej, a palenie w gardle już aż tak bardzo
nie dawało jej się we znaki, nawet jeśli głód wciąż pozostawał w pełni obecny.
Wzięła
kilka głębszych wdechów. W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi jej
pierwszej ofiary, wydając się przysłaniać wszystko innego. Jakby tego było
mało, wciąż miała posokę na dłoniach i ubraniu, chociaż nie miała pojęcia,
co musiała zrobić, by doprowadzić się do takiego stanu. Niecierpliwym ruchem
odgarnęła włosy na bok, bezskutecznie próbując zająć czymś ręce. W ustach wciąż
miała przyjemny posmak krwi – słodkiej i kuszącej, chociaż miała w sobie
jakaś dziwną, niezrozumiałą dla Beatrycze gorycz. Zrozumiała, że to właśnie
musiała być ta różnica o której wspominał Lawrence i która decydowała
o tym że większość wampirów stanowczo protestowała, kiedy w grę
wchodziło przejście na „wegetarianizm”.
Wciąż wytrącona
z równowagi i na swój sposób oszołomiona tym, co zrobiła, w milczeniu
powiodła wzrokiem dookoła. Z opóźnieniem zauważyła, że L. jak gdyby nigdy
nic rozsiadł się na gałęzi jednego z pobliskich drzew, uważnie ją
obserwując. Wyglądał na w pełni rozluźnionego, a może nawet
rozbawionego, jakby to, co widział, wyjątkowo przypadło mu do gustu.
– Nudzi ci
się? – zapytała, podchodząc bliżej i zadzierając głowę, by przypadkiem nie
stracić go z oczu.
– Ani
trochę. – Ześlizgnął się z gałęzi, miękko lądując na ziemi. Zmierzył ją
krytycznym spojrzeniem, a jego uśmiech stał się nieco bardziej drapieżny. –
Dziki. Ciekawa sprawa, ale to miejsce chyba z nich słynie.
– Nie
wierzę w to, co zrobiłam – stwierdziła, nerwowo obejmując się ramionami.
Nie miała
pewności, co tak naprawdę czuła. Jakby tego było mało, wciąż odczuwała głód, a to
zdecydowanie nie przypadło jej do gustu. Być może nie powinna się dziwić, skoro
miała wrażenie, że większość krwi i tak wylądowała na niej, ale i tak
poczuła, że robi jej się niedobrze na samą myśl o tym, że miałaby zabić
kolejne zwierzę.
Z drugiej
strony, jej ciało aż drżało z ekscytacji na samą myśl o kolejnej
porcji krwi – i bez znaczenia było czy w grę wchodziła zawartość żył
człowieka, czy może…
– Potrzebujesz
więcej – stwierdził Lawrence, uświadamiając jej, że targające nią emocje
pozostawały czymś w pełni oczywistym. – Poszukaj sobie czegoś jeszcze. Jak
na moje, to świetnie ci idzie.
– Nabijasz
się ze mnie? – zapytała z niedowierzaniem.
Wyraźnie próbował
powstrzymać uśmiech, ale wyszło mu to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
– Absolutnie
nie – zreflektował się pośpiesznie. – Po prostu… Och, radości, wybacz – wyrzucił
z siebie na wydechu, po czym westchnął przeciągle. – Wciąż cieszę się z tego,
że tutaj jesteś.
Potrząsnęła
głową, wręcz rozbrojona jego słowami. Zawsze potrafił to zrobić – najpierw igrać
z jej emocjami, a później tak czy inaczej doprowadzić do tego, że nie
potrafiła być o to na niego zła. W tamtej chwili na dodatek wszystko w niej
aż krzyczało, że mówił poważnie. To, w jaki sposób się do niej zwracał,
jak wypowiadał kolejne słowa i przez cały ten czas się z nią wpatrywał…
Coś
ścisnęło ją w gardle. Z wolna podeszła bliżej, po czym – obojętna na
to, że wciąż była umazana we krwi – ułożyła dłonie na jego ramionach. Stanęła
na palcach, wyciągając ciało w taki sposób, by bez przeszkód móc musnąć
wargami usta przypatrującego jej się uważnie Lawrence’a.
– To wciąż nie
jest dobra krew – stwierdził dziwnie zachrypniętym głosem. Zadrżała, kiedy
przesunął językiem po jej dolnej wardze. – Ale być może mógłbym ją polubić – dodał,
przysuwając ją do siebie w bardziej stanowczy sposób.
– Zwierzęcą
krew czy mnie? – rzuciła zaczepnym tonem.
Nie
odpowiedział. W zamian znów musnął wargami jej usta – tym razem bardziej
stanowczo, niemniej łapczywie, co i po jej przebudzeniu w salonie,
kiedy…
Jęknęła, po
czym z zaczepnym uśmiechem oswobodziła się z jego uścisku.
– Najpierw
mnie złap.
Zdążyła
zarejestrować to, że spojrzał na nią w szoku, dopiero po chwili
uprzytomniając sobie, czego od niego oczekiwała. Zanim w ogóle zareagował i ruszył
się z miejsca, Beatrycze rzuciła się do biegu. Tym razem w żaden
sposób nie zareagowała na to, że ruszył za nią, bynajmniej nie wrąc się do tego,
by zrobić mu krzywdę. Chciała, żeby ją gonił, nagle czując się trochę jak
dziecko – prawie jak całe wieki temu, gdy mogła ganiać się z siostrami, nie
zastanawiając się nad tym, że którakolwiek z nich mogłaby być zagrożona.
Przez
krótką chwilę wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a ona skupiała
się wyłącznie na tym, by ze śmiechem kluczyć pomiędzy drzewami i trzymać z daleka
od Lawrence’a. Przynajmniej na razie, bo to, że prędzej czy później jednak miał
ją złapać, nie pozostawało najmniejszych wątpliwości – zwłaszcza że tego
chciała.
Pragnęła,
by ją dogonił.
A potem już
tylko trzymał w ramionach i więcej nie puszczał, nieważne co by się
wydarzyło. Wtedy poczułaby się bezpieczna, a przecież o to chodziło.
Wiedziała,
że to nie było takie proste, ale nie dbała o to. Przez krótką chwilę chciała
udawać, że to wystarczy. Tej jednej nocy mogła udawać, że wszystko w pełni
wróciło do normy, a ona nie musiała obawiać się, że nagle coś jeszcze
pójdzie nie tak. Nie miała pojęcia czy tym samym nie popełniała błędu, aż prosząc
się o to, by późniejsze rozczarowanie zabolało, ale…
– Mam cię –
usłyszał tuż przy uchu, w chwili, w której znajome ramiona bezceremonialnie
otoczyły ją w pasie, zmuszając do wytracenia prędkości.
Beatrycze jedynie
się uśmiechnęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz