
Layla
– Zatrzymaj samochód!
Nie chciała
tego powiedzieć. Naprawdę nie chciała, ale te słowa wydawały się wypełniać jej
umysł, narastając z każą kolejną sekundą, w miarę jak przybliżali się
do… tego miejsca. Mogła udawać, że wszystko w porządku, kiedy wybierali się
na lotnisko albo później, gdy już godzina pozwoliła na swobodne poruszanie i to,
by gdziekolwiek ruszyć wypożyczonym autem, ale to wszystko.
W chwili, w której
zobaczyła znajomą drogę i uprzytomniła sobie, jak blisko się znajdowali,
po prostu puściły jej nerwy.
– Co? –
wyrwało się Gabrielowi. Spojrzał na nią w roztargnieniu, wyraźnie
zmartwiony. – Sis…
– Po prostu
zatrzymaj ten cholerny samochód – wycedziła przez zaciśnięte zęby, nie będąc w stanie
ot tak się wycofać.
Tym razem
nawet się nie zawahał, zwłaszcza że była bliska tego, by zacząć przeklinać.
Wypadła na zewnątrz, ledwo tylko auto zwolniło na tyle, by mogła wysiąść, nie
obawiając się, że przypadkiem uszkodzi samochód. Gwałtownie zaczerpnęła
powietrza do płuc, z zaskoczeniem odkrywając, że czuła się trochę tak,
jakby brakowało jej tlenu. A przecież, na litość bogini, była wampirem,
prawda?
Usłyszała,
że ktoś jeszcze wysiadł, ale praktycznie nie zwróciła na to większej uwagi.
Próbując uspokoić oddech, odgarnęła z twarzy włosy, po czym wzniosła twarz
ku niebu. Było coś kojącego w widoku zachmurzonego nieboskłonu i księżyca,
jednak nawet to nie pozwoliło jej się rozluźni. Była na siebie zła, zwłaszcza
że sama uparła się, żeby tutaj przyjechać, a jednak kiedy przyszło co do
czego…
– Layla? –
Głos Gabriela skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Drgnęła, ale wciąż się
nie odwróciła, ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że jak długo nie spoglądała
na drogę, mogła udawać, że wcale nie zmierzali w stronę posiadłości. –
Wszystko gra?
– Jasne –
odpowiedziała zdecydowanie zbyt szybko i gwałtownie, by ktokolwiek mógł
jej uwierzyć. – Jedźcie dalej, co? Dojdę w swoim czasie.
– Ty chyba
sobie żartujesz.
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na słowa Rufusa. Zaraz po tym wyczuła, że zmaterializował
się tuż za jej plecami, uważnie ją obserwując. Zacisnęła usta, próbując stłumić
jęk. Już w chwili, w której zakomunikowała mu, gdzie zamierzała
jechać, nie był zadowolony. Co więcej, tym razem nie chodziło o to, że
mogłaby kolejny raz zmuszać go do wyjazdu gdzieś, gdzie nie chciał, choć pewnie
i to wchodziło w grę. Liczyło się jednak przede wszystkim to, że
Rufus znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, czego mogliby spodziewać się
na miejscu.
Zbyt wiele
razy on i Gabriel mieli okazje widzieć ją, kiedy w panice zrywała się
w nocy, by którykolwiek z nich uwierzył, że ot tak potrafiłaby tutaj
wrócić.
– Poradzę
sobie! – warknęła, samą siebie zaskakując gniewną nutą, która wkradła się do
jej głosu. Odwróciła się, by móc spojrzeć na obu wpatrzonych w nią
nieśmiertelnych. – To po prostu…
– Po prostu
panikujesz – wszedł jej w słowo Rufus. – Tak, czuję. I ani trochę mi
się to nie podoba – stwierdził, krzyżując ramiona na piersi.
Czasami
zaskakiwał ją tym, że radził sobie z więzią o wiele lepiej, niż
raczył przyznać. Z rozpoznawaniem emocji, które w większości wypadków
nie były mu na rękę, również. Tak było w tamtej chwili, nie wspominając o tym,
że najzwyczajniej w świecie się o nią martwił. Widziała to w sposobie,
w jaki ją obserwował – tę troskę, którą zwykle okazywał dopiero wtedy, gdy
zostawali sami.
Gabriel
milczał, a w pewnym momencie zwrócił ponowie ku drodze, niecierpliwym
machnięciem ręki dając do zrozumienia nadjeżdżającym Carlisle’owi i Esme,
żeby jechali dalej. Droga była prosta, więc tak naprawdę nie potrzebowali
dalszych wskazówek, by dotrzeć na miejsce. Pewnie poradziliby sobie nawet bez
czyjejkolwiek pomocy, chociaż wtedy zajęłoby to o wiele więcej czasu.
Odetchnęła,
kiedy drugi z samochodów zniknął jej z oczu. Ostatnim, czego chciała, było
wstrzymywanie wszystkich i to właściwie bez powodów.
– Dlaczego
musisz być taka uparta, sis? –
zapytał z powątpiewaniem Gabriel. – Powiedziałem, że pojadę.
Wystarczyłbym.
Nie
odpowiedziała. I tak czuła się źle z tym,
że mimo wszystko oderwałaby od Renesmee. Martwiła się od niego, aż za dobrze
pamiętając dziwne emocje, które odebrała, zanim w pośpiechu wypadł z pokoju
Jocelyne. Miała ochotę go o to zapytać, ale czuła, że i tak nie
powiedziałby jej prawdy. Coś się działo, a przynajmniej takie miała
wrażenie, ostatecznie zganiając wszystko na to, że była przewrażliwiona. Biorąc
pod uwagę to, że zdecydowała się na przyjazd tutaj, zdecydowanie miała prawo
czuć się źle.
Spojrzenia
jej i Gabriela na krótką chwilę się spotkały. Nie była w stanie
jednoznacznie stwierdzić, w jakim był nastroju, nagle odkrywając, że
najzwyczajniej w świecie się od niej odciął. To ją zaniepokoiło, chociaż
sama nie była pewna dlaczego. Podejrzewała, że miała w głowie tak mętlik,
że tak było dla niego wygodniej. W zasadzie sama powinna zadbać o to,
by blokować się przed nim i Rufusem, ale to wcale nie było takie łatwe
przy takim stężeniu emocji.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że coś w postawie bliźniaka ją martwiło i nie
chodziło wcale o to, że z powodu Renesmee chodził jak struty.
Obserwowała go w tamtej chwili, jak opierał się o drzwi samochodu,
nerwowo zaciskając palce na krawędzi, i nie mogła pozbyć się wrażenia, że
był… zadziwiająco wręcz odległy. Chociaż znajdował się dosłownie na
wyciągnięcie ręki, Layla była gotowa
przysiąc, że dzieliła ich ogromna przepaść. Nigdy wcześniej nie
doświadczyła czegoś takiego i to wystarczyło, by wzbudzić w niej
wątpliwości
Miała
wrażenie, że nie tylko na niej odbiło się to, co wydarzyło się w siedzibie
łowców. Sęk w tym, że nadal nie potrafiła opisać zmiany, która w tamtym
miejscu zaszła w Gabrielu.
– Jedź
dalej – powtórzyła wcześniejszą prośbę. – Proszę.
Tym razem
nie próbowała wliczać w to Rufusa, aż nazbyt świadoma, że i tak nie
zmusiłaby go do tego, żeby ją zostawił. Inna sprawa, że zamknięcie tej dwójki
samych w jednym aucie zdecydowanie nie byłoby najrozsądniejszym
posunięciem, ale nad tym wolała się nie zastanawiać.
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Gabriel zareagował. Przez krótką
chwilę wyglądał na chętnego, żeby protestować i nawet otworzył usta,
ostatecznie tego nie zrobił.
– W porządku
– dał za wygraną. Z wyraźnym ociąganiem wycofał się z powrotem do
auta. – Gdybyś jednak nie dała radę przyjść… Po prostu daj mi znać, okej?
Zawsze możecie wrócić się do miasta albo…
– Dzięki,
braciszku.
Skinął
głową, wciąż nieprzekonany. W milczeniu odprowadziła wzrokiem samochód,
nie rozluźniając się nawet wtedy, gdy już zniknął jej z oczu. W tamtej
chwili była świadoma wyłącznie ciszy i narastającego z każdą kolejną
sekundą niepokoju, a to zdecydowanie nie było dobre.
– Martwię
się o niego – mruknęła bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego.
– O niego?
– Rufus spojrzał na nią z powątpiewaniem. – To nie on wygląda na bliskiego
paniki – stwierdził, a ona jedynie potrząsnęła głową.
– Nie
czujesz jego emocji. To co… – Zamilkła, w zamian w pośpiechu
zwracając się ku mężowi. – Nieważne. Też nie musiałeś ze mną zostawać.
Nie
odpowiedział, ale to wydawało się zbędne. Sam sposób tego, w jaki sposób
na nią spoglądał, wydawał się dość jednoznacznie sugerować, że z jego
perspektywy wyglądało to trochę inaczej: musiał.
I najpewniej chciał.
– Co teraz?
Chcesz wracać do miasta?
Potrząsnęła
głową. Perspektywa cofnięcia się do Chianni wydawała się kusząca, ale Layla nie
wyobrażała sobie, że miałaby tak po prostu zaszyć się pośród ludzi i czekać
aż Gabriel da im znać, że wracają. Nie po to tutaj przyjechała. W zasadzie
sama nie była pewna, co podkusiło ją, by jednak uprzeć się odwiedzić rodzinne
strony, skoro sama myśl o domu wzbudzała w niej aż tak silny strach.
Teraz to i tak nie miało znaczenia, bo w końcu była tutaj, tak
blisko, że gdyby zdecydowała się ruszyć wzdłuż drogi, w zaledwie kilka
minut dotarłaby na miejsce.
– Przejdźmy
się, co? – zaproponowała, kiwnięciem głowy wskazując na ciągnący się wzdłuż
drogi las. – Chyba że nie chcesz. Wtedy mogę iść sama.
– To dalej
brzmi lepiej niż tête-à-tête z twoim
bratem – stwierdził, wywracając oczami.
Prawie się
uśmiechnęła. Rufus był złośliwy, ale to nie wydało jej się niczym nowym. To, że
mimo wszystko mógłby przejmować się na tyle, by nie chcieć zostawić jej samej, a to
samo w sobie wydało się Layli rozczulające.
– Świetnie.
– Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, bezceremonialnie zostawiając go za sobą.
– Zastanawiam się, jak wiele się zmieniło. Nie byłam tutaj od dawna.
– Layla, to
jest las. Drzewo koło drzewa – zniecierpliwił się. Potrzebował zaledwie ułamka
sekundy, by się z nią zrównać. – Wszystkie wyglądają tak samo, o ile
nie zamierzasz badać flory.
– Jesteś
okropny – stwierdziła, nie kryjąc rozbawienia.
Przynajmniej
przez moment poczuła się lepiej. Było coś kojącego w mroku i możliwości
nieśpiesznego przemierzania się pomiędzy drzewami, zwłaszcza w jego
towarzystwie. Wtedy mogła przynajmniej próbować zapomnieć o tym, gdzie
znajdowała się i gdzie mimo wszystko zamierzała pójść. Po prostu… później.
Dom mógł poczekać, zwłaszcza że nie sądziła, by Carlisle zamierzał zgarnąć
Beatrycze do samochodu i zabrać młodą wampirzycę prosto na spotkanie z ludźmi.
Obawiała się, że to miało trochę potrwać i to ją martwiło.
Przestała o tym
myśleć, próbując się uspokoić. Chłód nocy pozwolił jej się rozluźnić, zwłaszcza
że temperatura w najmniejszym nawet stopniu nie robiła na niej wrażenia.
Przez chwilę czuła się naprawdę spokojna, w końcu będąc w stanie się
rozluźnić i skupić na tym, co działo się wokół niej.
– Te lasy
ciągną się kilometrami. Pamiętam, że lubiłam tutaj biegać – oznajmiła,
uśmiechając się promiennie. Krótko spojrzała na Rufusa, bynajmniej nie
zaskoczona tym, że ją obserwował. – Zawsze ganialiśmy się z Gabrielem.
– Nie
rozumiem… – zaczął i już samo to stwierdzenie wystarczyło, żeby ją
zaskoczyć.
– Czego?
Gry w berka? – zapytała, bynajmniej nie zamierzając czekać na odpowiedź. –
To wtedy, gdy jedno goni, a reszta…
– Nie.
Oczywiście, że nie tego – zniecierpliwił się, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo.
– Tego, co właśnie robisz.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, w nerwach omal nie
potykając się o wystający korzeń. W ostatniej chwili odzyskała
równowagę, po czym przyśpieszyła, jednak zmuszając Rufusa do tego, żeby ją
gonił. Uświadomiła sobie, że drży, więc napięła mięsne, za wszelką cenę
próbując powstrzymać ten odruch. Ostatnim, czego chciała, to na domiar złego
rozkleić się przy nim, zwłaszcza że tak naprawdę nie miała powodów.
Inna
sprawa, że przecież mogła spodziewać się tego pytania. Jasne, że chciał
wiedzieć. I zdecydowanie powinna mu to wyjaśnić, ale…
– Nie
jestem pewna – przyznała w końcu.
Odpowiedziała
jej wymowna cisza. Jakoś nie mała wątpliwości, że Rufus nie tego się
spodziewał, choć z drugiej strony, jak go znała, to równie dobrze mógł podejrzewać,
że mógł wiedzieć, czego się spodziewać. W jego przypadku nigdy nic nie
było pewne, zwłaszcza gdy w grę wchodziło interpretowanie emocji.
Westchnęła cicho,
w końcu decydując się spojrzeć na męża.
– Uciekanie
przed przeszłością… Przerabialiśmy to już, prawda? A teraz po raz drugi w ciągu
zaledwie kilku miesięcy pojawiła się możliwość, by przyjechać aż tutaj. – Zamilkła,
po czym wzruszyła ramionami. – Może po prostu w końcu doszłam do wniosku,
że jestem gotowa.
– Tak,
właśnie widziałem jak bardzo jesteś gotowa – mruknął z przekąsem. –
Naprawdę uważasz, że w coś takiego uwierzę?
– Ja nie…
– Co się
zmieniło? I nie, to nie są wyrzuty – zapewnił pośpiesznie. Coś w jego
tonie złagodniało, kiedy zdecydował się mówić dalej. – Widziałem, w jaki
sposób zachowywała się przy Marco, odkąd… Cóż, sama najlepiej wiesz.
Nie
odpowiedziała, mając wrażenie, że to i tak było zbędne. Rufus trafił w sedno
i najpewniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Skłamałaby, gdyby zaczęła
się wypierać i zarzekać, że chodziło wyłącznie o przeszłość. Przez
wszystkie te lata nie widziała powodów, by za nią gonić, więc dlaczego teraz by
miała?
– Jestem
głupia? – zapytała w zamian, kolejny raz wprawiając męża w konsternację.
Zauważyła,
że przez jego twarz przemknął cień. Przez kilka sekund wpatrywał się w nią
w milczeniu, wyglądając przy tym na chętnego, by w pośpiechu się wycofać,
byleby nie musieć ciągnąc tej rozmowy.
– Że co? Szlag,
dziewczyno… Zabrało ci się na zadawanie poważnych pytań czy jak?
Wzruszyła
ramionami.
– Ty
zacząłeś – przypomniała mu usłużnie. – Teraz mi powiedz, bo ja nie mam pojęcia.
Jak głupie jest to, co robię?
– A skąd
akurat ja mam to wiedzieć? Mówisz jakbyś nie wiedziała, jak wygląda mój sposób patrzenia
na rodzinę
Westchnęła,
chcąc nie chcąc przyznając mu rację. Być może o wiele prościej byłoby, gdyby
zapytała o to Gabriela, ale w przypadku brata jakoś nie miała
wątpliwości, w jaki sposób zareagowałby na jej słowa. I na samego
Marco, niezależnie od tego, czy to on zabrał ją z tamtego miejsca. Już i tak
z cudem wydawało się graniczyć to, że obaj jeszcze się nie pozabijali, ale
nad tym przynajmniej na razie nie chciała się zastanawiać.
– To po
prostu… Sama nie wiem. Nie mam pojęcia, co takiego robię – wyrzuciła z siebie
na wydechu, mając przy tym wrażenie, że tak naprawdę zwracała się przede
wszystkim do siebie. – Może… nie potrafię albo nie chcę dłużej się go bać. Wiem,
że czegokolwiek by nie zrobił, nie naprawi tego, co zrobił, kiedy ja i Gabriel…
Ale przynajmniej próbuje. – Westchnęła cicho. – A teraz stracił Allegrę. Już
raz doświadczyłam tego, co działo się z nim w żalu. Może po prostu
nie chcę, żeby…
Urwała, niezdolna
wykrztusić z siebie nawet słowa więcej. Miała wrażenie, że plecie o rzeczy,
próbując ująć sensownie coś, czego sama nie rozumiała. Wiedziała jedynie, że to
dręczyło ją o wiele bardziej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Wszystko, co
tyczyło się Marco, było skomplikowane, a ona nie potrafiła ot tak
zapomnieć mu tego, co zrobił. Ale co tak naprawę dawało życie w przekonaniu,
że znów mógłby ją skrzywdzić? Co dałoby jej to, że wciąż by go obwiniała, zwłaszcza
jeśli dostrzegała w nim kogoś więcej niż tylko bezdusznego potwora, gotowego
zranić własne dzieci?
Przez lata
widziała, jaki był dla Allegry. Zresztą nie tylko, bo byłaby niesprawiedliwa,
gdyby stwierdziła, że Marco się nie starał. Dążył do czegoś, czego Layla nie
potrafiła określić, bo szczerze wątpiła, żeby spodziewał się wybaczenia –
zwłaszcza ze strony jej czy Gabriela. Nie zmieniało to jednak faktu, że przez
ostatnie lata zdążyła przywyknąć do jego obecności w Mieście Nocy.
Pamiętała też to, co było dobre – łącznie z tym, że na swój pokrętny
sposób Marco wciąż się troszczył, chociażby jak wtedy, gdy przyszedł do niej do
szpitala, kiedy straciła dziecko.
Poczuła
nieprzyjemny ucisk w gardle na samo wspomnienie. Nie chciała o tym
myśleć, ale to wydawało się silniejsze od niej.
– I wybaczenie… – mruknął Rufus, skutecznie ściągając na siebie jej
uwagę.
– Co
takiego? – zapytała, w pośpiechu zwracając się w jego stronę.
Wciąż
wyglądał na zamyślonego. Niemalże w roztargnieniu wyciągnął rękę, jak
gdyby nigdy nic zaciskając palce wokół jej dłoni.
– Claire powiedziała
mi coś takiego, zanim jeszcze udało nam się cię namierzyć… Wtedy, gdy zaatakował
nas tamten dzieciak – wyjaśnił, a Layla otworzyła usta, gotowa raz jeszcze
mu przypomnieć, co sądziła o trzymaniu Ryana w piwnicy. – To był
jeden z tych jej wierszy. Coś o strzale w ciemności, stracie i wybaczeniu.
Cóż…
Urwał i już
tylko spoglądał na nią w sposób wystarczająco wymowny, by zrozumiała, co
takiego chodziło mu po głowie.
Zacisnęła
usta, nagle podenerwowana. Czuła się dziwnie, sfrustrowana przede wszystkim
tym, co sugerował wiersz Claire. Strzał w ciemności i wybaczenie… No i strata.
Byłaby głupia, gdyby stwierdziła, że nie miała pojęcia o co chodzi.
Wszystko składało się w całość, będąc niczym wskazówka, której
potrzebowała, ale wcale nie poczuła się dzięki temu pewniej.
Nie miała
pojęcia, czy była na to gotowa. A tym bardziej czy faktycznie tego chciała.
Rufus
milczał, co było jej na rękę. Pozwalała, żeby trzymał ją na rękę, uświadamiając
sobie przy okazji, że właściwie nie dotykał jej od momentu, w którym
wypadła z samochodu. Być może to nic nie znaczyło, ale coś w jego
zachowaniu momentalnie dało wampirzycy do myślenia. Aż za dobrze znała ten
dystans, który czasami pojawiał się między nimi i który zazwyczaj sama
tworzyła, skutecznie wytrącając męża z równowagi. Czasami instynktownie
trzymał się na bezpieczną odległość, nie chcąc, żeby poczuła się źle przez
wzajemną bliskość. Niezmiennie ją tym zadziwiał, jednocześnie wpędzając w poczucie
winy, bo przecież doskonale wiedziała, że nie zrobiłby jej krzywdy – nie w świadomy
sposób. A już na pewno nie w ten
sposób.
W pośpiechu
przesunęła się bliżej niego. Musiał wyczuć zmianę w jej zachowaniu, bo nie
zawahał się przed ułożeniem dłoni na jej biodrach. Bez słowa przygarnął ją do
siebie, pozwalając, żeby ufnie się w niego wtuliła, w końcu będąc w stanie
się rozluźnić.
– Cokolwiek
zamierzasz zrobić, ustalmy sobie jedno – usłyszała tuż przy uchu. – Przysięgam,
że jeśli chociaż raz jeszcze będziesz płakała z powodu Marco, osobiście go
poćwiartuję. Możesz mu to przekazać w moim imieniu.
Jakoś nie
miała wątpliwości, że faktycznie byłby do tego zdolny.
Nie
skomentowała słów Rufusa, w zamian woląc skupić się na tym, że wciąż trzymał
ją w ramionach. Nie zaprotestowała, kiedy zdecydował się ją pocałować –
początkowo niepewnie, a później bardziej stanowczo, ledwo nabrał pewności,
że nie zamierzała ani na niego naskakiwać, ani tym bardziej uciekać krzykiem.
– Hm… Wiem,
gdzie jesteśmy, tak sądzę – mruknęła, gdy tylko odsunęła się od niego na tyle,
by być w stanie cokolwiek powiedzieć. – Chodź, pokażę ci coś. Tutaj kiedyś
płynęła rzeka.
Spojrzał na
nią w sposób wystarczająco wymowny, by pojęła, że spacery po lesie i podziwianie
widoków nie były szczytem jego marzeń, ale przynajmniej nie zaprotestował. Uśmiechnęła
się, natychmiast wykorzystując okazję, by stanowczo pociągnąć go za sobą. Co
prawda nie miała pewności, czy okolica w choć niewielkim stopniu
przypominała tę sprzed wieków, zwłaszcza że widziała to wszystko oczami dziecka,
ale przecież nie zaszkodziło sprawdzić.
Kto wie,
może wcale nie miało być tak źle. Potrzebowała jeszcze chwili, by zebrać się w sobie
i choćby pomyśleć o konieczności przekroczenia progu posiadłości.
Gabriel mógł się martwić, ale naprawdę tego potrzebowała, zwłaszcza że już i tak
zwlekała zdecydowanie zbyt długo. Miała tego dość, zresztą jak i poczucia,
że w znaczącym stopniu żyła przeszłością.
Słodka
bogini, minęło tyle lat… Layla, która nie potrafiła się obronić, zniknęła już
dawno temu, zresztą przynajmniej tymczasowo nie było nikogo, kogo mogłaby się
obawiać. Ktoś, kogo jako dziecko mogłaby określić mianem potwora, w rzeczywistości
był nie mniej zraniony, co i ona sama. Mogła się go obawiać i rozpamiętywać
przeszłość, ale w tym wszystkim mimo wszystko były też dobre chwile i świeże
wspomnienia, które chcąc nie chcąc musiała zaakceptować.
Może
zwariowała.
A może po
prostu była zbyt zmęczona uciekaniem i trzymaniem się przeszłości, nawet
jeśli taka reakcja wydawał się czymś w pełni naturalnym. Miała dość
powodów, żeby nienawidzić ojca, ale… od dawna nie potrafiła, chociaż to wciąż
nie było takie proste. Nigdy nie miało być, zwłaszcza że wydarzyło się dość, by
pozostawić trwałe ślady – blizny, których może i nie widziała, ale wystarczyło,
że pozostawała ich w pełni świadoma. Marco zresztą też o tym wiedział,
a przynajmniej wszystko wydawało się na to wskazywać.
I wybaczenie…, powtórzyła w myślach.
Nie miała
pojęcia czy faktycznie potrafiła, ale nigdy nie szkodziło próbować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz