13 czerwca 2018

Dwanaście

Beatrycze
Carlisle milczał, ale to jej nie przeszkadzało. Miała wrażenie, że to ten dobry rodzaj milczenia, nawet jeśli jednocześnie czuła, że był nie mniej oszołomiony, co i ona. Co więcej, wciąż ją obejmował, bynajmniej nie zachowując się tak, jakby zamierzał ją odepchnąć.
Oczywiście, że tak. Przecież wiedział… Wszyscy wiedzieli.
Zacisnęła usta, czując jak w odpowiedzi na tę myśl coś nieprzyjemnie przekręca jej się w żołądku. Pomyślała, że w takim wypadku powinna przeprosić, ale nim zdążyła skupić się na tyle, by wykrztusić z siebie chociaż słowo, ubiegł ją dziwnie spięty głos Lawrence’a.
– Ehm… Jesteś tu sam?
Carlisle drgnął, po czym nieznacznie odsunął od siebie Beatrycze. Co prawda wciąż ją obejmował, ale na tyle delikatnie, by oboje mogli spojrzeć na stojącego tuż obok, udającego zainteresowanie zachmurzonym niebem L.
– Nie… Nie, jest jeszcze Esme – zreflektował się pośpiesznie Carlisle. – No i Gabriel z Laylą i Rufusem, ale… – Zamilkł, ostatecznie decydując się nie kończyć.
– Świetnie. – Po tonie Lawrence’a trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślał. – Więc może nie każmy im czekać, co? Swoją drogą, zaczęliśmy z Trycze… naprawdę ciekawą rozmowę – dodał, starannie dobierając słowa. – Aż zaczynam żałować, że nie ma tu twojego ulubionego zięcia – mruknął, a Beatrycze zesztywniała.
– L… – rzucił ostrzegawczym tonem, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
– Co się stało? – zapytał natychmiast Carlisle.
Lawrence jedynie potrząsnął głową i jak gdyby nigdy nic ruszył w stronę domu, nie pozostawiając im innego wyboru, jak tylko podążyć za nim. Beatrycze poczuła się co najmniej dziwnie z tym, że Carlisle wciąż jej nie puszczał. Obejmował ją i to wydawało się dobre, nawet jeśli czuła, że wciąż musieli poważnie porozmawiać. Z drugiej strony, to przynajmniej tymczasowo mogło poczekać. Teraz mieli mieć dużo czasu, chociaż to wciąż do niej nie docierało.
Bez trudu zauważyła dwa zaparkowane przed posiadłością samochody. Wyglądały dziwnie, zupełnie jakby nie pasowały do tego miejsca, dotychczas nienaturalnie spokojnego i jakby wyrwanego z przeszłości. Esme stała przy jednym z nich, niespokojnie obserwując okolicę. Była piękna, co Beatrycze zdążyła zaobserwować wcześniej, ale dopiero widząc kobietę swoimi „nowymi” oczyma uświadomiła sobie, że to coś więcej niż po prostu olśniewająca uroda.
Co więcej, pomijając rysy twarzy, Esme najzwyczajniej w świecie kojarzyła jej się z aniołem – w tamtej chwili wyraźnie zmartwionym, przynajmniej do momentu, w którym ich zauważyła. Jej topazowe tęczówki pojaśniały, a na ustach jak na zawołanie pojawił się pełen ulgi uśmiech.
– Nareszcie – wyszeptała, robiąc krok naprzód. Zawahała się, kiedy zauważyła Beatrycze, ale nawet jeśli widok krwi sprawił, że doszła do podobnych wniosków, co i Lawrence, nie skomentowała tego nawet słowem. – Nic wam nie jest – nie tyle zapytała, co stwierdziła fakt.
Beatrycze spróbowała wysilić się na uśmiech, ale nie była pewna czy jej to wyszło. Wciąż czuła się niepewnie, aż nazbyt świadoma, że wszystko było inne. W końcu rozumiała, a jakby tego było mało…
– Tak… Chcecie wejść do środka? – doszedł ją jeszcze jeden głos. – Nie mam nic przeciwko, żeby nie było wątpliwości.
Nie miała pojęcia, jakim cudem wcześniej mogła przeoczyć Gabriela. Stał przy jednym z samochodów, jakby od niechcenia opierając się o niego plecami. Wyglądał blado, myślami wydając się być gdzieś daleko. Coś w wyrazie jego twarzy i sposobie, w jaki zakładał ramiona na piersi, wystarczyło, by Beatrycze pojęła, że nie był w najlepszym nastroju. On wcale nie chce tutaj być, uświadomiła sobie, nagle zaczynając czuć się źle z tym, że mogłaby go zmusić.
Zaraz po tym spięła się, uświadamiając sobie, że miała przed sobą kogoś, kto przecież był człowiekiem. Natychmiast wstrzymała oddech, po czym zatrzymała się tak gwałtownie, że omal nie wywróciła Carlisle’a. W pamięci wciąż miała to, jak niewiele trzeba było, by stracić kontrolę. Gdyby nagle poczuła słodki zapach krwi albo usłyszała pulsowanie uderzającego raz po raz serca, wtedy…
– Beatrycze? – zaniepokoił się Carlisle.
Nie zareagowała.
Gabriel za to i owszem, bo nagle roześmiał się łagodnie, całkowicie wytrącając ją z równowagi.
– Nie przejmuj się – rzucił niemalże pogodnym tonem. – Już moja w tym głowa, żebyś nie rzuciła mi się do gardła.
To brzmiało tak, jakby faktycznie nie przejmował się tym, że mogłoby do tego dość. Nie miała pojęcia, co było nie tak z niektórymi facetami, ale ten zachowywał się, jakby pojęcie instynktu samozachowawczego było dla niego obce.
Dopiero późnej zwróciła uwagę na to, że nieczuła… praktycznie niczego. Kiedy zaczerpnęła powietrza do płuc, wcale nie wyczuła krwi. Gabriel po prostu tam stał, ale równie dobrze wcale mogło nie być, przynajmniej w mniemaniu jej wyostrzonych zmysłów.
– Jak…? – zaczęła z wahaniem, chociaż to przecież było oczywiste. Z drugiej strony, telepatia wciąż była dla niej czymś niepojętym.
– Pozwól, że zachowam to dla siebie. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. Mimo wszystko miała wrażenie, że w jego uśmiechu było coś wymuszonego. – Zresztą to teraz nieistotne. Rozgościliście się już, nie? – dodał, znacząco kiwając głową w stronę domu.
– T-tak… – zapewniła z opóźnieniem.
Lawrence prychnął, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać. Spojrzała na niego, bynajmniej nie zaskoczona. Jeśli wierzyć temu, spędzili tutaj dwa dni – on dodatkowo przysłuchując się jej krzykom.
– Mógłbyś nam pomóc? – zapytał nagle Carlisle, zwracając się do Gabriela. – Ja też cię nie czuję. Nie wiem jak wiele możesz, ale gdyby udało nam się bezpiecznie wrócić do domu i nie ryzykować, że Beatrycze… poczuje się źle – dodał, starannie dobierając słowa – byłoby doskonale.
– Dobre pytanie. – Przez twarz Gabriela przemknął cień. – Może z pomocą Layli udałoby się to zorganizować. Co innego wpłynąć na siebie, a co innego na całe lotnisko.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że chodziło o coś więcej. Wyglądał na chorego, co w jego przypadku nie było aż takie zaskakujące. Od samego początku w jego przypadku w oczy rzucała się przede wszystkim bladość, jednak w tamtej chwili ta wydawała się bardziej porażająca niż do tej pory.
– A co z Laylą? – zaniepokoiła się Esme.
Gabriel wzruszył ramionami.
– Pojawi się w swoim czasie – odparł lakonicznie. – No i jest z Rufusem, nie? Aktualnie nic gorszego jej nie grozi. – Po jego tonie trudno było stwierdzić, czy sobie żartował. Ostatecznie nikt nie skomentował jego słów, co najwyraźniej Gabrielowi odpowiadało, bo nagle wyprostował się i bez pośpiechu ruszył w stronę domu. – Idę się rozejrzeć. Dajcie znać, gdybyście czegoś potrzebowali.
Zaraz po tym odszedł, nawet nie czekając na czyjąkolwiek reakcję. Beatrycze odprowadziła go wzrokiem, coraz bardziej zaniepokojona.
– W porządku z nim? – zapytała z wahaniem.
– To… dłuższa historia – przyznał z opóźnieniem Carlisle. – Zresztą za chwilę. Mieliśmy porozmawiać – przypomniał, a Beatrycze westchnęła.
– Ta, o Ciemności – mruknął Lawrence. – Zanim przyszedłeś, właśnie rozmawialiśmy sobie o to, że to ona ją tutaj przyprowadziła.
– Co takiego? – zapytał zaskoczony.
Żadne z nich nie odpowiedziało. Beatrycze w końcu zmusiła się do tego, by oswobodzić się z uścisku syna. Bez pośpiechu przeszła kilka kroków naprzód, niespokojnie zaplatając ramiona na piersi. Nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić, nagle niepewna i bardziej skołowana niż do tej pory.
– To nie jest już aż takim zaskoczeniem. Moja… śmierć, klątwa i rola Ciemności – powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa.
– Rafael o tym mówił, ale… – Esme zamilkła. – Możemy wejść do środka? Zaczynam czuć się tutaj nieswojo.
W domu miałoby być lepiej?, pomyślała z powątpiewaniem Beatrycze, ale nie zaprotestowała. Wciąż nasłuchiwała, próbując wyczuć albo wypatrzeć jakiekolwiek oznaki tego, że nie byli sami. Słyszała, że Carlisle i Esme szeptali coś między sobą, być może na jej temat, ale nie próbowała przysłuchiwać się im słowom na tyle, by wychwycić sens. Myślami była gdzieś daleko, po raz kolejny raz próbując uporządkować to, co się wydarzyło.
Ognisko wciąż płonęło, kiedy wrócili do salonu. Beatrycze zawahała się, w milczeniu przypatrując tańczącemu płomieniowi. Znów instynktownie wolała trzymać się w jasnym blasku, pozwalając, by ten wprawił jej skórę w delikatne lśnienie. Już nie czuła tego dziwnego podekscytowania, co w chwili spotkania z Ophelią, kiedy wszystko w niej aż krzyczało, że światło zapewniało bezpieczeństwo. Być może to oznaczało, że Ciemność w końcu odeszła, ale wcale nie była tego taka pewna.
– Pewnie nie ma co tutaj liczyć na bieżącą wodę, prawda? – usłyszała i to wystarczyło, żeby zwrócić jej uwagę. Spojrzała na Esme z bladym uśmiechem, mimochodem zauważając, że wampirzyca przyglądała jej się z troską.
Och, oczywiście… W końcu muszę wyglądać, jakbym urwała się z horroru, przeszło jej przez myśl. Nerwowym ruchem przeczesała włosy palcami, próbując doprowadzić je do porządku.
– Poradzę sobie – stwierdziła. To, jak wyglądała, wydawało się w tamtej chwili najmniej istotne.
– Mam ze sobą kilka rzeczy, więc coś ci pożyczę – zapewniła pośpiesznie wampirzyca.
Skinęła głową, wciąż próbując się uśmiechać. Cóż, przynajmniej Esme zachowywała się tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. I była jej za to wdzięczna, jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wampirzyca patrzyła na nią trochę tak jak na drugą Elenę, a nie potencjalną synową.
– Ten dom jest piękny – odezwała się ponownie Esme, najwyraźniej nie będąc w stanie usiedzieć w ciszy. – Bardzo zaniedbany, ale…
– I najwyraźniej wyjątkowy, a przynajmniej tak powiedziała mi Ophelia – stwierdziła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Cisza, która zapanowała po jej słowach, miała w sobie coś przenikliwego. Poczuła się dziwnie z tym, że nagle znalazła się pod obstrzałem spojrzeń, bardziej uważnych niż wtedy, gdy wyszła spomiędzy drzew umazana krwią. Nagle zapragnęła się wycofać, ale oczywiście nie zrobiła tego, w zamian wkładając całą dostępną energię w to, żeby się uspokoić. W końcu to nie było takie trudne, prawa? Zwłaszcza teraz, gdy ot tak mogła rozproszyć uwagę czymkolwiek, choćby sposobem, w jaki kolory ognia przechodziły w siebie nawzajem.
– Chcesz odpocząć? – zaniepokoił się Carlisle. Do jego głosu wkradło się wahanie i zrozumiała, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zmęczenie to dość marna wymówka, skoro teraz była nieśmiertelna.
– A czy w tym czasie cokolwiek stanie się prostsze? – zapytała z bladym uśmiechem, bynajmniej nie oczekując odpowiedzi. – Właśnie próbowaliśmy z L. to i owo zrozumieć. Jego przyprowadziła tutaj Amelie. Mnie… sama Ciemność. Albo coś innego.
– Amelie… – powtórzył z wahaniem wampir. – Ta Amelie…?
– Nie znam zbyt wielu pierwotnych o tym imieniu – mruknął Lawrence. – Ale mniejsza o to. Liczy się, że Amelie nie można ufać – stwierdził, wymownie spoglądając na Beatrycze.
– Albo spełniała obietnicę – powiedziała pod wpływem impulsu.
Jeśli do tej pory spoglądali na nią z zaskoczeniem, w tamtej chwili najpewniej zaczynali wątpić w to, czy dobrze się czuła.
– Wybacz, że to mówię, ale… bredzisz, radości.
Spojrzała na Lawrence’a w niemalże pobłażliwy sposób.
– Może i tak. Albo próbuję to wszystko uporządkować – przyznała po chwili zastanowienia. – Gdybym powiedziała, że co nocy śniłam o tym domu i chcę tutaj przyjechać, pewnie też bym to usłyszała.
– Nie rozumiem… Byłaś tutaj kiedy? – zapytał Carlisle, więc w pośpiechu przeniosła na niego wzrok. – Dlaczego tutaj?
– Nie jestem pewna – przyznała. Westchnęła cicho, nagle sfrustrowana. Gdyby wciąż była człowiekiem, jak nic dorobiłaby się bólu głowy. – Obawiam się, że to, co mogę wam powiedzieć… zabrzmi źle. Z drugiej strony, jestem kimś, kogo Lawrence ściągnął zza grobu. Chyba nic nie zabrzmi dziwniej.
Sądząc po ciszy, która zapadła po tym stwierdzeniu, mimo wszystko mieli wątpliwości.
– Ophelia – podsunął natychmiast Lawrence. – Mówiłaś o Ophelii. Kimkolwiek by nie była.
– No, tak… – zreflektowała się.
– Pytałaś mnie o to – zauważył Carlisle. – Jeszcze w Seattle. Czy już wtedy…? – Zamilkł, dochodząc do wniosku, że odpowiedź na pytanie była oczywista. – Kilka razy wypowiedziałaś to imię.
– Ophelia to ktoś, kto prześladuje mnie już od jakiegoś czasu. Od chwili, gdy znalazłam to.
Jeszcze kiedy mówiła, w pośpiechu przykucnęła, by podnieść z ziemi znajomy, obity w czarną skórę pamiętnik. Poczuła ulgę, kiedy tak po prostu zauważyła go tuż obok kominka, gdzie najwyraźniej wylądował po tym, jak z winy Ophelii straciła przytomność. Delikatnie pogładziła okładkę, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy po przemianie wciąż mogła zemdleć, wciągnięta przez wspomnienia przodkini. Przynajmniej tymczasowo nic się nie działo, zresztą pamiętała, co powiedziała jej Ophelia – o tym, że pamiętnik przecież należał do Beatrycze.
Przerzuciła kilka stron, z powątpiewaniem spoglądając na drobne pismo. Wciąż nie była w stanie rozczytać tekstu, nie wyobrażając sobie, że mógłby wyjść spod jej ręki.
– Jocelyne znalazła go, kiedy przekładałyśmy rzeczy na strychu – oznajmiła zaintrygowana Esme. Krótko spojrzała na męża. – W twoich rzeczach. Podobał jej się, a że ty i tak nie miałbyś nic przeciwko temu, by go wzięła…
– Oczywiście, że nie mam. O ile pamiętam, zawsze był zapisany tylko do połowy, więc… – Carlisle przeniósł wzrok wprost na Beatrycze. – Wiem, że należał do ciebie.
– Na to wygląda – przyznała, ale bez przekonania. – To wyjaśnia, dlaczego zobaczyłam go właśnie w pokoju Joce. No i w ten sposób poznałam Ophelię.
– „W ten” to znaczy jaki? – zapytał Lawrence, ale nie czekał na odpowiedź. – Och, chwila… Odpłynęłaś nam wtedy, tak?
Skinęła głową. Wciąż raz po raz przerzucała kolejne strony, zwłaszcza że w łagodnym szeleście kartek było cos kojącego.
– Wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy… Albo raczej spojrzałam na świat oczami Ophelii – poprawiła się po chwili zastanowienia. – Pamiętam jak uciekałam przez zaśnieżony ogród, tuląc do piersi dziecko. Ona uciekała… – Westchnęła przeciągle. Trudno to było rozróżnić, skoro wspomnienia mieszały się z jej własnymi. – To niecodzienne, by kobieta, która dopiero co wydała na świat dziecko, w takiej panice próbowała zabrać je gdzieś daleko. Ophelia się bała, ale nie o siebie, ale…
– Kim jest Ophelia? – ponowił pytanie Lawrence.
Beatrycze drgnęła, po czym spojrzała mu w oczy. Poczuła, że coś nieprzyjemnie ściska ją w gardle, jednak mimo wszystko zmusiła się do odpowiedzi.
– Ktoś musiał zapoczątkować klątwę – zauważyła przytomnie. – Ona i każda z jej córek… – wyszeptała, po czym westchnęła cicho. – Tyle razy słyszałam te słowa… Sama śpiewałam o tym Joce – dodała i uśmiechnęła się, podchwyciwszy zaciekawione spojrzenie Carlisle’a. – Och, malutka mnie widziała. Od samego początku, zanim jej zdolności się zatarły. Czasami… lubiłam obserwować z bliska, zwłaszcza tych, którzy byli dla mnie ważni. – Zaśmiała się nieco nerwowo, wymownie rozglądając po salonie. – Ophelia powiedziała mi, że musiałyśmy mieć jakiś związek z tym domem, zanim trafił w ręce Licavolich. To tylko jej przypuszczenia, ale najwyraźniej niektóre rodziny były sobie pisane wcześnie… Bo w końcu masz dużą rodzinę.
Dziwnie czuła się, mogąc wprost o tym mówić. To było coś niezwykłego, zresztą tak jak i to, że nagle nie musiała niczego ukrywać. Kolejne słowa przychodziły same, układając się w całość o wiele łatwiej, niż mogłaby podejrzewać.
Chwilę jeszcze milczała, czekając na kolejne pytanie albo jakąkolwiek reakcję, ale nic podobnego nie miało miejsca. To ostatecznie nakłoniło ją, żeby mówić dalej.
– Tak więc czasami widywałam Ophelię, chociaż to zdarzało się rzadko. Dopiero później zaczęłam pojmować, kim ona była, w miarę jak pokazywała mi kolejne wspomnienia – wyjaśniła. Nie miała pojęcia czy to zasługa przemiany, ale łączenie faktów przychodziło jej łatwiej niż wcześniej. Jej umysł wydawał się zadziwiająco przestronny, pozwalając Beatrycze analizować fakty w zaskakującym tempie. – Ale zdecydowanie częściej śniłam o tym domie. Nie jestem pewna jak często stawałam przed nim i czułam, że powinnam wejść do środka, ale… nigdy tego nie robiłam. Po prostu stałam i gapiłam się, póki nie przyszło przebudzenie.
– Dlaczego niczego nie mówiłaś? Moglibyśmy spróbować coś wymyśli albo… – zaczął Carlisle, ale zdecydowała mu się przerwać.
– Och, ależ mówiłam. Cameron cierpliwie mnie słuchał, kiedy tego potrzebowałam – przyznała, posyłając mu przepraszające spojrzenie. – Gubiłam się w tym wszystkim, a wy mieliście na głowie Volturi i zniknięcie Layli. Zresztą… To było coś, co musiałam zachować dla siebie. Zagadka, którą zostawiła dla mnie Ciemność – dodała, raptownie poważniejąc. – Teraz widzę ile ryzykowałam. Chciał mnie ukarać, ale uciekłam. Zawsze miał mi za złe, że z uporem trzymałam się przeszłości, zamiast… Ale ilekroć próbował to zmienić, ja bardziej się opierałam. – Zamilkła, uświadamiając sobie, jak wyrwane z kontekstu mogły wydawać się jej słowa. – Ciemność naprawdę kolekcjonuje dusze. To… Nie jestem pewna, jak to opisać. My nazywałyśmy to miejsce po prostu „między tu a teraz”.
– My…?
– Byłyśmy razem. To jak inny świat, równie prawdziwy, co i ten tutaj. – Zacisnęła usta, po czym wymownie rozejrzała się dookoła. – Powiedziałabym, że wydawał się doskonały, gdyby nie to, że stworzyła go Ciemność. Dbał o nas, ale… raczej tak, jak dumny właściciel o swoją kolekcję. Świat skąpany w blasku dnia i zarazem pełen cieni… – Głos nieznacznie jej zadrżał, więc odchrząknęła, próbując doprowadzić się do porządku. – Niektórym z nas to odpowiadało. Inne po prostu się bały, bo Ciemności się nie odmawia. – Nagle wybuchła pozbawionym wesołości śmichem, nie mogąc się powstrzymać. Teraz już zdecydowanie musieli uważać ją za wariatkę, ale nie dbała o to. – Jak bardzo go prosiłam, kiedy pojawiła się Elena. To było dziecko, ale… on nigdy nie chciał takiej Eleny. A teraz stracił również mnie.
Uświadomiła sobie, że zaczęła drżeć, chociaż zdecydowanie nie dlatego, że zrobiło jej się zimno. Z wolna uniosła dłoń do szyi, muskając palcami nienaruszoną skórę. Aż za dobrze pamiętała, jak kiedyś Pan Ciemności stracił do niej cierpliwość i zaczął jej dusić. A po wszystkim zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Przepraszał, chociaż to nic nie znaczyło, zostawiając Beatrycze roztrzęsioną i przerażoną tym, co mogłoby spotkać jej wnuczkę. Mogła co najwyżej miotać się i trwać w przekonaniu, że tak naprawdę i tak nie mogła niczego zmienić – a już zwłaszcza powstrzymać tę istotę.
Aż wzdrygnęła się, kiedy kątem oka zarejestrowała ruch. Napięła mięśnie, w pierwszym odruchu gotowa się bronić, ale powstrzymało ją spojrzenie bystrych, lśniących oczu Lawrence’a. Stał tuż przed nią, w ułamek sekundy później decydując się ująć jej twarz w dłonie. Pozwoliła mu na to, chociaż wciąż drżała, zwłaszcza gdy zaczął przesuwać kciukami po jej policzkach.
– Przez cały ten czas… – zaczął i chociaż nie miała pewności o czego zmierzał, bez wahania weszła mu w słowo.
– Byłam obok – oznajmiła z mocą, przesuwając się na tyle blisko, by móc się w niego wtulić. – Mógł robić, co chciał. Mógł się wściekać, kiedy wracałam pamięcią do przeszłości albo wymykałam się, żeby obserwować. Mógł mnie kusić i powtarzać, że prościej byłoby, gdybym zapomniała, ale… Ale jak miałabym? Jeśli ktoś mógł mnie mieć, to tylko jedna osoba i to zdecydowanie nie on.
W pierwszej chwili doszukała się szoku w jego oczach. Wydawał się poruszony, a to zdecydowanie nie pasowało do Lawrence’a, którego znała. Czuła, że próbował ukrywać emocje, ale i tak była w stanie czytać z niego jak z otwartej księgi. Podejrzewała zresztą, że sam odbierał ją podobnie, zwłaszcza że nawet nie próbowała ukrywać tego, jak bardzo była przerażona.
Nie zaprotestowała, kiedy tak po prostu ją pocałował – całkowicie obojętny na to, że nie byli sami, jakby chcąc przypieczętować to, że teraz była kimś więcej, niż słabym pozbawionym wspomnień człowiekiem.
Była jego Beatrycze.
I jakimś cudem do niego wróciła, ale…
– Wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? – szepnęła, ledwo tylko Lawrence odsunął się na tyle, by mogła sobie na to pozwolić. – To, jak to wszystko się zaczęło. Ona tak po prostu mu ją sprzedała, zresztą tak jak i każdą z nas… – Zamilkła, żeby złapać oddech. – Ciemność traktuje nas jak swoją własność tylko dlatego, że Isobel chciała władzy i to nawet za cenę życia własnej siostry…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa