
Renesmee
Nie byłam pewna, jak długo
przyszło mi czekać. Przez jakiś czas krążyłam po pokoju, mimowolnie zastanawiając
się nad tym, co powstrzymywało mnie przed wyjściem na zewnątrz. Chociaż nie
czułam, by cokolwiek ograniczało moje zmysły, kiedy tylko spróbowałam otworzyć
drzwi albo okno, napotkałam wyraźny opór, który koniec końców zmusił mnie do
pozostania w miejscu. Nie miałam pojęcia, co tak naprawdę było nie tak z tym
miejscem, ale zdecydowanie miałam do czynienia z czymś nadnaturalnym – z tym,
że wciąż nie miałam pewności z czym.
Po głowie wciąż
chodziły mi niepokojące wnioski, które w naturalny sposób wyciągnęłam, obserwując
Ariadnę i pozostałe kobiety. To miejsce i fakt, że kazała mi na kogoś
czekać… Jeśli to było miejsce, w którym Ciemność zbierała dusze, miałam
problem – z tym, że wciąż nie miałam pewności jak wielki.
Mimo
wszystko niepokój szybko ustąpił miejsca znudzeniu, zwłaszcza że w pokoju nie
było absolutnie nic, co mogłabym uznać za przydatne albo chociażby
interesujące. Tkwienie przy oknie i obserwowanie powolnej wędrówki słońca
nie należało do najbardziej porywających zajęć, dlatego ostatecznie położyłam
się na łóżku, z powątpiewaniem spoglądając w sufit. Nie czułam się
zmęczona, ale perspektywa zaśnięcia z jakiegoś powodu wydała mi się
obiecująca. Co prawda od dawna nie próbowałam wnikać w świat snów, zwykle
zdajać się przy tym na Gabriela albo Alessię, ale przecież wiedziałam, w jaki
sposób to zrobić. Gdyby mi się udało…
Coś bez
jakiegokolwiek ostrzeżenia załomotało w drzwi. Wzdrygnęłam się i poderwałam
do pozycji siedzącej tak gwałtownie, że prawie spadłam z łóżka. Zaraz po
tym stanęłam na równe nogi, machinalnie przybierając pozycję obronną. Podejrzliwie
spojrzałam na drzwi, nerwowo napinając przy tym mięśnie i wciąż uważnie
obserwując wejście. Niemalże spodziewałam się tego, że coś nagle spróbuje
dostać się do środka, a potem na mnie rzucić, zmuszając do tego, żebym
jednak musiała się bronić. Co prawda nie wiedziałam co i dlaczego, ale
jakie to miało znaczenie? Przecież ten świat nie mógł być aż tak idealny,
zwłaszcza jeśli faktycznie wiązał się z Ciemnością.
A jednak
kolejne sekundy mijały i nie działo się nic, co mogłabym uznać za warte
uwagi. Znów byłam sama, świadoma wyłącznie swojego przyśpieszonego oddechu i łomoczącego
się w piersi serca. To wszystko – i coś w tej myśli sprawiło, że
poczułam się niemalże rozczarowana.
Do momentu,
w którym usłyszałam ciche kliknięcie, a drzwi jak gdyby nigdy nic stanęły
przede mną otworem.
Zwiesiłam ramiona,
przy okazji wypuszczając powietrze ze świstem. W milczeniu wpatrywałam się
w uchylone drzwi, spoglądając wprost na spokojny, pogrążony w mroku
korytarz. Nie czułam, by ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie. Wciąż byłam
sama, a przynajmniej to podsuwały mi zmysły, chociaż nie miałam pojęcia,
czy powinnam im ufać.
Zawahałam
się, z uporem tkwiąc w miejscu. Dlaczego się otworzyły? W pamięci
wciąż miałam ten huk – gwałtowny i absolutnie niezachęcający, by
skorzystać z sugerowanego przez drzwi zaproszenia. „Chodź” – wydawały się
komunikować sposobem, w jaki pozostawały uchylone, ale ja nagle zwątpiłam w to,
czy powinnam wychodzić. Nie byłam pewna bardzo wielu rzeczy, łącznie z tym,
czy cokolwiek z tego, co mnie otaczało, było prawdziwe.
Nerwowym
ruchem otarłam dłonie o sukienkę. Biały, wyszywany złotą nitką materiał,
był niczym dowód tego, że śniłam albo wciąż podróżowałam pod postacią kropli
astralnej. Tak przynajmniej sądziłam, ale to ani trochę mnie nie uspokajało,
zwłaszcza że wiedziałam, że ta postać wcale nie zapewniała mi bezpieczeństwa. Wręcz
przeciwnie – wciąż o wiele zbyt łatwo mogłam dać się zranić albo zabić. W zasadzie
pozbawiona ochrony dusza była bardziej wrażliwa, niż gdy wszystko wracało do
normy, a ja istniałam w pełni materialnej formie.
Z wolna
przestąpiłam naprzód, wciąż podejrzliwie wyglądając na korytarz. Miałam wrażenie,
że coś rusza się w mroku, ale przeświadczenie to zniknęło w chwili,
gdy zamrugałam kilkukrotnie. Niespokojnie zacisnęłam dłonie w pięści, by
po chwili znów je rozprostować. Czułam, że bezpieczniej byłoby zostać w pokoju
i dalej czekać, ale co później? Co więcej, przecież dopiero co sama
chciałam wyjść, prawda? To mogła być moja szansa, zwłaszcza że absolutnie nie
miałam ochoty na spotkanie z istotą, o której wspominała Ariadna.
Sęk w tym,
że nadal nie miałam żadnego planu. Nie wiedziałam, gdzie jestem i jak stąd
uciec, o ile to w ogóle było możliwe. Jakby tego było mało, budynek, w którym
się znajdowałam, wydawał się ogromny. Próbowałam przypomnieć sobie, którędy
prowadziła mnie Ariadna, ale w głowie miałam pustkę, zresztą nie mogłam
pozbyć się wrażenia, że coś obserwowało każdy mój ruch. Gdziekolwiek bym nie
poszła, wiedzieliby, ale…
Nie bój się.
Gwałtownie
zaczerpnęłam powietrze do płuc, co najmniej zaskoczona tą myślą. To nie był pierwszy
raz, kiedy słyszałam ten kojący, znajomy i zarazem obcy głos. Przez moment
miałam wrażenie, że po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, niosąc ze
sobą jakże upragniony spokój. Na krótką chwilę udało mi się rozluźnić, a może
nawet poczuć bezpieczniej, chociaż nie sądziłam, że to w ogóle możliwe.
Poczucie zagrożenia wciąż gdzieś tam było, niezmiennie dając mi się we znaki,
ale już nie tak gwałtownie, jak do tej pory.
No i ten
głos…
Wciąż pełna
wątpliwości, mimo obaw ruszyłam ku drzwiom. Być może popełniałam błąd, ale wciąż
wypełniające moje ciało ciepło ostatecznie przekonało mnie do tego, by
zaryzykować. Co prawda myśl o tym, że sama Selene mogłaby wskazywać mi
drogę, brzmiała irracjonalnie, ale czy już kiedyś tego nie doświadczyłam? To
nie był pierwszy raz, kiedy czułam czyjąś obecność – i to wydawało mi się
dobre, nawet jeśli nie miałam pewności, czy to przypadkiem nie moja wyobraźnia.
Wbrew moich
obaw, nic nie spróbowało mnie pożreć, kiedy już znalazłam się na korytarzu.
Ciemność nadal jawiła mi się jako zagrożenie, przez co wolałam trzymać się od
niej z daleka, więc przywołałam do siebie moc, próbując zmaterializować ją
w postaci znajomej, srebrzysto złotej kuli energii. Przyszło mi to
zadziwiająco łatwo, ale nie zamierzałam narzekać, mimowolnie uśmiechając się, kiedy
mrok rozproszył znajomy, łagodny blask. Machnęłam ręką, a pulsująca energia
posłusznie wylądowała na mojej wyciągniętej dłoni, przyjemnie rozgrzewając
skórę. Kula była niewielka, dzięki czemu z łatwością mogłabym ją ukryć,
gdyby zaszła taka potrzeba.
Wolałam, by
to mimo wszystko okazało się zbędne.
Powiodłam
wzrokiem dookoła, chcąc upewnić się, że korytarz był pusty. Pamiętałam od
której strony przyszłyśmy z Ariadną, ale coś pokusiło mnie, by ruszyć w przeciwnym
kierunku. Stąpałam ostrożnie, najdelikatniej jak się dało stawiając kolejne
kroki, a w duchu na wszystkie możliwe sposoby wyklinając buty na
wysokim obcasie. Okej, od dawna już nie miałam poczucia, że mogłabym się w nich
zabić, ale zdecydowanie nie nadawały się ani do ucieczki, ani skradania,
zwłaszcza po wypolerowanych na błysk posadzkach. Nie żebym podejrzewała, że
ktokolwiek w tym miejscu miałby problem ze znalezieniem mnie, ale
świadomość, że z taką łatwością mogłam narobić niepotrzebnego hałasu, przy
okazji ściągając na siebie uwagę, niepokoiła mnie.
Nie miałam
pojęcia, dokąd idę, ale wszystko wydawało się lepsze od bezsensownego tkwienia w pokoju.
Chociaż miałam ochotę wykorzystać okazję i spróbować dotrzeć jak najdalej,
póki jeszcze nikt się nie zorientował, mimo wszystko zdecydowałam się na w pełni
ludzkie tempo. Szłam szybkim krokiem, z przesadną dokładnością rozglądając
się dookoła i czekając na jakiekolwiek oznaki tego, że jednak mogłabym
mieć kłopoty.
A jednak w korytarzu
wciąż panowała nieprzenikniona cisza, on sam zaś wydawał ciągnąć się w nieskończoność.
Coś w poczuciu bezsensownego parcia naprzód, podczas gdy ja sama czułam
się, jakbym tkwiła w miejscu, wydało mi się niepokojąco znajome. Na moment
przystanęłam, z powątpiewaniem spoglądając na ograniczające mnie z obu
stron ściany. Korytarz wyglądał na monotonny i pod każdym względem taki
sam, aż zaczęłam wątpić w to, czy w ogóle zmierzałam do jego końca. To
wystarczyło, żebym przypomniała sobie bezsensowną bieganinę po tunelach w Mieście
Nocy, kiedy w tym samym czasie w pobliżu znajdował się manipulujący
cudzymi umysłami demon.
Otuliłam
dłońmi wciąż pulsującą kulę mocy, ostrożnie przygarniając ją do siebie. Chociaż
utrzymanie światła nie kosztowało mnie praktycznie nic, nagle zaczęłam się obawiać,
że blask nagle zniknie. Coś w tej perspektywie mnie przerażało, ale próbowałam
o tym nie myśleć, woląc nie zastanawiać się, co by było, gdybym nagle
została w ciemnościach.
Znów
ruszyłam przed siebie, po kilku krokach na powrót przystając w miejscu.
Nie miałam niczego, czym mogłabym oznaczyć drogę, ale i tak byłam gotowa
przysiąc, że tkwiłam w tym samym punkcie. Skrzywiłam się, gorączkowo
zastanawiając nad tym, co powinnam zrobić. Wykorzystać telepatię? Mogłam, ale
zbytnio obawiałam się, że w ten sposób ściągnęłabym na siebie uwagę
czegoś, czego wcale nie chciałam. Sęk w tym, że dalsze błądzenie również
nie miało sensu, a skoro tak…
Westchnęłam,
po czym zamknęłam oczy. Nie miałam pojęcia, czy to był dobrym pomysł, ale w tamtej
chwili było mi wszystko jedno. Na oślep zrobiłam kilka kroków przed siebie, dla
pewności przesuwając palcami po ścianie, by mieć pewność, że podążam we
właściwym kierunku. Nasłuchiwałam, ale wciąż towarzyszyła mi wyłącznie cisza,
moje własne kroki i przyśpieszony oddech. Nawet bicie serca wydawało się
nienaturalnie głośne, ale nie byłam w stanie zrobić niczego, żeby to
zmienić. Cóż, nie byłam wampirem, co w sytuacjach takich jak ta bywało
uciążliwe.
Nagle
zesztywniałam, gotowa przysiąc, że coś przemknęło tuż za moimi plecami.
Zesztywniałam, z wrażenia omal nie potykając się o własne nogi. Wciąż
tkwiłam w tym samym korytarzu, a przynajmniej tak mi się wydawało,
póki w pośpiechu nie odwróciłam się na pięcie, chcąc sprawdzić, czy coś
przypadkiem nie czaiło się tuż za mną.
A potem
zamarłam, bezmyślnie wpatrując się w dwuskrzydłowe, zdobione drzwi, które
jakimś cudem pojawiły się za moimi plecami.
Otworzyłam i zaraz
zamknęłam usta. Machinalnie cofnęłam się o krok, z niedowierzaniem spoglądając
na okazałe wejście. To, że jakimś cudem znajdowało się akurat w tym
miejscu, nie miało sensu, ale nad tym wolałam się nie zastanawiać, aż nazbyt
świadoma, że to i tak nie pozwoliłoby mi na wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków.
Coś (albo ktoś) igrało z moimi zmysłami, bez wątpienia próbując
doprowadzić do tego, żebym straciła czujność.
Nie
odrywałam wzroku od drzwi, w milczeniu wodząc wzrokiem po złocistej
powierzchni. Wyglądały na solidne, poza tym zdobiły je te same dziwne symbole,
które widziałam już przy wejściu. Z wahaniem wyciągnęłam rękę przed siebie,
po czym zaraz cofnęłam dłoń. Mogłam spróbować wejść do środka, ale nie miałam
pojęcia czy to dobry pomysł. Cokolwiek czaiło się w środku…
Ale dalsze
tkwienie w nieskończonym korytarzu również nie miało sensu.
Mniej więcej
dotarło do mnie, że tak naprawdę nie miałam wyboru. To wszystko było niczym
gra, do której zasad musiałam się podporządkować. Ktoś inny pociągał za
szczurki, najpewniej doskonale bawiąc się moim kosztem. I jak długo wszystko
opierało się na igraniu ze zmysłami, mogłam to zaakceptować. Co innego, gdyby
nagle okazało się, że mój przeciwnik zaczynał się niecierpliwić – i to na
tyle, by się zdenerwować.
Westchnęłam,
po czym zaczęłam szukać wzrokiem klamki. Zanim zdążyłam dojść do wniosku, że
takowej nie ma, drzwi otworzyły się samoistnie, równie cicho i delikatnie,
jak i te do pokoju, w którym wcześniej byłam zamknięta. Kolejny raz
powitała mnie ciemność, ale tym razem nie dałam sobie czasu na wątpliwości, w pośpiechu
wchodząc do środka. Usłyszałam cichy trzask i aż podskoczyłam,
uświadamiając sobie, że drzwi się zamknęły. Nerwowo obejrzałam się przez ramię,
chcąc się upewnić i serce prawie mi stanęło, kiedy uświadomiłam sobie, że
było nawet gorzej.
Bo drzwi
zniknęły.
Kolejny raz
znalazłam się w zamknięciu, lecz tym razem zamiast sypialni z widokiem
na okolicę, tkwiłam w absolutnym mroku.
Niespokojnie
spojrzałam na pulsującą w moich dłoniach kulę mocy, całą sobą koncentrując
się na tym, żeby nie zniknęła. Miałam dziwne, niepokojące wrażenie, że mrok
wokół mnie połyka łagodny blask, chłonąc go w sposób o wiele zbyt
gwałtowny, bym uznała to za naturalne. Mimowolnie zadrżałam w odpowiedzi
na tę myśl, coraz bardziej zaniepokojona tym, co działo się wokół mnie. Miałam wrażenie,
że gdy tylko światło zgaśnie, ciemność połknie mnie całą, a wtedy dojdzie
do czegoś bardzo, ale to bardzo złego.
Ta myśl
mnie przerażała.
Z pewnym wysiłkiem
zmusiłam się do tego, by ruszyć przed siebie. Pokój, w którym się
znajdowałam, wydawał się nienaturalnie duży, jakby pozbawiony granic. Dookoła
była tylko pustka, więc z równym powodzeniem pomieszczenie mogło okazać
się niewielkie, jak i ciągnąc się w nieskończoność, dokładnie jak
korytarz, którym szłam wcześniej. Nie widziałam ścian ani czegokolwiek, co świadczyłoby
o obecności jakichkolwiek przeszkód. Byłam tylko ja, łagodny blask mocy i nieprzenikniona
pustka.
Mimo
wszystko moje kroki wydawały się nienaturalnie głośne. Obcasami uderzałam o posadzkę,
co na swój sposób wydało mi się kojące, bo przynajmniej nie czułam się tak,
jakbym była zawieszona w nicości. Spojrzałam pod nogi, próbując dostrzec
panele albo kamień – cokolwiek, po czym stąpałam – jednak nawet przy
wyostrzonych zmysłach i rzucanym przez kulę energii świetle, okazało się
to niemożliwe.
Gwałtowny
ruch skutecznie wytrącił mnie z równowagi. Poderwałam głowę, gotowa do
ataku obrony – zależnie od tego, co miało się wydarzyć – po czym zamarłam,
bezmyślnie wpatrując się w postać przede mną. Zamrugałam nieco
nieprzytomnie, z zaskoczeniem przekonując się, że… patrzyłam na siebie. Dopiero
wtedy dotarło do mnie, że stałam przed lustrem. Tak musiało być, bo majacząca
przede mną postać wyglądała dokładnie tak samo jak ja – w białej sukience,
przerażona i kurczowo trzymająca przy sobie kulę mocy. Anemiczny blask padał
na moją twarz, wydłużając cienie i sprawiając, że wyglądałam wręcz chorobliwie
blado.
Ostrożnie
wyciągnęłam rękę, by dotknąć gładkiej powierzchni lustra. Druga ja zrobiła dokładnie to samo. Pod
palcami wyczułam opór, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że
miałam przed sobą w pełni materialną, kruchą powierzchnię. Chwilę jeszcze
wpatrywałam się w siebie, po chwili jednak uciekłam wzrokiem gdzieś w bok,
zbytnio obawiając się nie tyle tego, że najpewniej traciłam czas, ale możliwości
dostrzeżenia w odbiciu czegoś, czego nie powinno tam być.
Z wahaniem ruszyłam
wzdłuż lustra tak, by mieć je po swoje prawej stronie. Nie miałam pojęcia czy znajdowałam
się w labiryncie, czy może w innym miejscu, ale wolałam mieć
jakikolwiek punkt zaczepienia. Zasada prawej ręki podobno sprawdzała się
zawsze, a przynajmniej chciałam w to wierzyć.
Szybko
przekonałam się, że luster było więcej. Ciągnęły się we wszystkie strony,
tworząc szersze bądź węższe przejścia. Poczułam się nieswojo, kiedy nagle
znalazłam się pośród własnych odbić. Chociaż w każdym lustrze widziałam
siebie, nie chciałam przypatrywać się odbiciom dłużej, niż było to konieczne.
Wzdrygałam się w odpowiedzi na każdy, nawet najdelikatniejszy ruch, który
zdarzało mi się zauważyć kątem oka. Błądziłam, sama już niepewna, gdzie szłam,
gotowa przy tym przysiąc, że lutra co chwilę zmieniały swoje położenia. To sprawiało,
że z każdym kolejnym krokiem czułam się coraz bardziej spanikowana, a przy
tym aż nazbyt świadoma, że powoli puszczały mi nerwy. Zaczynałam się miotać, a to
zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza że tracąc czujność co najwyżej
mogłam ściągnąć na siebie większe kłopoty.
Och, łatwo
było mówić, a co innego coś zmienić. Aż jęknęłam, kiedy tuż przede mną
dosłownie wyrosło kolejne lustro. Zaskoczona krzyknęłam i odskoczyłam na
tyle gwałtownie, że aż zatoczyłam się w tył, plecami wpadając… na kogoś.
Serce omal
nie wyskoczyło mi z piersi, kiedy na moich ramionach wylądowały czyjeś
dłonie. Ktoś za mną stał i nie miałam co do tego wątpliwości. Przez kilka następnych
sekund tkwiłam w bezruchu, spazmatycznie chwytając powietrze i bojąc
poruszyć się choćby o milimetr. Uświadomiłam sobie, że drżę, ale nawet nie
próbowałam nad sobą zapanować. Obraz zaczął rozmazywać mi się przed oczami, a przynajmniej
tak pomyślałam w pierwszej chwili, dopiero później pojmując, że to wciąż podążająca
za mną kula mocy zaczynała gasnąć, coraz bardziej krucha i niestabilna.
Dobra bogini, nie… Nie, nie, nie, nie…
– Bogini,
którą czcisz, nie ma tutaj od bardzo dawna – usłyszałam spokojny, męski głos.
Byłam
pewna, że nigdy wcześniej nie miałam z nim do czynienia. Zapamiętałabym,
gdyby było inaczej – gdybym kiedykolwiek słyszała coś tak doskonałego,
kuszącego i niepokojącego jednocześnie. Coś w tym szepcie
wystarczyło, bym poczuła się zarazem oczarowana, jak i zdenerwowana bardziej
niż do tej pory.
A on wciąż stał
tuż za mną, na dodatek tak blisko, że…
– Odwróć
się.
Nie
chciałam tego robić, ale jaki miałam wybór? Poczułam, że robi mi się zimno, nie
wspominając o tym, że sama nie byłam pewna, jakim cudem wciąż utrzymywałam
się na nogach. Mój oddech stał się jeszcze bardziej chrapliwy i urywany, zupełnie
jakby w powietrzu nagle zabrakło jakże niezbędnego do funkcjonowania tlenu.
W tamtej chwili byłam tylko ja, znikające światło i tkwiąca tuż za
moimi plecami postać – ktoś, kto w równym stopniu mnie przerażał, co i wabił.
Poruszając
się trochę jak w transie, powoli się odwróciłam. Miałam opory przed tym,
by to zrobić, woląc nie sprawdzać, kto tak naprawdę za mną stał. Mogłam tylko
zgadywać, co wydarzy się, kiedy w końcu na niego spojrzę. W gruncie rzeczy
miałam ochotę rzucić się do ucieczki, na oślep podążając w głąb lustrzanej
sali, ale przecież nie mogłam sobie na to pozwolić. Nie, skoro i bez
pytania wiedziałam, że zdenerwowanie trwającej przy mnie istoty było najgorszym,
na co mogłabym sobie pozwolić.
Nie miałam
wątpliwości, że tuż za mną znajdował się mężczyzna. Widziałam jego sylwetkę w mroku
– szczupłą, na swój sposób… idealną, cokolwiek miałoby to oznaczać. Był ode
mnie wyższy, a ja z uporem spuszczałam wzrok, więc w pierwszej chwili
zaczynałam wyłącznie jego tors i poły marynarki, którą miał na sobie. Wydawał
się ginąć w ciemności, zupełnie jakby stanowił jej część, co zaniepokoiło
mnie równie mocno, co i jego obecność.
– No i co
powinienem z tobą zrobić? – zapytał cicho głos. Dłonie o długich
palcach przemieściły się, nagle lądując na moich policzkach. Cała zesztywniałam,
świadoma wyłącznie bijącego od tej istoty chłodu i mrowienia w miejscach,
w których mnie dotykał. – Nic ci nie zrobię… Spójrz na mnie.
Nie
wierzyłam mu, ale musiałabym upaść na głowę, żeby zaprotestować. Sądziłam zresztą,
że doskonale wiedział, co sobie myślałam i czułam. Miałam wrażenie, że
wypełniał mój umysł, znacząc go swoją obecnością. Był tak prawdziwy, jak to
tylko możliwe, a jednak przy tym tak zadziwiająco nierzeczywisty i odległy…
A patrzenie
w jego twarz przypominało koniczność spoglądania w słońce. Patrzyłam,
ale nie widziałam, niezdolna pojąć tego, jak wyglądał – jego uśmiechu, błysku w oczach
i tego, kim był. Na swój sposób rozumiałam, ale czym innym było znać go
pod tak abstrakcyjnym imieniem, jakim była Ciemność, a czymś całkowicie odmiennym
nagle stanąć tuż przed nim, nie wspominając już o tym, że miałby mnie
dotykać.
– Ach… Ale
ciebie wcale nie powinno tutaj być, prawda, moja droga? – zapytał i zabrzmiało
to niemalże łagodnie. – Skoro twoja bogini tak bardzo kocha swoje dzieci,
dlaczego pozwoliła, byś wylądowała aż tutaj? – drążył, ale nawet gdybym wiedziała,
nie byłabym zdolna mu odpowiedzieć.
Z tym, że
Ciemność nie oczekiwała odpowiedzi. Chociaż wciąż nie potrafiłam się skoncentrować
na jego twarzy, podświadomie czułam, że się uśmiecha – łagodnie i pobłażliwie
zarazem.
A potem łagodny
blask mocy znikł i dookoła jednak zapanował mrok.
A do tego nowy rozdział Niosącej Radość do znalezienia tutaj. ^^
OdpowiedzUsuńO, a jakby ktoś chciał zagłosować na któryś z moich postów w ankiecie na Katologowo, to zapraszam i dziękuję: klik.