
Beatrycze
Carlisle milczał, ale to jej
nie przeszkadzało. Miała wrażenie, że to ten dobry rodzaj milczenia, nawet
jeśli jednocześnie czuła, że był nie mniej oszołomiony, co i ona. Co
więcej, wciąż ją obejmował, bynajmniej nie zachowując się tak, jakby zamierzał
ją odepchnąć.
Oczywiście, że tak. Przecież wiedział…
Wszyscy wiedzieli.
Zacisnęła
usta, czując jak w odpowiedzi na tę myśl coś nieprzyjemnie przekręca jej
się w żołądku. Pomyślała, że w takim wypadku powinna przeprosić, ale
nim zdążyła skupić się na tyle, by wykrztusić z siebie chociaż słowo,
ubiegł ją dziwnie spięty głos Lawrence’a.
– Ehm…
Jesteś tu sam?
Carlisle
drgnął, po czym nieznacznie odsunął od siebie Beatrycze. Co prawda wciąż ją
obejmował, ale na tyle delikatnie, by oboje mogli spojrzeć na stojącego tuż
obok, udającego zainteresowanie zachmurzonym niebem L.
– Nie… Nie,
jest jeszcze Esme – zreflektował się pośpiesznie Carlisle. – No i Gabriel z Laylą
i Rufusem, ale… – Zamilkł, ostatecznie decydując się nie kończyć.
– Świetnie.
– Po tonie Lawrence’a trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślał. – Więc
może nie każmy im czekać, co? Swoją drogą, zaczęliśmy z Trycze… naprawdę
ciekawą rozmowę – dodał, starannie dobierając słowa. – Aż zaczynam żałować, że
nie ma tu twojego ulubionego zięcia –
mruknął, a Beatrycze zesztywniała.
– L… –
rzucił ostrzegawczym tonem, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
– Co się
stało? – zapytał natychmiast Carlisle.
Lawrence
jedynie potrząsnął głową i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę domu,
nie pozostawiając im innego wyboru, jak tylko podążyć za nim. Beatrycze poczuła
się co najmniej dziwnie z tym, że Carlisle wciąż jej nie puszczał.
Obejmował ją i to wydawało się dobre, nawet jeśli czuła, że wciąż musieli
poważnie porozmawiać. Z drugiej strony, to przynajmniej tymczasowo mogło poczekać.
Teraz mieli mieć dużo czasu, chociaż to wciąż do niej nie docierało.
Bez trudu
zauważyła dwa zaparkowane przed posiadłością samochody. Wyglądały dziwnie,
zupełnie jakby nie pasowały do tego miejsca, dotychczas nienaturalnie
spokojnego i jakby wyrwanego z przeszłości. Esme stała przy jednym z nich,
niespokojnie obserwując okolicę. Była piękna, co Beatrycze zdążyła zaobserwować
wcześniej, ale dopiero widząc kobietę swoimi „nowymi” oczyma uświadomiła sobie,
że to coś więcej niż po prostu olśniewająca uroda.
Co więcej,
pomijając rysy twarzy, Esme najzwyczajniej w świecie kojarzyła jej się z aniołem
– w tamtej chwili wyraźnie zmartwionym, przynajmniej do momentu, w którym
ich zauważyła. Jej topazowe tęczówki pojaśniały, a na ustach jak na
zawołanie pojawił się pełen ulgi uśmiech.
– Nareszcie
– wyszeptała, robiąc krok naprzód. Zawahała się, kiedy zauważyła Beatrycze, ale
nawet jeśli widok krwi sprawił, że doszła do podobnych wniosków, co i Lawrence,
nie skomentowała tego nawet słowem. – Nic wam nie jest – nie tyle zapytała, co
stwierdziła fakt.
Beatrycze
spróbowała wysilić się na uśmiech, ale nie była pewna czy jej to wyszło. Wciąż
czuła się niepewnie, aż nazbyt świadoma, że wszystko było inne. W końcu
rozumiała, a jakby tego było mało…
– Tak…
Chcecie wejść do środka? – doszedł ją jeszcze jeden głos. – Nie mam nic
przeciwko, żeby nie było wątpliwości.
Nie miała
pojęcia, jakim cudem wcześniej mogła przeoczyć Gabriela. Stał przy jednym z samochodów,
jakby od niechcenia opierając się o niego plecami. Wyglądał blado, myślami
wydając się być gdzieś daleko. Coś w wyrazie jego twarzy i sposobie, w jaki
zakładał ramiona na piersi, wystarczyło, by Beatrycze pojęła, że nie był w najlepszym
nastroju. On wcale nie chce tutaj być,
uświadomiła sobie, nagle zaczynając czuć się źle z tym, że mogłaby go
zmusić.
Zaraz po
tym spięła się, uświadamiając sobie, że miała przed sobą kogoś, kto przecież
był człowiekiem. Natychmiast wstrzymała oddech, po czym zatrzymała się tak
gwałtownie, że omal nie wywróciła Carlisle’a. W pamięci wciąż miała to,
jak niewiele trzeba było, by stracić kontrolę. Gdyby nagle poczuła słodki
zapach krwi albo usłyszała pulsowanie uderzającego raz po raz serca, wtedy…
–
Beatrycze? – zaniepokoił się Carlisle.
Nie
zareagowała.
Gabriel za
to i owszem, bo nagle roześmiał się łagodnie, całkowicie wytrącając ją z równowagi.
– Nie
przejmuj się – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Już moja w tym głowa,
żebyś nie rzuciła mi się do gardła.
To brzmiało
tak, jakby faktycznie nie przejmował się tym, że mogłoby do tego dość. Nie
miała pojęcia, co było nie tak z niektórymi facetami, ale ten zachowywał
się, jakby pojęcie instynktu samozachowawczego było dla niego obce.
Dopiero
późnej zwróciła uwagę na to, że nieczuła… praktycznie niczego. Kiedy
zaczerpnęła powietrza do płuc, wcale nie wyczuła krwi. Gabriel po prostu tam
stał, ale równie dobrze wcale mogło nie być, przynajmniej w mniemaniu jej
wyostrzonych zmysłów.
– Jak…? –
zaczęła z wahaniem, chociaż to przecież było oczywiste. Z drugiej
strony, telepatia wciąż była dla niej czymś niepojętym.
– Pozwól,
że zachowam to dla siebie. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. Mimo wszystko
miała wrażenie, że w jego uśmiechu było coś wymuszonego. – Zresztą to
teraz nieistotne. Rozgościliście się już, nie? – dodał, znacząco kiwając głową w stronę
domu.
– T-tak… – zapewniła
z opóźnieniem.
Lawrence
prychnął, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. Spojrzała na niego,
bynajmniej nie zaskoczona. Jeśli wierzyć temu, spędzili tutaj dwa dni – on
dodatkowo przysłuchując się jej krzykom.
– Mógłbyś
nam pomóc? – zapytał nagle Carlisle, zwracając się do Gabriela. – Ja też cię
nie czuję. Nie wiem jak wiele możesz, ale gdyby udało nam się bezpiecznie
wrócić do domu i nie ryzykować, że Beatrycze… poczuje się źle – dodał,
starannie dobierając słowa – byłoby doskonale.
– Dobre
pytanie. – Przez twarz Gabriela przemknął cień. – Może z pomocą Layli
udałoby się to zorganizować. Co innego wpłynąć na siebie, a co innego na
całe lotnisko.
Nie mogła
pozbyć się wrażenia, że chodziło o coś więcej. Wyglądał na chorego, co w jego
przypadku nie było aż takie zaskakujące. Od samego początku w jego
przypadku w oczy rzucała się przede wszystkim bladość, jednak w tamtej
chwili ta wydawała się bardziej porażająca niż do tej pory.
– A co
z Laylą? – zaniepokoiła się Esme.
Gabriel wzruszył
ramionami.
– Pojawi
się w swoim czasie – odparł lakonicznie. – No i jest z Rufusem,
nie? Aktualnie nic gorszego jej nie grozi. – Po jego tonie trudno było
stwierdzić, czy sobie żartował. Ostatecznie nikt nie skomentował jego słów, co
najwyraźniej Gabrielowi odpowiadało, bo nagle wyprostował się i bez
pośpiechu ruszył w stronę domu. – Idę się rozejrzeć. Dajcie znać,
gdybyście czegoś potrzebowali.
Zaraz po
tym odszedł, nawet nie czekając na czyjąkolwiek reakcję. Beatrycze odprowadziła
go wzrokiem, coraz bardziej zaniepokojona.
– W porządku
z nim? – zapytała z wahaniem.
– To…
dłuższa historia – przyznał z opóźnieniem Carlisle. – Zresztą za chwilę.
Mieliśmy porozmawiać – przypomniał, a Beatrycze westchnęła.
– Ta, o Ciemności
– mruknął Lawrence. – Zanim przyszedłeś, właśnie rozmawialiśmy sobie o to,
że to ona ją tutaj przyprowadziła.
– Co
takiego? – zapytał zaskoczony.
Żadne z nich
nie odpowiedziało. Beatrycze w końcu zmusiła się do tego, by oswobodzić
się z uścisku syna. Bez pośpiechu przeszła kilka kroków naprzód,
niespokojnie zaplatając ramiona na piersi. Nie miała pojęcia, co ze sobą
zrobić, nagle niepewna i bardziej skołowana niż do tej pory.
– To nie
jest już aż takim zaskoczeniem. Moja… śmierć, klątwa i rola Ciemności –
powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa.
– Rafael o tym
mówił, ale… – Esme zamilkła. – Możemy wejść do środka? Zaczynam czuć się tutaj
nieswojo.
W domu miałoby być lepiej?, pomyślała z powątpiewaniem
Beatrycze, ale nie zaprotestowała. Wciąż nasłuchiwała, próbując wyczuć albo
wypatrzeć jakiekolwiek oznaki tego, że nie byli sami. Słyszała, że Carlisle i Esme
szeptali coś między sobą, być może na jej temat, ale nie próbowała
przysłuchiwać się im słowom na tyle, by wychwycić sens. Myślami była gdzieś
daleko, po raz kolejny raz próbując uporządkować to, co się wydarzyło.
Ognisko
wciąż płonęło, kiedy wrócili do salonu. Beatrycze zawahała się, w milczeniu
przypatrując tańczącemu płomieniowi. Znów instynktownie wolała trzymać się w jasnym
blasku, pozwalając, by ten wprawił jej skórę w delikatne lśnienie. Już nie
czuła tego dziwnego podekscytowania, co w chwili spotkania z Ophelią,
kiedy wszystko w niej aż krzyczało, że światło zapewniało bezpieczeństwo. Być
może to oznaczało, że Ciemność w końcu odeszła, ale wcale nie była tego
taka pewna.
– Pewnie
nie ma co tutaj liczyć na bieżącą wodę, prawda? – usłyszała i to
wystarczyło, żeby zwrócić jej uwagę. Spojrzała na Esme z bladym uśmiechem,
mimochodem zauważając, że wampirzyca przyglądała jej się z troską.
Och, oczywiście… W końcu muszę
wyglądać, jakbym urwała się z horroru, przeszło jej przez myśl.
Nerwowym ruchem przeczesała włosy palcami, próbując doprowadzić je do porządku.
– Poradzę
sobie – stwierdziła. To, jak wyglądała, wydawało się w tamtej chwili
najmniej istotne.
– Mam ze
sobą kilka rzeczy, więc coś ci pożyczę – zapewniła pośpiesznie wampirzyca.
Skinęła
głową, wciąż próbując się uśmiechać. Cóż, przynajmniej Esme zachowywała się
tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. I była jej za to wdzięczna,
jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wampirzyca patrzyła na nią
trochę tak jak na drugą Elenę, a nie potencjalną synową.
– Ten dom
jest piękny – odezwała się ponownie Esme, najwyraźniej nie będąc w stanie
usiedzieć w ciszy. – Bardzo zaniedbany, ale…
– I najwyraźniej
wyjątkowy, a przynajmniej tak powiedziała mi Ophelia – stwierdziła, zanim
zdążyła ugryźć się w język.
Cisza,
która zapanowała po jej słowach, miała w sobie coś przenikliwego. Poczuła
się dziwnie z tym, że nagle znalazła się pod obstrzałem spojrzeń, bardziej
uważnych niż wtedy, gdy wyszła spomiędzy drzew umazana krwią. Nagle zapragnęła
się wycofać, ale oczywiście nie zrobiła tego, w zamian wkładając całą
dostępną energię w to, żeby się uspokoić. W końcu to nie było takie
trudne, prawa? Zwłaszcza teraz, gdy ot tak mogła rozproszyć uwagę czymkolwiek,
choćby sposobem, w jaki kolory ognia przechodziły w siebie nawzajem.
– Chcesz
odpocząć? – zaniepokoił się Carlisle. Do jego głosu wkradło się wahanie i zrozumiała,
że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zmęczenie to dość marna
wymówka, skoro teraz była nieśmiertelna.
– A czy
w tym czasie cokolwiek stanie się prostsze? – zapytała z bladym
uśmiechem, bynajmniej nie oczekując odpowiedzi. – Właśnie próbowaliśmy z L.
to i owo zrozumieć. Jego przyprowadziła tutaj Amelie. Mnie… sama Ciemność.
Albo coś innego.
– Amelie… –
powtórzył z wahaniem wampir. – Ta Amelie…?
– Nie znam
zbyt wielu pierwotnych o tym imieniu – mruknął Lawrence. – Ale mniejsza o to.
Liczy się, że Amelie nie można ufać – stwierdził, wymownie spoglądając na
Beatrycze.
– Albo
spełniała obietnicę – powiedziała pod wpływem impulsu.
Jeśli do
tej pory spoglądali na nią z zaskoczeniem, w tamtej chwili najpewniej
zaczynali wątpić w to, czy dobrze się czuła.
– Wybacz,
że to mówię, ale… bredzisz, radości.
Spojrzała
na Lawrence’a w niemalże pobłażliwy sposób.
– Może i tak.
Albo próbuję to wszystko uporządkować – przyznała po chwili zastanowienia. –
Gdybym powiedziała, że co nocy śniłam o tym domu i chcę tutaj
przyjechać, pewnie też bym to usłyszała.
– Nie
rozumiem… Byłaś tutaj kiedy? – zapytał Carlisle, więc w pośpiechu
przeniosła na niego wzrok. – Dlaczego tutaj?
– Nie
jestem pewna – przyznała. Westchnęła cicho, nagle sfrustrowana. Gdyby wciąż
była człowiekiem, jak nic dorobiłaby się bólu głowy. – Obawiam się, że to, co
mogę wam powiedzieć… zabrzmi źle. Z drugiej strony, jestem kimś, kogo
Lawrence ściągnął zza grobu. Chyba nic nie zabrzmi dziwniej.
Sądząc po
ciszy, która zapadła po tym stwierdzeniu, mimo wszystko mieli wątpliwości.
– Ophelia –
podsunął natychmiast Lawrence. – Mówiłaś o Ophelii. Kimkolwiek by nie
była.
– No, tak…
– zreflektowała się.
– Pytałaś
mnie o to – zauważył Carlisle. – Jeszcze w Seattle. Czy już wtedy…? –
Zamilkł, dochodząc do wniosku, że odpowiedź na pytanie była oczywista. – Kilka
razy wypowiedziałaś to imię.
– Ophelia
to ktoś, kto prześladuje mnie już od jakiegoś czasu. Od chwili, gdy znalazłam
to.
Jeszcze
kiedy mówiła, w pośpiechu przykucnęła, by podnieść z ziemi znajomy,
obity w czarną skórę pamiętnik. Poczuła ulgę, kiedy tak po prostu
zauważyła go tuż obok kominka, gdzie najwyraźniej wylądował po tym, jak z winy
Ophelii straciła przytomność. Delikatnie pogładziła okładkę, mimowolnie
zastanawiając nad tym, czy po przemianie wciąż mogła zemdleć, wciągnięta przez
wspomnienia przodkini. Przynajmniej tymczasowo nic się nie działo, zresztą
pamiętała, co powiedziała jej Ophelia – o tym, że pamiętnik przecież
należał do Beatrycze.
Przerzuciła
kilka stron, z powątpiewaniem spoglądając na drobne pismo. Wciąż nie była w stanie
rozczytać tekstu, nie wyobrażając sobie, że mógłby wyjść spod jej ręki.
– Jocelyne
znalazła go, kiedy przekładałyśmy rzeczy na strychu – oznajmiła zaintrygowana
Esme. Krótko spojrzała na męża. – W twoich rzeczach. Podobał jej się, a że
ty i tak nie miałbyś nic przeciwko temu, by go wzięła…
– Oczywiście,
że nie mam. O ile pamiętam, zawsze był zapisany tylko do połowy, więc… –
Carlisle przeniósł wzrok wprost na Beatrycze. – Wiem, że należał do ciebie.
– Na to
wygląda – przyznała, ale bez przekonania. – To wyjaśnia, dlaczego zobaczyłam go
właśnie w pokoju Joce. No i w ten sposób poznałam Ophelię.
– „W ten”
to znaczy jaki? – zapytał Lawrence, ale nie czekał na odpowiedź. – Och, chwila…
Odpłynęłaś nam wtedy, tak?
Skinęła
głową. Wciąż raz po raz przerzucała kolejne strony, zwłaszcza że w łagodnym
szeleście kartek było cos kojącego.
– Wtedy
zobaczyłam ją po raz pierwszy… Albo raczej spojrzałam na świat oczami Ophelii –
poprawiła się po chwili zastanowienia. – Pamiętam jak uciekałam przez
zaśnieżony ogród, tuląc do piersi dziecko. Ona uciekała… – Westchnęła
przeciągle. Trudno to było rozróżnić, skoro wspomnienia mieszały się z jej
własnymi. – To niecodzienne, by kobieta, która dopiero co wydała na świat
dziecko, w takiej panice próbowała zabrać je gdzieś daleko. Ophelia się
bała, ale nie o siebie, ale…
– Kim jest
Ophelia? – ponowił pytanie Lawrence.
Beatrycze
drgnęła, po czym spojrzała mu w oczy. Poczuła, że coś nieprzyjemnie ściska
ją w gardle, jednak mimo wszystko zmusiła się do odpowiedzi.
– Ktoś
musiał zapoczątkować klątwę – zauważyła przytomnie. – Ona i każda z jej córek… – wyszeptała, po czym westchnęła
cicho. – Tyle razy słyszałam te słowa… Sama śpiewałam o tym Joce – dodała i uśmiechnęła
się, podchwyciwszy zaciekawione spojrzenie Carlisle’a. – Och, malutka mnie
widziała. Od samego początku, zanim jej zdolności się zatarły. Czasami… lubiłam
obserwować z bliska, zwłaszcza tych, którzy byli dla mnie ważni. –
Zaśmiała się nieco nerwowo, wymownie rozglądając po salonie. – Ophelia
powiedziała mi, że musiałyśmy mieć jakiś związek z tym domem, zanim trafił
w ręce Licavolich. To tylko jej przypuszczenia, ale najwyraźniej niektóre
rodziny były sobie pisane wcześnie… Bo w końcu masz dużą rodzinę.
Dziwnie
czuła się, mogąc wprost o tym mówić. To było coś niezwykłego, zresztą tak
jak i to, że nagle nie musiała niczego ukrywać. Kolejne słowa przychodziły
same, układając się w całość o wiele łatwiej, niż mogłaby
podejrzewać.
Chwilę
jeszcze milczała, czekając na kolejne pytanie albo jakąkolwiek reakcję, ale nic
podobnego nie miało miejsca. To ostatecznie nakłoniło ją, żeby mówić dalej.
– Tak więc
czasami widywałam Ophelię, chociaż to zdarzało się rzadko. Dopiero później
zaczęłam pojmować, kim ona była, w miarę jak pokazywała mi kolejne
wspomnienia – wyjaśniła. Nie miała pojęcia czy to zasługa przemiany, ale
łączenie faktów przychodziło jej łatwiej niż wcześniej. Jej umysł wydawał się
zadziwiająco przestronny, pozwalając Beatrycze analizować fakty w zaskakującym
tempie. – Ale zdecydowanie częściej śniłam o tym domie. Nie jestem pewna
jak często stawałam przed nim i czułam, że powinnam wejść do środka, ale…
nigdy tego nie robiłam. Po prostu stałam i gapiłam się, póki nie przyszło
przebudzenie.
– Dlaczego
niczego nie mówiłaś? Moglibyśmy spróbować coś wymyśli albo… – zaczął Carlisle,
ale zdecydowała mu się przerwać.
– Och, ależ
mówiłam. Cameron cierpliwie mnie słuchał, kiedy tego potrzebowałam – przyznała,
posyłając mu przepraszające spojrzenie. – Gubiłam się w tym wszystkim, a wy
mieliście na głowie Volturi i zniknięcie Layli. Zresztą… To było coś, co
musiałam zachować dla siebie. Zagadka, którą zostawiła dla mnie Ciemność –
dodała, raptownie poważniejąc. – Teraz widzę ile ryzykowałam. Chciał mnie
ukarać, ale uciekłam. Zawsze miał mi za złe, że z uporem trzymałam się
przeszłości, zamiast… Ale ilekroć próbował to zmienić, ja bardziej się
opierałam. – Zamilkła, uświadamiając sobie, jak wyrwane z kontekstu mogły
wydawać się jej słowa. – Ciemność naprawdę kolekcjonuje dusze. To… Nie jestem
pewna, jak to opisać. My nazywałyśmy to miejsce po prostu „między tu a teraz”.
– My…?
– Byłyśmy
razem. To jak inny świat, równie prawdziwy, co i ten tutaj. – Zacisnęła
usta, po czym wymownie rozejrzała się dookoła. – Powiedziałabym, że wydawał się
doskonały, gdyby nie to, że stworzyła go Ciemność. Dbał o nas, ale… raczej
tak, jak dumny właściciel o swoją kolekcję. Świat skąpany w blasku
dnia i zarazem pełen cieni… – Głos nieznacznie jej zadrżał, więc
odchrząknęła, próbując doprowadzić się do porządku. – Niektórym z nas to
odpowiadało. Inne po prostu się bały, bo Ciemności się nie odmawia. – Nagle wybuchła
pozbawionym wesołości śmichem, nie mogąc się powstrzymać. Teraz już
zdecydowanie musieli uważać ją za wariatkę, ale nie dbała o to. – Jak
bardzo go prosiłam, kiedy pojawiła się Elena. To było dziecko, ale… on nigdy
nie chciał takiej Eleny. A teraz stracił również mnie.
Uświadomiła
sobie, że zaczęła drżeć, chociaż zdecydowanie nie dlatego, że zrobiło jej się
zimno. Z wolna uniosła dłoń do szyi, muskając palcami nienaruszoną skórę.
Aż za dobrze pamiętała, jak kiedyś Pan Ciemności stracił do niej cierpliwość i zaczął
jej dusić. A po wszystkim zachowywał się tak, jakby nic się nie stało.
Przepraszał, chociaż to nic nie znaczyło, zostawiając Beatrycze roztrzęsioną i przerażoną
tym, co mogłoby spotkać jej wnuczkę. Mogła co najwyżej miotać się i trwać w przekonaniu,
że tak naprawdę i tak nie mogła niczego zmienić – a już zwłaszcza
powstrzymać tę istotę.
Aż
wzdrygnęła się, kiedy kątem oka zarejestrowała ruch. Napięła mięśnie, w pierwszym
odruchu gotowa się bronić, ale powstrzymało ją spojrzenie bystrych, lśniących
oczu Lawrence’a. Stał tuż przed nią, w ułamek sekundy później decydując
się ująć jej twarz w dłonie. Pozwoliła mu na to, chociaż wciąż drżała,
zwłaszcza gdy zaczął przesuwać kciukami po jej policzkach.
– Przez
cały ten czas… – zaczął i chociaż nie miała pewności o czego
zmierzał, bez wahania weszła mu w słowo.
– Byłam
obok – oznajmiła z mocą, przesuwając się na tyle blisko, by móc się w niego
wtulić. – Mógł robić, co chciał. Mógł się wściekać, kiedy wracałam pamięcią do
przeszłości albo wymykałam się, żeby obserwować. Mógł mnie kusić i powtarzać,
że prościej byłoby, gdybym zapomniała, ale… Ale jak miałabym? Jeśli ktoś mógł
mnie mieć, to tylko jedna osoba i to zdecydowanie nie on.
W pierwszej
chwili doszukała się szoku w jego oczach. Wydawał się poruszony, a to
zdecydowanie nie pasowało do Lawrence’a, którego znała. Czuła, że próbował
ukrywać emocje, ale i tak była w stanie czytać z niego jak z otwartej
księgi. Podejrzewała zresztą, że sam odbierał ją podobnie, zwłaszcza że nawet
nie próbowała ukrywać tego, jak bardzo była przerażona.
Nie
zaprotestowała, kiedy tak po prostu ją pocałował – całkowicie obojętny na to,
że nie byli sami, jakby chcąc przypieczętować to, że teraz była kimś więcej,
niż słabym pozbawionym wspomnień człowiekiem.
Była jego
Beatrycze.
I jakimś
cudem do niego wróciła, ale…
– Wiecie,
co jest w tym wszystkim najgorsze? – szepnęła, ledwo tylko Lawrence
odsunął się na tyle, by mogła sobie na to pozwolić. – To, jak to wszystko się zaczęło.
Ona tak po prostu mu ją sprzedała, zresztą tak jak i każdą z nas… – Zamilkła,
żeby złapać oddech. – Ciemność traktuje nas jak swoją własność tylko dlatego,
że Isobel chciała władzy i to nawet za cenę życia własnej siostry…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz