
Beatrycze
Znalazła sobie jeszcze dwie
ofiary, zanim ostatecznie stwierdziła, że ma dość. Co prawda palenie wciąż
dawało jej się we znaki, ale nie aż tak bardzo, by nie była w stanie go
zignorować. Lawrence zresztą twierdził, że to normalne, wspominając coś o tym,
że przy nadmiarze krwi głód potrafił być nawet gorszy, niż gdyby wypiła za
mało. Nie miała pojęcia czymś był „nadmiar”, ale wolała tego nie sprawdzać, w zamian
wycofując się kiedy doszła do wniosku, że wypiła wystarczająco.
Nie miała
pewności, co tak naprawdę powinna sądzić o konieczności picia krwi. Wolała
się nad tym nie zastanawiać, zresztą polowanie na zwierzęta wydawało się lepszą
perspektywą, niż gdyby miała zabijać ludzi, ale i tak czuła się z tym
dziwnie. Nie podobało jej się to, że mimo wszystko traciła kontrolę. Próbowała
przypomnieć sobie cokolwiek pomiędzy momentem, w którym jej zmysły
rejestrowały potencjalną ofiarę, a chwilą, w której nagle odkrywała,
że klęczy nad martwym truchłem, umazana krwią, ale nie była w stanie. I chociaż
za trzecim razem była niemalże pewna, że przy odrobinie szczęścia mogłaby
zacząć to kontrolować, ten stan mimo wszystko ją przerażał.
Co, jeśli
za którymś razem miała odkryć, że jednak zabiła człowieka? Nie wyobrażała sobie
tego, w równym stopniu obawiając się, że mogłaby odkryć, że skrzywdziła
kogoś obcego, jak i… znajomego.
Zwłaszcza
ta druga możliwość nie dawała jej spokoju.
Mimo
wszystko zdołała się rozluźnić, skupiając się na Lawrence’ie. Wydawał się w dobrym
humorze, przynajmniej na pierwszy rzut oka, chociaż przecież wiedziała, że
wciąż istniało kilka istotnych kwestii, które musieli omówić. Wtedy
zdecydowanie żadnemu z nich miało nie być do śmiechu, ale jaki wybór tak
naprawdę mieli.
– Skąd
wiedziałeś, że tutaj będę? – zapytała wprost, kiedy bez pośpiechu ruszyli w stronę
posiadłości Licavolich. Tak przynajmniej sądziła, bo wyraźnie czuła ich wspólne
tropy, mieszające się w jeden.
– Nie
wiedziałem – przyznał po chwili wahania.
Spojrzała
na niego, nie kryjąc zaskoczenia.
– Więc
jakim cudem…?
– Nieźle
mnie nastraszyłaś, kiedy okazało się, że jesteś w pobliżu. – To zabrzmiało
niemalże jak wyrzut, ale wampir ostatecznie powstrzymał się od jakichkolwiek
złośliwych uwag. Założył ramiona na piersi, raptownie poważniejąc. – Tak…
Musieliśmy prędzej czy później poruszyć ten temat, prawda?
– Brzmisz
tak, jakbyś nie chciał mi powiedzieć – zauważyła, a Lawrence westchnął.
– Teraz i tak
nie mam wyboru. Po prostu zakładam, że to ci się nie spodoba – powiedział w końcu,
starannie dobierając słowa. – Zawsze byłem w stanie posunąć się… dość
daleko, żeby dostać to, czego chcę. W szczególności jeśli chodziło o ciebie.
–
Absolutnie nie zauważyłam – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać. – To przecież
nie tak, że znalazłeś sposób, żeby dosięgnąć mnie nawet po śmierci.
Rzucił jej
bliżej nieokreślone spojrzenie. Coś ścisnęło ją w gardle, zwłaszcza gdy
wypowiedziała te słowa na głos. W tamtej chwili wydały jej się bardziej
ostateczne i niosące za sobą poważne konsekwencje, niż kiedykolwiek
wcześniej. Wszystko to, co zrobił Lawrence – i to tylko po to, by znów
mieć ją przy sobie…
– Tak czy
inaczej – podjął w pośpiechu wampir, kiedy przeciągająca się cisza zaczęła
być zbyt uciążliwa dla oboje – musiałem coś wymyślić. Sama wiesz, jak wyglądała
sytuacja. To, co mi powiedziałaś…
– Tak –
przerwała mu. – A ty mnie zostawiłeś, nie wysilając się, by chociażby
uprzedzić.
Otworzył i zaraz
zamknął usta. Rzucił jej niemalże przepraszające spojrzenie, ale oboje
wiedzieli, że tak naprawdę niczego nie żałował. Dla Lawrence’a liczył się
efekt. Co więcej, teraz był tutaj – i ona też, chociaż to wciąż wydawało
jej się czymś nierzeczywistym.
– A co
miałem zrobić? – zapytał tak cicho, że gdyby nie wyostrzone zmysły, pewnie
miałaby problem z tym, żeby go zrozumieć. – Zwłaszcza po tym, jak Rafael
wprost oznajmił, że nie zamierza się tobą przejmować. Tyle dobrego, że
przynajmniej troszczy się o Elenę, ale i tak… A ja nie pozwolę,
by ta cholera znowu cię dosięgła – dodał gniewnym tonem, a Beatrycze
mimowolnie się wzdrygnęła.
– Nie mów
tak o nim – wyrzuciła z siebie na wydechu, niespokojnie rozglądając
się dookoła. – Lawrence, proszę…
– Uważasz,
że słucha? – przerwał jej. Ich spojrzenia na ułamek sekundy się spotkały, zanim
w pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc pozwolić, żeby
dostrzegł strach w jej oczach. – Wciąż się go boisz? Posłuchaj…
–
Zaczęliśmy rozmawiać o czymś innym – przypomniała mu pośpiesznie.
Lawrence
zawahał się, ale przynajmniej nie zaprotestował. Wiedziała, że był zmartwiony i podejrzewał,
że wydarzyło się coś niedobrego, ale nie próbował pytać. Przyjęła to z ulgą,
mimowolnie zastanawiając się nad tym, jak zareagowałby, gdyby powiedziała mu o Ciemności
– o tym, że słyszała jego głos, że wabił ją i przyprowadził aż tutaj…
Ciemność
towarzyszyła jej i Ophelii w tamtym domu, a jednak z jakiegoś
powodu nie była w stanie ich dosięgnąć.
– Dogadałem
się z Amelie – usłyszała i to wystarczyło, by wyrwać ją z zamyślenia.
Drgnęła, po czym w pośpiechu przeniosła wzrok na swojego rozmówcę. – Albo
ona ze mną.
– Z Amelie?
– powtórzyła z niedowierzaniem.
L.
uśmiechnął się w nieco gorzki sposób.
– A jakże.
Mówiłem, że ci się to nie spodoba – zauważył, ale przynajmniej mówił dalej,
najwyraźniej nie widząc powodów do zwłoki. – W zasadzie to ona przyszła do
mnie, proponując pomoc. Nie żebym szczególnie jej ufał, ale… jak długo byłaś
bezpieczna w domu, mogłem zaryzykować. I zasadniczo tyle, bo resztę
już znasz. Wyniosło cię aż do Pizy, chociaż dalej nie mam pojęcia jakim cudem.
– Zamilkł, przez chwilę wydając się nad czymś intensywnie myśleć. – Amelie
chyba to przewidziała. Obserwowała cię, odkąd się tutaj znalazłaś… Ona i Ravena.
Ravena…
To jedno
imię wystarczyło, żeby wytrącić ją z równowagi. Beatrycze drgnęła, nagle
zaniepokojona. Dopiero wtedy dotarło do niej, że pamiętała również to, co stało
się, zanim ocknęła się w pobliżu domu. Ten dziwny pył i kobieta za
którą podążała…
– Ravena… –
wyszeptała bezwiednie. – Pierwsza zmiennokształtna… Wszystko jasne –
uświadomiła sobie.
Ten ptak,
który nagle zerwał się do lotu, kiedy próbowała znaleźć wejście do środka… To
wiele tłumaczyło, tak jak i napięcie, z jakim Lawrence obserwował
okolicę.
– Doprawdy?
– L. spojrzał na nią z zawahaniem. – To świetnie, bo teraz moja kolej,
żeby pytać.
– Kiedy ja
jeszcze nie skończyłam! – obruszyła się, nagle spanikowana. Obawiała się tego,
co – być może – miałaby mu powiedzieć. – Dalej nie wiem jakim cudem… jestem
taka.
Nie musiała
dodawać niczego więcej. To, co miała na myśli, było oczywiste – i to nie
tylko dlatego, że szła u jego boku, cała pokryta krwią.
– Nie
pamiętasz? – zapytał zaskakująco łagodnie.
– Nie. –
Pytałaby, gdyby było inaczej? – Byłam… Wcześniej wydarzyło się coś, czego nie
rozumiem, ale to wyjaśnię ci za chwilę. Fakt faktem, że nagle po prostu
zaatakował mnie bólu.
Przez jego
twarz przemknął cień. Westchnęła cicho, nagle zaczynając mieć wyrzuty sumienia z powodu
tego, że powiedziała mu o tym w tak bezpośredni sposób.
– Amelie –
wyjaśnił niechętnie. – Znalazłem was obie w salonie. Była nieprzytomna, a ona…
Cóż, ukąsiła cię.
Zabrzmiało
to trochę tak, jakby właśnie rozmawiali o pogodzie. Przez moment jego głos
wydawał się obcy, niemalże całkowicie wyprany z jakichkolwiek emocji. To
jednoznacznie dało Beatrycze do zrozumienia, że w rzeczywistości ledwo nad
sobą panował. Udawał, bo rozmawiał z nią, ale to nie zmieniało faktu, że
był zagniewany.
– To nie z Amelie
rozmawiałam… – stwierdziła, nim w ogóle zdążyła ugryźć się w język.
– A co
to niby miało znaczyć?
Gniewna
nuta w jego głosie wystarczyła, żeby poczuła się niemalże jak w potrzasku.
Wzdrygnęła się, kiedy nagle znalazł się tuż przed nią, stanowczo zmuszając do
tego, żeby się zatrzymała. Jego dłonie jak na zawołanie wylądowały na jej
ramionach, ale chociaż dotyk Lawrence’a jak zwykle przyniósł jej przyjemność,
wcale nie poczuła się dobrze z tym, że mógłby na nią naciskać.
– Za
chwilę. Zwłaszcza że teraz ty pytasz – zapewniła pośpiesznie. – Ja po prostu…
Urwała,
bynajmniej nie dlatego, że nie miała pewności, co w pierwszej kolejności
powinna mu powiedzieć. Jasne, to było trudne, ale nie zmieniało faktu, że nie
widziała powodu, dla którego dalej miałaby unikać wyjaśnień. W gruncie
rzeczy im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza była, że powinna
wprost wytłumaczyć mu wszystko – wspomnienia Ophelii, klątwę i to, że w istocie
słyszała głos Ciemności. Co więcej, ona i Elena wciąż były zagrożone.
Lawrence z kolei był „jej Jilianem”, jak określiła to Ophelia, więc tym
bardziej miał prawo wiedzieć.
Nie on
jeden.
Zrozumiała
to w chwili, w której uprzytomniła sobie, że nie byli sami. Nagle
wyprostowała się niczym struna, bez trudu wyczuwając czyjąś obecność. Co
więcej, była gotowa przysiąc, że dobrze znała ten zapach, chociaż od momentu
przemiany wszystko było inne, a ona dopiero uczyła się używania tych
nowych, przesadnie wręcz wyostrzonych zmysłów.
W pierwszym
odruchu Lawrence drgnął, instynktownie zasłaniając ją własnym ciałem. Nim
Beatrycze zdążyła dojść do wniosku, czy jednak powinna zacząć się obawiać,
wyczuła, że wampir się rozluźnił.
– Ach… To
ty – rzucił jakby od niechcenia i zabrzmiał przy tym niemalże na
rozczarowanego.
Dopiero po
chwili zauważyła Carlisle’a. Spodziewała się naprawdę wielu rzeczy, łącznie z tym,
że nagle będą zmuszeni się bronić, więc widok wampira skutecznie wytrącił ją z równowagi.
Bez trudu zauważyła, że był podenerwowany; złociste tęczówki pociemniały, a wyraz
twarzy jednoznacznie świadczył o tym, że się martwił. Zastygł w bezruchu
pomiędzy drzewami, w milczeniu obserwując ją i ojca, sprawiając przy
tym wrażenie co najmniej zszokowanego.
Beatrycze
też taka była.
Zamarła, bezwiednie
zaciskając palce na ramieniu Lawrence’a – i to na tyle mocno, że gdyby był
człowiekiem, wtedy jak nic połamałaby mu kości. W normalnym wypadku jej
serce najpewniej tłukłoby się w piersi tak mocno, jakby chciało wyrwać się
na zewnątrz, jednak w tamtej chwili było to niemożliwe… Już nigdy nie
miało być. Trwała w bezruchu, oddychając szybko i płytko, i nie
będąc w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa.
To okazało
się bardziej gwałtowne, niż kiedy zaraz po przemianie zobaczyła Lawrence’a. Już
wtedy czuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po
głowie, najzwyczajniej w świecie nie dowierzając. Fakt, że odzyskała
pamięć, czynił wszystko bardziej niezwykłym niż to, że mogłaby dysponować
wyostrzonymi zmysłami.
Bo
Lawrence’a przynajmniej miała okazję poznać.
Teraz zaś
po raz pierwszy w pełni świadomy sposób mogła spojrzeć na własnego syna. I to
ją przerosło, wytrącając z równowagi do tego stopnia, że była w stanie
co najwyżej tkwić w bezruchu i bezmyślnie się patrzeć.
Dopiero w tamtej
chwili dotarło do niej, jak bardzo pusta się czuła. Ledwo powstrzymała się od
ułożenia obu dłoni na brzuchu – od dawna już idealnie płaskim, bo przecież od
jej śmierci minęły całe wieki. Jasne, miała okazję obserwować, dzięki czemu
wiedziała o Carlisle’u dość, by sądzić, że go znała, ale to było co
innego. Tak naprawdę przez cały ten czas okłamywała samą siebie, co dotarło do
niej dopiero w chwili, w której w końcu stanęli naprzeciwko
siebie.
Czuła, że
powinna coś powiedzieć. Albo przynajmniej wpaść mu w ramiona i uściskać
chociażby za to, że przyszedł. Powinna coś zrobić i to nie tylko dlatego,
że jak nic nieźle go nastraszyła, kiedy tak po prostu zniknęła, bez słowa
wyjaśnienia wychodząc z domu.
Powinna,
ale…
– Mój Boże,
co się stało? – Aż wzdrygnęła się, kiedy to Carlisle jako pierwszy ruszył się z miejsca.
Wyminął Lawrence’a, nie pozostawiając wampirowi innego wyboru, jak tylko
odsunąć się na bok. Beatrycze nawet nie drgnęła, gdy syn zmaterializował się
tuż przed nią, bezceremonialnie chwytając za ramiona. – Widzisz, jak ona
wygląda? Co…?
Być może
mówił coś jeszcze, ale to nie miało znaczenia. Beatrycze i tak była w stanie
co najwyżej tkwić w miejscu, patrzeć mu w twarz i próbować
wykrztusić z siebie cokolwiek, co zabrzmiałoby sensownie. Koniec końców po
prostu milczała, bezskutecznie próbując zwalczyć pustkę w głowie.
Potrzebowała
kilku sekund, by zinterpretować słowa Carlisle’a na tyle sensownie, by
uprzytomnić sobie, w jaki sposób musiał postrzegać ją w tamtej
chwili. Stała przed nim całkowicie odmieniona, śmiertelnie blada i z czerwonymi,
świadczącymi o niedawnym polowaniu oczami. Jakby tego było mało, na
ubraniu i we włosach wciąż miała krew, co przy dotychczasowych
upodobaniach Lawrence’a mogło oznaczać tylko jedno…
I L. musiał
o tym wiedzieć, bo nagle prychnął i spojrzał na syna w niemalże
urażony sposób.
– No, masz
mnie! Nie dopilnowałem jej, bo i po co? Właśnie obaliliśmy dwie pobliskie
wioski, a w drodze powrotnej jeszcze tutejsze przedszkole, bo o tej
porze to już tylko coś lekkostrawnego – oznajmił, po czym parsknął pozbawionym
wesołości śmiechem. – Naprawdę masz mnie za idiotę czy jak?
Sądząc po
ciszy, którą w pierwszej chwili Carlisle skwitował jego słowa, odpowiedź
była oczywista.
Beatrycze
drgnęła, czując się trochę tak, jakby nagle wyrwano ją z transu. W milczeniu
powiodła wzrokiem dookoła, niespokojnie spoglądając to na jednego, to znów na
drugiego z towarzyszących jej mężczyzn. Miała ochotę warknąć na Lawrence’a,
co zresztą bez wahania by zrobiła, gdyby tylko mogła zebrać myśli.
Z tym, że nie
potrafiła. W głowie miała pustkę, jej uwagę zaś w zbyt wielkim
stopniu pochłaniał Carlisle. Wystarczyło, że już i tak patrzył na nią tak,
jakby sądził, że miała kogoś na sumieniu. Co prawda wątpiła, by miał coś
przeciwko, gdyby nagle naskoczyła akurat na Lawrence’a, ale…
– Proszę… –
zaczęła z wahaniem.
Jej głos
zabrzmiał dziwnie – nienaturalnie piskliwy i zdławiony, przez co ledwo
mogła zrozumieć samą siebie. Zamilkła i przełknęła z trudem, próbując
się uspokoić. To, że Carlisle jak na zawołanie przeniósł na nią wzrok,
spoglądając nań niemalże łagodnie, wcale nie pomagało. Wciąż stał tuż przed
nią, trzymając dłonie na jej ramionach i obserwując tak dokładnie, jakby
podejrzewał, że jednak wydarzyło się coś, co powinno go zmartwić.
– Wszystko w porządku
– zapewnił pośpiesznie, raz jeszcze mierząc ją wzrokiem. Coś w wyrazie
jego twarzy złagodniało, przez co poczuła się jeszcze bardziej niepewna i rozczulona.
W końcu on tak naprawdę wiedział do kogo się zwracał. – Czy ty…? Chciałbym
wiedzieć, jak sobie radzisz – wyjaśnił, ale wyczuła, że w rzeczywistości
chciał zadać zupełnie inne pytanie.
– Nikogo
nie zabiłam – oznajmiła, nie mogąc się powstrzymać. – Nie mogłabym tak po
prostu…
Urwała, gdy
po raz kolejny coś ścisnęło ją w gardle. Czuła, że powinna powiedzieć coś
jeszcze, ale sformułowanie jakiejkolwiek sensownej wypowiedzi, wydawało się
graniczyć z cudem.
– To
zwierzęca krew – wtrącił ze swojego miejsca Lawrence. Założył ramiona na
piersi, po czym wymownie spojrzał w niebo. – Tak tylko mówię.
– Czuję.
Wybacz, proszę – zreflektował się pośpiesznie Carlisle, ale nie brzmiał na
szczególnie skruszonego tym, że jednak mógłby mieć wątpliwości. – Przed chwilą
dotarliśmy. Żadnego z was nie było w pobliżu i… Sami rozumiecie.
Słuchała,
ale to wciąż działo się jakby poza nią. W tamtej chwili mogła co najwyżej
stać i wpatrywać się w stojącego przed nią mężczyznę. Chłonęła każdy
szczegół tymi nowymi, wyostrzonymi zmysłami, nie pierwszy raz mając wrażenie,
że uczyła się wszystkiego na pamięć. Jego zapach, dotyk, jasne włosy i oczy,
o których pamiętała, że kiedyś były niebieskie, a teraz spoglądały na
nią łagodnie, czarując złocistą barwą i tym, że…
–
Beatrycze?
Nie miała
pewności, który z nich wypowiedział jej imię – Lawrence czy Carlisle.
Drgnęła, wyrwana z zamyślenia. Znów spojrzała na każdego z nich z osobna,
uparcie milcząc i nie będąc w stanie wykrztusić z siebie słowa.
– Ja…
– Mam cię
wyręczyć, radości? – zapytał wprost Lawrence, rzucając jej wymowne, wręcz
przenikliwe spojrzenie.
Carlisle drgnął,
po czym wymownie spojrzał na ojca. W jego oczach pojawiła się konsternacja,
jakby sam nie był pewien, co powinien sądzić nie tyle o pytaniu Lawrence’a,
co sposobie w jaki ten zwracał się do Beatrycze. Już wcześniej L. dawał do
zrozumienia, że była dla niego ważna, jednak nie robił tego w aż tak
otwarty sposób. To jedno słowo – „radość” – zwłaszcza w jego ustach
brzmiało w sposób wystarczająco wymowny, by zwracało uwagę.
Beatrycze energicznie
potrząsnęła głową, z opóźnieniem reagując na pytanie, które przecież było
skierowane do niej. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, raz jeszcze
próbując się uspokoić. Chciała zrobić to sama – porozmawiać z Carlisle’em
tak, jak na to zasłużył – ale… nie miała pojęcia w jaki sposób się za to
zabrać.
– Co się
dzieje? – zaniepokoił się sam zainteresowany. Krótko spojrzał na Lawrence’a,
ale jego oczy raz po raz uciekały ku niej. No i wciąż jej dotykał,
zupełnie jakby to była najoczywistsza rzeczy na świecie. – Zresztą to może
zaczekać. Nie jestem tutaj sam, no i Beatrycze… Masz prawo być skołowana –
zapewnił pośpiesznie, a ona przez moment zapragnęła roześmiać się
histerycznie. Do tego wszystkiego próbował ją pocieszać, jakby to on był winien
tego, co się wydarzyło! – Cokolwiek się wydarzyło, możemy…
– Pamiętam
– weszła mu w słowo, nawet się nad tym nie zastanawiając.
To była
zaledwie sekunda – tyle wystarczyło, by dookoła znów zapanowała przejmująca
cisza. Beatrycze uciekła wzrokiem gdzieś w bok, w milczeniu
spoglądając na swoje zaciśnięte w pięści dłonie. Uświadomiła sobie, że
przestała oddychać, ale to wydało jej się tak bardzo nic nieznaczące, że
praktycznie nie zwróciła na to uwagi. W rzeczywistości szukała
czegokolwiek, czym mogłaby zająć umysł, ale i tak nie była w stanie
ot tak zignorować spojrzenia wpatrzonego w nią Carlisle’a.
Wiedziała,
że wciąż na nią patrzył, dosłownie taksując wzrokiem. Czuła, że jego dłonie
wziąć zaciskają się na jej ramionach – i to bardziej niż do tej pory,
zwłaszcza gdy dotarł do niego sens tego, co właśnie powiedziała. A jednak
mimo to milczał, co może i nie było niczym dziwnym, ale Beatrycze i tak
poczuła się tak, jakby nagle zaczęła balansować gdzieś na krawędzi szaleństwa.
Chciała,
żeby coś powiedział. Cokolwiek, nawet jeśli jednocześnie panicznie się tego
bała.
Napięła i zaraz
rozluźniła mięśnie. Jakaś jej cząstka chciała się odsunąć i na niego
spojrzeć, ale nie była w stanie się na to zdobyć. Bała się tego, co
mogłaby zobaczyć, uświadamiając sobie, że tak naprawdę wcale nie była gotowa na
to spotkanie. To wszystko działo się zdecydowanie zbyt szybko – przemiana,
Lawrence, a teraz…
A potem
Carlisle bezceremonialnie przygarnął ją do siebie, zamykając w silnym,
zdecydowanym uścisku.
Beatrycze
zamarła, kiedy otoczył ją jego słodki zapach. W pierwszym odruchu nie
zareagowała, świadoma co najwyżej tego, że ją przytulał. Dopiero po chwili
znalazła w sobie dość siły, by odwzajemnić uścisk – początkowo bardzo
niepewnie, jednak prawie natychmiast przywarła do niego całym ciałem, nie
zastanawiając się nad tym, co robi. Wciąż nie była w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa, ale to już nie miało znaczenia. Miała wrażenie, że i tak
nie byłaby w stanie znaleźć odpowiednich słów.
Cóż, nie
musiała.
Nie miała
pojęcia, czy to w ogóle możliwe, ale czuła się tak, jakby jeden proste gesty
wystarczyły. Trwała w jego ramionach, w pełni świadoma tego, kim był,
i nie potrzebowała niczego więcej. Cokolwiek się działo, było właściwe,
Beatrycze zaś poczuła, że wszystko po raz kolejny znalazło się na swoim
miejscu. Chociaż przez chwilę znów była w stanie oszukiwać samą siebie, powtarzając
sobie, że tak naprawdę nie miała powodów do niepokoju. W tamtym momencie naprawdę
tak było, a przynajmniej chciała w to uwierzyć.
Westchnęła w duchu,
po czym zamknęła oczy. Jeśli to jednak był sen, wcale nie chciała się budzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz