16 czerwca 2018

Piętnaście

Jocelyne

Kilka sekund – mniej więcej tyle oboje potrzebowali, żeby poczuć się nieswojo. Joce milczała, z uporem wpatrując się w bladą twarz stojącego tuż przed nią ducha. Nie pierwszy raz miała problem z tym, żeby uwierzyć, że faktycznie był kimś nienaturalnym. W końcu naprawdę przebywał z nią w pokoju, w tamtej chwili dodatkowo oddychając szybko i płytko, choć przecież powietrze powinno być mu całkowicie zbędnego do normalnego funkcjonowania. W zasadzie patrząc na to, w jaki sposób się zachowywał, mogła sobie niemalże wyobrazić, że Dallas nagle zaczyna się pocić ze zdenerwowania, a to zdecydowanie nie byłoby normalne.
Podejrzliwie zmrużyła oczy. Jakaś jej cząstka chciała się wycofać, zwłaszcza że to naprawdę nie było ważne, skoro koniec końców była cała, ale… musiała wiedzieć. Czuła, że powinna, bo Dallasowi zdecydowanie nie chodziło o to, że z jego winy wyleciała przez okno.
Z wahaniem zrobiła krok naprzód. Duch drgnął, po czym nagle się wycofał, materializując niemalże na drugim krańcu pomieszczenia.
– Kurwa – wyrwało mu się.
Jocelyne uniosła brwi. Do tej pory nie słyszała, żeby przeklinał, zwłaszcza przy niej. Znów zaczęła mieć wątpliwości, gorączkowo próbując przypomnieć sobie, co wydarzyło się w ostatnim czasie. Gdzieś w pamięci majaczyło wspomnienie błagalnego głosu Dallasa, ale nie potrafiła rozróżnić poszczególnych słów, a tym bardziej stwierdzić, czy nie wyobraziła go sobie teraz, skoro dawał jej do zrozumienia, że wydarzyło się coś z jego udziałem.
Nie zmieniało to jednak faktu, że ją uratował. Słodka bogini, wiedziała przecież, kto ochronił ją, gdy tamten mężczyzna chciał porazić ją prądem. Machinalnie sięgnęła do szyi, muskając palcami nienaruszoną skórę, choć przez moment niemalże spodziewała się wyczuć to chore metalowe ustrojstwo.
– Dallas – powiedziała, siląc się na stanowczy ton. – Porozmawiaj ze mną.
Miała wrażenie, że tak naprawdę nie powinna o to prosić. Jakby nie patrzeć, nie tak dawno sama robiła wszystko, byleby uniknąć spotkania z nim. Bała się, z uporem uciekając przed rozmową, której po prostu nie potrafiła sobie wyobrazić. To, że po tym wszystkim tak czy inaczej wylądowali w jej pokoju, a ona wręcz cieszyła się z tego, że mogła go zobaczyć, zdecydowanie nie było normalne.
Czego tak naprawdę chcesz, co?, odezwał się cichy głosik w jej umyśle. Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści, podenerwowana. Powinnaś kazać mu odejść, cokolwiek by się nie wydarzyło…
Wzięła kilka głębszych oddechów, próbując się uspokoić. Wiedziała, że to żadne rozwiązanie, a odsuwanie problemów w czasie było najgorszym, co mogłaby zrobić, ale nie potrafiła zachować się inaczej.
– Wiem… – Westchnęła, po czym odchrząknęła, czując nieprzyjemny ucisk w gardle. – Wiem – powtórzyła – że żyje tylko dlatego, że ze mną byłeś. Cokolwiek masz na myśli, już nie ma znaczenia.
Zielone oczy Dallasa rozszerzyły się nieznacznie, kiedy na nią spojrzał. Trudno było stwierdzić, co myślał sobie w tamtej chwili.
– Och, Joce… – jęknął, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wątpię, żebyś to podtrzymywała, gdybyś wiedziała, co zrobiłem.
– A co zrobiłeś? – zniecierpliwiła się.
Znów jęknął. Zauważyła, że jego postać zbladła, aż zaczęła obawiać się tego, że chłopak nagle zniknie i zostawi ją samą. Machinalnie zrobiła krok naprzód, wyciągając rękę, ale wycofała się, kiedy uprzytomniła sobie, że przecież i tak nie byłaby w stanie go pochwycić.
– Rosa opowiadała ci… jak cię postrzegamy, prawda? Trochę jak latarnię morską, która nas przyciąga – powiedział cicho Dallas, starannie dobierając słowa. – Masz w sobie energię, która przyciąga umarłych. No i którą wysysamy, przebywając z tobą, bo wtedy… poniekąd czujemy się jak żywi – dodał, a Joce się wzdrygnęła.
– No… tak – przyznała niechętnie.
Chłopak w zamyśleniu skinął głową. To do niego nie pasowało, zwłaszcza że przywykła, że w większości przypadków lubił sobie żartować.
– Właśnie. Uznajmy, że… czasami „czuć się jak żywy” można potraktować bardzo dosłownie.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Przez krótką chwilę miała ochotę na niego warknąć i zażądać, by w końcu wytłumaczył jej, do czego zmierzał, ale w porę uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie potrzebowała dalszych wyjaśnień.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zrozumiała – a przynajmniej sądziła, że już widziała powiązanie.
– Moja mama… – powiedziała tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. W zasadzie wszystko sprowadzało się o ruchu warg, ale to najwyraźniej nie przeszkadzało Dallasowi, bo w odpowiedzi na jej słowa skinął głową. – Powiedziała, że znalazła mnie dzięki tobie i…
– No, pogadaliśmy sobie – przyznał Dallas i zaśmiał się w nieco nerwowy, pozbawiony wesołości sposób. – Nieźle ją nastraszyłem, jak już zrozumiała, że tak jakby nie żyję, ale w sumie całkiem dobrze sobie z tym poradziła. Lubię ją – dodał, a Joce aż jęknęła, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
– Dallas! – syknęła.
Spoważniał, na powrót przybierając neutralny wyraz twarzy. Wzrokiem uciekł gdzieś w bok, wyraźnie podenerwowany.
– Mówiłem, że to… coś złego – zauważył cicho. – Niewiele brakowało, żebyś sama umarła. A ja wyssałem z ciebie te resztki energii, ale… Cholera, Joce, nie miałem pojęcia, co robić.
Może mówił coś jeszcze, ale już właściwie nie słuchała. W milczeniu potrząsnęła głową, sama niepewna, co takiego czuła albo powinna czuć. Serce waliło jej jak szalone, a pod powiekami zebrały się łzy. Zniecierpliwionym ruchem otarła oczy, po czym zamrugała kilkukrotnie, na powrót próbując skupić wzrok na Dallasie.
– Chodź tu – wypaliła, zanim zdążyła się zastanowić.
Chyba jednak coś mówił, bo nagle urwał, spoglądając na nią z niedowierzaniem. Musiała wystraszyć go tym, że płakała, ale nawet jeśli tak było, łzy nie powstrzymały go przed spełnieniem jej prośby. Wyraźnie poczuła chłód, kiedy przybliżył się do niej, ale nie zwróciła na to uwagi. Pozwoliła, by niemalże ją przenikał, materializując się na tyle blisko, że gdyby był materialny, bez wahania wpadłaby mu w ramiona.
Gdyby był materialny…
– Dotknij mnie.
Przez twarz Dallasa przemknął cień. Mimo wszystko jego dłonie wylądowały na jej ramionach – na tyle, na ile było to możliwe, bo gdyby faktycznie spróbował ich dotknąć, po prostu przeniknąłby przez ciało, nie napotkawszy przy tym żadnego oporu. Jak zwykle pozostawało im udawać, dokładnie jak do tej pory, kiedy to próbowali zachowywać się tak, jakby Dallas wciąż żył. Czuła chłód w miejscach, w których jego niematerialna sylwetka muskała jej skórę, i próbowała sobie wyobrazić, że to dotyk. Dotychczas działało, ale…
Z jękiem zacisnęła powieki. Myślała o obejmujących ją ramionach, w pełni skoncentrowana na Dallasie i na tym, jak bardzo za nim tęskniła. Dotknij mnie… Chociaż raz, pomyślała gorączkowo, gotowa wręcz zacząć wykrzykiwać te prośby, chociaż doskonale wiedziała, że w ten sposób i tak nie byłaby w stanie niczego zmienić. Drżała, chociaż sama nie była pewna dlaczego: za sprawą napierającego na nią chłodu, czy może przez płacz i nadmiar emocji. To i tak nie miało znaczenia, bo nie była w stanie nad sobą zapanować.
Proszę…
Zawroty głowy pojawiły się nagle, więc mocniej zacisnęła powieki. Napięła mięśnie, nie chcąc ryzykować, że ciało odmówi jej posłuszeństwa. Nie było nikogo, kto mógłby ją złapać, zwłaszcza że Dallas…
– Joce, nie – zaprotestował dziwnie zachrypniętym głosem.
Mniej więcej wtedy go poczuła, tak wyraźnie, jakby był żywy. Przez krótką chwilę naprawdę była świadoma spoczywających na jej ramionach dłoni i ciała, w które mogłaby z ufnością się wtulić, gdyby tylko zachciała. Usłyszała, że Dallas gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc, wyraźnie zaskoczony, ale nie miała odwagi otworzyć oczu. Bała się, że jeśli tylko to zrobi, cudowne wrażenie zniknie, a na to nie zamierzała pozwolić. Nie teraz.
Nacisk na ramionach znikł. W zamian ciepłe palce delikatnie musnęły jej policzki, skutecznie przyprawiając dziewczynę o palpitacje serca. Poczuła ciepły oddech na policzku i to wystarczyło, żeby zesztywniała. Lekko rozchyliła usta, bynajmniej nie po to, żeby móc się odezwać. W napięciu czekała na coś, co mimo wszystko bała się sobie wyobrazić, zbytnio obawiając się rozczarowania, które nadeszłoby, gdyby odkryła, że to jednak tylko jej wyobraźnia.
Chwiała się na nogach, ale nie pozwalała sobie na słabość, kurczowo trzymając się przytomności. W końcu teraz była silniejsza, prawda? Musiała być, ale…
Pocałunek był delikatny, ale prawdziwy. Wyraźnie poczuła cudze wargi, które z prawą musnęły jej usta – na początku bardzo niepewnie, a później ze stanowczością, która na krótką chwile wytrąciła ją z równowagi. Natychmiast się odwzajemniła, już nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi. W tamtej chwili po prostu się całowali, chociaż to nie powinno być możliwe. I nie mogła wyobrazić sobie, że to mogłoby okazać się fałszywe. W końcu go czuła – po tych wszystkich tygodniach był tuż obok, zupełnie jakby nic złego nie miało miejsca.
Przez krótką chwilę był i…
– Jocelyne?!
Wszystko zniknęło nagle, pozostawiając po sobie dezorientację i poczucie pustki. Prawie wylądowała na podłodze, kiedy Dallas tak po prostu zniknął… A może to ona przez niego przeniknęła. Otworzyła oczy, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń i drżąc tak bardzo, że ledwo mogła ustać na nogach. Czuła łzy na policzkach i przybierające na sile zawroty głowy, co z opóźnieniem uprzytomniło jej, jak bardzo wymęczona się czuła.
– Dallas? – wyszeptała z wahaniem, ale wszystko wskazywało na to, że zniknął, zostawiając ją samą. Z cichym jękiem zgięła się wpół, wspierając dłonie na udach i dysząc tak ciężko, jakby właśnie przebiegła maraton. – Ja… Już idę! Jeszcze chwilę! – odkrzyknęła z opóźnieniem, uświadamiając sobie, że powinna odpowiedzieć czekającej na dole Belli.
Na drżących nogach podeszła do łóżka, ciężko opadając na materac. Twarz na krótką chwilę ukryła w dłoniach, ledwo powstrzymując szloch. Wciąż się trzęsła, w myślach rozpamiętując to, czego właśnie doświadczyła – pocałunek, który nie powinien mieć miejsca, bo przecież Dallas był martwy.
A jednak dotykał jej. Przez moment naprawdę go czuła, na dodatek całowali się i…
O bogini, co mam robić?
Nie otrzymała odpowiedzi, co zresztą było do przewidzenia. W pokoju wciąż panował chłód, a może to zimno wypełniało ją całą – sama nie wiedziała. Czuła za to, że nie powinna pozwolić na to, co się wydarzyło. To, że kolejny raz pokazała Dallasowi, że jej na nim zależy, nie było dobrym pomysłem. Powinna pomóc mu odejść, ale nie potrafiła, w zamian raz po raz wracając do punktu wyjścia. Pokazywała mu, że wciąż mieli szansę, chociaż to przecież nie działało w ten sposób. Nie powinno, skoro w chwili śmierci stracili szansę na to, żeby być razem.
Z trudem podniosła się, zmuszając do ruchu. W pośpiechu pochwyciła bluzę, po czym wciągnęła ją na siebie, za wszelką cenę próbując doprowadzić się do porządku. Wiedziała, że Bella i tak wyczuje, że coś było nie tak, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. W gruncie rzeczy jej bliscy widywali ją rozbitą tak często, że już nawet nie próbowali pytać, co zresztą w większości przypadków było Joce na rękę.
Mamie mogłabym powiedzieć, pomyślała i coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle. Nie mogła porozmawiać ani z Renesmee, ani Gabrielem. Kolejny raz wylądowała sama z problemem, którego nawet nie rozumiała, a to zdecydowanie niczego nie ułatwiało.
Może gdyby przynajmniej miała pewność, że Dallas zrozumiał, że ten pocałunek tak naprawdę niczego nie zmieniał, wszystko stałoby się prostsze.

– Czy wszystko w porządku?
Wzdrygnęła się, mimo wszystko zaskoczona tym, że Bella jednak zdecydowała się zadać to pytanie. W roztargnieniu spojrzała na wampirzycę, w końcu odrywając wzrok o okna. Wciąż było ciemno, poza tym śnieg sypał tak gęsto, że ledwo widziała to, co działo się na ulicy. Nie żeby jakkolwiek skupiała się na czymkolwiek innym, prócz próbie uporządkowania mętliku w głowie.
Z opóźnieniem przeniosła wzrok na babcię. Spróbowała wysilić się na blady uśmiech, ale czuła, że wyszło jej – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
– Jasne – skłamała.
Bella musiała wiedzieć, że stwierdzenie mijało się z prawdą, ale nie skomentowała tego nawet słowem. Joce i tak nie zamierzała czekać, aż wampirzyca zmieni zdanie, więc w pospiechu uporała się z pasami i wysiadła, wzdrygając się w odpowiedzi na panujący na zewnątrz chłód. Opuszczanie przyjemnie nagrzanego auta zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń.
Drzwi po stronie pasażera trzasnęły, kiedy Bella zdecydowała się do niej dołączyć. Jocelyne zmrużyła oczy, próbując chronić się przed sypiącym śniegiem, po czym w pośpiechu zwróciła się ku swojej towarzyszce. Czuła, że ze swoim szczęściem mogła się zgubić i to nawet w Seattle, które przecież powinna poznać na tyle, by bez przeszkód poruszać się po okolicy.
Śnieg zmieniał wszystko, sprawiając, że miasto wydawało się dziwne i jakby nierzeczywiste. Wszechogarniająca biel skutecznie dezorientowała, tym jaśniejsza, kiedy padały na nią światła reflektorów przejeżdżających drogą samochodów. Jocelyne w milczeniu rozejrzała się dookoła, próbując stwierdzić, czy kiedykolwiek wcześniej widziała ulicę, na której się znalazły, ale nie była w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Zwłaszcza w takich warunkach wszystkie drogi wyglądały do siebie podobnie, pełne ludzi, sklepów i przemykających ulicą samochodów.
– Tędy – rzuciła zachęcająco Bella, skutecznie wyrywając wnuczkę z zamyślenia.
Natychmiast posłuchała, szybkim krokiem dołączając do wampirzycy. Ruszyły wzdłuż uliczki, chociaż Joce trudno było stwierdzić, gdzie tak naprawdę zmierzały.
Wiedziała za to, że po zaledwie dwóch krokach straciła równowagę, chwilę później niemalże lądując twarzą w śniegu. W porę do pionu postawiły ją dwie chłodne dłonie, co przyjęła z ulgą, w pośpiechu uczepiając się ramienia Belli, żeby nie upaść.
– Uważaj – usłyszała tuż przy uchu. Bella zaśmiała się cicho, wyraźnie rozbawiona. – Też nienawidziłam zimy – zapewniła, rzucając Joce przepraszające spojrzenie. – Proste drogi bywają niebezpieczne nawet wtedy, gdy nie są śliskie.
– Otóż to – wymamrotała, z przesadną wręcz uwagą skupiając się na stawianiu kolejnych kroków. – Swoją drogą, to twoja wina, że kiedyś się zabiję – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
Bella znów się roześmiała, tym razem nieco bardziej nerwowo.
– Wierz mi, że wolałabym, żebyś pod tym względem nie była do mnie podobna – zapewniła pośpiesznie. – Chodź, to już tutaj… Uważaj na schody – dodała, a Joce spięła się, nieufnie spoglądając na raptem trzy, prowadzące do nisko usytuowanych drzwi stopnie.
O tak, gdyby była sama, jak nic wystarczyłyby, żeby jednak się połamała. Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszy dzień nie należał do najlepszych, a wszystko było przeciwko niej.
Wszystko na to, że wybrany przez Alice lokal mieścił się niżej niż pozostałe. To wciąż nie była piwnica, ale Jocelyne i tak poczuła się nieswojo, aż za dobrze pamiętając, co potrafiło mieścić się pod ziemią. Mimo wszystko z niejaką ulgą przyjęła to, że w końcu znalazła się poza zasięgiem padającego śniegu. Co więcej, w środku było cieplej, co również przyjęła z ulgą, nawet jeśli czuła wciąż bijący od ścian chłód.
 Zrzuciła kaptur, strząsając z kurtki resztki śniegu. Palcami przeczesała wilgotne włosy, próbując doprowadzić się do porządku. Z opóźnieniem dotarło do niej, że przemarzła, wyraźniej niż wcześniej czując wpływ zmieniającej się temperatury.
– Bella! – doszedł ją radosny głos Alice. Zaraz po tym wampirzyca zmaterializowała się tuż przed nimi, w następnej sekundzie bezceremonialne biorąc Joce w ramionach. – Och, Jocelyne! Cześć, kochanie! To dlatego nie mogłam stwierdzić, czy w ogóle przyjedziesz… – wyrzuciła z siebie na wydechu, jak zwykle mówiąc dużo, szybko i z entuzjazmem.
Uścisk Alice był silny i zdecydowany, chociaż nie na tyle, by połamać jej kości. Co więcej, było w nim coś pocieszającego, a przynajmniej Joce odebrała go w ten sposób.
– Nie mogłam usiedzieć w domu – wyjaśniła, odsuwając się na tyle, by móc złapać oddech. – Bella powiedziała mi, gdzie jedzie, więc pomyślałam, że zabiorę się z nią.
– I bardzo dobrze – stwierdziła Alice, chwytając ją za rękę. – Chodź, pokażę ci wszystko. Jest jeszcze trochę do zrobienia, ale to tylko kwestia czasu.
Nawet słowem nie wspomniała o Nessie, Allegrze, Beatrycze czy tym, co działo się w ostatnim czasie, ale to było dobre. Miała wrażenie, że właśnie dlatego Alice wolała przesiadywać tutaj – z daleka od ciągłego napięcia i problemów, którymi żyli w domu. Wtedy uświadomiła sobie, że jak najbardziej potrzebowała odskoczni, więc spróbowała skupić się na tym, co działo się wokół niej. Tak było prościej, zwłaszcza że atmosfera klubu miała w sobie coś, co ją przyciągało, chociaż sama nie była pewna w jakim sensie.
Dookoła panował przyjemny półmrok. W sali paliły się światła, ale były łagodne, trochę przypominając Jocelyne blask świec. Nie miała pewności czy w grę wchodziły tylko odpowiedni dobrane żarówki, czy może ciemne kinkiety, ale efekt był interesujący i przyjemny, zwłaszcza gdy dysponowało się wyostrzonymi, wrażliwymi na nadmiar bodźców zmysłami.
W pomieszczeniu wyraźnie królował brąz. Joce pomyślała, że drewniane wstawki i stoliki dziwnie komponowały się z kamieniem na ścianach, ale po chwili wahania doszła do wniosku, że wyglądało to intersująco. Alice lubiła nietypowe rozwiązania, a to bez wątpienia takie było. Tak przynajmniej sądziła, nagle uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak powinien wyglądać jakikolwiek klub. Z nowinkami modowymi było jej nie po drodze – i to niezależnie od tego czy w grę wchodziły ubrania, czy wystroje wnętrz – wiedziała za to, że ciotka odnajdowała się w tym doskonale.
– Co sądzisz? – usłyszała, więc w pośpiechu przeniosła wzrok na Alice, wysilając się na uśmiech.
– Jest… bardzo dobrze – powiedziała po chwili zastanowienia.
Nawet jeśli wampirzyca wyczuła wahanie w jej głosie, nie dała niczego po sobie poznać.
– Będzie lepiej, gdy tylko na poważnie się za to zabierzemy. Chciałabym zacząć wraz z początkiem miesiąca – oznajmiła z entuzjazmem, dla pokreślenia swoich słów klaskając w dłonie. – Sama się przekonasz. No i Nessie! Zobaczysz, że przyprowadzę tutaj Nessie szybciej, niż przypuszczacie.
Brzmiała tak, jakby naprawdę w to wierzyła. Joce nade wszystko chciała podzielić ten entuzjazm, zwłaszcza w kwestiach, które wiązały się z mamą. Ciocia coś wymyśli, prawda?, pomyślała, nie po raz pierwszy zastanawiając nad tym, co takiego planowała Isabeau. Tata też.
Z jakiegoś powodu mimo wszystko miała wątpliwości. Była o to na siebie zła, ale to wydawało się silniejsze od niej, zwłaszcza że czuła się bezrada.
– Hm… Mogę ci w czymś pomóc? – zapytała pośpiesznie, chyba wchodząc Alice w słowo, ale nie była tego pewna.
– Jasne. – Na twarzy wampirzycy jak na zawołanie pojawił się promienny uśmiech. – Myślę nad dodatkami. Chodź, pokaże ci kilka, które mi się podobają – dodał, bez wahania chwytając Jocelyne za rękę. – Może pomożesz mi coś wybrać. Rose ostatnio nie miała do tego głowy.
Szczerze wątpiła, by miała cokolwiek do powiedzenia w tym temacie, ale wszystko wydawało się lepsze od tkwienia w miejscu. Potrzebowała czegoś, by w końcu przestać się zadręczać, a próba nadążenia za rozentuzjazmowaną Alcie z pewnością mogła je w tym pomóc. Na tyle, na ile było to możliwe, bo myślami wciąż pozostawała przy Dallasie i tym, co zaszło między nimi. Ten pocałunek ją prześladował, tak jak i świadomość tego, że była w stanie sprawić, by stał się materialny – chociaż na chwilę, choćby tylko i wyłącznie dla niej.
Dziwi cię to? W końcu przywróciłaś do życia Beatrycze.
Zacisnęła usta, zaniepokojona tą myślą.
Nie pamiętała jak. I – co ważniejsze – wciąż wszystko w niej krzyczało, że nigdy nie powinna do tego dopuścić. Co prawa teraz było za późno na to, by żałować, ale…
– Joce, słuchasz mnie? Spójrz na to!
Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym w końcu skoncentrowała na Alice i katalogach, które ta jej posunęła.
Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, przez kilka kolejnych godzin udało jej się ani razu więcej nie pomyśleć o Dallasie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa