
Beatrycze
Dłonie Lawrence’a z siłą
zacisnęły się na jej ramionach. Gdyby była człowiekiem, najpewniej zabolałoby,
ale jako wampirzyca prawie nie zwróciła na to uwagi.
– Co
takiego…?!
Spojrzała
mu w oczy. Nie była w stanie stwierdzić, co sobie myślał, ale na
pewno był zszokowany. Wciąż stał na tyle blisko, że praktycznie ocierali się o siebie,
on zaś dodatkowo trzymał dłonie na jej barkach. Uświadomiła sobie, że w pewnym
momencie oboje wstrzymali oddech, ale również to wydawało się Beatrycze
najmniej istotne.
– To było
ostatnie wspomnienie, które widziałam, zanim Amelie… – Zamilkła, z niedowierzaniem
potrząsając głową. – I sądzę, że tym razem to nie Ophelia mi je pokazała,
ale Ciemność. Rozmawiali z Isobel o tym, że od teraz należy do niego.
– Więc
Ophelia była…
– Siostrą
Isobel – potwierdziła, samą siebie zaskakując tym, jak spokojna się przy tym
wydawała. W rzeczywistości dosłownie odchodziła od zmysłów. – Ja wiem jak
to brzmi, ale…
Nie dodała
niczego więcej, w zamian bezradnie wzruszając ramionami. Nie była w stanie
oderwać wzroku od twarzy Lawrence’a, spoglądając na wampira w niemalże
błagalny sposób. „No, powiedz coś!” – cisnęło jej się na usta, ale ostatecznie
nie powiedziała tego na głos.
W zamian
zmusiła się do tego, żeby mówić dalej.
– Ophelia
była wtedy w ciąży. Dlatego tak bardzo bała się o dziecko, kiedy
zobaczyłam ją po raz pierwszy… Chociaż to był chłopiec. – Zawahała się na
moment. Miała wrażenie, że wracała się bardziej do siebie niż kogokolwiek
innego. Tak było prościej, zwłaszcza że nie miała odwagi, by spróbować się
rozejrzeć. – Zastanawiałam się, co się z nim stało. Musiał przeżyć, skoro…
klątwa została pociągnięta dalej.
To było
logiczne. Wszystko wskazywało na to, że należała do linii, którą zapoczątkowali
Ophelia i Jillian. Na dodatek wszystko wskazywało na to, że była
spokrewniona z pierwotną matką wampirów, zresztą tak jak i Elena oraz
Carlisle. Sama myśl o tym wystarczyła, by zrobiło jej się niedobrze i doszła
do wniosku, że brzmiało to co najmniej źle. Najdelikatniej rzecz ujmując.
Przez
dłuższą chwilę panowała cisza, ale to nie miało znaczenia. Beatrycze bez słowa
oswobodziła się z uścisku Lawrence’a, po czym na powrót wbiła wzrok w tańczący
na palenisku ogień. Milczała, wręcz porażona przenikliwością ciszy. Nikt nie
oddychał; żadne serce nie biło. W tamtej chwili słyszała wyłącznie trzask
płomieni i szum poruszanych przez wiatr liści.
– Widziałam
Amelie – dodała pod pływem impulsu. – Nie wtedy, gdy mnie ukąsiła, ale… we
wspomnieniu Ophelii. Ona wiedziała o dziecku i obiecała pomoc.
Właściwie
sama nie była pewna czego oczekiwała po pozostałych, gdy zdecydowała się
wypowiedzieć te słowa. Potwierdzenia? Jakiejś teorii? Poniekąd tak, zwłaszcza
że sama zaczynała się w tym wszystkim gubić. Próbowała to uporządkować,
ale to wcale nie było takie proste, nawet mając do dyspozycji wampirze zmysły i nad
wyraz pojemny umysł.
– Sądzisz,
że to była pomoc ze strony Amelie? – doszedł ją jakby z oddali głos
Carlisle’a. – Twoja przemiana?
Wzruszyła
ramionami.
– Dobre
pytanie – stwierdziła, po czym westchnęła przeciągle. – Wiem, że Ophelia czegoś
ode mnie chce… A Amelie przywiodła tutaj Lawrence’a i wyczekiwała
mnie. No i… przypomniałam sobie, prawda? – Wyprostowała się, w końcu
decydując spojrzeć na syna i jego żonę. Oboje wpatrywali się w nią z przesadną
wręcz uwagą. – Zostałyśmy tylko ja i Elena. Mnie nawet nie powinno tutaj
być, ale skoro wróciłam i Ophelia to wykorzystuje… Ciemność nie odpuszcza.
– Założyła ramiona na piersiach, kolejny raz mając wrażenie, że w pokoju
nagle zrobiło się zimno. – Elena teraz faktycznie mogłaby stać się dla niego…
najcenniejszą z nas. Mnie z kolei będzie chciał choćby dlatego, by
mnie ukarać.
Ani słowem
nie wspomniała o tym, co powiedziała jej Ciemność – o tym, że tak
naprawdę przybyła tutaj właśnie dlatego, że sam władca mroku sobie tego życzył.
W pamięci wciąż miała jego obietnice, ale byłaby głupia, gdyby tak po
prostu w nie uwierzyła. Nie, absolutnie nie brała pod uwagę tego, że
Ciemność zamierzała zostawić ją i Elenę w spokoju dzięki temu, że
dotarła tutaj – zwłaszcza że Ophelia przecież uciekła.
„Nie szukaj
mnie więcej. Sama pojawię się tam, gdzie wszystko się zaczęło… I gdzie
przy odrobinie szczęścia zakończy”.
Zadrżała na
samo wspomnienie ostatnich słów Ophelii, chociaż te wydawały się odległe i jakby
zamazane. Wszystko to, co wiązało się z doświadczeniami sprzed przemiany,
takie było. Próbowała zebrać myśli, ale to okazało się trudne, zresztą czuła
się zmęczona, chociaż nie była pewna czy to w ogóle możliwe w przypadku
wampira.
Gdzie jesteś, Ophelio? Nie wiem, czy mamy
czas czekać…, pomyślała, ale oczywiście nie otrzymała odpowiedzi. Nawet się
tego nie spodziewała, chociaż po tym, jak regularnie słyszała głos Ciemności,
również pojawienie się odległej krewnej, nie wydawałoby się aż takie dziwne.
– Będziecie
mieli mi za złe, jeśli pójdę się przejść? Na tę chwilę… chyba mam dość –
powiedziała cicho, starannie dobierając słowa.
–
Oczywiście, że nie – zapewniła natychmiast Esme. Jej głos zabrzmiał spokojnie,
chociaż po wyrazie twarzy dało się zauważyć, że wampirzyca była zszokowana.
– Pójdę z tobą
– wtrącił w tym samym momencie Lawrence.
Skinęła
głową, nie zamierzając protestować. Prawda była taka, że wcale tego nie
chciała, wręcz marząc o tym, by jej towarzyszył. Już nie chodziło tylko o to,
że nie czuła się wcale aż taka pewna, żeby wychodzić w pojedynkę.
Wiedziała, że niewiele brakowało, by po raz kolejny straciła kontrolę. L. by ją
powstrzymał, zresztą jeśli ktoś miał szansę sprawić, by poczuła się lepiej, to
zdecydowanie on.
Nie
doczekała się protestów, więc w pośpiechu ruszyła w stronę wyjścia.
Chwilę wahała się w przedpokoju, spoglądając to na schody, to znów na
drzwi, nim jednak zdążyła podjąć decyzję, Lawrence zmaterializował się tuż obok
niej, bezceremonialnie chwytając ją za rękę.
– Chodź,
znam jedno miejsce. Tam będzie spokojnie – oznajmił i to wystarczyło.
Ruszyła za
nim, nawet się nie zastanawiając. Co prawda miała wątpliwości, wciąż skołowana i świadoma,
że powinna porozmawiać z Carlisle’em, ale czuła, że to mogło zaczekać.
Teraz mieli czasu, nawet jeśli wciąż towarzyszyło jej niepokojące wrażenie, że
kolejne sekundy nieubłagalnie uciekały, stopniowo przybliżając ją do czegoś,
czego zdecydowanie nie chciała doświadczyć.
Z drugiej
strony… Przynajmniej na razie byli bezpieczni. Czuła, że kilka godzin jej nie
zbawi, zwłaszcza że już i tak wydarzyło się dość, by wszyscy czuli się
skołowani – a już zwłaszcza ona i Carlisle.
Nie dając
sobie czasu na dalsze wątpliwości, pozwoliła, żeby Lawrence pociągnął ją w noc.

Esme
W salonie panowała przenikliwa
wręcz cisza. Esme w milczeniu wpatrywała się w miejsce, w którym
chwilę wcześniej stała Beatrycze, ostatecznie przenosząc wzrok na ogień. Było
coś kojącego w blasku płomieniu, nawet jeśli jednocześnie czuła, że
powinna trzymać się w bezpiecznej odległości.
Westchnęła
cicho, po czym z wolna poniosła się. W ludzkim tempie zrobiła kilka
niepewnych kroków, dopiero po chwili decydując się spojrzeć na Carlisle’a.
– Wszystko w porządku?
– zaniepokoiła się.
Nie miała
wątpliwości, że był podenerwowany – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Wystarczyło, że wiedziała, w jaki sposób sama się czuła. Powrót Beatrycze,
jej słowa i wszystko to, co się wydarzyło… Szok wydawał się w pełni
naturalny, a jednak czuła się o wiele spokojniejsza, niż mogłaby
podejrzewać.
Kto wie,
może wszystko sprowadzało się do tego, ze sprawa nie uderzała w nią – nie
bezpośrednio. Myśląc o tym czuła, że tak naprawdę była gdzieś z bok,
nawet jeśli chodziło o jej rodzinę. Dała życie Elenie, ale co to
zmieniało, skoro nie potrafiła jej ochronić? Nie była nawet kimś, kto mógłby
zwrócić uwagę Ciemności. Z jej perspektywy to wszystko brzmiało jak
niepokojąca historia, w którą wierzyła, chociaż wciąż pozostawała gdzieś
na uboczu.
Znów
westchnęła, tym razem w duchu. Jakkolwiek by się nie czuła, to wciąż
pozostawało czymś, co ją dotyczyło. Chciała, żeby to była jej sprawa – bo w końcu
chodziło o jej córkę, męża i… teściową, chociaż ta myśl wydawała się czymś
co najmniej abstrakcyjnym. Już nawet nie chodziło o to, że Beatrycze
wyglądała jak Elena, przez co Esme nie potrafiła traktować jej inaczej niż jak
córkę, którą pragnęła się zaopiekować. Prawda była, że naprawdę widziała w tej
kobiecie kogoś tak kruchego i zagubionego, że nawet gdyby chciała, nie
potrafiłaby powstrzymać instynktu opiekuńczego. Podejrzewała, że Carlisle
również, choć ten jak na razie milczał, zdecydowanie nie wyglądając na kogoś
zdolnego, by zająć się kimkolwiek.
– To
wszystko… – usłyszała i mimo wszystko odetchnęła, bo przynajmniej
jakkolwiek zareagował na jej pytanie.
– Wiem.
Z tym
krótkim stwierdzeniem podeszła bliżej, jak gdyby nigdy nic wpadając mu w ramiona.
Pozwoliła, żeby przyciągnął ją do siebie, zamykając w zdecydowanym
uścisku, co najmniej jakby podejrzewał, że jej również groziło jakieś
niebezpieczeństwo. Przez moment poczuła się drobna i krucha, ale przy tym
absolutnie bezpieczeństwa, nie mając wątpliwości, że gdyby przyszło co do
czego, mąż zdecydowanie by ją ochronił.
Spojrzała
mu w oczy, bynajmniej niezaskoczona tym, że zwykle złociste tęczówki
pociemniały za sprawą zmartwienia. Przejmował się… Cóż, w zasadzie od
powrotu Lawrence’a, jeszcze zanim pojechali na ten nieszczęsny bal. To, co
spotkało Elenę, o pojawieniu się Beatrycze nie wspominając, jedynie
wszystko pogarszało. A przecież w tym wszystkim byli jeszcze łowcy,
Volturi i ciągła niepewność w związku z tym, co działo się z Renesmee.
W zasadzie
nigdy nie widziała go aż tak wytrąconego z równowagi, może pomijając tych
kilka dni piekła, kiedy chwytała się każdej dostępnej nadziei, odpychając o siebie
myśl o stracie córki. Nie chciała wiedzieć, co musiałby się wydarzyć, żeby
to wróciło. W porównaniu do perspektywy straty dziecka, obecna sytuacja
wydawała się o wiele prostsza, ale…
–
Słyszałaś, co ona powiedziała? – zapytał nagle Carlisle, skutecznie wyrywając
Esme z zamyślenia.
– O Isobel?
– upewniła się, a przez twarz wampira przemknął cień.
Pozwoliła,
by przygarnął ją do siebie w bardziej stanowczy sposób. Miała wrażenie, że
trzymał się jej niemalże jak swego rodzaju kotwicy, jakby tylko wzajemność
potrafiła sprawić, że wciąż mógł się w tym wszystkim odnaleźć. Jeśli tak
było, tym bardziej zamierzała być tuż obok. Perspektywa tego, by po prostu być,
wydawała się czymś mało znaczącym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale Esme
wierzyła, że czasami obecność potrafiła zdziałać cuda – zwłaszcza gdy w grę
wchodziła ukochana osoba.
Usiadła mu
na kolanach, machinalnie obejmując Carlisle’a za szyję. Na krótką chwilę
wtuliła się w jego tors, uśmiechając się mimowolnie, gdy poczuła, że
wtulił twarz w jej włosy. Przez krótką chwilę znów trwali w ciszy,
każde pogrążone we własnych myślach, ale to wydawało się właściwe. Tak
przynajmniej sądziła, gotowa przysiąc, że Carlisle nieznacznie się rozluźnił.
– Nie
przeraża cię to? – usłyszała. Uniosła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. –
To, że mógłbym…?
– Co to ma
do rzeczy? – przerwała mu łagodnie, starannie dobierając słowa. – Dobrze
słyszałam, co powiedziała Beatrycze.
– Ale…
Potrząsnęła
głową. Bez słowa wyprostowała się, ale nie odsunęła, bez trudu orientując się,
że zwiększenie dzielącego ich dystansu było najgorszym, co mogłaby w tej
sytuacji zrobić.
– Dla mnie
to też abstrakcja. Tak jak i wiele rzeczy, które oglądaliśmy przez lata –
oznajmiła z przekonaniem. Zamilkła, by łatwiej zebrać myśli. – Ale prawda
jest taka, że widziałam dość, by spodziewać się niemalże wszystkiego. Isobel… –
Z jakiegoś powodu to imię z trudem przeszło jej przez usta. Skrzywiła
się, mając do siebie samej pretensje o to, że mogłaby się bać mówić o kimś,
kogo przecież powinna nienawidzić, zwłaszcza że ta istota na jej oczach zabiła
Elenę. – Isobel – powtórzyła, próbując wziąć się w garść – zrobiła coś,
czego sobie nie wyobrażam. Ale, na litość Boską, wychodzi na to, że tylko
dzięki temu mam rodzinę.
Miała
wrażenie, że jej słowa zabrzmiało niewłaściwie, ale nie dbała o to.
Cokolwiek by się nie działo, liczył się przede wszystkim fakt, że mieli siebie.
Może była egoistką, ale jak mogłaby żałować, że los doprowadził ją aż do tego
miejsca. I chociaż w pamięci miała dość wspomnień, których bez chwili
wahania by się pozbyła, wciąż dostrzegała wystarczająco wiele dobrego, by to
wszystko przestało mieć znaczenie.
Zyskała
rodzinę, za którą bez wahania oddałaby życie. I miała dziecko. Upragnione i żywe,
niezależnie od tego, co się wydarzyło. Wyrwała się z piekła i chociaż
miała wrażenie, że to chwilami się o nią upominało, sądziła, że było
warto.
– Nie
obchodzi mnie czy ty, Elena albo Beatrycze macie coś wspólnego z Isobel,
jasne? – odezwała się ponownie, decydując się ukrócić wszelakie wątpliwości. –
Moim zdaniem wyrzekła się jakichkolwiek krewnych w chwili, w której
sprzedała Ophelię. To, co było później…
Żadne z was nie jest do niej podobne.
Zamilkła,
ale jakiekolwiek dalsze wyjaśnienia wydawały się zbędne. Czuła, że powiedziała
dość, a przynajmniej miała taką nadzieję. Z uwagą wpatrywała się w twarz
Carlisle’a, czekając na jakąkolwiek reakcję. Wciąż ją obejmował, nienaturalnie
wręcz milczący i skupiony na niej. W tamtej chwili żałowała, że nie
posiadała zdolności Edwarda. Chociaż zwykle próbowała uświadamiać synowi, że
naruszanie prywatności innych jest co najmniej niewłaściwe, to był jeden z tych
momentów, kiedy możliwość przeniknięcia czyjegokolwiek umysłu wydawała się
czymś na wagę złota.
Carlisle
wciąż milczał, ale to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie w chwili, w której
znów przyciągnął ją do siebie. Poczuła ulgę, gdy nagle ujął jej twarz w dłonie,
zachęcając do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Kiedy na dodatek zdołał się
uśmiechnąć, Esme poczuła, że kamień spada jej z dawno niebijącego już
serca.
– Dziękuję
– usłyszała i przez moment miała ochotę zaprotestować. Przecież niczego
szczególnego nie robiła!
– Wiem, że
to wszystko wydaje się skomplikowane. Ale wierzę, że prędzej czy później jakoś
to poukładamy – stwierdziła, siląc się na uśmiech. Przyszło jej to zaskakująco
łatwo, zwłaszcza że czuła, że Carlisle jej ufał. Sama również wierzyła w to,
co próbowała mu wytłumaczyć. – Teraz najważniejsze jest to, że Beatrycze nic
się nie stało.
– Pomijając
to, że jest wampirem – zauważył, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Esme
zawahała się. W pierwszym odruchu wyprostowała się, odsuwając na tyle, by
bez przeszkód móc na niego patrzeć.
– Oboje
wiemy, że to i tak najlepsze, co mogło ją spotkać – przypomniała łagodnie.
– Nie mówię teraz o Volturi, chociaż to też wiele rozwiązuje. Ale… Ona
umarła już dawno temu, Carlisle – zauważyła przytomnie. – Nie powiesz mi, że
tobie też nie przyszło do głowy, że Joce nigdy nie powinna jej sprowadzić.
W pierwszej
chwili pożałowała swoich słów, nagle zaczynając mieć wątpliwości co do tego,
czy nie zachowywała się zbyt bezpośrednio. Ostatecznie doszła do wniosku, że
dalsze omijanie tematu nie miało sensu. Musiała wprost uświadomić mu, że pewne
rzeczy już się wydarzyły. I skoro już byli zmuszeni je zaakceptować, mogli
przynajmniej próbować szukać w tym wszystkim pozytywów.
Przemiana
Beatrycze na swój sposób taka była. Esme nie mogła pozbyć się wrażenia, że
komuś, kto już raz umarł, po prostu pisana była śmierć – w jakiejkolwiek
formie. Jakby nie patrzeć, wampiryzm sprowadzał się właśnie o tego.
– Bardziej
szokuje mnie to, że sobie przypomniała. Jako wampirzyca… Na razie wydaje się w tym
odnajdować, a to dobrze. – Carlisle zamilkł, wyraźnie się nad czymś
zastanawiając. – Zdążyłem przyzwyczaić się do myśli, że wróciła. Po prostu… to
wszystko jest takie dziwne. W końcu to… Cóż, moja matka. Ale wygląda jak
Elena.
Esme
założyła ramiona na piersiach. Nie musiał jej przypominać, że to było dziwne – i to
zwłaszcza w chwilach gdy widywała kobietę w ramionach Lawrence’a.
– Są do
siebie bardzo podobne. Chociaż Beatrycze… wydaje się łagodniejsza – przyznała, a Carlisle
spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Wydaje
się? – powtórzył z powątpiewaniem.
– Nie mam
pewności, ale… im dłużej obserwuję Lawrence’a, tym bardziej wątpię, by sobie z nim
poradziła, gdyby nie miała w sobie chociaż trochę z uporu Eleny. Mam
na myśli charakter.
– No, tak…
– Trudno było stwierdzić, co takiego Carlisle tak naprawdę sobie myślał. – Nie
jestem pewien, co sądzić o zostawianiu jej z nim – dodał z wahaniem.
–
Sprowadził ją zza grobu. To ostatnia osoba, która mogłaby ją skrzywdzić –
oznajmiła, jakoś nie mając co do tego wątpliwości. Już wcześniej było to dla
niej oczywiste, nawet jeśli człowieczeństwo Beatrycze z łatwością mogło
skomplikować sytuację. – Lawrence… wydawał się inny.
Zamilkła,
po czym już tylko spoglądała na Carlisle’a, skupiona na próbie rozróżnienia
targających nim emocji. Cokolwiek sądził o jej słowach, nie skomentował
ich w żaden sposób, Esme jednak wierzyła, że musiał zaobserwować dokładnie
to, co i ona. Sposób w jaki Lawrence spoglądał na Beatrycze, zresztą
ze wzajemnością, zdecydowanie nie był czymś, co dało się ot tak przeoczyć. W zasadzie
spoglądając na nich, czuła się niemalże jak intruz, przez moment mając ochotę
wyjść i zostawić ich samych.
I właśnie w tym
musiał leżeć największy problem. Nie miała pojęcia, jak czułaby się, gdyby
nagle okazało się, że to jej rodzice żyli – zwłaszcza w sytuacji, w której
przynajmniej jedno z nich byłoby dla niej kimś obcym. Z drugiej
strony, po wszystkich tych latach mieli szansę, by się porozumieć, a to
również o czymś świadczyło.
– Beatrycze…
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, w jaki sposób powinienem ją traktować –
usłyszała, więc na powrót skupiła wzrok na mężu. – Na razie zachowywałem się,
jakby była Eleną, prawda?
– Może
troszeczkę… – przyznała Esme, wysilając się na blady uśmiech. – Ale nie ma w tym
nic złego. Też się o nią troszczę.
– Nie?
Potrząsnęła
głową.
– Nie. Tak
mi się wydaje – poprawiła się po chwili wahania. – Nie wiem, co o tym
sądzić, ale mogę ci powiedzieć, co ja bym zrobiła na twoim miejscu –
zaproponowała w końcu.
Nie odpowiedział,
ale to nie było konieczne. Wystarczyło, że spojrzał na nią wyczekując, wyraźnie
czekając na reakcję.
Odchrząknęła,
jednocześnie próbując zebrać myśli i przekonać samą siebie, że to, co
sądziła, miało jakikolwiek sens.
– Nie
potrzebujesz matki. Nie po tylu latach… Nie w takim sensie, jak mogłoby
się wydawać. – Zawahała się. Miała wrażenie, że bredzi od rzeczy. – A ona
wygląda jak Elena. Nie sądzę, żebyście byli w stanie ot tak uporządkować tę
relację, ale… może wcale nie musicie. Myślę tutaj chociażby o naszych dzieciach
– dodała i zaśmiała się nieco nerwowo. – Nie potrzebują mnie jako matki,
ale wciąż jestem matką… I po prostu jestem, zwłaszcza gdy tego potrzebują.
Renesmee też od dawna nie jest małą dziewczynką, chociaż Bella… Im też zabrano
lata. Nie wieki, ale to wciąż stracony czas. – Urwała, aż nazbyt świadoma, że
sama zaczynała gubić się w tym, co mówiła. – Rozmawiałam z Bellą,
zresztą nie raz. Ona… próbuje być
przyjaciółką. Jest kimś, kogo Nessie teraz potrzebuje. Do tej pory potrafiliście
z Beatrycze rozmawiać, więc to róbcie, a reszta przyjdzie sama. Nie
budujcie na siłę relacji w taki sposób, w jakim wydaje wam się, że
powinna wyglądać, bo wtedy oboje będziecie czuć się z tym źle. Czasami…
wystarczy być.
Zamilkła,
po czym z wahaniem spojrzała na męża. Obserwował ją z uwagą, skupiony
na jej słowach aż do tego stopnia, że Esme poczuła się nieswojo.
Zaraz po
tym po prostu przyciągnął ją do siebie, by chwilę później zamknąć ją w silnym
uścisku i w końcu pocałować. Bez wahania odwzajemniła pieszczotę,
czując jak stopniowo ogarnia ją ulga.
– Cieszę się,
że cię mam – usłyszała i to wystarczyło, by w końcu poczuła się
niemalże całkowicie spokojna.
Bo przecież
czasami wystarczyło być tuż obok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz