11 czerwca 2018

Dziesięć

Beatrycze
Znalazła sobie jeszcze dwie ofiary, zanim ostatecznie stwierdziła, że ma dość. Co prawda palenie wciąż dawało jej się we znaki, ale nie aż tak bardzo, by nie była w stanie go zignorować. Lawrence zresztą twierdził, że to normalne, wspominając coś o tym, że przy nadmiarze krwi głód potrafił być nawet gorszy, niż gdyby wypiła za mało. Nie miała pojęcia czymś był „nadmiar”, ale wolała tego nie sprawdzać, w zamian wycofując się kiedy doszła do wniosku, że wypiła wystarczająco.
Nie miała pewności, co tak naprawdę powinna sądzić o konieczności picia krwi. Wolała się nad tym nie zastanawiać, zresztą polowanie na zwierzęta wydawało się lepszą perspektywą, niż gdyby miała zabijać ludzi, ale i tak czuła się z tym dziwnie. Nie podobało jej się to, że mimo wszystko traciła kontrolę. Próbowała przypomnieć sobie cokolwiek pomiędzy momentem, w którym jej zmysły rejestrowały potencjalną ofiarę, a chwilą, w której nagle odkrywała, że klęczy nad martwym truchłem, umazana krwią, ale nie była w stanie. I chociaż za trzecim razem była niemalże pewna, że przy odrobinie szczęścia mogłaby zacząć to kontrolować, ten stan mimo wszystko ją przerażał.
Co, jeśli za którymś razem miała odkryć, że jednak zabiła człowieka? Nie wyobrażała sobie tego, w równym stopniu obawiając się, że mogłaby odkryć, że skrzywdziła kogoś obcego, jak i… znajomego.
Zwłaszcza ta druga możliwość nie dawała jej spokoju.
Mimo wszystko zdołała się rozluźnić, skupiając się na Lawrence’ie. Wydawał się w dobrym humorze, przynajmniej na pierwszy rzut oka, chociaż przecież wiedziała, że wciąż istniało kilka istotnych kwestii, które musieli omówić. Wtedy zdecydowanie żadnemu z nich miało nie być do śmiechu, ale jaki wybór tak naprawdę mieli.
– Skąd wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytała wprost, kiedy bez pośpiechu ruszyli w stronę posiadłości Licavolich. Tak przynajmniej sądziła, bo wyraźnie czuła ich wspólne tropy, mieszające się w jeden.
– Nie wiedziałem – przyznał po chwili wahania.
Spojrzała na niego, nie kryjąc zaskoczenia.
– Więc jakim cudem…?
– Nieźle mnie nastraszyłaś, kiedy okazało się, że jesteś w pobliżu. – To zabrzmiało niemalże jak wyrzut, ale wampir ostatecznie powstrzymał się od jakichkolwiek złośliwych uwag. Założył ramiona na piersi, raptownie poważniejąc. – Tak… Musieliśmy prędzej czy później poruszyć ten temat, prawda?
– Brzmisz tak, jakbyś nie chciał mi powiedzieć – zauważyła, a Lawrence westchnął.
– Teraz i tak nie mam wyboru. Po prostu zakładam, że to ci się nie spodoba – powiedział w końcu, starannie dobierając słowa. – Zawsze byłem w stanie posunąć się… dość daleko, żeby dostać to, czego chcę. W szczególności jeśli chodziło o ciebie.
– Absolutnie nie zauważyłam – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać. – To przecież nie tak, że znalazłeś sposób, żeby dosięgnąć mnie nawet po śmierci.
Rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Coś ścisnęło ją w gardle, zwłaszcza gdy wypowiedziała te słowa na głos. W tamtej chwili wydały jej się bardziej ostateczne i niosące za sobą poważne konsekwencje, niż kiedykolwiek wcześniej. Wszystko to, co zrobił Lawrence – i to tylko po to, by znów mieć ją przy sobie…
– Tak czy inaczej – podjął w pośpiechu wampir, kiedy przeciągająca się cisza zaczęła być zbyt uciążliwa dla oboje – musiałem coś wymyślić. Sama wiesz, jak wyglądała sytuacja. To, co mi powiedziałaś…
– Tak – przerwała mu. – A ty mnie zostawiłeś, nie wysilając się, by chociażby uprzedzić.
Otworzył i zaraz zamknął usta. Rzucił jej niemalże przepraszające spojrzenie, ale oboje wiedzieli, że tak naprawdę niczego nie żałował. Dla Lawrence’a liczył się efekt. Co więcej, teraz był tutaj – i ona też, chociaż to wciąż wydawało jej się czymś nierzeczywistym.
– A co miałem zrobić? – zapytał tak cicho, że gdyby nie wyostrzone zmysły, pewnie miałaby problem z tym, żeby go zrozumieć. – Zwłaszcza po tym, jak Rafael wprost oznajmił, że nie zamierza się tobą przejmować. Tyle dobrego, że przynajmniej troszczy się o Elenę, ale i tak… A ja nie pozwolę, by ta cholera znowu cię dosięgła – dodał gniewnym tonem, a Beatrycze mimowolnie się wzdrygnęła.
– Nie mów tak o nim – wyrzuciła z siebie na wydechu, niespokojnie rozglądając się dookoła. – Lawrence, proszę…
– Uważasz, że słucha? – przerwał jej. Ich spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały, zanim w pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc pozwolić, żeby dostrzegł strach w jej oczach. – Wciąż się go boisz? Posłuchaj…
– Zaczęliśmy rozmawiać o czymś innym – przypomniała mu pośpiesznie.
Lawrence zawahał się, ale przynajmniej nie zaprotestował. Wiedziała, że był zmartwiony i podejrzewał, że wydarzyło się coś niedobrego, ale nie próbował pytać. Przyjęła to z ulgą, mimowolnie zastanawiając się nad tym, jak zareagowałby, gdyby powiedziała mu o Ciemności – o tym, że słyszała jego głos, że wabił ją i przyprowadził aż tutaj…
Ciemność towarzyszyła jej i Ophelii w tamtym domu, a jednak z jakiegoś powodu nie była w stanie ich dosięgnąć.
– Dogadałem się z Amelie – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia. Drgnęła, po czym w pośpiechu przeniosła wzrok na swojego rozmówcę. – Albo ona ze mną.
– Z Amelie? – powtórzyła z niedowierzaniem.
L. uśmiechnął się w nieco gorzki sposób.
– A jakże. Mówiłem, że ci się to nie spodoba – zauważył, ale przynajmniej mówił dalej, najwyraźniej nie widząc powodów do zwłoki. – W zasadzie to ona przyszła do mnie, proponując pomoc. Nie żebym szczególnie jej ufał, ale… jak długo byłaś bezpieczna w domu, mogłem zaryzykować. I zasadniczo tyle, bo resztę już znasz. Wyniosło cię aż do Pizy, chociaż dalej nie mam pojęcia jakim cudem. – Zamilkł, przez chwilę wydając się nad czymś intensywnie myśleć. – Amelie chyba to przewidziała. Obserwowała cię, odkąd się tutaj znalazłaś… Ona i Ravena.
Ravena…
To jedno imię wystarczyło, żeby wytrącić ją z równowagi. Beatrycze drgnęła, nagle zaniepokojona. Dopiero wtedy dotarło do niej, że pamiętała również to, co stało się, zanim ocknęła się w pobliżu domu. Ten dziwny pył i kobieta za którą podążała…
– Ravena… – wyszeptała bezwiednie. – Pierwsza zmiennokształtna… Wszystko jasne – uświadomiła sobie.
Ten ptak, który nagle zerwał się do lotu, kiedy próbowała znaleźć wejście do środka… To wiele tłumaczyło, tak jak i napięcie, z jakim Lawrence obserwował okolicę.
– Doprawdy? – L. spojrzał na nią z zawahaniem. – To świetnie, bo teraz moja kolej, żeby pytać.
– Kiedy ja jeszcze nie skończyłam! – obruszyła się, nagle spanikowana. Obawiała się tego, co – być może – miałaby mu powiedzieć. – Dalej nie wiem jakim cudem… jestem taka.
Nie musiała dodawać niczego więcej. To, co miała na myśli, było oczywiste – i to nie tylko dlatego, że szła u jego boku, cała pokryta krwią.
– Nie pamiętasz? – zapytał zaskakująco łagodnie.
– Nie. – Pytałaby, gdyby było inaczej? – Byłam… Wcześniej wydarzyło się coś, czego nie rozumiem, ale to wyjaśnię ci za chwilę. Fakt faktem, że nagle po prostu zaatakował mnie bólu.
Przez jego twarz przemknął cień. Westchnęła cicho, nagle zaczynając mieć wyrzuty sumienia z powodu tego, że powiedziała mu o tym w tak bezpośredni sposób.
– Amelie – wyjaśnił niechętnie. – Znalazłem was obie w salonie. Była nieprzytomna, a ona… Cóż, ukąsiła cię.
Zabrzmiało to trochę tak, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie. Przez moment jego głos wydawał się obcy, niemalże całkowicie wyprany z jakichkolwiek emocji. To jednoznacznie dało Beatrycze do zrozumienia, że w rzeczywistości ledwo nad sobą panował. Udawał, bo rozmawiał z nią, ale to nie zmieniało faktu, że był zagniewany.
– To nie z Amelie rozmawiałam… – stwierdziła, nim w ogóle zdążyła ugryźć się w język.
– A co to niby miało znaczyć?
Gniewna nuta w jego głosie wystarczyła, żeby poczuła się niemalże jak w potrzasku. Wzdrygnęła się, kiedy nagle znalazł się tuż przed nią, stanowczo zmuszając do tego, żeby się zatrzymała. Jego dłonie jak na zawołanie wylądowały na jej ramionach, ale chociaż dotyk Lawrence’a jak zwykle przyniósł jej przyjemność, wcale nie poczuła się dobrze z tym, że mógłby na nią naciskać.
– Za chwilę. Zwłaszcza że teraz ty pytasz – zapewniła pośpiesznie. – Ja po prostu…
Urwała, bynajmniej nie dlatego, że nie miała pewności, co w pierwszej kolejności powinna mu powiedzieć. Jasne, to było trudne, ale nie zmieniało faktu, że nie widziała powodu, dla którego dalej miałaby unikać wyjaśnień. W gruncie rzeczy im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza była, że powinna wprost wytłumaczyć mu wszystko – wspomnienia Ophelii, klątwę i to, że w istocie słyszała głos Ciemności. Co więcej, ona i Elena wciąż były zagrożone. Lawrence z kolei był „jej Jilianem”, jak określiła to Ophelia, więc tym bardziej miał prawo wiedzieć.
Nie on jeden.
Zrozumiała to w chwili, w której uprzytomniła sobie, że nie byli sami. Nagle wyprostowała się niczym struna, bez trudu wyczuwając czyjąś obecność. Co więcej, była gotowa przysiąc, że dobrze znała ten zapach, chociaż od momentu przemiany wszystko było inne, a ona dopiero uczyła się używania tych nowych, przesadnie wręcz wyostrzonych zmysłów.
W pierwszym odruchu Lawrence drgnął, instynktownie zasłaniając ją własnym ciałem. Nim Beatrycze zdążyła dojść do wniosku, czy jednak powinna zacząć się obawiać, wyczuła, że wampir się rozluźnił.
– Ach… To ty – rzucił jakby od niechcenia i zabrzmiał przy tym niemalże na rozczarowanego.
Dopiero po chwili zauważyła Carlisle’a. Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, łącznie z tym, że nagle będą zmuszeni się bronić, więc widok wampira skutecznie wytrącił ją z równowagi. Bez trudu zauważyła, że był podenerwowany; złociste tęczówki pociemniały, a wyraz twarzy jednoznacznie świadczył o tym, że się martwił. Zastygł w bezruchu pomiędzy drzewami, w milczeniu obserwując ją i ojca, sprawiając przy tym wrażenie co najmniej zszokowanego.
Beatrycze też taka była.
Zamarła, bezwiednie zaciskając palce na ramieniu Lawrence’a – i to na tyle mocno, że gdyby był człowiekiem, wtedy jak nic połamałaby mu kości. W normalnym wypadku jej serce najpewniej tłukłoby się w piersi tak mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz, jednak w tamtej chwili było to niemożliwe… Już nigdy nie miało być. Trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko, i nie będąc w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa.
To okazało się bardziej gwałtowne, niż kiedy zaraz po przemianie zobaczyła Lawrence’a. Już wtedy czuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, najzwyczajniej w świecie nie dowierzając. Fakt, że odzyskała pamięć, czynił wszystko bardziej niezwykłym niż to, że mogłaby dysponować wyostrzonymi zmysłami.
Bo Lawrence’a przynajmniej miała okazję poznać.
Teraz zaś po raz pierwszy w pełni świadomy sposób mogła spojrzeć na własnego syna. I to ją przerosło, wytrącając z równowagi do tego stopnia, że była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu i bezmyślnie się patrzeć.
Dopiero w tamtej chwili dotarło do niej, jak bardzo pusta się czuła. Ledwo powstrzymała się od ułożenia obu dłoni na brzuchu – od dawna już idealnie płaskim, bo przecież od jej śmierci minęły całe wieki. Jasne, miała okazję obserwować, dzięki czemu wiedziała o Carlisle’u dość, by sądzić, że go znała, ale to było co innego. Tak naprawdę przez cały ten czas okłamywała samą siebie, co dotarło do niej dopiero w chwili, w której w końcu stanęli naprzeciwko siebie.
Czuła, że powinna coś powiedzieć. Albo przynajmniej wpaść mu w ramiona i uściskać chociażby za to, że przyszedł. Powinna coś zrobić i to nie tylko dlatego, że jak nic nieźle go nastraszyła, kiedy tak po prostu zniknęła, bez słowa wyjaśnienia wychodząc z domu.
Powinna, ale…
– Mój Boże, co się stało? – Aż wzdrygnęła się, kiedy to Carlisle jako pierwszy ruszył się z miejsca. Wyminął Lawrence’a, nie pozostawiając wampirowi innego wyboru, jak tylko odsunąć się na bok. Beatrycze nawet nie drgnęła, gdy syn zmaterializował się tuż przed nią, bezceremonialnie chwytając za ramiona. – Widzisz, jak ona wygląda? Co…?
Być może mówił coś jeszcze, ale to nie miało znaczenia. Beatrycze i tak była w stanie co najwyżej tkwić w miejscu, patrzeć mu w twarz i próbować wykrztusić z siebie cokolwiek, co zabrzmiałoby sensownie. Koniec końców po prostu milczała, bezskutecznie próbując zwalczyć pustkę w głowie.
Potrzebowała kilku sekund, by zinterpretować słowa Carlisle’a na tyle sensownie, by uprzytomnić sobie, w jaki sposób musiał postrzegać ją w tamtej chwili. Stała przed nim całkowicie odmieniona, śmiertelnie blada i z czerwonymi, świadczącymi o niedawnym polowaniu oczami. Jakby tego było mało, na ubraniu i we włosach wciąż miała krew, co przy dotychczasowych upodobaniach Lawrence’a mogło oznaczać tylko jedno…
I L. musiał o tym wiedzieć, bo nagle prychnął i spojrzał na syna w niemalże urażony sposób.
– No, masz mnie! Nie dopilnowałem jej, bo i po co? Właśnie obaliliśmy dwie pobliskie wioski, a w drodze powrotnej jeszcze tutejsze przedszkole, bo o tej porze to już tylko coś lekkostrawnego – oznajmił, po czym parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Naprawdę masz mnie za idiotę czy jak?
Sądząc po ciszy, którą w pierwszej chwili Carlisle skwitował jego słowa, odpowiedź była oczywista.
Beatrycze drgnęła, czując się trochę tak, jakby nagle wyrwano ją z transu. W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, niespokojnie spoglądając to na jednego, to znów na drugiego z towarzyszących jej mężczyzn. Miała ochotę warknąć na Lawrence’a, co zresztą bez wahania by zrobiła, gdyby tylko mogła zebrać myśli.
Z tym, że nie potrafiła. W głowie miała pustkę, jej uwagę zaś w zbyt wielkim stopniu pochłaniał Carlisle. Wystarczyło, że już i tak patrzył na nią tak, jakby sądził, że miała kogoś na sumieniu. Co prawda wątpiła, by miał coś przeciwko, gdyby nagle naskoczyła akurat na Lawrence’a, ale…
– Proszę… – zaczęła z wahaniem.
Jej głos zabrzmiał dziwnie – nienaturalnie piskliwy i zdławiony, przez co ledwo mogła zrozumieć samą siebie. Zamilkła i przełknęła z trudem, próbując się uspokoić. To, że Carlisle jak na zawołanie przeniósł na nią wzrok, spoglądając nań niemalże łagodnie, wcale nie pomagało. Wciąż stał tuż przed nią, trzymając dłonie na jej ramionach i obserwując tak dokładnie, jakby podejrzewał, że jednak wydarzyło się coś, co powinno go zmartwić.
– Wszystko w porządku – zapewnił pośpiesznie, raz jeszcze mierząc ją wzrokiem. Coś w wyrazie jego twarzy złagodniało, przez co poczuła się jeszcze bardziej niepewna i rozczulona. W końcu on tak naprawdę wiedział do kogo się zwracał. – Czy ty…? Chciałbym wiedzieć, jak sobie radzisz – wyjaśnił, ale wyczuła, że w rzeczywistości chciał zadać zupełnie inne pytanie.
– Nikogo nie zabiłam – oznajmiła, nie mogąc się powstrzymać. – Nie mogłabym tak po prostu…
Urwała, gdy po raz kolejny coś ścisnęło ją w gardle. Czuła, że powinna powiedzieć coś jeszcze, ale sformułowanie jakiejkolwiek sensownej wypowiedzi, wydawało się graniczyć z cudem.
– To zwierzęca krew – wtrącił ze swojego miejsca Lawrence. Założył ramiona na piersi, po czym wymownie spojrzał w niebo. – Tak tylko mówię.
– Czuję. Wybacz, proszę – zreflektował się pośpiesznie Carlisle, ale nie brzmiał na szczególnie skruszonego tym, że jednak mógłby mieć wątpliwości. – Przed chwilą dotarliśmy. Żadnego z was nie było w pobliżu i… Sami rozumiecie.
Słuchała, ale to wciąż działo się jakby poza nią. W tamtej chwili mogła co najwyżej stać i wpatrywać się w stojącego przed nią mężczyznę. Chłonęła każdy szczegół tymi nowymi, wyostrzonymi zmysłami, nie pierwszy raz mając wrażenie, że uczyła się wszystkiego na pamięć. Jego zapach, dotyk, jasne włosy i oczy, o których pamiętała, że kiedyś były niebieskie, a teraz spoglądały na nią łagodnie, czarując złocistą barwą i tym, że…
– Beatrycze?
Nie miała pewności, który z nich wypowiedział jej imię – Lawrence czy Carlisle. Drgnęła, wyrwana z zamyślenia. Znów spojrzała na każdego z nich z osobna, uparcie milcząc i nie będąc w stanie wykrztusić z siebie słowa.
– Ja…
– Mam cię wyręczyć, radości? – zapytał wprost Lawrence, rzucając jej wymowne, wręcz przenikliwe spojrzenie.
Carlisle drgnął, po czym wymownie spojrzał na ojca. W jego oczach pojawiła się konsternacja, jakby sam nie był pewien, co powinien sądzić nie tyle o pytaniu Lawrence’a, co sposobie w jaki ten zwracał się do Beatrycze. Już wcześniej L. dawał do zrozumienia, że była dla niego ważna, jednak nie robił tego w aż tak otwarty sposób. To jedno słowo – „radość” – zwłaszcza w jego ustach brzmiało w sposób wystarczająco wymowny, by zwracało uwagę.
Beatrycze energicznie potrząsnęła głową, z opóźnieniem reagując na pytanie, które przecież było skierowane do niej. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, raz jeszcze próbując się uspokoić. Chciała zrobić to sama – porozmawiać z Carlisle’em tak, jak na to zasłużył – ale… nie miała pojęcia w jaki sposób się za to zabrać.
– Co się dzieje? – zaniepokoił się sam zainteresowany. Krótko spojrzał na Lawrence’a, ale jego oczy raz po raz uciekały ku niej. No i wciąż jej dotykał, zupełnie jakby to była najoczywistsza rzeczy na świecie. – Zresztą to może zaczekać. Nie jestem tutaj sam, no i Beatrycze… Masz prawo być skołowana – zapewnił pośpiesznie, a ona przez moment zapragnęła roześmiać się histerycznie. Do tego wszystkiego próbował ją pocieszać, jakby to on był winien tego, co się wydarzyło! – Cokolwiek się wydarzyło, możemy…
– Pamiętam – weszła mu w słowo, nawet się nad tym nie zastanawiając.
To była zaledwie sekunda – tyle wystarczyło, by dookoła znów zapanowała przejmująca cisza. Beatrycze uciekła wzrokiem gdzieś w bok, w milczeniu spoglądając na swoje zaciśnięte w pięści dłonie. Uświadomiła sobie, że przestała oddychać, ale to wydało jej się tak bardzo nic nieznaczące, że praktycznie nie zwróciła na to uwagi. W rzeczywistości szukała czegokolwiek, czym mogłaby zająć umysł, ale i tak nie była w stanie ot tak zignorować spojrzenia wpatrzonego w nią Carlisle’a.
Wiedziała, że wciąż na nią patrzył, dosłownie taksując wzrokiem. Czuła, że jego dłonie wziąć zaciskają się na jej ramionach – i to bardziej niż do tej pory, zwłaszcza gdy dotarł do niego sens tego, co właśnie powiedziała. A jednak mimo to milczał, co może i nie było niczym dziwnym, ale Beatrycze i tak poczuła się tak, jakby nagle zaczęła balansować gdzieś na krawędzi szaleństwa.
Chciała, żeby coś powiedział. Cokolwiek, nawet jeśli jednocześnie panicznie się tego bała.
Napięła i zaraz rozluźniła mięśnie. Jakaś jej cząstka chciała się odsunąć i na niego spojrzeć, ale nie była w stanie się na to zdobyć. Bała się tego, co mogłaby zobaczyć, uświadamiając sobie, że tak naprawdę wcale nie była gotowa na to spotkanie. To wszystko działo się zdecydowanie zbyt szybko – przemiana, Lawrence, a teraz…
A potem Carlisle bezceremonialnie przygarnął ją do siebie, zamykając w silnym, zdecydowanym uścisku.
Beatrycze zamarła, kiedy otoczył ją jego słodki zapach. W pierwszym odruchu nie zareagowała, świadoma co najwyżej tego, że ją przytulał. Dopiero po chwili znalazła w sobie dość siły, by odwzajemnić uścisk – początkowo bardzo niepewnie, jednak prawie natychmiast przywarła do niego całym ciałem, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Wciąż nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa, ale to już nie miało znaczenia. Miała wrażenie, że i tak nie byłaby w stanie znaleźć odpowiednich słów.
Cóż, nie musiała.
Nie miała pojęcia, czy to w ogóle możliwe, ale czuła się tak, jakby jeden proste gesty wystarczyły. Trwała w jego ramionach, w pełni świadoma tego, kim był, i nie potrzebowała niczego więcej. Cokolwiek się działo, było właściwe, Beatrycze zaś poczuła, że wszystko po raz kolejny znalazło się na swoim miejscu. Chociaż przez chwilę znów była w stanie oszukiwać samą siebie, powtarzając sobie, że tak naprawdę nie miała powodów do niepokoju. W tamtym momencie naprawdę tak było, a przynajmniej chciała w to uwierzyć.
Westchnęła w duchu, po czym zamknęła oczy. Jeśli to jednak był sen, wcale nie chciała się budzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa