
Jocelyne
Obudziła się nagle, dziwnie
niespokojna. W pośpiechu usiadła, z bijącym wzrokiem wodząc wzrokiem
na prawo i lewo. W pokoju panował przyjemny półmrok, ale coś w Ciemnościach
sprawiło, że Joce poczuła się nieswojo. Mimowolnie zadrżała i poderwała
się na równe nogi, w pośpiechu wypadając na korytarz.
Cisza miała
w sobie coś nienaturalnego. Myślami wciąż była przy śnie, którego nie
potrafiła sobie przypomnieć. Za to mogła przysiąc, że słyszała szepty. Znowu.
Mówiły coś niespójnie, na dodatek w języku, którego nie potrafiła
zrozumieć, chociaż czuła, że powinna. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić,
bo chociaż jakaś jej cząstka odczuwała ulgę na samą myśl o tym, że doszła
do siebie na tyle, by znów mieć związek z umarłymi, to mimo wszystko…
Chwilami
sama nie była pewna, czego tak naprawdę chciała.
Ciche
mruczenie wyrwało ją z zamyślenia. W ciemnościach zauważyła parę
lśniących na żółto oczu i choć w pierwszym odruchu serce zabiło jej
szybciej, po chwili pojęła, że spoglądała na kota. Uśmiechnęła się blado,
przykucając i zachęcająco wyciągając do zwierzęcia rękę. To wystarczyło,
żeby kociak podbiegł bliżej, trochę nieporadnie, jakby w każdej chwili
mogły poplątać mu się łapki.
No to jest nas dwoje, pomyślała,
wplatając palce w aksamitnie czarne futerku. W zamyśleniu gładziła
łebek łaszącego się do niej zwierzaka, gotowa przysiąc, że jego obecność
faktycznie jej pomagała. Nie miała pojęcia czy to oznaczało, że Allegra miała
rację, czy może chodziło o coś, co Rufus z pobłażliwym uśmiechem
nazwał „efektem placebo”, ale to nie było dla niej istotne.
– Dalej nie
wiem, jak cię nazywać – mruknęła, z lekkością biorąc kota na ręce.
Zamruczał w odpowiedzi,
zaraz zaczynając się wiercić i szukać sobie najodpowiedniejszej pozycji.
Chwyciła go bardziej stanowczo, nie chcąc ryzykować, że obje stoczą się ze
schodów, jeśli kot rozproszy ją na tyle, by przestała zwracać uwagę na kolejne
kroki. Mimo wszystko nie mogła się skupić, wciąż rozpamiętując szepty ze snu i to,
jak bardzo nieswojo się czuła.
Kot
ostatecznie musiał znaleźć sobie najbardziej odpowiadającą mu pozycję, bo nagle
znieruchomiał, zamknął oczy – a jakże – zaczął mruczeć, wkrótce po tym
zasypiając tak szybko, że to wydawało się dla niej wręcz niepojęte. W tamtej
chwili mu zazdrościła. Gdyby mogła ot tak położyć się spać, nie obawiając się
niechcianych snów, byłoby o wiele prościej.
Westchnęła
cicho. Gdyby tata był w domu, nie krążyłaby teraz niespokojnie po domu,
próbując znaleźć sobie zajęcie. Zresztą sama myśl o Gabrielu wystarczyła,
żeby zaczęła się martwić. Do tej pory pamiętała, jak zostawił ją samą, nagle
zrywając się i wybiegając z pokoju. W jego oczach dostrzegła
wtedy coś, czego nie potrafiła nazwać, ale to i tak wystarczyło, żeby ją
zaniepokoić. Chciała wierzyć, że to po prostu reakcja na wspomnienia, zwłaszcza
że widział moment, w którym Layla straciła kontrolę, ale i tak miała
wątpliwości. Mogła tylko zgadywać, co takiego działo się z jej ojcem,
skoro wciąż zamartwiał się o mamę. Co więcej, słyszała dość, żeby
wiedzieć, że się obwiniał, chociaż nie miała pojęcia o co.
– Cześć,
Joce.
Drgnęła,
zaskoczona tym, że nie była sama. Liz siedziała w kuchni, obracając w dłoniach
coś, w czym po zapachu Jocelyne rozpoznała kawę. Na jej widok uśmiechnęła
się, ale było w tym geście coś, co dało dziewczynie do zrozumienia, że
Elizabeth myślami była gdzieś daleko.
– Hej –
rzuciła z opóźnieniem. Mocniej przycisnęła do piersi kota, musząc
pilnować, by przypadkiem go nie zgnieść. – Też nie możesz spać?
– Hm…
Niekoniecznie. – Liz wzruszyła ramionami. – Ale Damien śpi jak zabity. Może
tego potrzebuje – stwierdziła, a przez jej twarz przemknął cień. –
Nieważne. Wszystko w porządku?
– Już tak –
zapewniła, chociaż wcale nie była tego taka pewna.
Nawet
słowem nie skomentowała wzmianki o Damienie, mając wrażenie, że to dość
marny pomysł. Sądząc po sposobie, w jaki brat próbował się nią osłaniać
właśnie przed Liz, dziewczyna najwyraźniej miała powody, żeby się na niego
wściekać. Nie żeby było dziwne, biorąc pod uwagę to, co zrobił, żeby zatrzymać
ją przy sobie.
Damien,
który już nie uzdrawia. To wciąż wydawało się brzmieć co najmniej
nienaturalnie.
– Dobrze… –
odetchnęła Liz. Wciąż przyglądała jej się z uwagą. – Powinnam cię
przeprosić, chociaż to nic nie znaczy. Joce…
– Dlaczego?
– przerwała jej natychmiast, nie kryjąc zaskoczenia. – Przecież to nie była
twoja wina.
– Ale moja
rodzina – oznajmiła Elizabeth i zabrzmiało to w niemalże rozgoryczony
sposób.
Przez
krótką chwilę obie trwały w ciszy. Liz westchnęła cicho, po czym uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, udając wręcz przesadnie zaciekawioną wzrokiem na
kubku. Jocelyne tymczasem tkwiła w bezruchu, wciąż tuląc do siebie kota i nie
mając pojęcia, w jaki sposób powinna się zachować.
Potrzebowała
kilku kolejnych sekund, by w końcu ruszyć się z miejsca. Bez
pośpiechu przeszła dzielącą ją od dziewczyny odległości, po czym wślizgnęła się
na krzesło tuż naprzeciwko niej.
– Co teraz
zamierzasz? – zapytała, a Liz spojrzała na nią pytająco. Joce wzruszyła
ramionami, palcami raz po raz przeczesując czarne futerku ułożonego na jej
kolanach kota. – Znów jesteś z moim bratem, więc… coś planować musisz,
prawda? Chyba…?
O dziwo,
Liz parsknęła śmiechem, na dodatek w pełni szczerym. Jej oczy zabłysły,
ona zaś choć przez moment wyglądała jak cudownie nieświadoma dziewczyna, która
przyjaźniła się z Eleną.
– Rany…
Chyba spodziewałam się, że prędzej Alessia zada mi takie pytanie – przyznała,
potrząsając głową. – No wiesz, coś w tonie… „Spróbuj raz jeszcze
skrzywdzić mojego brata, a się policzymy”.
– Ej, też
jestem jego siostrą – obruszyła się, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu.
Odchrząknęła, próbując przybrać poważny wyraz twarzy. – Spróbuj skrzywdzić
mojego brata, a się policzymy.
Tym razem
śmiały się obie, co Joce przyjęła niemalże z ulgą. Potrzebowała tego, choć
na moment będąc w stanie zapomnieć o wszystkim, co było nie tak. Co
prawda to dalej niczego nie rozwiązywało, ale coś w obecności Liz wydawało
się swego rodzaju przełomem. Jocelyne wolała nie zastanawiać się nad tym, co by
się stało, gdyby poświecenie jej brata poszło na marne. Inna sprawa, że lubiła
Elizabeth, nawet jeśli ta już od dłuższego czasu wydawała się inna.
Dotychczas
śpiący na jej kolanach kot prychnął i poderwał się, by móc zeskoczyć na
posadzkę. Jocelyne w pierwszym odruchu chciała go złapać, ale ostatecznie
dała sobie spokój.
– Koty
lubią biegać własnymi drogami – stwierdziła Liz, lekko przekrzywiając głowę. –
Miałam jednego, kiedy byłam mała. Wolałam na nią Lulu, chociaż oczywiście miała
to gdzieś, bo i tak nie reagowała na imię.
– Uroczo. –
Joce wywróciła oczami. – Tego dostałam od Allegry. Ma… pomagać mi przy tym, co
widzę, bo zdaniem cioci koty wyczuwają i neutralizują złą energię –
wyjaśniła, po czym urwała, bo coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle.
– Allegry…
– powtórzyła. Przez moment wyglądała na chętną, by dodać coś jeszcze, ale w ostatniej
chwili się powstrzymała. – Ehm… Jak się nazywa? Kot, oczywiście – dodała, bo
Joce spojrzała na nią z powątpiewaniem.
– Dobre
pytanie – przyznała.
Miała
ochotę zacząć wołać na kociaka Allegra, ale teraz to wydawało się niewłaściwe.
No i nie chciała sprawdzać, jak zareagowałby na to Marco. Z drugiej
strony…
– Szczerze
mówiąc, sama nie wiem, co robić, Joce – oznajmiła nagle Liz, jak gdyby nigdy
nic zmieniając temat. – Gubię się w tym. Tak naprawdę wiem jedynie tyle,
że chcę być z Damienem. I nie chodzi tu tylko o to, że jak
ostatni kretyn poświęcił dla mnie wszystko, co miał.
Zamilkła,
nerwowo zaciskając usta. Trudno było stwierdzić czy w tamtej chwili czuła
się bardziej zła, czy może rozczulona. Joce sama nie miała pewności, co powinna
sądzić o zachowaniu brata. Wiedziała, że Liz była dla niego ważna, ale to
dalej brzmiało jak abstrakcja – to, że mógłby oddać moc, którą dysponował
praktycznie od zawsze.
Co czułaby,
gdyby ktoś zrobił coś takiego dla niej? Zawahała się, w milczeniu
spoglądając na Elizabeth. Mogła tylko zgadywać, tak naprawdę woląc nie
sprawdzać, dokąd to wszystko zmierzało.
– Jestem…
taka wściekła. Ugh… – Liz nagle poderwała się na równe nogi. Zaczęła krążyć,
ostatecznie zabierając się za parzenie drugiej kawy, chociaż Joce wyraźnie
widziała, że we wcześniejszym kubku wciąż znajdowała się jeszcze ponad połowa
zawartości. – To nigdy nie powinno się wydarzyć. Gdybym nie była taka głupia… –
Zamilkła, potrząsając głową. – A teraz nie wiem, kim naprawdę jestem. Kto
jak kto, ale ty to rozumiesz, prawda? – dodała, a Joce spuściła wzrok.
– Aż za
dobrze.
Usłyszała
ciche westchnienie. Liz podeszła bliżej, opierając obie dłonie o blat
stołu. Przez krótką chwilę słychać było wyłącznie ich przyśpieszone oddechy i szum
gotującej się w czajniku wody.
– Mam dość
uciekania – wyznała nagle Elizabeth. – Jeszcze nie wiem, co zrobię, ale nie
mogę siedzieć z założonymi rękami. Mój ojciec… – Zamilkła, kiedy głos
nieznacznie jej zadrżał. – Na razie nie chcę widzieć nikogo z mojej
rodziny. Ale znam kogoś, z kim mogę porozmawiać, więc… pewnie zacznę od
tego.
Jocelyne
poderwała głowę. Liz wciąż stała tuż obok, zamyślona i jakby odległa.
Ciemne włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając.
– O… tych
symbolach też? – zapytała, aż za dobrze pamiętając ostatnią rozmowę o medalionie.
– Zwłaszcza
o tym – przyznała z wahaniem Liz.
– Może to
głupio zabrzmi, ale… mogę zobaczyć? – wypaliła, zanim zdążyłaby ugryźć się w język.
Elizabeth
spojrzała na nią w bliżej nieokreślony sposób. Krótko rozejrzała się po
kuchni, jakby chcąc upewnić się, że były same, po czym skinęła głową.
– Jasne.
Mimo
wszystko nie od razu zdecydowała się odciągnąć dekolt bluzki. Joce poczuła się z tym
nieswojo, bynajmniej niezaskoczona reakcją dziewczyny – w końcu sama
czułaby się dziwnie, gdyby miała okazać komuś coś, co znajdowałby się na jej
klatce piersiowej.
Zaraz po
tym przestała się nad tym zastanawiać, w milczeniu przypatrując skórze
Liz. Widziała zaledwie kawałek skomplikowanego wzoru, odcinającego się na
bladej cerze i ginącego gdzieś pod ubraniem, ale to wystarczyło, by
poczuła się jeszcze bardziej skołowana. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś
takiego – misternych zdobień i symboli. Wiedziała jedynie, że miały w sobie
coś hipnotyzującego i wcale nie sprawiały, by chciała rzucić się Elizabeth
do gardła.
– Dziwne,
prawda? – Liz wyprostowała się, w pośpiechu zakrywając tatuaż. – Damien
też nie wie, co oznaczają.
– Damien je
widział? – wypaliła, a twarz dziewczyny jak na zawołanie przybrała kolor
dojrzałego pomidora.
– Tak czy
inaczej – podjęła pośpiesznie – od tego zamierzam zacząć. Skoro zaczęło się od
naszyjnika, pewnie powinnam pójść w tym kierunku. Jeśli będę musiała,
porozmawiam z Niną.
Wyraźnie
nie była tym pomysłem zachwycona. Joce jedynie skinęła głową, myślami wciąż
będąc przy wzorach, które zobaczyła. Chociaż nie widziała całego tatuażu, sam
fragment wystarczył, by symbole dosłownie wypaliły się w jej umyśle. Raz
po raz wracała do nich pamięcią, nie mając wątpliwości, że widziała je po raz
pierwszy, a jednak… z jakiegoś powodu wydawały się znajome.
I
przyciągały ją.
– Joce?
Drgnęła, w roztargnieniu
spoglądając znów na Liz. Zamrugała nieco nieprzytomnie, z opóźnieniem
uprzytomniając sobie, że dziewczyna od dłuższej chwili musiała próbować zwrócić
na siebie jej uwagę.
– Ehm… Woda
się zagotowała – wymamrotała, uświadamiając sobie, że znów zrobiło się cicho.
Elizabeth
rzuciła jej bliżej nieokreślone, zatroskane spojrzenie, ale nie skomentowała
zachowania Joce nawet słowem. Ostatnie wróciła do parzenia kawy, chociaż jak
nic robiła to tylko po to, żeby zająć czymś ręce.
Jeszcze
jakiś czas siedziały w ciszy, każda pochłonięta swoimi myślami.
Ostatecznie to Liz jako pierwsza wróciła na górę, mrucząc coś o tym, że
chciała sprawdzić czy Damien wciąż spał. Jocelyne jedynie skinęła głową, w gruncie
rzeczy nie zwracając uwagi na znacznie poszczególnych słów.
Znów
została sama, ale to jej nie przeszkadzało. Tkwiła przy kuchennym stole, sama
niepewna, co takiego powinna ze sobą zrobić. W głowie miała pustkę,
myślami raz po raz wracając do znaków, które pokazała jej Claire. Gdzie je
widziała? I dlaczego wydawały się aż niezwykłe, wręcz wabiąc ją i kusząc…?
Nie miała
pojęcia, ale czuła, że zrozumienie tego mogło okazać się kluczowe.
Zdecydowała
się wrócić do pokoju, kiedy na zewnątrz już zaczynało świtać. W zasadzie
sprowadzało się to do tego, że ciemność stopniowo ustąpiła miejsca szarudze,
ale to wydawało się właściwie dla wiecznie zachmurzonego stanu Waszyngton.
Najwyraźniej dzień znów zapowiadał się w dość przygnębiający sposób, ale
to jej nie przeszkadzało, zwłaszcza że nie musiała wychodzić. W takich
chwilach cieszyła się, że już nie chodziła do liceum, przynajmniej tymczasowo
nie wyobrażając sobie, że miałaby przekroczyć próg jakiejkolwiek szkoły – a już
zwłaszcza tej, gdzie prawie wszyscy byli przekonani, że chciała się zabić,
skacząc z dachu. Z drugiej strony, potrzebowała zajęcia, a to
samo w sobie zaczynało być uciążliwe. Im dłużej siedziała w domu, tym
więcej myślała, zadręczając się sprawami, na które nie miała wpływu.
Chciała
wrócić do pokoju, kiedy doszło ją skrzypnięcie otwieranych drzwi. Obejrzała się
przez ramię, bez trudu dostrzegając wychodzącą z pokoju rodziców Bellę.
– Hej,
kochanie – rzuciła zaskoczona wampirzyca, siląc się na blady uśmiech.
Wyglądała
na zmęczoną, choć to w przypadku wampira wydawało się nie lada wyczynem. Włosy
miała w nieładzie, cerę bledszą niż zwykle, zaś zazwyczaj złociste
tęczówki pociemniały – czy to ze zmartwienia, czy to z głodu. Mimo
wszystko jednak uśmiechnęła się do wnuczki, wydając się robić wszystko, byleby udawać
spokojniejszą niż w rzeczywistości.
– Nic się
nie zmieniło, prawda? – zapytała wprost Joce, chociaż to wydawało się
oczywiste. Bella zdecydowanie by nie zwlekała, gdyby było inaczej.
– Nie –
przyznała wampirzyca, w roztargnieniu przeczesując włosy palcami. – Ale to
lepsze, niż gdyby miało być gorzej.
Chcąc nie
chcąc przyznała jej rację. Martwiła się o mamę, ale jak długo ciało żyło,
mieli czas. Przynajmniej chciała wierzyć, że tak to działało, bo tyle
zrozumiała z tego, co mówiła Isabeau. Nie zmieniało to jednak faktu, że od
tamtego czasu ciotki nie widziała, mogąc co najwyżej zgadywać, co takiego
wampirzyca planowała zrobić.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że czuła się równie bezradna, co i wszyscy
wokół. Albo bardziej, bo na razie nikt nie pozwalał jej siedzieć przy mamie,
twierdząc, że nie ma takiej potrzeby. Przez większość czasu to Bella i Edward
czuwali, co może i miało sens, skoro żadne z nich nie potrzebowało
snu, a czekanie ich nie męczyło, ale Jocelyne i tak czuła się z tym
źle.
Jeśli nie
ona, kto powinien móc coś zdziałać? Gdyby przynajmniej mogła zobaczyć mamę,
skoro ta mogła być teraz duchem…
– Już
wszystko w porządku? – zapytała Bella, nagle materializując się tuż obok
niej. Joce zadrżała, kiedy chłodne palce musnęły jej policzek. – W szpitalu
wydawałaś się taka słaba…
– Doszłam
do siebie – wysiliła, siląc się na uśmiech.
Pod wpływem
impulsu wtuliła się w wampirzycę, pozwalając żeby ta przygarnęła ją do
siebie. Wystarczyło, że martwiła się o Nessie. To, by dodatkowo zadręczała
się z jej powodu, zdecydowanie nie było nikomu potrzebne.
– Dobrze,
że nic ci nie jest. – Bella ucałowała ją we włosy. – Potrzebujesz czegoś? Jest
jeszcze wcześnie, ale…
–
Potrzebuję zajęcia – mruknęła, a wampirzyca spojrzała na nią w bliżej
nieokreślony sposób.
– Ja też –
stwierdziła. – Edward na razie siedzi z Nessie. Ja… chyba nie mogę znieść
bezruchu. – Westchnęła przeciągle. – Wiem, że powinnam zobaczyć się z Charliem
i Sue, ale na razie nie mam do tego głowy. Już dawno powinnam z nimi
porozmawiać o Secie, ale…
– Sądzisz,
że wiedzą?
Bella
potrząsnęła głową.
– Już dawno
by zadzwonili. – Zacisnęła usta. – Pojadę tam. Po prostu… nie teraz. Potrzebuję
przerwy, choćby tylko na chwilę.
– I krwi
– zauważyła mimochodem Joce.
Dziwnie
czuła się, patrząc w jej pociemniałe oczy. I chociaż była
przyzwyczajona do widoku spragnionego wampira, na samą myśl robiło jej się
zimno. Po tym, jak Layla rzuciła jej się do gardła, chcąc nie chcąc spoglądała
na bliskich inaczej, w końcu lepiej niż wcześniej rozumiejąc, że
niekoniecznie musieli być w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo.
– Tego też
– przyznała Bella, siląc się na uśmiech. – Miałam zapolować. Chcesz iść ze mną?
Myślałam, żeby później zobaczyć się z Alice. Nie wiem jakim cudem wciąż ma
do tego wszystkiego głowę, ale wybierała się do tego nieszczęsnego klubu…
Szczerze mówiąc, nawet to wydaje mi się lepsze, byleby nie myśleć.
Nie
zaprotestowała, uświadamiając sobie, że takie rozwiązanie dosłownie spadało jej
z nieba. Nie była jeszcze w klubie, którym zajmowała się Alice, ale
wyrwanie się z domu wydawało się dobrym pomysłem. Podejrzewała zresztą, że
wciąż było sporo do zrobienia, zwłaszcza że ostatnie wydarzenia skutecznie
przesunęły plany ciotki w czasie. To, że nagle miałaby zająć się czymś tak
przyziemnym, jak przygotowywanie lokalu do otwarcia, brzmiało jak czysta
abstrakcja, ale z drugiej strony… przecież tego właśnie potrzebowała.
– Pójdę się
przebrać – zadecydowała, w pośpiechu wycofując się w stronę pokoju. –
Możemy spotkać się na dole, kiedy już zapolujesz?
Bella nie
zaprotestowała, więc ostatecznie każda z nich ruszyła w swoją stronę.
Joce wróciła do sypialni, z cichym westchnieniem opierając się o drzwi
pokoju. Wciąż czuła się dziwnie, mimowolnie zastanawiając nad tym, co chciała
zrobić. Potrzebowała zajęcia, ale i tak nie podobało jej się, że tak
naprawdę tkwiła w miejscu. Gdyby przynajmniej mogła się na coś przydać, wtedy…
Mimowolnie
zadrżała, uświadamiając sobie, że nagle zrobiło się zimno. Spojrzała w stronę
okna, ale to było zamknięte, chłód zresztą nie przypominał jej tego, którego
mogłaby się spodziewać wyłącznie po pogodzie. To było coś innego, bardziej charakterystycznego
i aż nazbyt dobrze jej znanego, chociaż nie od razu przyjęła ten fakt do
świadomości.
Potrzebowała
chwili, by zauważyć przyczajoną w kącie postać. W pierwszym odruchu
spięła się, machinalnie zaciskając dłoń na klamce, ale prawie natychmiast
rozpoznała intruza.
– Dallas… –
rzuciła z tak wielką ulgą, że ledwo rozpoznawała własny głos..
Znajome
szmaragdowe oczy zabłysły, kiedy usłyszał jej głos. Natychmiast zmaterializował
się bliżej, spoglądając na dziewczynę w sposób, który uświadomił jej, jak
bardzo go uspokoiła.
– Nareszcie!
– wyrwało mu się. Nie odrywał od niej wzroku, przyglądając dziewczynie tak
dokładnie, że aż poczuła się z tym nieswojo. – Joce, widzisz mnie?
– Oczywiście,
że tak.
Cóż, może
to nie było aż tak oczywiste, ale zdecydowała się nad tym nie rozwodzić.
Liczyło się, że mogła go zobaczyć, z ulgą odkrywając, że wszystko wróciło
do normy. Skoro widziała Dallasa, a do tego nie miała ochoty z powodu
jego obecności zwinąć się na ziemi i płakać z bólu, wszystko zdecydowanie
było w porządku.
– Dobrze… O rany,
całe szczęście! – Chłopak zamilkł i już tylko się w nią wpatrywał.
Zaraz po tym zaczął wyrzucać z siebie kolejne słowa tak szybko, że ledwo
mogła za nim nadążyć. – Przepraszam! Cholera, przepraszam, ale nie miałem
pojęcia, co robić. Wszystko gra? Na pewno? – zapytał, ale nawet nie czekał na
odpowiedź. – Wiesz jak wystraszyłaś mnie i Rosę? A potem prawe cię
zabiłem, ale przecież musiałem coś zrobić i…
– Dallas! –
przerwała mu stanowczo.
Posłusznie
zamilkł, spoglądając na nią przepraszająco. Wciąż wyglądał na pobudzonego w stopniu
wystarczającym, by znów zacząć wyrzucać z siebie słowa z zawrotną
prędkością. Jego oczy błyszczały, kiedy raz po raz mierzył ją wzrokiem. Wyglądał
jak zagubione dziecko, które nagle zwątpiło w to, co powinno ze sobą począć.
No i zachowywał się tak, jakby zrobił coś złego, ale…
– Dlaczego
powiedziałeś, że prawie mnie zabiłeś? – zapytała z wahaniem, co najmniej
zaskoczona tym stwierdzeniem.
– Eee… –
wyrwało mu się, chociaż to zdecydowanie nie było odpowiedzią na jej pytanie.
W pokoju
jak na zawołanie zapanowała wymowna cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz