12 czerwca 2018

Jedenaście

Layla
– Zatrzymaj samochód!
Nie chciała tego powiedzieć. Naprawdę nie chciała, ale te słowa wydawały się wypełniać jej umysł, narastając z każą kolejną sekundą, w miarę jak przybliżali się do… tego miejsca. Mogła udawać, że wszystko w porządku, kiedy wybierali się na lotnisko albo później, gdy już godzina pozwoliła na swobodne poruszanie i to, by gdziekolwiek ruszyć wypożyczonym autem, ale to wszystko.
W chwili, w której zobaczyła znajomą drogę i uprzytomniła sobie, jak blisko się znajdowali, po prostu puściły jej nerwy.
– Co? – wyrwało się Gabrielowi. Spojrzał na nią w roztargnieniu, wyraźnie zmartwiony. – Sis…
– Po prostu zatrzymaj ten cholerny samochód – wycedziła przez zaciśnięte zęby, nie będąc w stanie ot tak się wycofać.
Tym razem nawet się nie zawahał, zwłaszcza że była bliska tego, by zacząć przeklinać. Wypadła na zewnątrz, ledwo tylko auto zwolniło na tyle, by mogła wysiąść, nie obawiając się, że przypadkiem uszkodzi samochód. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, z zaskoczeniem odkrywając, że czuła się trochę tak, jakby brakowało jej tlenu. A przecież, na litość bogini, była wampirem, prawda?
Usłyszała, że ktoś jeszcze wysiadł, ale praktycznie nie zwróciła na to większej uwagi. Próbując uspokoić oddech, odgarnęła z twarzy włosy, po czym wzniosła twarz ku niebu. Było coś kojącego w widoku zachmurzonego nieboskłonu i księżyca, jednak nawet to nie pozwoliło jej się rozluźni. Była na siebie zła, zwłaszcza że sama uparła się, żeby tutaj przyjechać, a jednak kiedy przyszło co do czego…
– Layla? – Głos Gabriela skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Drgnęła, ale wciąż się nie odwróciła, ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że jak długo nie spoglądała na drogę, mogła udawać, że wcale nie zmierzali w stronę posiadłości. – Wszystko gra?
– Jasne – odpowiedziała zdecydowanie zbyt szybko i gwałtownie, by ktokolwiek mógł jej uwierzyć. – Jedźcie dalej, co? Dojdę w swoim czasie.
– Ty chyba sobie żartujesz.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na słowa Rufusa. Zaraz po tym wyczuła, że zmaterializował się tuż za jej plecami, uważnie ją obserwując. Zacisnęła usta, próbując stłumić jęk. Już w chwili, w której zakomunikowała mu, gdzie zamierzała jechać, nie był zadowolony. Co więcej, tym razem nie chodziło o to, że mogłaby kolejny raz zmuszać go do wyjazdu gdzieś, gdzie nie chciał, choć pewnie i to wchodziło w grę. Liczyło się jednak przede wszystkim to, że Rufus znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, czego mogliby spodziewać się na miejscu.
Zbyt wiele razy on i Gabriel mieli okazje widzieć ją, kiedy w panice zrywała się w nocy, by którykolwiek z nich uwierzył, że ot tak potrafiłaby tutaj wrócić.
– Poradzę sobie! – warknęła, samą siebie zaskakując gniewną nutą, która wkradła się do jej głosu. Odwróciła się, by móc spojrzeć na obu wpatrzonych w nią nieśmiertelnych. – To po prostu…
– Po prostu panikujesz – wszedł jej w słowo Rufus. – Tak, czuję. I ani trochę mi się to nie podoba – stwierdził, krzyżując ramiona na piersi.
Czasami zaskakiwał ją tym, że radził sobie z więzią o wiele lepiej, niż raczył przyznać. Z rozpoznawaniem emocji, które w większości wypadków nie były mu na rękę, również. Tak było w tamtej chwili, nie wspominając o tym, że najzwyczajniej w świecie się o nią martwił. Widziała to w sposobie, w jaki ją obserwował – tę troskę, którą zwykle okazywał dopiero wtedy, gdy zostawali sami.
Gabriel milczał, a w pewnym momencie zwrócił ponowie ku drodze, niecierpliwym machnięciem ręki dając do zrozumienia nadjeżdżającym Carlisle’owi i Esme, żeby jechali dalej. Droga była prosta, więc tak naprawdę nie potrzebowali dalszych wskazówek, by dotrzeć na miejsce. Pewnie poradziliby sobie nawet bez czyjejkolwiek pomocy, chociaż wtedy zajęłoby to o wiele więcej czasu.
Odetchnęła, kiedy drugi z samochodów zniknął jej  z oczu. Ostatnim, czego chciała, było wstrzymywanie wszystkich i to właściwie bez powodów.
– Dlaczego musisz być taka uparta, sis? – zapytał z powątpiewaniem Gabriel. – Powiedziałem, że pojadę. Wystarczyłbym.
Nie odpowiedziała. I tak czuła się źle  z tym, że mimo wszystko oderwałaby od Renesmee. Martwiła się od niego, aż za dobrze pamiętając dziwne emocje, które odebrała, zanim w pośpiechu wypadł z pokoju Jocelyne. Miała ochotę go o to zapytać, ale czuła, że i tak nie powiedziałby jej prawdy. Coś się działo, a przynajmniej takie miała wrażenie, ostatecznie zganiając wszystko na to, że była przewrażliwiona. Biorąc pod uwagę to, że zdecydowała się na przyjazd tutaj, zdecydowanie miała prawo czuć się źle.
Spojrzenia jej i Gabriela na krótką chwilę się spotkały. Nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, w jakim był nastroju, nagle odkrywając, że najzwyczajniej w świecie się od niej odciął. To ją zaniepokoiło, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Podejrzewała, że miała w głowie tak mętlik, że tak było dla niego wygodniej. W zasadzie sama powinna zadbać o to, by blokować się przed nim i Rufusem, ale to wcale nie było takie łatwe przy takim stężeniu emocji.
Nie zmieniało to jednak faktu, że coś w postawie bliźniaka ją martwiło i nie chodziło wcale o to, że z powodu Renesmee chodził jak struty. Obserwowała go w tamtej chwili, jak opierał się o drzwi samochodu, nerwowo zaciskając palce na krawędzi, i nie mogła pozbyć się wrażenia, że był… zadziwiająco wręcz odległy. Chociaż znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki, Layla była gotowa  przysiąc, że dzieliła ich ogromna przepaść. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego i to wystarczyło, by wzbudzić w niej wątpliwości
Miała wrażenie, że nie tylko na niej odbiło się to, co wydarzyło się w siedzibie łowców. Sęk w tym, że nadal nie potrafiła opisać zmiany, która w tamtym miejscu zaszła w Gabrielu.
– Jedź dalej – powtórzyła wcześniejszą prośbę. – Proszę.
Tym razem nie próbowała wliczać w to Rufusa, aż nazbyt świadoma, że i tak nie zmusiłaby go do tego, żeby ją zostawił. Inna sprawa, że zamknięcie tej dwójki samych w jednym aucie zdecydowanie nie byłoby najrozsądniejszym posunięciem, ale nad tym wolała się nie zastanawiać.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Gabriel zareagował. Przez krótką chwilę wyglądał na chętnego, żeby protestować i nawet otworzył usta, ostatecznie tego nie zrobił.
– W porządku – dał za wygraną. Z wyraźnym ociąganiem wycofał się z powrotem do auta. – Gdybyś jednak nie dała radę przyjść… Po prostu daj mi znać, okej? Zawsze możecie wrócić się do miasta albo…
– Dzięki, braciszku.
Skinął głową, wciąż nieprzekonany. W milczeniu odprowadziła wzrokiem samochód, nie rozluźniając się nawet wtedy, gdy już zniknął jej z oczu. W tamtej chwili była świadoma wyłącznie ciszy i narastającego z każdą kolejną sekundą niepokoju, a to zdecydowanie nie było dobre.
– Martwię się o niego – mruknęła bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego.
– O niego? – Rufus spojrzał na nią z powątpiewaniem. – To nie on wygląda na bliskiego paniki – stwierdził, a ona jedynie potrząsnęła głową.
– Nie czujesz jego emocji. To co… – Zamilkła, w zamian w pośpiechu zwracając się ku mężowi. – Nieważne. Też nie musiałeś ze mną zostawać.
Nie odpowiedział, ale to wydawało się zbędne. Sam sposób tego, w jaki sposób na nią spoglądał, wydawał się dość jednoznacznie sugerować, że z jego perspektywy wyglądało to trochę inaczej: musiał. I najpewniej chciał.
– Co teraz? Chcesz wracać do miasta?
Potrząsnęła głową. Perspektywa cofnięcia się do Chianni wydawała się kusząca, ale Layla nie wyobrażała sobie, że miałaby tak po prostu zaszyć się pośród ludzi i czekać aż Gabriel da im znać, że wracają. Nie po to tutaj przyjechała. W zasadzie sama nie była pewna, co podkusiło ją, by jednak uprzeć się odwiedzić rodzinne strony, skoro sama myśl o domu wzbudzała w niej aż tak silny strach. Teraz to i tak nie miało znaczenia, bo w końcu była tutaj, tak blisko, że gdyby zdecydowała się ruszyć wzdłuż drogi, w zaledwie kilka minut dotarłaby na miejsce.
– Przejdźmy się, co? – zaproponowała, kiwnięciem głowy wskazując na ciągnący się wzdłuż drogi las. – Chyba że nie chcesz. Wtedy mogę iść sama.
– To dalej brzmi lepiej niż tête-à-tête z twoim bratem – stwierdził, wywracając oczami.
Prawie się uśmiechnęła. Rufus był złośliwy, ale to nie wydało jej się niczym nowym. To, że mimo wszystko mógłby przejmować się na tyle, by nie chcieć zostawić jej samej, a to samo w sobie wydało się Layli rozczulające.
– Świetnie. – Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, bezceremonialnie zostawiając go za sobą. – Zastanawiam się, jak wiele się zmieniło. Nie byłam tutaj od dawna.
– Layla, to jest las. Drzewo koło drzewa – zniecierpliwił się. Potrzebował zaledwie ułamka sekundy, by się z nią zrównać. – Wszystkie wyglądają tak samo, o ile nie zamierzasz badać flory.
– Jesteś okropny – stwierdziła, nie kryjąc rozbawienia.
Przynajmniej przez moment poczuła się lepiej. Było coś kojącego w mroku i możliwości nieśpiesznego przemierzania się pomiędzy drzewami, zwłaszcza w jego towarzystwie. Wtedy mogła przynajmniej próbować zapomnieć o tym, gdzie znajdowała się i gdzie mimo wszystko zamierzała pójść. Po prostu… później. Dom mógł poczekać, zwłaszcza że nie sądziła, by Carlisle zamierzał zgarnąć Beatrycze do samochodu i zabrać młodą wampirzycę prosto na spotkanie z ludźmi. Obawiała się, że to miało trochę potrwać i to ją martwiło.
Przestała o tym myśleć, próbując się uspokoić. Chłód nocy pozwolił jej się rozluźnić, zwłaszcza że temperatura w najmniejszym nawet stopniu nie robiła na niej wrażenia. Przez chwilę czuła się naprawdę spokojna, w końcu będąc w stanie się rozluźnić i skupić na tym, co działo się wokół niej.
– Te lasy ciągną się kilometrami. Pamiętam, że lubiłam tutaj biegać – oznajmiła, uśmiechając się promiennie. Krótko spojrzała na Rufusa, bynajmniej nie zaskoczona tym, że ją obserwował. – Zawsze ganialiśmy się z Gabrielem.
– Nie rozumiem… – zaczął i już samo to stwierdzenie wystarczyło, żeby ją zaskoczyć.
– Czego? Gry w berka? – zapytała, bynajmniej nie zamierzając czekać na odpowiedź. – To wtedy, gdy jedno goni, a reszta…
– Nie. Oczywiście, że nie tego – zniecierpliwił się, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. – Tego, co właśnie robisz.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, w nerwach omal nie potykając się o wystający korzeń. W ostatniej chwili odzyskała równowagę, po czym przyśpieszyła, jednak zmuszając Rufusa do tego, żeby ją gonił. Uświadomiła sobie, że drży, więc napięła mięsne, za wszelką cenę próbując powstrzymać ten odruch. Ostatnim, czego chciała, to na domiar złego rozkleić się przy nim, zwłaszcza że tak naprawdę nie miała powodów.
Inna sprawa, że przecież mogła spodziewać się tego pytania. Jasne, że chciał wiedzieć. I zdecydowanie powinna mu to wyjaśnić, ale…
– Nie jestem pewna – przyznała w końcu.
Odpowiedziała jej wymowna cisza. Jakoś nie mała wątpliwości, że Rufus nie tego się spodziewał, choć z drugiej strony, jak go znała, to równie dobrze mógł podejrzewać, że mógł wiedzieć, czego się spodziewać. W jego przypadku nigdy nic nie było pewne, zwłaszcza gdy w grę wchodziło interpretowanie emocji.
Westchnęła cicho, w końcu decydując się spojrzeć na męża.
– Uciekanie przed przeszłością… Przerabialiśmy to już, prawda? A teraz po raz drugi w ciągu zaledwie kilku miesięcy pojawiła się możliwość, by przyjechać aż tutaj. – Zamilkła, po czym wzruszyła ramionami. – Może po prostu w końcu doszłam do wniosku, że jestem gotowa.
– Tak, właśnie widziałem jak bardzo jesteś gotowa – mruknął z przekąsem. – Naprawdę uważasz, że w coś takiego uwierzę?
– Ja nie…
– Co się zmieniło? I nie, to nie są wyrzuty – zapewnił pośpiesznie. Coś w jego tonie złagodniało, kiedy zdecydował się mówić dalej. – Widziałem, w jaki sposób zachowywała się przy Marco, odkąd… Cóż, sama najlepiej wiesz.
Nie odpowiedziała, mając wrażenie, że to i tak było zbędne. Rufus trafił w sedno i najpewniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Skłamałaby, gdyby zaczęła się wypierać i zarzekać, że chodziło wyłącznie o przeszłość. Przez wszystkie te lata nie widziała powodów, by za nią gonić, więc dlaczego teraz by miała?
– Jestem głupia? – zapytała w zamian, kolejny raz wprawiając męża w konsternację.
Zauważyła, że przez jego twarz przemknął cień. Przez kilka sekund wpatrywał się w nią w milczeniu, wyglądając przy tym na chętnego, by w pośpiechu się wycofać, byleby nie musieć ciągnąc tej rozmowy.
– Że co? Szlag, dziewczyno… Zabrało ci się na zadawanie poważnych pytań czy jak?
Wzruszyła ramionami.
– Ty zacząłeś – przypomniała mu usłużnie. – Teraz mi powiedz, bo ja nie mam pojęcia. Jak głupie jest to, co robię?
– A skąd akurat ja mam to wiedzieć? Mówisz jakbyś nie wiedziała, jak wygląda mój sposób patrzenia na rodzinę
Westchnęła, chcąc nie chcąc przyznając mu rację. Być może o wiele prościej byłoby, gdyby zapytała o to Gabriela, ale w przypadku brata jakoś nie miała wątpliwości, w jaki sposób zareagowałby na jej słowa. I na samego Marco, niezależnie od tego, czy to on zabrał ją z tamtego miejsca. Już i tak z cudem wydawało się graniczyć to, że obaj jeszcze się nie pozabijali, ale nad tym przynajmniej na razie nie chciała się zastanawiać.
– To po prostu… Sama nie wiem. Nie mam pojęcia, co takiego robię – wyrzuciła z siebie na wydechu, mając przy tym wrażenie, że tak naprawdę zwracała się przede wszystkim do siebie. – Może… nie potrafię albo nie chcę dłużej się go bać. Wiem, że czegokolwiek by nie zrobił, nie naprawi tego, co zrobił, kiedy ja i Gabriel… Ale przynajmniej próbuje. – Westchnęła cicho. – A teraz stracił Allegrę. Już raz doświadczyłam tego, co działo się z nim w żalu. Może po prostu nie chcę, żeby…
Urwała, niezdolna wykrztusić z siebie nawet słowa więcej. Miała wrażenie, że plecie o rzeczy, próbując ująć sensownie coś, czego sama nie rozumiała. Wiedziała jedynie, że to dręczyło ją o wiele bardziej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Wszystko, co tyczyło się Marco, było skomplikowane, a ona nie potrafiła ot tak zapomnieć mu tego, co zrobił. Ale co tak naprawę dawało życie w przekonaniu, że znów mógłby ją skrzywdzić? Co dałoby jej to, że wciąż by go obwiniała, zwłaszcza jeśli dostrzegała w nim kogoś więcej niż tylko bezdusznego potwora, gotowego zranić własne dzieci?
Przez lata widziała, jaki był dla Allegry. Zresztą nie tylko, bo byłaby niesprawiedliwa, gdyby stwierdziła, że Marco się nie starał. Dążył do czegoś, czego Layla nie potrafiła określić, bo szczerze wątpiła, żeby spodziewał się wybaczenia – zwłaszcza ze strony jej czy Gabriela. Nie zmieniało to jednak faktu, że przez ostatnie lata zdążyła przywyknąć do jego obecności w Mieście Nocy. Pamiętała też to, co było dobre – łącznie z tym, że na swój pokrętny sposób Marco wciąż się troszczył, chociażby jak wtedy, gdy przyszedł do niej do szpitala, kiedy straciła dziecko.
Poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle na samo wspomnienie. Nie chciała o tym myśleć, ale to wydawało się silniejsze od niej.
I wybaczenie… – mruknął Rufus, skutecznie ściągając na siebie jej uwagę.
– Co takiego? – zapytała, w pośpiechu zwracając się w jego stronę.
Wciąż wyglądał na zamyślonego. Niemalże w roztargnieniu wyciągnął rękę, jak gdyby nigdy nic zaciskając palce wokół jej dłoni.
– Claire powiedziała mi coś takiego, zanim jeszcze udało nam się cię namierzyć… Wtedy, gdy zaatakował nas tamten dzieciak – wyjaśnił, a Layla otworzyła usta, gotowa raz jeszcze mu przypomnieć, co sądziła o trzymaniu Ryana w piwnicy. – To był jeden z tych jej wierszy. Coś o strzale w ciemności, stracie i wybaczeniu. Cóż…
Urwał i już tylko spoglądał na nią w sposób wystarczająco wymowny, by zrozumiała, co takiego chodziło mu po głowie.
Zacisnęła usta, nagle podenerwowana. Czuła się dziwnie, sfrustrowana przede wszystkim tym, co sugerował wiersz Claire. Strzał w ciemności i wybaczenie… No i strata. Byłaby głupia, gdyby stwierdziła, że nie miała pojęcia o co chodzi. Wszystko składało się w całość, będąc niczym wskazówka, której potrzebowała, ale wcale nie poczuła się dzięki temu pewniej.
Nie miała pojęcia, czy była na to gotowa. A tym bardziej czy faktycznie tego chciała.
Rufus milczał, co było jej na rękę. Pozwalała, żeby trzymał ją na rękę, uświadamiając sobie przy okazji, że właściwie nie dotykał jej od momentu, w którym wypadła z samochodu. Być może to nic nie znaczyło, ale coś w jego zachowaniu momentalnie dało wampirzycy do myślenia. Aż za dobrze znała ten dystans, który czasami pojawiał się między nimi i który zazwyczaj sama tworzyła, skutecznie wytrącając męża z równowagi. Czasami instynktownie trzymał się na bezpieczną odległość, nie chcąc, żeby poczuła się źle przez wzajemną bliskość. Niezmiennie ją tym zadziwiał, jednocześnie wpędzając w poczucie winy, bo przecież doskonale wiedziała, że nie zrobiłby jej krzywdy – nie w świadomy sposób. A już na pewno nie w ten sposób.
W pośpiechu przesunęła się bliżej niego. Musiał wyczuć zmianę w jej zachowaniu, bo nie zawahał się przed ułożeniem dłoni na jej biodrach. Bez słowa przygarnął ją do siebie, pozwalając, żeby ufnie się w niego wtuliła, w końcu będąc w stanie się rozluźnić.
– Cokolwiek zamierzasz zrobić, ustalmy sobie jedno – usłyszała tuż przy uchu. – Przysięgam, że jeśli chociaż raz jeszcze będziesz płakała z powodu Marco, osobiście go poćwiartuję. Możesz mu to przekazać w moim imieniu.
Jakoś nie miała wątpliwości, że faktycznie byłby do tego zdolny.
Nie skomentowała słów Rufusa, w zamian woląc skupić się na tym, że wciąż trzymał ją w ramionach. Nie zaprotestowała, kiedy zdecydował się ją pocałować – początkowo niepewnie, a później bardziej stanowczo, ledwo nabrał pewności, że nie zamierzała ani na niego naskakiwać, ani tym bardziej uciekać krzykiem.
– Hm… Wiem, gdzie jesteśmy, tak sądzę – mruknęła, gdy tylko odsunęła się od niego na tyle, by być w stanie cokolwiek powiedzieć. – Chodź, pokażę ci coś. Tutaj kiedyś płynęła rzeka.
Spojrzał na nią w sposób wystarczająco wymowny, by pojęła, że spacery po lesie i podziwianie widoków nie były szczytem jego marzeń, ale przynajmniej nie zaprotestował. Uśmiechnęła się, natychmiast wykorzystując okazję, by stanowczo pociągnąć go za sobą. Co prawda nie miała pewności, czy okolica w choć niewielkim stopniu przypominała tę sprzed wieków, zwłaszcza że widziała to wszystko oczami dziecka, ale przecież nie zaszkodziło sprawdzić.
Kto wie, może wcale nie miało być tak źle. Potrzebowała jeszcze chwili, by zebrać się w sobie i choćby pomyśleć o konieczności przekroczenia progu posiadłości. Gabriel mógł się martwić, ale naprawdę tego potrzebowała, zwłaszcza że już i tak zwlekała zdecydowanie zbyt długo. Miała tego dość, zresztą jak i poczucia, że w znaczącym stopniu żyła przeszłością.
Słodka bogini, minęło tyle lat… Layla, która nie potrafiła się obronić, zniknęła już dawno temu, zresztą przynajmniej tymczasowo nie było nikogo, kogo mogłaby się obawiać. Ktoś, kogo jako dziecko mogłaby określić mianem potwora, w rzeczywistości był nie mniej zraniony, co i ona sama. Mogła się go obawiać i rozpamiętywać przeszłość, ale w tym wszystkim mimo wszystko były też dobre chwile i świeże wspomnienia, które chcąc nie chcąc musiała zaakceptować.
Może zwariowała.
A może po prostu była zbyt zmęczona uciekaniem i trzymaniem się przeszłości, nawet jeśli taka reakcja wydawał się czymś w pełni naturalnym. Miała dość powodów, żeby nienawidzić ojca, ale… od dawna nie potrafiła, chociaż to wciąż nie było takie proste. Nigdy nie miało być, zwłaszcza że wydarzyło się dość, by pozostawić trwałe ślady – blizny, których może i nie widziała, ale wystarczyło, że pozostawała ich w pełni świadoma. Marco zresztą też o tym wiedział, a przynajmniej wszystko wydawało się na to wskazywać.
I wybaczenie…, powtórzyła w myślach.
Nie miała pojęcia czy faktycznie potrafiła, ale nigdy nie szkodziło próbować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa