15 czerwca 2018

Czternaście

Jocelyne
Obudziła się nagle, dziwnie niespokojna. W pośpiechu usiadła, z bijącym wzrokiem wodząc wzrokiem na prawo i lewo. W pokoju panował przyjemny półmrok, ale coś w Ciemnościach sprawiło, że Joce poczuła się nieswojo. Mimowolnie zadrżała i poderwała się na równe nogi, w pośpiechu wypadając na korytarz.
Cisza miała w sobie coś nienaturalnego. Myślami wciąż była przy śnie, którego nie potrafiła sobie przypomnieć. Za to mogła przysiąc, że słyszała szepty. Znowu. Mówiły coś niespójnie, na dodatek w języku, którego nie potrafiła zrozumieć, chociaż czuła, że powinna. Nie miała pojęcia, co o tym sądzić, bo chociaż jakaś jej cząstka odczuwała ulgę na samą myśl o tym, że doszła do siebie na tyle, by znów mieć związek z umarłymi, to mimo wszystko…
Chwilami sama nie była pewna, czego tak naprawdę chciała.
Ciche mruczenie wyrwało ją z zamyślenia. W ciemnościach zauważyła parę lśniących na żółto oczu i choć w pierwszym odruchu serce zabiło jej szybciej, po chwili pojęła, że spoglądała na kota. Uśmiechnęła się blado, przykucając i zachęcająco wyciągając do zwierzęcia rękę. To wystarczyło, żeby kociak podbiegł bliżej, trochę nieporadnie, jakby w każdej chwili mogły poplątać mu się łapki.
No to jest nas dwoje, pomyślała, wplatając palce w aksamitnie czarne futerku. W zamyśleniu gładziła łebek łaszącego się do niej zwierzaka, gotowa przysiąc, że jego obecność faktycznie jej pomagała. Nie miała pojęcia czy to oznaczało, że Allegra miała rację, czy może chodziło o coś, co Rufus z pobłażliwym uśmiechem nazwał „efektem placebo”, ale to nie było dla niej istotne.
– Dalej nie wiem, jak cię nazywać – mruknęła, z lekkością biorąc kota na ręce.
Zamruczał w odpowiedzi, zaraz zaczynając się wiercić i szukać sobie najodpowiedniejszej pozycji. Chwyciła go bardziej stanowczo, nie chcąc ryzykować, że obje stoczą się ze schodów, jeśli kot rozproszy ją na tyle, by przestała zwracać uwagę na kolejne kroki. Mimo wszystko nie mogła się skupić, wciąż rozpamiętując szepty ze snu i to, jak bardzo nieswojo się czuła.
Kot ostatecznie musiał znaleźć sobie najbardziej odpowiadającą mu pozycję, bo nagle znieruchomiał, zamknął oczy – a jakże – zaczął mruczeć, wkrótce po tym zasypiając tak szybko, że to wydawało się dla niej wręcz niepojęte. W tamtej chwili mu zazdrościła. Gdyby mogła ot tak położyć się spać, nie obawiając się niechcianych snów, byłoby o wiele prościej.
Westchnęła cicho. Gdyby tata był w domu, nie krążyłaby teraz niespokojnie po domu, próbując znaleźć sobie zajęcie. Zresztą sama myśl o Gabrielu wystarczyła, żeby zaczęła się martwić. Do tej pory pamiętała, jak zostawił ją samą, nagle zrywając się i wybiegając z pokoju. W jego oczach dostrzegła wtedy coś, czego nie potrafiła nazwać, ale to i tak wystarczyło, żeby ją zaniepokoić. Chciała wierzyć, że to po prostu reakcja na wspomnienia, zwłaszcza że widział moment, w którym Layla straciła kontrolę, ale i tak miała wątpliwości. Mogła tylko zgadywać, co takiego działo się z jej ojcem, skoro wciąż zamartwiał się o mamę. Co więcej, słyszała dość, żeby wiedzieć, że się obwiniał, chociaż nie miała pojęcia o co.
– Cześć, Joce.
Drgnęła, zaskoczona tym, że nie była sama. Liz siedziała w kuchni, obracając w dłoniach coś, w czym po zapachu Jocelyne rozpoznała kawę. Na jej widok uśmiechnęła się, ale było w tym geście coś, co dało dziewczynie do zrozumienia, że Elizabeth myślami była gdzieś daleko.
– Hej – rzuciła z opóźnieniem. Mocniej przycisnęła do piersi kota, musząc pilnować, by przypadkiem go nie zgnieść. – Też nie możesz spać?
– Hm… Niekoniecznie. – Liz wzruszyła ramionami. – Ale Damien śpi jak zabity. Może tego potrzebuje – stwierdziła, a przez jej twarz przemknął cień. – Nieważne. Wszystko w porządku?
– Już tak – zapewniła, chociaż wcale nie była tego taka pewna.
Nawet słowem nie skomentowała wzmianki o Damienie, mając wrażenie, że to dość marny pomysł. Sądząc po sposobie, w jaki brat próbował się nią osłaniać właśnie przed Liz, dziewczyna najwyraźniej miała powody, żeby się na niego wściekać. Nie żeby było dziwne, biorąc pod uwagę to, co zrobił, żeby zatrzymać ją przy sobie.
Damien, który już nie uzdrawia. To wciąż wydawało się brzmieć co najmniej nienaturalnie.
– Dobrze… – odetchnęła Liz. Wciąż przyglądała jej się z uwagą. – Powinnam cię przeprosić, chociaż to nic nie znaczy. Joce…
– Dlaczego? – przerwała jej natychmiast, nie kryjąc zaskoczenia. – Przecież to nie była twoja wina.
– Ale moja rodzina – oznajmiła Elizabeth i zabrzmiało to w niemalże rozgoryczony sposób.
Przez krótką chwilę obie trwały w ciszy. Liz westchnęła cicho, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, udając wręcz przesadnie zaciekawioną wzrokiem na kubku. Jocelyne tymczasem tkwiła w bezruchu, wciąż tuląc do siebie kota i nie mając pojęcia, w jaki sposób powinna się zachować.
Potrzebowała kilku kolejnych sekund, by w końcu ruszyć się z miejsca. Bez pośpiechu przeszła dzielącą ją od dziewczyny odległości, po czym wślizgnęła się na krzesło tuż naprzeciwko niej.
– Co teraz zamierzasz? – zapytała, a Liz spojrzała na nią pytająco. Joce wzruszyła ramionami, palcami raz po raz przeczesując czarne futerku ułożonego na jej kolanach kota. – Znów jesteś z moim bratem, więc… coś planować musisz, prawda? Chyba…?
O dziwo, Liz parsknęła śmiechem, na dodatek w pełni szczerym. Jej oczy zabłysły, ona zaś choć przez moment wyglądała jak cudownie nieświadoma dziewczyna, która przyjaźniła się z Eleną.
– Rany… Chyba spodziewałam się, że prędzej Alessia zada mi takie pytanie – przyznała, potrząsając głową. – No wiesz, coś w tonie… „Spróbuj raz jeszcze skrzywdzić mojego brata, a się policzymy”.
– Ej, też jestem jego siostrą – obruszyła się, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Odchrząknęła, próbując przybrać poważny wyraz twarzy. – Spróbuj skrzywdzić mojego brata, a się policzymy.
Tym razem śmiały się obie, co Joce przyjęła niemalże z ulgą. Potrzebowała tego, choć na moment będąc w stanie zapomnieć o wszystkim, co było nie tak. Co prawda to dalej niczego nie rozwiązywało, ale coś w obecności Liz wydawało się swego rodzaju przełomem. Jocelyne wolała nie zastanawiać się nad tym, co by się stało, gdyby poświecenie jej brata poszło na marne. Inna sprawa, że lubiła Elizabeth, nawet jeśli ta już od dłuższego czasu wydawała się inna.
Dotychczas śpiący na jej kolanach kot prychnął i poderwał się, by móc zeskoczyć na posadzkę. Jocelyne w pierwszym odruchu chciała go złapać, ale ostatecznie dała sobie spokój.
– Koty lubią biegać własnymi drogami – stwierdziła Liz, lekko przekrzywiając głowę. – Miałam jednego, kiedy byłam mała. Wolałam na nią Lulu, chociaż oczywiście miała to gdzieś, bo i tak nie reagowała na imię.
– Uroczo. – Joce wywróciła oczami. – Tego dostałam od Allegry. Ma… pomagać mi przy tym, co widzę, bo zdaniem cioci koty wyczuwają i neutralizują złą energię – wyjaśniła, po czym urwała, bo coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle.
– Allegry… – powtórzyła. Przez moment wyglądała na chętną, by dodać coś jeszcze, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. – Ehm… Jak się nazywa? Kot, oczywiście – dodała, bo Joce spojrzała na nią z powątpiewaniem.
– Dobre pytanie – przyznała.
Miała ochotę zacząć wołać na kociaka Allegra, ale teraz to wydawało się niewłaściwe. No i nie chciała sprawdzać, jak zareagowałby na to Marco. Z drugiej strony…
– Szczerze mówiąc, sama nie wiem, co robić, Joce – oznajmiła nagle Liz, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. – Gubię się w tym. Tak naprawdę wiem jedynie tyle, że chcę być z Damienem. I nie chodzi tu tylko o to, że jak ostatni kretyn poświęcił dla mnie wszystko, co miał.
Zamilkła, nerwowo zaciskając usta. Trudno było stwierdzić czy w tamtej chwili czuła się bardziej zła, czy może rozczulona. Joce sama nie miała pewności, co powinna sądzić o zachowaniu brata. Wiedziała, że Liz była dla niego ważna, ale to dalej brzmiało jak abstrakcja – to, że mógłby oddać moc, którą dysponował praktycznie od zawsze.
Co czułaby, gdyby ktoś zrobił coś takiego dla niej? Zawahała się, w milczeniu spoglądając na Elizabeth. Mogła tylko zgadywać, tak naprawdę woląc nie sprawdzać, dokąd to wszystko zmierzało.
– Jestem… taka wściekła. Ugh… – Liz nagle poderwała się na równe nogi. Zaczęła krążyć, ostatecznie zabierając się za parzenie drugiej kawy, chociaż Joce wyraźnie widziała, że we wcześniejszym kubku wciąż znajdowała się jeszcze ponad połowa zawartości. – To nigdy nie powinno się wydarzyć. Gdybym nie była taka głupia… – Zamilkła, potrząsając głową. – A teraz nie wiem, kim naprawdę jestem. Kto jak kto, ale ty to rozumiesz, prawda? – dodała, a Joce spuściła wzrok.
– Aż za dobrze.
Usłyszała ciche westchnienie. Liz podeszła bliżej, opierając obie dłonie o blat stołu. Przez krótką chwilę słychać było wyłącznie ich przyśpieszone oddechy i szum gotującej się w czajniku wody.
– Mam dość uciekania – wyznała nagle Elizabeth. – Jeszcze nie wiem, co zrobię, ale nie mogę siedzieć z założonymi rękami. Mój ojciec… – Zamilkła, kiedy głos nieznacznie jej zadrżał. – Na razie nie chcę widzieć nikogo z mojej rodziny. Ale znam kogoś, z kim mogę porozmawiać, więc… pewnie zacznę od tego.
Jocelyne poderwała głowę. Liz wciąż stała tuż obok, zamyślona i jakby odległa. Ciemne włosy opadły jej na twarz, częściowo ją przysłaniając.
– O… tych symbolach też? – zapytała, aż za dobrze pamiętając ostatnią rozmowę o medalionie.
– Zwłaszcza o tym – przyznała z wahaniem Liz.
– Może to głupio zabrzmi, ale… mogę zobaczyć? – wypaliła, zanim zdążyłaby ugryźć się w język.
Elizabeth spojrzała na nią w bliżej nieokreślony sposób. Krótko rozejrzała się po kuchni, jakby chcąc upewnić się, że były same, po czym skinęła głową.
– Jasne.
Mimo wszystko nie od razu zdecydowała się odciągnąć dekolt bluzki. Joce poczuła się z tym nieswojo, bynajmniej niezaskoczona reakcją dziewczyny – w końcu sama czułaby się dziwnie, gdyby miała okazać komuś coś, co znajdowałby się na jej klatce piersiowej.
Zaraz po tym przestała się nad tym zastanawiać, w milczeniu przypatrując skórze Liz. Widziała zaledwie kawałek skomplikowanego wzoru, odcinającego się na bladej cerze i ginącego gdzieś pod ubraniem, ale to wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej skołowana. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego – misternych zdobień i symboli. Wiedziała jedynie, że miały w sobie coś hipnotyzującego i wcale nie sprawiały, by chciała rzucić się Elizabeth do gardła.
– Dziwne, prawda? – Liz wyprostowała się, w pośpiechu zakrywając tatuaż. – Damien też nie wie, co oznaczają.
– Damien je widział? – wypaliła, a twarz dziewczyny jak na zawołanie przybrała kolor dojrzałego pomidora.
– Tak czy inaczej – podjęła pośpiesznie – od tego zamierzam zacząć. Skoro zaczęło się od naszyjnika, pewnie powinnam pójść w tym kierunku. Jeśli będę musiała, porozmawiam z Niną.
Wyraźnie nie była tym pomysłem zachwycona. Joce jedynie skinęła głową, myślami wciąż będąc przy wzorach, które zobaczyła. Chociaż nie widziała całego tatuażu, sam fragment wystarczył, by symbole dosłownie wypaliły się w jej umyśle. Raz po raz wracała do nich pamięcią, nie mając wątpliwości, że widziała je po raz pierwszy, a jednak… z jakiegoś powodu wydawały się znajome.
I przyciągały ją.
– Joce?
Drgnęła, w roztargnieniu spoglądając znów na Liz. Zamrugała nieco nieprzytomnie, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że dziewczyna od dłuższej chwili musiała próbować zwrócić na siebie jej uwagę.
– Ehm… Woda się zagotowała – wymamrotała, uświadamiając sobie, że znów zrobiło się cicho.
Elizabeth rzuciła jej bliżej nieokreślone, zatroskane spojrzenie, ale nie skomentowała zachowania Joce nawet słowem. Ostatnie wróciła do parzenia kawy, chociaż jak nic robiła to tylko po to, żeby zająć czymś ręce.
Jeszcze jakiś czas siedziały w ciszy, każda pochłonięta swoimi myślami. Ostatecznie to Liz jako pierwsza wróciła na górę, mrucząc coś o tym, że chciała sprawdzić czy Damien wciąż spał. Jocelyne jedynie skinęła głową, w gruncie rzeczy nie zwracając uwagi na znacznie poszczególnych słów.
Znów została sama, ale to jej nie przeszkadzało. Tkwiła przy kuchennym stole, sama niepewna, co takiego powinna ze sobą zrobić. W głowie miała pustkę, myślami raz po raz wracając do znaków, które pokazała jej Claire. Gdzie je widziała? I dlaczego wydawały się aż niezwykłe, wręcz wabiąc ją i kusząc…?
Nie miała pojęcia, ale czuła, że zrozumienie tego mogło okazać się kluczowe.
Zdecydowała się wrócić do pokoju, kiedy na zewnątrz już zaczynało świtać. W zasadzie sprowadzało się to do tego, że ciemność stopniowo ustąpiła miejsca szarudze, ale to wydawało się właściwie dla wiecznie zachmurzonego stanu Waszyngton. Najwyraźniej dzień znów zapowiadał się w dość przygnębiający sposób, ale to jej nie przeszkadzało, zwłaszcza że nie musiała wychodzić. W takich chwilach cieszyła się, że już nie chodziła do liceum, przynajmniej tymczasowo nie wyobrażając sobie, że miałaby przekroczyć próg jakiejkolwiek szkoły – a już zwłaszcza tej, gdzie prawie wszyscy byli przekonani, że chciała się zabić, skacząc z dachu. Z drugiej strony, potrzebowała zajęcia, a to samo w sobie zaczynało być uciążliwe. Im dłużej siedziała w domu, tym więcej myślała, zadręczając się sprawami, na które nie miała wpływu.
Chciała wrócić do pokoju, kiedy doszło ją skrzypnięcie otwieranych drzwi. Obejrzała się przez ramię, bez trudu dostrzegając wychodzącą z pokoju rodziców Bellę.
– Hej, kochanie – rzuciła zaskoczona wampirzyca, siląc się na blady uśmiech.
Wyglądała na zmęczoną, choć to w przypadku wampira wydawało się nie lada wyczynem. Włosy miała w nieładzie, cerę bledszą niż zwykle, zaś zazwyczaj złociste tęczówki pociemniały – czy to ze zmartwienia, czy to z głodu. Mimo wszystko jednak uśmiechnęła się do wnuczki, wydając się robić wszystko, byleby udawać spokojniejszą niż w rzeczywistości.
– Nic się nie zmieniło, prawda? – zapytała wprost Joce, chociaż to wydawało się oczywiste. Bella zdecydowanie by nie zwlekała, gdyby było inaczej.
– Nie – przyznała wampirzyca, w roztargnieniu przeczesując włosy palcami. – Ale to lepsze, niż gdyby miało być gorzej.
Chcąc nie chcąc przyznała jej rację. Martwiła się o mamę, ale jak długo ciało żyło, mieli czas. Przynajmniej chciała wierzyć, że tak to działało, bo tyle zrozumiała z tego, co mówiła Isabeau. Nie zmieniało to jednak faktu, że od tamtego czasu ciotki nie widziała, mogąc co najwyżej zgadywać, co takiego wampirzyca planowała zrobić.
Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się równie bezradna, co i wszyscy wokół. Albo bardziej, bo na razie nikt nie pozwalał jej siedzieć przy mamie, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby. Przez większość czasu to Bella i Edward czuwali, co może i miało sens, skoro żadne z nich nie potrzebowało snu, a czekanie ich nie męczyło, ale Jocelyne i tak czuła się z tym źle.
Jeśli nie ona, kto powinien móc coś zdziałać? Gdyby przynajmniej mogła zobaczyć mamę, skoro ta mogła być teraz duchem…
– Już wszystko w porządku? – zapytała Bella, nagle materializując się tuż obok niej. Joce zadrżała, kiedy chłodne palce musnęły jej policzek. – W szpitalu wydawałaś się taka słaba…
– Doszłam do siebie – wysiliła, siląc się na uśmiech.
Pod wpływem impulsu wtuliła się w wampirzycę, pozwalając żeby ta przygarnęła ją do siebie. Wystarczyło, że martwiła się o Nessie. To, by dodatkowo zadręczała się z jej powodu, zdecydowanie nie było nikomu potrzebne.
– Dobrze, że nic ci nie jest. – Bella ucałowała ją we włosy. – Potrzebujesz czegoś? Jest jeszcze wcześnie, ale…
– Potrzebuję zajęcia – mruknęła, a wampirzyca spojrzała na nią w bliżej nieokreślony sposób.
– Ja też – stwierdziła. – Edward na razie siedzi z Nessie. Ja… chyba nie mogę znieść bezruchu. – Westchnęła przeciągle. – Wiem, że powinnam zobaczyć się z Charliem i Sue, ale na razie nie mam do tego głowy. Już dawno powinnam z nimi porozmawiać o Secie, ale…
– Sądzisz, że wiedzą?
Bella potrząsnęła głową.
– Już dawno by zadzwonili. – Zacisnęła usta. – Pojadę tam. Po prostu… nie teraz. Potrzebuję przerwy, choćby tylko na chwilę.
– I krwi – zauważyła mimochodem Joce.
Dziwnie czuła się, patrząc w jej pociemniałe oczy. I chociaż była przyzwyczajona do widoku spragnionego wampira, na samą myśl robiło jej się zimno. Po tym, jak Layla rzuciła jej się do gardła, chcąc nie chcąc spoglądała na bliskich inaczej, w końcu lepiej niż wcześniej rozumiejąc, że niekoniecznie musieli być w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo.
– Tego też – przyznała Bella, siląc się na uśmiech. – Miałam zapolować. Chcesz iść ze mną? Myślałam, żeby później zobaczyć się z Alice. Nie wiem jakim cudem wciąż ma do tego wszystkiego głowę, ale wybierała się do tego nieszczęsnego klubu… Szczerze mówiąc, nawet to wydaje mi się lepsze, byleby nie myśleć.
Nie zaprotestowała, uświadamiając sobie, że takie rozwiązanie dosłownie spadało jej z nieba. Nie była jeszcze w klubie, którym zajmowała się Alice, ale wyrwanie się z domu wydawało się dobrym pomysłem. Podejrzewała zresztą, że wciąż było sporo do zrobienia, zwłaszcza że ostatnie wydarzenia skutecznie przesunęły plany ciotki w czasie. To, że nagle miałaby zająć się czymś tak przyziemnym, jak przygotowywanie lokalu do otwarcia, brzmiało jak czysta abstrakcja, ale z drugiej strony… przecież tego właśnie potrzebowała.
– Pójdę się przebrać – zadecydowała, w pośpiechu wycofując się w stronę pokoju. – Możemy spotkać się na dole, kiedy już zapolujesz?
Bella nie zaprotestowała, więc ostatecznie każda z nich ruszyła w swoją stronę. Joce wróciła do sypialni, z cichym westchnieniem opierając się o drzwi pokoju. Wciąż czuła się dziwnie, mimowolnie zastanawiając nad tym, co chciała zrobić. Potrzebowała zajęcia, ale i tak nie podobało jej się, że tak naprawdę tkwiła w miejscu. Gdyby przynajmniej mogła się na coś przydać, wtedy…
Mimowolnie zadrżała, uświadamiając sobie, że nagle zrobiło się zimno. Spojrzała w stronę okna, ale to było zamknięte, chłód zresztą nie przypominał jej tego, którego mogłaby się spodziewać wyłącznie po pogodzie. To było coś innego, bardziej charakterystycznego i aż nazbyt dobrze jej znanego, chociaż nie od razu przyjęła ten fakt do świadomości.
Potrzebowała chwili, by zauważyć przyczajoną w kącie postać. W pierwszym odruchu spięła się, machinalnie zaciskając dłoń na klamce, ale prawie natychmiast rozpoznała intruza.
– Dallas… – rzuciła z tak wielką ulgą, że ledwo rozpoznawała własny głos..
Znajome szmaragdowe oczy zabłysły, kiedy usłyszał jej głos. Natychmiast zmaterializował się bliżej, spoglądając na dziewczynę w sposób, który uświadomił jej, jak bardzo go uspokoiła.
– Nareszcie! – wyrwało mu się. Nie odrywał od niej wzroku, przyglądając dziewczynie tak dokładnie, że aż poczuła się z tym nieswojo. – Joce, widzisz mnie?
– Oczywiście, że tak.
Cóż, może to nie było aż tak oczywiste, ale zdecydowała się nad tym nie rozwodzić. Liczyło się, że mogła go zobaczyć, z ulgą odkrywając, że wszystko wróciło do normy. Skoro widziała Dallasa, a do tego nie miała ochoty z powodu jego obecności zwinąć się na ziemi i płakać z bólu, wszystko zdecydowanie było w porządku.
– Dobrze… O rany, całe szczęście! – Chłopak zamilkł i już tylko się w nią wpatrywał. Zaraz po tym zaczął wyrzucać z siebie kolejne słowa tak szybko, że ledwo mogła za nim nadążyć. – Przepraszam! Cholera, przepraszam, ale nie miałem pojęcia, co robić. Wszystko gra? Na pewno? – zapytał, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Wiesz jak wystraszyłaś mnie i Rosę? A potem prawe cię zabiłem, ale przecież musiałem coś zrobić i…
– Dallas! – przerwała mu stanowczo.
Posłusznie zamilkł, spoglądając na nią przepraszająco. Wciąż wyglądał na pobudzonego w stopniu wystarczającym, by znów zacząć wyrzucać z siebie słowa z zawrotną prędkością. Jego oczy błyszczały, kiedy raz po raz mierzył ją wzrokiem. Wyglądał jak zagubione dziecko, które nagle zwątpiło w to, co powinno ze sobą począć. No i zachowywał się tak, jakby zrobił coś złego, ale…
– Dlaczego powiedziałeś, że prawie mnie zabiłeś? – zapytała z wahaniem, co najmniej zaskoczona tym stwierdzeniem.
– Eee… – wyrwało mu się, chociaż to zdecydowanie nie było odpowiedzią na jej pytanie.
W pokoju jak na zawołanie zapanowała wymowna cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa