14 czerwca 2018

Trzynaście

Beatrycze
Dłonie Lawrence’a z siłą zacisnęły się na jej ramionach. Gdyby była człowiekiem, najpewniej zabolałoby, ale jako wampirzyca prawie nie zwróciła na to uwagi.
– Co takiego…?!
Spojrzała mu w oczy. Nie była w stanie stwierdzić, co sobie myślał, ale na pewno był zszokowany. Wciąż stał na tyle blisko, że praktycznie ocierali się o siebie, on zaś dodatkowo trzymał dłonie na jej barkach. Uświadomiła sobie, że w pewnym momencie oboje wstrzymali oddech, ale również to wydawało się Beatrycze najmniej istotne.
– To było ostatnie wspomnienie, które widziałam, zanim Amelie… – Zamilkła, z niedowierzaniem potrząsając głową. – I sądzę, że tym razem to nie Ophelia mi je pokazała, ale Ciemność. Rozmawiali z Isobel o tym, że od teraz należy do niego.
– Więc Ophelia była…
– Siostrą Isobel – potwierdziła, samą siebie zaskakując tym, jak spokojna się przy tym wydawała. W rzeczywistości dosłownie odchodziła od zmysłów. – Ja wiem jak to brzmi, ale…
Nie dodała niczego więcej, w zamian bezradnie wzruszając ramionami. Nie była w stanie oderwać wzroku od twarzy Lawrence’a, spoglądając na wampira w niemalże błagalny sposób. „No, powiedz coś!” – cisnęło jej się na usta, ale ostatecznie nie powiedziała tego na głos.
W zamian zmusiła się do tego, żeby mówić dalej.
– Ophelia była wtedy w ciąży. Dlatego tak bardzo bała się o dziecko, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy… Chociaż to był chłopiec. – Zawahała się na moment. Miała wrażenie, że wracała się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Tak było prościej, zwłaszcza że nie miała odwagi, by spróbować się rozejrzeć. – Zastanawiałam się, co się z nim stało. Musiał przeżyć, skoro… klątwa została pociągnięta dalej.
To było logiczne. Wszystko wskazywało na to, że należała do linii, którą zapoczątkowali Ophelia i Jillian. Na dodatek wszystko wskazywało na to, że była spokrewniona z pierwotną matką wampirów, zresztą tak jak i Elena oraz Carlisle. Sama myśl o tym wystarczyła, by zrobiło jej się niedobrze i doszła do wniosku, że brzmiało to co najmniej źle. Najdelikatniej rzecz ujmując.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, ale to nie miało znaczenia. Beatrycze bez słowa oswobodziła się z uścisku Lawrence’a, po czym na powrót wbiła wzrok w tańczący na palenisku ogień. Milczała, wręcz porażona przenikliwością ciszy. Nikt nie oddychał; żadne serce nie biło. W tamtej chwili słyszała wyłącznie trzask płomieni i szum poruszanych przez wiatr liści.
– Widziałam Amelie – dodała pod pływem impulsu. – Nie wtedy, gdy mnie ukąsiła, ale… we wspomnieniu Ophelii. Ona wiedziała o dziecku i obiecała pomoc.
Właściwie sama nie była pewna czego oczekiwała po pozostałych, gdy zdecydowała się wypowiedzieć te słowa. Potwierdzenia? Jakiejś teorii? Poniekąd tak, zwłaszcza że sama zaczynała się w tym wszystkim gubić. Próbowała to uporządkować, ale to wcale nie było takie proste, nawet mając do dyspozycji wampirze zmysły i nad wyraz pojemny umysł.
– Sądzisz, że to była pomoc ze strony Amelie? – doszedł ją jakby z oddali głos Carlisle’a. – Twoja przemiana?
Wzruszyła ramionami.
– Dobre pytanie – stwierdziła, po czym westchnęła przeciągle. – Wiem, że Ophelia czegoś ode mnie chce… A Amelie przywiodła tutaj Lawrence’a i wyczekiwała mnie. No i… przypomniałam sobie, prawda? – Wyprostowała się, w końcu decydując spojrzeć na syna i jego żonę. Oboje wpatrywali się w nią z przesadną wręcz uwagą. – Zostałyśmy tylko ja i Elena. Mnie nawet nie powinno tutaj być, ale skoro wróciłam i Ophelia to wykorzystuje… Ciemność nie odpuszcza. – Założyła ramiona na piersiach, kolejny raz mając wrażenie, że w pokoju nagle zrobiło się zimno. – Elena teraz faktycznie mogłaby stać się dla niego… najcenniejszą z nas. Mnie z kolei będzie chciał choćby dlatego, by mnie ukarać.
Ani słowem nie wspomniała o tym, co powiedziała jej Ciemność – o tym, że tak naprawdę przybyła tutaj właśnie dlatego, że sam władca mroku sobie tego życzył. W pamięci wciąż miała jego obietnice, ale byłaby głupia, gdyby tak po prostu w nie uwierzyła. Nie, absolutnie nie brała pod uwagę tego, że Ciemność zamierzała zostawić ją i Elenę w spokoju dzięki temu, że dotarła tutaj – zwłaszcza że Ophelia przecież uciekła.
„Nie szukaj mnie więcej. Sama pojawię się tam, gdzie wszystko się zaczęło… I gdzie przy odrobinie szczęścia zakończy”.
Zadrżała na samo wspomnienie ostatnich słów Ophelii, chociaż te wydawały się odległe i jakby zamazane. Wszystko to, co wiązało się z doświadczeniami sprzed przemiany, takie było. Próbowała zebrać myśli, ale to okazało się trudne, zresztą czuła się zmęczona, chociaż nie była pewna czy to w ogóle możliwe w przypadku wampira.
Gdzie jesteś, Ophelio? Nie wiem, czy mamy czas czekać…, pomyślała, ale oczywiście nie otrzymała odpowiedzi. Nawet się tego nie spodziewała, chociaż po tym, jak regularnie słyszała głos Ciemności, również pojawienie się odległej krewnej, nie wydawałoby się aż takie dziwne.
– Będziecie mieli mi za złe, jeśli pójdę się przejść? Na tę chwilę… chyba mam dość – powiedziała cicho, starannie dobierając słowa.
– Oczywiście, że nie – zapewniła natychmiast Esme. Jej głos zabrzmiał spokojnie, chociaż po wyrazie twarzy dało się zauważyć, że wampirzyca była zszokowana.
– Pójdę z tobą – wtrącił w tym samym momencie Lawrence.
Skinęła głową, nie zamierzając protestować. Prawda była taka, że wcale tego nie chciała, wręcz marząc o tym, by jej towarzyszył. Już nie chodziło tylko o to, że nie czuła się wcale aż taka pewna, żeby wychodzić w pojedynkę. Wiedziała, że niewiele brakowało, by po raz kolejny straciła kontrolę. L. by ją powstrzymał, zresztą jeśli ktoś miał szansę sprawić, by poczuła się lepiej, to zdecydowanie on.
Nie doczekała się protestów, więc w pośpiechu ruszyła w stronę wyjścia. Chwilę wahała się w przedpokoju, spoglądając to na schody, to znów na drzwi, nim jednak zdążyła podjąć decyzję, Lawrence zmaterializował się tuż obok niej, bezceremonialnie chwytając ją za rękę.
– Chodź, znam jedno miejsce. Tam będzie spokojnie – oznajmił i to wystarczyło.
Ruszyła za nim, nawet się nie zastanawiając. Co prawda miała wątpliwości, wciąż skołowana i świadoma, że powinna porozmawiać z Carlisle’em, ale czuła, że to mogło zaczekać. Teraz mieli czasu, nawet jeśli wciąż towarzyszyło jej niepokojące wrażenie, że kolejne sekundy nieubłagalnie uciekały, stopniowo przybliżając ją do czegoś, czego zdecydowanie nie chciała doświadczyć.
Z drugiej strony… Przynajmniej na razie byli bezpieczni. Czuła, że kilka godzin jej nie zbawi, zwłaszcza że już i tak wydarzyło się dość, by wszyscy czuli się skołowani – a już zwłaszcza ona i Carlisle.
Nie dając sobie czasu na dalsze wątpliwości, pozwoliła, żeby Lawrence pociągnął ją w noc.
Esme
W salonie panowała przenikliwa wręcz cisza. Esme w milczeniu wpatrywała się w miejsce, w którym chwilę wcześniej stała Beatrycze, ostatecznie przenosząc wzrok na ogień. Było coś kojącego w blasku płomieniu, nawet jeśli jednocześnie czuła, że powinna trzymać się w bezpiecznej odległości.
Westchnęła cicho, po czym z wolna poniosła się. W ludzkim tempie zrobiła kilka niepewnych kroków, dopiero po chwili decydując się spojrzeć na Carlisle’a.
– Wszystko w porządku? – zaniepokoiła się.
Nie miała wątpliwości, że był podenerwowany – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Wystarczyło, że wiedziała, w jaki sposób sama się czuła. Powrót Beatrycze, jej słowa i wszystko to, co się wydarzyło… Szok wydawał się w pełni naturalny, a jednak czuła się o wiele spokojniejsza, niż mogłaby podejrzewać.
Kto wie, może wszystko sprowadzało się do tego, ze sprawa nie uderzała w nią – nie bezpośrednio. Myśląc o tym czuła, że tak naprawdę była gdzieś z bok, nawet jeśli chodziło o jej rodzinę. Dała życie Elenie, ale co to zmieniało, skoro nie potrafiła jej ochronić? Nie była nawet kimś, kto mógłby zwrócić uwagę Ciemności. Z jej perspektywy to wszystko brzmiało jak niepokojąca historia, w którą wierzyła, chociaż wciąż pozostawała gdzieś na uboczu.
Znów westchnęła, tym razem w duchu. Jakkolwiek by się nie czuła, to wciąż pozostawało czymś, co ją dotyczyło. Chciała, żeby to była jej sprawa – bo w końcu chodziło o jej córkę, męża i… teściową, chociaż ta myśl wydawała się czymś co najmniej abstrakcyjnym. Już nawet nie chodziło o to, że Beatrycze wyglądała jak Elena, przez co Esme nie potrafiła traktować jej inaczej niż jak córkę, którą pragnęła się zaopiekować. Prawda była, że naprawdę widziała w tej kobiecie kogoś tak kruchego i zagubionego, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby powstrzymać instynktu opiekuńczego. Podejrzewała, że Carlisle również, choć ten jak na razie milczał, zdecydowanie nie wyglądając na kogoś zdolnego, by zająć się kimkolwiek.
– To wszystko… – usłyszała i mimo wszystko odetchnęła, bo przynajmniej jakkolwiek zareagował na jej pytanie.
– Wiem.
Z tym krótkim stwierdzeniem podeszła bliżej, jak gdyby nigdy nic wpadając mu w ramiona. Pozwoliła, żeby przyciągnął ją do siebie, zamykając w zdecydowanym uścisku, co najmniej jakby podejrzewał, że jej również groziło jakieś niebezpieczeństwo. Przez moment poczuła się drobna i krucha, ale przy tym absolutnie bezpieczeństwa, nie mając wątpliwości, że gdyby przyszło co do czego, mąż zdecydowanie by ją ochronił.
Spojrzała mu w oczy, bynajmniej niezaskoczona tym, że zwykle złociste tęczówki pociemniały za sprawą zmartwienia. Przejmował się… Cóż, w zasadzie od powrotu Lawrence’a, jeszcze zanim pojechali na ten nieszczęsny bal. To, co spotkało Elenę, o pojawieniu się Beatrycze nie wspominając, jedynie wszystko pogarszało. A przecież w tym wszystkim byli jeszcze łowcy, Volturi i ciągła niepewność w związku z tym, co działo się z Renesmee.
W zasadzie nigdy nie widziała go aż tak wytrąconego z równowagi, może pomijając tych kilka dni piekła, kiedy chwytała się każdej dostępnej nadziei, odpychając o siebie myśl o stracie córki. Nie chciała wiedzieć, co musiałby się wydarzyć, żeby to wróciło. W porównaniu do perspektywy straty dziecka, obecna sytuacja wydawała się o wiele prostsza, ale…
– Słyszałaś, co ona powiedziała? – zapytał nagle Carlisle, skutecznie wyrywając Esme z zamyślenia.
– O Isobel? – upewniła się, a przez twarz wampira przemknął cień.
Pozwoliła, by przygarnął ją do siebie w bardziej stanowczy sposób. Miała wrażenie, że trzymał się jej niemalże jak swego rodzaju kotwicy, jakby tylko wzajemność potrafiła sprawić, że wciąż mógł się w tym wszystkim odnaleźć. Jeśli tak było, tym bardziej zamierzała być tuż obok. Perspektywa tego, by po prostu być, wydawała się czymś mało znaczącym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale Esme wierzyła, że czasami obecność potrafiła zdziałać cuda – zwłaszcza gdy w grę wchodziła ukochana osoba.
Usiadła mu na kolanach, machinalnie obejmując Carlisle’a za szyję. Na krótką chwilę wtuliła się w jego tors, uśmiechając się mimowolnie, gdy poczuła, że wtulił twarz w jej włosy. Przez krótką chwilę znów trwali w ciszy, każde pogrążone we własnych myślach, ale to wydawało się właściwe. Tak przynajmniej sądziła, gotowa przysiąc, że Carlisle nieznacznie się rozluźnił.
– Nie przeraża cię to? – usłyszała. Uniosła głowę, by móc spojrzeć mu w oczy. – To, że mógłbym…?
– Co to ma do rzeczy? – przerwała mu łagodnie, starannie dobierając słowa. – Dobrze słyszałam, co powiedziała Beatrycze.
– Ale…
Potrząsnęła głową. Bez słowa wyprostowała się, ale nie odsunęła, bez trudu orientując się, że zwiększenie dzielącego ich dystansu było najgorszym, co mogłaby w tej sytuacji zrobić.
– Dla mnie to też abstrakcja. Tak jak i wiele rzeczy, które oglądaliśmy przez lata – oznajmiła z przekonaniem. Zamilkła, by łatwiej zebrać myśli. – Ale prawda jest taka, że widziałam dość, by spodziewać się niemalże wszystkiego. Isobel… – Z jakiegoś powodu to imię z trudem przeszło jej przez usta. Skrzywiła się, mając do siebie samej pretensje o to, że mogłaby się bać mówić o kimś, kogo przecież powinna nienawidzić, zwłaszcza że ta istota na jej oczach zabiła Elenę. – Isobel – powtórzyła, próbując wziąć się w garść – zrobiła coś, czego sobie nie wyobrażam. Ale, na litość Boską, wychodzi na to, że tylko dzięki temu mam rodzinę.
Miała wrażenie, że jej słowa zabrzmiało niewłaściwie, ale nie dbała o to. Cokolwiek by się nie działo, liczył się przede wszystkim fakt, że mieli siebie. Może była egoistką, ale jak mogłaby żałować, że los doprowadził ją aż do tego miejsca. I chociaż w pamięci miała dość wspomnień, których bez chwili wahania by się pozbyła, wciąż dostrzegała wystarczająco wiele dobrego, by to wszystko przestało mieć znaczenie.
Zyskała rodzinę, za którą bez wahania oddałaby życie. I miała dziecko. Upragnione i żywe, niezależnie od tego, co się wydarzyło. Wyrwała się z piekła i chociaż miała wrażenie, że to chwilami się o nią upominało, sądziła, że było warto.
– Nie obchodzi mnie czy ty, Elena albo Beatrycze macie coś wspólnego z Isobel, jasne? – odezwała się ponownie, decydując się ukrócić wszelakie wątpliwości. – Moim zdaniem wyrzekła się jakichkolwiek krewnych w chwili, w której sprzedała Ophelię. To, co było później…  Żadne z was nie jest do niej podobne.
Zamilkła, ale jakiekolwiek dalsze wyjaśnienia wydawały się zbędne. Czuła, że powiedziała dość, a przynajmniej miała taką nadzieję. Z uwagą wpatrywała się w twarz Carlisle’a, czekając na jakąkolwiek reakcję. Wciąż ją obejmował, nienaturalnie wręcz milczący i skupiony na niej. W tamtej chwili żałowała, że nie posiadała zdolności Edwarda. Chociaż zwykle próbowała uświadamiać synowi, że naruszanie prywatności innych jest co najmniej niewłaściwe, to był jeden z tych momentów, kiedy możliwość przeniknięcia czyjegokolwiek umysłu wydawała się czymś na wagę złota.
Carlisle wciąż milczał, ale to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie w chwili, w której znów przyciągnął ją do siebie. Poczuła ulgę, gdy nagle ujął jej twarz w dłonie, zachęcając do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Kiedy na dodatek zdołał się uśmiechnąć, Esme poczuła, że kamień spada jej z dawno niebijącego już serca.
– Dziękuję – usłyszała i przez moment miała ochotę zaprotestować. Przecież niczego szczególnego nie robiła!
– Wiem, że to wszystko wydaje się skomplikowane. Ale wierzę, że prędzej czy później jakoś to poukładamy – stwierdziła, siląc się na uśmiech. Przyszło jej to zaskakująco łatwo, zwłaszcza że czuła, że Carlisle jej ufał. Sama również wierzyła w to, co próbowała mu wytłumaczyć. – Teraz najważniejsze jest to, że Beatrycze nic się nie stało.
– Pomijając to, że jest wampirem – zauważył, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Esme zawahała się. W pierwszym odruchu wyprostowała się, odsuwając na tyle, by bez przeszkód móc na niego patrzeć.
– Oboje wiemy, że to i tak najlepsze, co mogło ją spotkać – przypomniała łagodnie. – Nie mówię teraz o Volturi, chociaż to też wiele rozwiązuje. Ale… Ona umarła już dawno temu, Carlisle – zauważyła przytomnie. – Nie powiesz mi, że tobie też nie przyszło do głowy, że Joce nigdy nie powinna jej sprowadzić.
W pierwszej chwili pożałowała swoich słów, nagle zaczynając mieć wątpliwości co do tego, czy nie zachowywała się zbyt bezpośrednio. Ostatecznie doszła do wniosku, że dalsze omijanie tematu nie miało sensu. Musiała wprost uświadomić mu, że pewne rzeczy już się wydarzyły. I skoro już byli zmuszeni je zaakceptować, mogli przynajmniej próbować szukać w tym wszystkim pozytywów.
Przemiana Beatrycze na swój sposób taka była. Esme nie mogła pozbyć się wrażenia, że komuś, kto już raz umarł, po prostu pisana była śmierć – w jakiejkolwiek formie. Jakby nie patrzeć, wampiryzm sprowadzał się właśnie o tego.
– Bardziej szokuje mnie to, że sobie przypomniała. Jako wampirzyca… Na razie wydaje się w tym odnajdować, a to dobrze. – Carlisle zamilkł, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Zdążyłem przyzwyczaić się do myśli, że wróciła. Po prostu… to wszystko jest takie dziwne. W końcu to… Cóż, moja matka. Ale wygląda jak Elena.
Esme założyła ramiona na piersiach. Nie musiał jej przypominać, że to było dziwne – i to zwłaszcza w chwilach gdy widywała kobietę w ramionach Lawrence’a.
– Są do siebie bardzo podobne. Chociaż Beatrycze… wydaje się łagodniejsza – przyznała, a Carlisle spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Wydaje się? – powtórzył z powątpiewaniem.
– Nie mam pewności, ale… im dłużej obserwuję Lawrence’a, tym bardziej wątpię, by sobie z nim poradziła, gdyby nie miała w sobie chociaż trochę z uporu Eleny. Mam na myśli charakter.
– No, tak… – Trudno było stwierdzić, co takiego Carlisle tak naprawdę sobie myślał. – Nie jestem pewien, co sądzić o zostawianiu jej z nim – dodał z wahaniem.
– Sprowadził ją zza grobu. To ostatnia osoba, która mogłaby ją skrzywdzić – oznajmiła, jakoś nie mając co do tego wątpliwości. Już wcześniej było to dla niej oczywiste, nawet jeśli człowieczeństwo Beatrycze z łatwością mogło skomplikować sytuację. – Lawrence… wydawał się inny.
Zamilkła, po czym już tylko spoglądała na Carlisle’a, skupiona na próbie rozróżnienia targających nim emocji. Cokolwiek sądził o jej słowach, nie skomentował ich w żaden sposób, Esme jednak wierzyła, że musiał zaobserwować dokładnie to, co i ona. Sposób w jaki Lawrence spoglądał na Beatrycze, zresztą ze wzajemnością, zdecydowanie nie był czymś, co dało się ot tak przeoczyć. W zasadzie spoglądając na nich, czuła się niemalże jak intruz, przez moment mając ochotę wyjść i zostawić ich samych.
I właśnie w tym musiał leżeć największy problem. Nie miała pojęcia, jak czułaby się, gdyby nagle okazało się, że to jej rodzice żyli – zwłaszcza w sytuacji, w której przynajmniej jedno z nich byłoby dla niej kimś obcym. Z drugiej strony, po wszystkich tych latach mieli szansę, by się porozumieć, a to również o czymś świadczyło.
– Beatrycze… Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, w jaki sposób powinienem ją traktować – usłyszała, więc na powrót skupiła wzrok na mężu. – Na razie zachowywałem się, jakby była Eleną, prawda?
– Może troszeczkę… – przyznała Esme, wysilając się na blady uśmiech. – Ale nie ma w tym nic złego. Też się o nią troszczę.
– Nie?
Potrząsnęła głową.
– Nie. Tak mi się wydaje – poprawiła się po chwili wahania. – Nie wiem, co o tym sądzić, ale mogę ci powiedzieć, co ja bym zrobiła na twoim miejscu – zaproponowała w końcu.
Nie odpowiedział, ale to nie było konieczne. Wystarczyło, że spojrzał na nią wyczekując, wyraźnie czekając na reakcję.
Odchrząknęła, jednocześnie próbując zebrać myśli i przekonać samą siebie, że to, co sądziła, miało jakikolwiek sens.
– Nie potrzebujesz matki. Nie po tylu latach… Nie w takim sensie, jak mogłoby się wydawać. – Zawahała się. Miała wrażenie, że bredzi od rzeczy. – A ona wygląda jak Elena. Nie sądzę, żebyście byli w stanie ot tak uporządkować tę relację, ale… może wcale nie musicie. Myślę tutaj chociażby o naszych dzieciach – dodała i zaśmiała się nieco nerwowo. – Nie potrzebują mnie jako matki, ale wciąż jestem matką… I po prostu jestem, zwłaszcza gdy tego potrzebują. Renesmee też od dawna nie jest małą dziewczynką, chociaż Bella… Im też zabrano lata. Nie wieki, ale to wciąż stracony czas. – Urwała, aż nazbyt świadoma, że sama zaczynała gubić się w tym, co mówiła. – Rozmawiałam z Bellą, zresztą  nie raz. Ona… próbuje być przyjaciółką. Jest kimś, kogo Nessie teraz potrzebuje. Do tej pory potrafiliście z Beatrycze rozmawiać, więc to róbcie, a reszta przyjdzie sama. Nie budujcie na siłę relacji w taki sposób, w jakim wydaje wam się, że powinna wyglądać, bo wtedy oboje będziecie czuć się z tym źle. Czasami… wystarczy być.
Zamilkła, po czym z wahaniem spojrzała na męża. Obserwował ją z uwagą, skupiony na jej słowach aż do tego stopnia, że Esme poczuła się nieswojo.
Zaraz po tym po prostu przyciągnął ją do siebie, by chwilę później zamknąć ją w silnym uścisku i w końcu pocałować. Bez wahania odwzajemniła pieszczotę, czując jak stopniowo ogarnia ją ulga.
– Cieszę się, że cię mam – usłyszała i to wystarczyło, by w końcu poczuła się niemalże całkowicie spokojna.
Bo przecież czasami wystarczyło być tuż obok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa