
Jocelyne
Kilka sekund – mniej więcej
tyle oboje potrzebowali, żeby poczuć się nieswojo. Joce milczała, z uporem
wpatrując się w bladą twarz stojącego tuż przed nią ducha. Nie pierwszy
raz miała problem z tym, żeby uwierzyć, że faktycznie był kimś
nienaturalnym. W końcu naprawdę przebywał z nią w pokoju, w tamtej
chwili dodatkowo oddychając szybko i płytko, choć przecież powietrze
powinno być mu całkowicie zbędnego do normalnego funkcjonowania. W zasadzie
patrząc na to, w jaki sposób się zachowywał, mogła sobie niemalże
wyobrazić, że Dallas nagle zaczyna się pocić ze zdenerwowania, a to
zdecydowanie nie byłoby normalne.
Podejrzliwie
zmrużyła oczy. Jakaś jej cząstka chciała się wycofać, zwłaszcza że to naprawdę
nie było ważne, skoro koniec końców była cała, ale… musiała wiedzieć. Czuła, że
powinna, bo Dallasowi zdecydowanie nie chodziło o to, że z jego winy
wyleciała przez okno.
Z wahaniem
zrobiła krok naprzód. Duch drgnął, po czym nagle się wycofał, materializując
niemalże na drugim krańcu pomieszczenia.
– Kurwa –
wyrwało mu się.
Jocelyne
uniosła brwi. Do tej pory nie słyszała, żeby przeklinał, zwłaszcza przy niej.
Znów zaczęła mieć wątpliwości, gorączkowo próbując przypomnieć sobie, co
wydarzyło się w ostatnim czasie. Gdzieś w pamięci majaczyło
wspomnienie błagalnego głosu Dallasa, ale nie potrafiła rozróżnić
poszczególnych słów, a tym bardziej stwierdzić, czy nie wyobraziła go
sobie teraz, skoro dawał jej do zrozumienia, że wydarzyło się coś z jego
udziałem.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że ją uratował. Słodka bogini, wiedziała przecież,
kto ochronił ją, gdy tamten mężczyzna chciał porazić ją prądem. Machinalnie
sięgnęła do szyi, muskając palcami nienaruszoną skórę, choć przez moment
niemalże spodziewała się wyczuć to chore metalowe ustrojstwo.
– Dallas –
powiedziała, siląc się na stanowczy ton. – Porozmawiaj ze mną.
Miała
wrażenie, że tak naprawdę nie powinna o to prosić. Jakby nie patrzeć, nie
tak dawno sama robiła wszystko, byleby uniknąć spotkania z nim. Bała się, z uporem
uciekając przed rozmową, której po prostu nie potrafiła sobie wyobrazić. To, że
po tym wszystkim tak czy inaczej wylądowali w jej pokoju, a ona wręcz
cieszyła się z tego, że mogła go zobaczyć, zdecydowanie nie było normalne.
Czego tak naprawdę chcesz, co?, odezwał
się cichy głosik w jej umyśle. Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści,
podenerwowana. Powinnaś kazać mu odejść,
cokolwiek by się nie wydarzyło…
Wzięła
kilka głębszych oddechów, próbując się uspokoić. Wiedziała, że to żadne
rozwiązanie, a odsuwanie problemów w czasie było najgorszym, co mogłaby
zrobić, ale nie potrafiła zachować się inaczej.
– Wiem… –
Westchnęła, po czym odchrząknęła, czując nieprzyjemny ucisk w gardle. –
Wiem – powtórzyła – że żyje tylko dlatego, że ze mną byłeś. Cokolwiek masz na
myśli, już nie ma znaczenia.
Zielone
oczy Dallasa rozszerzyły się nieznacznie, kiedy na nią spojrzał. Trudno było
stwierdzić, co myślał sobie w tamtej chwili.
– Och,
Joce… – jęknął, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wątpię, żebyś to
podtrzymywała, gdybyś wiedziała, co zrobiłem.
– A co
zrobiłeś? – zniecierpliwiła się.
Znów
jęknął. Zauważyła, że jego postać zbladła, aż zaczęła obawiać się tego, że
chłopak nagle zniknie i zostawi ją samą. Machinalnie zrobiła krok naprzód,
wyciągając rękę, ale wycofała się, kiedy uprzytomniła sobie, że przecież i tak
nie byłaby w stanie go pochwycić.
– Rosa
opowiadała ci… jak cię postrzegamy, prawda? Trochę jak latarnię morską, która
nas przyciąga – powiedział cicho Dallas, starannie dobierając słowa. – Masz w sobie
energię, która przyciąga umarłych. No i którą wysysamy, przebywając z tobą,
bo wtedy… poniekąd czujemy się jak żywi – dodał, a Joce się wzdrygnęła.
– No… tak –
przyznała niechętnie.
Chłopak w zamyśleniu
skinął głową. To do niego nie pasowało, zwłaszcza że przywykła, że w większości
przypadków lubił sobie żartować.
– Właśnie.
Uznajmy, że… czasami „czuć się jak żywy” można potraktować bardzo dosłownie.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Przez krótką chwilę miała ochotę na niego warknąć i zażądać,
by w końcu wytłumaczył jej, do czego zmierzał, ale w porę uświadomiła
sobie, że tak naprawdę nie potrzebowała dalszych wyjaśnień.
Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy
zrozumiała – a przynajmniej sądziła, że już widziała powiązanie.
– Moja
mama… – powiedziała tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. W zasadzie
wszystko sprowadzało się o ruchu warg, ale to najwyraźniej nie
przeszkadzało Dallasowi, bo w odpowiedzi na jej słowa skinął głową. –
Powiedziała, że znalazła mnie dzięki tobie i…
– No,
pogadaliśmy sobie – przyznał Dallas i zaśmiał się w nieco nerwowy,
pozbawiony wesołości sposób. – Nieźle ją nastraszyłem, jak już zrozumiała, że
tak jakby nie żyję, ale w sumie całkiem dobrze sobie z tym poradziła.
Lubię ją – dodał, a Joce aż jęknęła, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
– Dallas! –
syknęła.
Spoważniał,
na powrót przybierając neutralny wyraz twarzy. Wzrokiem uciekł gdzieś w bok,
wyraźnie podenerwowany.
– Mówiłem,
że to… coś złego – zauważył cicho. – Niewiele brakowało, żebyś sama umarła. A ja
wyssałem z ciebie te resztki energii, ale… Cholera, Joce, nie miałem
pojęcia, co robić.
Może mówił
coś jeszcze, ale już właściwie nie słuchała. W milczeniu potrząsnęła
głową, sama niepewna, co takiego czuła albo powinna czuć. Serce waliło jej jak
szalone, a pod powiekami zebrały się łzy. Zniecierpliwionym ruchem otarła
oczy, po czym zamrugała kilkukrotnie, na powrót próbując skupić wzrok na
Dallasie.
– Chodź tu
– wypaliła, zanim zdążyła się zastanowić.
Chyba
jednak coś mówił, bo nagle urwał, spoglądając na nią z niedowierzaniem.
Musiała wystraszyć go tym, że płakała, ale nawet jeśli tak było, łzy nie
powstrzymały go przed spełnieniem jej prośby. Wyraźnie poczuła chłód, kiedy
przybliżył się do niej, ale nie zwróciła na to uwagi. Pozwoliła, by niemalże ją
przenikał, materializując się na tyle blisko, że gdyby był materialny, bez
wahania wpadłaby mu w ramiona.
Gdyby był
materialny…
– Dotknij
mnie.
Przez twarz
Dallasa przemknął cień. Mimo wszystko jego dłonie wylądowały na jej ramionach –
na tyle, na ile było to możliwe, bo gdyby faktycznie spróbował ich dotknąć, po
prostu przeniknąłby przez ciało, nie napotkawszy przy tym żadnego oporu. Jak
zwykle pozostawało im udawać, dokładnie jak do tej pory, kiedy to próbowali
zachowywać się tak, jakby Dallas wciąż żył. Czuła chłód w miejscach, w których
jego niematerialna sylwetka muskała jej skórę, i próbowała sobie
wyobrazić, że to dotyk. Dotychczas działało, ale…
Z jękiem
zacisnęła powieki. Myślała o obejmujących ją ramionach, w pełni
skoncentrowana na Dallasie i na tym, jak bardzo za nim tęskniła. Dotknij mnie… Chociaż raz, pomyślała
gorączkowo, gotowa wręcz zacząć wykrzykiwać te prośby, chociaż doskonale
wiedziała, że w ten sposób i tak nie byłaby w stanie niczego
zmienić. Drżała, chociaż sama nie była pewna dlaczego: za sprawą napierającego
na nią chłodu, czy może przez płacz i nadmiar emocji. To i tak nie
miało znaczenia, bo nie była w stanie nad sobą zapanować.
Proszę…
Zawroty
głowy pojawiły się nagle, więc mocniej zacisnęła powieki. Napięła mięśnie, nie
chcąc ryzykować, że ciało odmówi jej posłuszeństwa. Nie było nikogo, kto mógłby
ją złapać, zwłaszcza że Dallas…
– Joce, nie
– zaprotestował dziwnie zachrypniętym głosem.
Mniej
więcej wtedy go poczuła, tak wyraźnie, jakby był żywy. Przez krótką chwilę
naprawdę była świadoma spoczywających na jej ramionach dłoni i ciała, w które
mogłaby z ufnością się wtulić, gdyby tylko zachciała. Usłyszała, że Dallas
gwałtownie zaczerpnął powietrza do płuc, wyraźnie zaskoczony, ale nie miała
odwagi otworzyć oczu. Bała się, że jeśli tylko to zrobi, cudowne wrażenie
zniknie, a na to nie zamierzała pozwolić. Nie teraz.
Nacisk na
ramionach znikł. W zamian ciepłe palce delikatnie musnęły jej policzki,
skutecznie przyprawiając dziewczynę o palpitacje serca. Poczuła ciepły
oddech na policzku i to wystarczyło, żeby zesztywniała. Lekko rozchyliła
usta, bynajmniej nie po to, żeby móc się odezwać. W napięciu czekała na
coś, co mimo wszystko bała się sobie wyobrazić, zbytnio obawiając się
rozczarowania, które nadeszłoby, gdyby odkryła, że to jednak tylko jej wyobraźnia.
Chwiała się
na nogach, ale nie pozwalała sobie na słabość, kurczowo trzymając się
przytomności. W końcu teraz była silniejsza, prawda? Musiała być, ale…
Pocałunek
był delikatny, ale prawdziwy. Wyraźnie poczuła cudze wargi, które z prawą
musnęły jej usta – na początku bardzo niepewnie, a później ze
stanowczością, która na krótką chwile wytrąciła ją z równowagi. Natychmiast
się odwzajemniła, już nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi. W tamtej
chwili po prostu się całowali, chociaż to nie powinno być możliwe. I nie
mogła wyobrazić sobie, że to mogłoby okazać się fałszywe. W końcu go czuła
– po tych wszystkich tygodniach był tuż obok, zupełnie jakby nic złego nie
miało miejsca.
Przez
krótką chwilę był i…
–
Jocelyne?!
Wszystko
zniknęło nagle, pozostawiając po sobie dezorientację i poczucie pustki.
Prawie wylądowała na podłodze, kiedy Dallas tak po prostu zniknął… A może
to ona przez niego przeniknęła. Otworzyła oczy, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń
i drżąc tak bardzo, że ledwo mogła ustać na nogach. Czuła łzy na
policzkach i przybierające na sile zawroty głowy, co z opóźnieniem
uprzytomniło jej, jak bardzo wymęczona się czuła.
– Dallas? –
wyszeptała z wahaniem, ale wszystko wskazywało na to, że zniknął,
zostawiając ją samą. Z cichym jękiem zgięła się wpół, wspierając dłonie na
udach i dysząc tak ciężko, jakby właśnie przebiegła maraton. – Ja… Już
idę! Jeszcze chwilę! – odkrzyknęła z opóźnieniem, uświadamiając sobie, że
powinna odpowiedzieć czekającej na dole Belli.
Na drżących
nogach podeszła do łóżka, ciężko opadając na materac. Twarz na krótką chwilę
ukryła w dłoniach, ledwo powstrzymując szloch. Wciąż się trzęsła, w myślach
rozpamiętując to, czego właśnie doświadczyła – pocałunek, który nie powinien
mieć miejsca, bo przecież Dallas był martwy.
A jednak
dotykał jej. Przez moment naprawdę go czuła, na dodatek całowali się i…
O bogini, co mam robić?
Nie
otrzymała odpowiedzi, co zresztą było do przewidzenia. W pokoju wciąż
panował chłód, a może to zimno wypełniało ją całą – sama nie wiedziała.
Czuła za to, że nie powinna pozwolić na to, co się wydarzyło. To, że kolejny
raz pokazała Dallasowi, że jej na nim zależy, nie było dobrym pomysłem. Powinna
pomóc mu odejść, ale nie potrafiła, w zamian raz po raz wracając do punktu
wyjścia. Pokazywała mu, że wciąż mieli szansę, chociaż to przecież nie działało
w ten sposób. Nie powinno, skoro w chwili śmierci stracili szansę na
to, żeby być razem.
Z trudem
podniosła się, zmuszając do ruchu. W pośpiechu pochwyciła bluzę, po czym
wciągnęła ją na siebie, za wszelką cenę próbując doprowadzić się do porządku.
Wiedziała, że Bella i tak wyczuje, że coś było nie tak, ale nie chciała
się nad tym zastanawiać. W gruncie rzeczy jej bliscy widywali ją rozbitą
tak często, że już nawet nie próbowali pytać, co zresztą w większości
przypadków było Joce na rękę.
Mamie mogłabym powiedzieć, pomyślała i coś
nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle. Nie mogła porozmawiać ani z Renesmee,
ani Gabrielem. Kolejny raz wylądowała sama z problemem, którego nawet nie
rozumiała, a to zdecydowanie niczego nie ułatwiało.
Może gdyby
przynajmniej miała pewność, że Dallas zrozumiał, że ten pocałunek tak naprawdę
niczego nie zmieniał, wszystko stałoby się prostsze.
– Czy wszystko w porządku?
Wzdrygnęła
się, mimo wszystko zaskoczona tym, że Bella jednak zdecydowała się zadać to
pytanie. W roztargnieniu spojrzała na wampirzycę, w końcu odrywając
wzrok o okna. Wciąż było ciemno, poza tym śnieg sypał tak gęsto, że ledwo
widziała to, co działo się na ulicy. Nie żeby jakkolwiek skupiała się na
czymkolwiek innym, prócz próbie uporządkowania mętliku w głowie.
Z
opóźnieniem przeniosła wzrok na babcię. Spróbowała wysilić się na blady
uśmiech, ale czuła, że wyszło jej – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
– Jasne –
skłamała.
Bella
musiała wiedzieć, że stwierdzenie mijało się z prawdą, ale nie
skomentowała tego nawet słowem. Joce i tak nie zamierzała czekać, aż
wampirzyca zmieni zdanie, więc w pospiechu uporała się z pasami i wysiadła,
wzdrygając się w odpowiedzi na panujący na zewnątrz chłód. Opuszczanie
przyjemnie nagrzanego auta zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń.
Drzwi po
stronie pasażera trzasnęły, kiedy Bella zdecydowała się do niej dołączyć. Jocelyne
zmrużyła oczy, próbując chronić się przed sypiącym śniegiem, po czym w pośpiechu
zwróciła się ku swojej towarzyszce. Czuła, że ze swoim szczęściem mogła się
zgubić i to nawet w Seattle, które przecież powinna poznać na tyle,
by bez przeszkód poruszać się po okolicy.
Śnieg
zmieniał wszystko, sprawiając, że miasto wydawało się dziwne i jakby
nierzeczywiste. Wszechogarniająca biel skutecznie dezorientowała, tym
jaśniejsza, kiedy padały na nią światła reflektorów przejeżdżających drogą
samochodów. Jocelyne w milczeniu rozejrzała się dookoła, próbując
stwierdzić, czy kiedykolwiek wcześniej widziała ulicę, na której się znalazły,
ale nie była w stanie jednoznacznie tego stwierdzić. Zwłaszcza w takich
warunkach wszystkie drogi wyglądały do siebie podobnie, pełne ludzi, sklepów i przemykających
ulicą samochodów.
– Tędy –
rzuciła zachęcająco Bella, skutecznie wyrywając wnuczkę z zamyślenia.
Natychmiast
posłuchała, szybkim krokiem dołączając do wampirzycy. Ruszyły wzdłuż uliczki,
chociaż Joce trudno było stwierdzić, gdzie tak naprawdę zmierzały.
Wiedziała
za to, że po zaledwie dwóch krokach straciła równowagę, chwilę później niemalże
lądując twarzą w śniegu. W porę do pionu postawiły ją dwie chłodne
dłonie, co przyjęła z ulgą, w pośpiechu uczepiając się ramienia
Belli, żeby nie upaść.
– Uważaj –
usłyszała tuż przy uchu. Bella zaśmiała się cicho, wyraźnie rozbawiona. – Też
nienawidziłam zimy – zapewniła, rzucając Joce przepraszające spojrzenie. –
Proste drogi bywają niebezpieczne nawet wtedy, gdy nie są śliskie.
– Otóż to –
wymamrotała, z przesadną wręcz uwagą skupiając się na stawianiu kolejnych
kroków. – Swoją drogą, to twoja wina, że kiedyś się zabiję – dodała, nie mogąc
się powstrzymać.
Bella znów
się roześmiała, tym razem nieco bardziej nerwowo.
– Wierz mi,
że wolałabym, żebyś pod tym względem nie była do mnie podobna – zapewniła
pośpiesznie. – Chodź, to już tutaj… Uważaj na schody – dodała, a Joce
spięła się, nieufnie spoglądając na raptem trzy, prowadzące do nisko
usytuowanych drzwi stopnie.
O tak,
gdyby była sama, jak nic wystarczyłyby, żeby jednak się połamała. Wszystko
wskazywało na to, że dzisiejszy dzień nie należał do najlepszych, a wszystko
było przeciwko niej.
Wszystko na
to, że wybrany przez Alice lokal mieścił się niżej niż pozostałe. To wciąż nie
była piwnica, ale Jocelyne i tak poczuła się nieswojo, aż za dobrze
pamiętając, co potrafiło mieścić się pod ziemią. Mimo wszystko z niejaką
ulgą przyjęła to, że w końcu znalazła się poza zasięgiem padającego
śniegu. Co więcej, w środku było cieplej, co również przyjęła z ulgą,
nawet jeśli czuła wciąż bijący od ścian chłód.
Zrzuciła kaptur, strząsając z kurtki
resztki śniegu. Palcami przeczesała wilgotne włosy, próbując doprowadzić się do
porządku. Z opóźnieniem dotarło do niej, że przemarzła, wyraźniej niż
wcześniej czując wpływ zmieniającej się temperatury.
– Bella! –
doszedł ją radosny głos Alice. Zaraz po tym wampirzyca zmaterializowała się tuż
przed nimi, w następnej sekundzie bezceremonialne biorąc Joce w ramionach.
– Och, Jocelyne! Cześć, kochanie! To dlatego nie mogłam stwierdzić, czy w ogóle
przyjedziesz… – wyrzuciła z siebie na wydechu, jak zwykle mówiąc dużo,
szybko i z entuzjazmem.
Uścisk
Alice był silny i zdecydowany, chociaż nie na tyle, by połamać jej kości.
Co więcej, było w nim coś pocieszającego, a przynajmniej Joce
odebrała go w ten sposób.
– Nie
mogłam usiedzieć w domu – wyjaśniła, odsuwając się na tyle, by móc złapać
oddech. – Bella powiedziała mi, gdzie jedzie, więc pomyślałam, że zabiorę się z nią.
– I bardzo
dobrze – stwierdziła Alice, chwytając ją za rękę. – Chodź, pokażę ci wszystko.
Jest jeszcze trochę do zrobienia, ale to tylko kwestia czasu.
Nawet słowem
nie wspomniała o Nessie, Allegrze, Beatrycze czy tym, co działo się w ostatnim
czasie, ale to było dobre. Miała wrażenie, że właśnie dlatego Alice wolała
przesiadywać tutaj – z daleka od ciągłego napięcia i problemów,
którymi żyli w domu. Wtedy uświadomiła sobie, że jak najbardziej
potrzebowała odskoczni, więc spróbowała skupić się na tym, co działo się wokół
niej. Tak było prościej, zwłaszcza że atmosfera klubu miała w sobie coś, co
ją przyciągało, chociaż sama nie była pewna w jakim sensie.
Dookoła
panował przyjemny półmrok. W sali paliły się światła, ale były łagodne,
trochę przypominając Jocelyne blask świec. Nie miała pewności czy w grę
wchodziły tylko odpowiedni dobrane żarówki, czy może ciemne kinkiety, ale efekt
był interesujący i przyjemny, zwłaszcza gdy dysponowało się wyostrzonymi,
wrażliwymi na nadmiar bodźców zmysłami.
W
pomieszczeniu wyraźnie królował brąz. Joce pomyślała, że drewniane wstawki i stoliki
dziwnie komponowały się z kamieniem na ścianach, ale po chwili wahania
doszła do wniosku, że wyglądało to intersująco. Alice lubiła nietypowe
rozwiązania, a to bez wątpienia takie było. Tak przynajmniej sądziła,
nagle uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak powinien
wyglądać jakikolwiek klub. Z nowinkami modowymi było jej nie po drodze – i to
niezależnie od tego czy w grę wchodziły ubrania, czy wystroje wnętrz –
wiedziała za to, że ciotka odnajdowała się w tym doskonale.
– Co sądzisz?
– usłyszała, więc w pośpiechu przeniosła wzrok na Alice, wysilając się na
uśmiech.
– Jest…
bardzo dobrze – powiedziała po chwili zastanowienia.
Nawet jeśli
wampirzyca wyczuła wahanie w jej głosie, nie dała niczego po sobie poznać.
– Będzie
lepiej, gdy tylko na poważnie się za to zabierzemy. Chciałabym zacząć wraz z początkiem
miesiąca – oznajmiła z entuzjazmem, dla pokreślenia swoich słów klaskając w dłonie.
– Sama się przekonasz. No i Nessie! Zobaczysz, że przyprowadzę tutaj
Nessie szybciej, niż przypuszczacie.
Brzmiała
tak, jakby naprawdę w to wierzyła. Joce nade wszystko chciała podzielić
ten entuzjazm, zwłaszcza w kwestiach, które wiązały się z mamą. Ciocia coś wymyśli, prawda?, pomyślała,
nie po raz pierwszy zastanawiając nad tym, co takiego planowała Isabeau. Tata też.
Z jakiegoś
powodu mimo wszystko miała wątpliwości. Była o to na siebie zła, ale to wydawało
się silniejsze od niej, zwłaszcza że czuła się bezrada.
– Hm… Mogę
ci w czymś pomóc? – zapytała pośpiesznie, chyba wchodząc Alice w słowo,
ale nie była tego pewna.
– Jasne. –
Na twarzy wampirzycy jak na zawołanie pojawił się promienny uśmiech. – Myślę
nad dodatkami. Chodź, pokaże ci kilka, które mi się podobają – dodał, bez
wahania chwytając Jocelyne za rękę. – Może pomożesz mi coś wybrać. Rose ostatnio
nie miała do tego głowy.
Szczerze
wątpiła, by miała cokolwiek do powiedzenia w tym temacie, ale wszystko wydawało
się lepsze od tkwienia w miejscu. Potrzebowała czegoś, by w końcu
przestać się zadręczać, a próba nadążenia za rozentuzjazmowaną Alcie z pewnością
mogła je w tym pomóc. Na tyle, na ile było to możliwe, bo myślami wciąż pozostawała
przy Dallasie i tym, co zaszło między nimi. Ten pocałunek ją prześladował,
tak jak i świadomość tego, że była w stanie sprawić, by stał się
materialny – chociaż na chwilę, choćby tylko i wyłącznie dla niej.
Dziwi cię to? W końcu przywróciłaś do
życia Beatrycze.
Zacisnęła
usta, zaniepokojona tą myślą.
Nie
pamiętała jak. I – co ważniejsze – wciąż wszystko w niej krzyczało,
że nigdy nie powinna do tego dopuścić. Co prawa teraz było za późno na to, by
żałować, ale…
– Joce, słuchasz
mnie? Spójrz na to!
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, po czym w końcu skoncentrowała na Alice i katalogach,
które ta jej posunęła.
Chociaż nie
sądziła, że to w ogóle możliwe, przez kilka kolejnych godzin udało jej się
ani razu więcej nie pomyśleć o Dallasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz