
Isabeau
Wyszła zanim słońce w pełni
skryło się za horyzontem. Czuła się zmęczona, nie tyle wciąż dającą się jej we
znaki jasnością, ale spędzonymi w świątyni godzinami, zwłaszcza że z uporem
unikała snu. Od przyjazdu do Miasta Nocy była na nogach, nie wyobrażając sobie,
że miałaby tak po prostu ulec zapewnieniom Dimitra i wcześniej spróbować
odpocząć.
Mimo
wszystko spędzane czasu w świątyni miało w sobie coś kojącego. Była
sama, co jak najbardziej jej odpowiadało. Cisza pozwoliła się Isabeau rozluźnić
i choć na moment zapomnieć, w jakim celu przekładała świecie i plotła
wianki z dawno uschniętych już kwiatów. Wiedziała, że powinna pójść do
rodzinnego domu i uporządkować to i owo, ale z uporem odsuwała
od siebie tę myśl. Wszystko po kolei. A wizyta w znajomym domu mogła
poczekać.
Miała
wrażenie, że kolejne godziny umykały jej w zawrotnym wręcz tempie. To, co
chciała zrobić, również, aż w pewnym momencie zaczęła bez celu krążyć po
opustoszałej świątyni, bezskutecznie szukając sobie zajęcia. Czuła się dziwnie
roztrzęsiona, na swój sposób mając ochotę wysprzątać cały budynek od
mieszczących się w podziemiach bibliotek aż po dach, ale jednocześnie nie
miała do tego siły.
Dimitr
wciąż powtarzał, że nie powinna obwiniać się za to, co miało miejsce. W końcu
jej wizje od zawsze działały w ten sam sposób – widziała, ale nie była w stanie
zainterweniować. Nie w taki sposób, by zmienić coś, o czym wiedziała,
że się wydarzy. Allegra to rozumiała, raz po raz powtarzając, że ufała woli
Selene, ale z perspektywy Isabeau to wcale nie było takie proste. Chociaż
rozsądek podpowiadał jej, że nie była w stanie niczego zrobić, wciąż miała
do siebie pretensje. Gdyby przynajmniej była obecna przy tym, co się wydarzyło,
zamiast…
Zmrużyła
oczy w nikłym blasku zmierzchu. Bardziej stanowczo naciągnęła na siebie
pelerynę, mimo wszystko czując się nieswojo, chociaż takie natężenie
słonecznego światła nie mogło jej skrzywdzić. W pośpiechu zwróciła się
plecami do zachodzącego słońca, w zamian spoglądając na aż nazbyt znajomy
klif. Tuż obok świątyni wznosił się posąg bogini księżyca – nieco tylko
wyniszczony przez czas, ale wciąż piękny i wyniosły. Isabeau przez dłuższą
chwilę w milczeniu wpatrywała się w urodziwą twarz Selene,
bezskutecznie próbując doszukać się w tym widoku ukojenia. Oczywiście, że
wciąż wierzyła w boginię, a jednak… to wcale nie było takie proste.
Chwilami po
prostu nie rozumiała. Nie pojmowała tego, jaki sens miały wizje, których
doświadczała. Dlaczego widziała, skoro tak naprawdę pozostawała całkowicie
bezradna wobec wizji? Jaki cel miała ta wiedza, skoro w żaden sposób nie
potrafiła jej wykorzystać…?
– Bogini,
pomóż mi, bo już nie wiem, co czynię – szepnęła, nie odrywając wzroku od
figury.
Coś
ścisnęło ją w gardle. Nie chciała mieć wątpliwości, ale te wydawały się
silniejsze od niej. To nie był pierwszy raz, kiedy zaczynały dręczyć ją aż tak
silne wyrzuty sumienia. Sądziła, że najgorszy etap miała za sobą, zwłaszcza że
na jakiś czas straciła człowieczeństwo i niemalże wyrzekła się bogini, ale
teraz… czuła się niewiele lepiej.
W pośpiechu
uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Przebywanie na klifie już nie wzbudzało w niej
aż takich emocji, nawet jeśli wciąż aż nazbyt dobrze pamiętała, że umarła w tym
miejscu. W zasadzie ze świątynią wiązało się dość nieprzyjemnych
wspomnień, które już dawno doprowadziłyby ją do szału, gdyby stanowczo się od
nich nie odcięła. Jej myśli zresztą i tak raz po raz uciekały do Allegry i wszystkiego,
co wiązało się ze śmiercią matki. Chociaż podświadomie była na to przygotowana,
poczuła się wręcz przytłoczona obowiązkami, które tak nagle na nią spadły.
Prawda była
taka, że teraz to przede wszystkim ona była odpowiedzialna za świątynie.
Chociaż minęły lata odkąd Allegra przekazała jej swoją pozycję, to nie Isabeau
podejmowała najważniejsze decyzje. Były jeszcze inne kobiety – pomocnice, które
spełniały każde życzenie kapłanki – ale żadna z nich nie nadawała się do
zażądania świątynią w pojedynkę. Och, no i Alessia, ta jednak wciąż
przebywała w Seattle, a Isabeau nie wyobrażała sobie, że miałaby ot
tak ściągnąć bratanicę do Miasta Nocy i zrzucić na nią całą
odpowiedzialność.
Musiała
zająć się pogrzebem. A potem uroczystościami i ewentualnym
ustanowieniem nowego porządku. Co więcej, po tylu tygodniach nieobecności
czuła, że powinna wesprzeć Dimitra i całe miasto. Słodka bogini, przecież
mimo wszystko była królową, czyż nie? To zobowiązywało.
Sęk w tym,
że absolutnie nie czuła się na to gotowa.
Ciche kroki
wyrwały ją z zamyślenia. Dimitr nawet nie próbował ukrywać swojej
obecności, więc nie była zaskoczona jego widokiem. Wysiliła się na uśmiech, ale
po troskliwym spojrzeniu, które jej rzucił, z miejsca zorientowała się, że
nie do końca zdołała go przekonać.
– Jak się
trzymasz?
Westchnęła,
kiedy zmaterializował się tuż obok niej. Powoli zaczynała przywykać, że był
jedną z nielicznych osób, którym bez obaw mogła pokazywać to, co naprawdę
czuła.
– A mam
być z tobą szczera? – mruknęła bez większego entuzjazmu. – Nie wyobrażam
sobie… właściwie niczego. Zaczynając od pogrzebu.
– Poradzisz
sobie – stwierdził, a Isabeau zaśmiała się w pozbawiony wesołości
sposób.
– Już to
widzę. – Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Zresztą bez znaczenia. Stało
się coś?
– Dlaczego
miałoby? – obruszył się Dimitr. – Przyszedłem sprawdzić, jak miewa się moja
żona. Chyba nie ma w tym niczego złego, prawda?
Jeszcze
kiedy mówił, przesunął się na tyle, by móc otoczyć ją ramionami. Pozwoliła mu
na to, chociaż – jeśli miała być ze sobą szczera – odwykła od tego, że mógłby
być obok. W Seattle musiała trzymać nerwy na wodzy, bo tego wymagała
sytuacja. Teraz na swój sposób wszystko wydawało się prostsze, a jednak
Isabeau nie wyobrażała sobie, że mogłaby stracić czujność.
– W porządku…
Ale lojalnie uprzedzam, że mam coś jeszcze do zrobienia – oznajmiła,
pozwalając, by Dimitr wziął ją za rękę.
– O tej
porze? – zapytał z powątpiewaniem.
Tym razem
jednak udało jej się uśmiechnąć.
– Dopiero
teraz zaczynam funkcjonować – przypomniała mu usłużnie, wysuwając kły.
– To prawda
– zreflektował się pośpiesznie. – Ale cały dzień już i tak byłaś poza
domem. Nie uważasz, że wystarczy?
–
Wystarczyłoby, gdybym nie obiecała czegoś Gabrielowi – poprawiła go z westchnieniem.
W oczach
Dimitra doszukała się zrozumienia. Nie zaprotestowała, kiedy nagle przyciągnął
ją do siebie, jak gdyby nigdy nic zamykając w zdecydowanym uścisku. Czasami
czuła się przy nim zadziwiająco drobna i bezbronna, ale nie uważała tego
za coś złego. Prawda była taka, że wciąż za nim tęskniła.
– Odzywał
się? – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. W roztargnieniu
spojrzała mężowi w oczy. – Gabriel.
– Ach… Na
razie nie. – W pośpiechu oswobodziła się z jego uścisku, co jednak
nie przeszkodziło Dimitrowi w chwyceniu ją za rękę. – Dałby znać, gdyby
cokolwiek się zmieniło. I właśnie dlatego muszę zobaczyć się z Anastasią.
Nie
wyglądał na zaskoczonego tym, co mówiła. Sama Anastasia była pierwszą osobą,
która przyszła jej do głowy, kiedy zaczęła zastanawiać się nad problemem
Renesmee. Potrzebowali kogoś, kto znał temat, a ta wampirzyca zdecydowanie
wiedziała wystarczająco dużo o kroplach astralnych i podróżach poza
ciałem. To, że poniekąd uczyła tego w Akademii Nocy, również o czymś
świadczyło.
Drogę do
miasta pokonali w ciszy. Isabeau nie spieszyła się, bez pośpiechu krążąc
między rzucającymi przyjemny cień drzewami. Kiedy w końcu dotarli do
miasta, słońce zaszło całkowicie, więc z niejaką ulgą zrzuciła z głowy
kaptur peleryny. Dimitr spojrzał na nią z zaciekawieniem, uważnie obserwując,
jak raz po raz przeczesywała włosy, próbując doprowadzić się do porządku.
– Co? –
rzuciła z rozdrażnieniem, to jednak wyłącznie wampira rozbawiło.
– Nic
takiego – zapewnił pośpieszniej. – Wyglądasz lepiej.
Jedynie
uniosła brwi, niepewna jak rozumieć jego słowa. To miał być komplement? Jeśli
tak, w przeszłości prawił jej o wiele lepsze. Z drugiej strony,
patrząc na to, w jakim stanie zastał ją zaraz po śmierci Allegry, teraz
bez wątpienia było lepiej. Co więcej, najpewniej właśnie dzięki niemu, choć
naturalnie nie zamierzała mu tego mówić.
– Lepiej
się pośpieszmy – zaproponowała mu w zamian, uśmiechając się w nieco
złośliwy sposób. – O ile szanownemu królowi nie przeszkadza rola nic
nieznaczącego towarzysza – dodała zaczepnym tonem.
– Nic
nieznaczącego? – obruszył się.
Wywróciła
oczami.
–
Oczywiście. To ja umówiłam się z Anastasią. A ty najpewniej i tak
nie zrozumiesz, o czym rozmawiamy.
– Grabisz
sobie, Licavoli.
– To już
nie Falcone? Myślałam…
Znalazł się
przy niej tak nagle, że aż się wzdrygnęła. Zaraz po tym została
bezceremonialnie przyciśnięta do otaczającego tereny Akademii muru, Dimitr zaś nachylił
się w jej stronę, przez moment wyglądając na chętnego, by rozerwać jej
gardło. Oczywiście tego nie zrobił, w zamian jak gdyby nigdy nic muskając
szyję Isabeau wargami – najpierw raz, a później kolejny, czym skutecznie
przyprawił wampirzycę o dreszcze. Serce jak na zawołanie zabiło jej
mocniej, na ustach zaś pojawił się niepewny, odrobinę drapieżny uśmiech.
Tęskniła za
tym. Za bezpośredniością i tym, jak nieraz ponosiło ich, gdy tylko choć na
chwilę zostawali sami. Lgnęła do Dimitra, zresztą ze wzajemnością, wciąż mając
wrażenie, że tak naprawdę nie mieli okazji, by nacieszyć się sobą po tym, co
zrobiła Claudia. W gruncie rzeczy tak było, bo prawie natychmiast
wyjechała, odchodząc od zmysłów z powodu Layli i chcąc kontrolować
sytuację.
– Falcone…
– wymruczał Dimitr. Jego usta wciąż znajdowały się bardzo blisko jej szyi;
czuła jak słodki, lodowaty oddech muska odsłoniętą skórę, wzmagając dreszcze. –
No nie wiem… Może mnie do tego przekonasz, Nemezis?
– To chyba
dla ciebie powinno być zaszczytem, że w ogóle chcę, by nazywano mnie w ten
sposób – żachnęła się.
Prowokowanie
go zawsze przychodziło jej z łatwością. W zasadzie już dawno straciła
nadzieję na to, że jakikolwiek komentarz wytrąci go z równowagi. Tak było i tym
razem, bo w odpowiedzi na jej słowa po prostu się roześmiał, a potem…
ułożył dłonie na jej brzuchu, w następnej sekundzie bezceremonialnie zaczynając
ją łaskotać.
Aż
zachłysnęła się powietrzem. To był cios poniże pasa, którego absolutnie się nie
spodziewała. Pisnęła, co zdecydowanie nie było dźwiękiem, który miała zamiar z siebie
wydać, po czym zaraz spróbowała się od niego odsunąć, ale jej nie pozwolił. Wręcz
przeciwnie – nagle znalazł się jeszcze bliżej, najwyraźniej świetnie bawiąc się
jej kosztem.
– Przestań!
Dimitrze, do cholery! – obruszyła się. Chciała zabrzmieć choć trochę groźnie,
ale to okazało się trudne, skoro jednocześnie ledwo powstrzymywała śmiech.
Spróbowała strząsnąć jego dłonie, ale osiągnęła jedynie tyle, że z zadziwiającą
wręcz wprawą unieruchomił obie jej ręce nad głową. – Bo cię pogryzę!
– Nie
znałem cię od tej strony – stwierdził z uśmiechem.
Isabeau
prychnęła i spróbowała na niego warknąć, ale to skończyło się kolejnym
atakiem śmiechu. W końcu zdołała się wyszarpać i nawet udało jej się
zamierzyć na niego pięściami, nim jednak zdążyła choćby go zadrasnąć, powstrzymały
ją lodowate wargi, które bezceremonialnie wpiły się w jej usta.
Poddała
się, zamiast znów próbować walczyć, delikatne układając dłonie na jego torsie.
Odwzajemniła pocałunek, czując przy tym, jak uchodzi z niej cale
dotychczasowe napięcie.
– Wiec jak
to jest? – zapytał Dimitr, wysilając się na blady uśmiech. – Nic nieznaczący? –
rzucił zaczepnym tonem.
Jedynie
wywróciła oczami.
– Nic
nieznaczący – powtórzyła z uporem. – A ja spóźniona. Przepraszam
bardzo.
Jak nic
wciąż świetnie bawił się jej kosztem. Przynajmniej nie zaprotestował, kiedy tym
razem spróbowała się odsunąć i szybkim krokiem ruszyła ku głównemu wejściu
do Akademii. Próbowała ukryć uśmiech, ale czuła, że szło jej to marnie, co
zresztą jak nic nie umknęło uwadze Dimitra. Jakoś nie miała wątpliwości, że
doskonale wiedział, w jakim była nastroju
jakie wywoływał w niej emocje. W końcu właśnie próbował to
wykorzystać, dość skutecznie na dodatek, chociaż miejsce i obowiązki,
które miała, zdecydowanie temu nie sprzyjały.
Akademia
wydawała się nienaturalnie wręcz cicha. Późna pora zrobiła swoje, przez co na
pierwszy rzut oka można było dość do wniosku, że w całym budynku nie miało
się co liczyć na znalezienie żywej duszy. Poniekąd sama o to zadbała, przy
planowaniu spotkania sprawdzając, czy oby na pewno wilkołaki nie miały zamiaru
urządzać gdzieś w pobliżu jakichś swoich obrzędów. Isabeau nie
potrzebowała dodatkowych problemów, zwłaszcza że sprawa była dość pilna, a rozmowę
z Anastasią traktowała jak ostatnią deskę ratunku.
– W którym
miejscu się umówiłyście? – zapytał jakby od niechcenia Dimitr, jako pierwszy
decydując się przerwać ciszę.
– Na pewno
nie na strzelnicy.
Kątem oka
zauważyła, że wywrócił oczami. Wciąż się uśmiechał, ale przez jego twarz
przemknął cień. Isabeau zaklęła w duchu, żałując, że jednak nie ugryzła
się w język. Ostatnia wizyta na strzelnicy zdecydowanie nie była czymś, co
którekolwiek z nich chciało wspominać. W zasadzie wszystko, co
jakkolwiek wiązało się z Claudią, takie było.
– Tutaj,
kapłanko!
Z niejaką
ulgą przyjęła kobiecy głos, który nagle przerwał krępującą ciszę. Anastasia spokojnie
stała tuż przy wyjściu na skwer, gdzie znajdowały się zarówno tereny
rekreacyjne, jak i nieszczęsna strzelnica. Kiedy upewniła się, że Isabeau i Dimitr
zmierzają w jej stronę, wyprostowała się i wyszła na zewnątrz, w zamyśleniu
przypatrując się atramentowemu niebu. Srebrzyste włosy wrzucały się w oczy,
łagodnie połyskując w nikłym blasku księżyca. Anastasia zdecydowanie miała
w sobie coś eterycznego, zupełnie jakby sama była duchem albo kroplą
astralną.
Co więcej,
musiała mieć wyjątkowo rozwiniętą intuicję, bo zwróciła się w ich stronę,
ledwo tylko Isabeau otworzyła usta, planując się odezwać.
– Przyjmij
moje kondolencje, kapłanko… Albo królowo – poprawiła się po chwili
zastanowienia. – Nie wiem, którą wersję uznajesz, Isabeau.
– Wydaje mi
się, że do tej pory wszyscy mamy dość jakiejkolwiek królowej.
Anastasia
rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Nieznacznie skinęła głową, ale
trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała. Ostatecznie rubinowe
tęczówki wampirzycy na powrót skupiły się na niebie, zupełnie jakby widziała w nim
coś wyjątkowo interesującego.
– Niech i tak
będzie – powiedziała, na całe szczęście ignorując fakt, że Isabeau w żaden
sposób nie zareagowała na wzmiankę o śmierci Allegry. – Ciebie też miło
widzieć, Dimitrze.
–
Wzajemnie. – Wampir uśmiechnął się niepewnie. – Mam nadzieję, że to nie
problem, że się wprosiłem.
–
Absolutnie nie – zapewniła Anastasia. Zaraz po tym wyprostowała się, ponownie
koncentrując wzrok na Isabeau. – Zresztą to zależy od tego, z czym
przyszła do mnie twoja żona.
– Z czymś,
w czym będziesz mogła nam pomóc – oznajmiła bez zastanowienia.
Coś
ścisnęło ją w gardle, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Złe przeczucia
towarzyszyły jej praktycznie cały czas, ale próbowała przekonać samą siebie, że
to po prostu przygnębienie. Gdyby coś złego miało się wydarzyć, wiedziałaby.
Słodka bogini, przecież zobaczyłaby Renesmee, gdyby…?
– Co się
stało? – zapytała natychmiast Anastasia, raptownie poważniejąc.
Isabeau
spróbowała nad sobą zapanować. Skrzyżowała ramiona na piersi, próbując udawać,
że nie dostrzega zatroskanego spojrzenia Dimitra. Mogła pozwolić, żeby mówił za
nią, ale nie wyobrażała sobie tego. W końcu obiecała coś Gabrielowi, więc
tym bardziej zamierzała zrobić wszystko, byleby dotrzymać słowa.
– Pamiętasz
żonę mojego brata? – zapytała natychmiast. – Uczyłaś w Akademii jeszcze
gdy Isobel się tutaj pałętała. Renesmee przez jakiś czas tutaj przychodziła i o ile
się nie myślę…
– Ach. –
Kobieta w pośpiechu skinęła głową. – Vanessa.
– Zgadza
się – podchwyciła z ulgą Isabeau. – Moja bratowa… Powiedzmy, że zawsze
miała predyspozycje do pewnych rzeczy. Nie rozwijała tego, ale zdarzało jej się
robić to i owo.
– Bardzo
kluczysz, kapłanko – przyznała z wahaniem Anastasia. – Ale pamiętam
Vanessę… Renesmee – poprawiła się pośpiesznie. – Nie mnie oceniać kto ma jakie
predyspozycje, ale z tego, co pamiętam, była zdolna. Widziałabym ją jako
kogoś, kto mógłby rozwinąć zdolności widzenia bardziej niż przeciętny telepata
– dodała po chwili zastanowienia.
Jak na
kogoś, kto nie chciał oceniać, brzmiała zaskakująco wręcz pewnie. Co więcej,
Isabeau wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że rozmawiała z kimś, kogo
sama bogini pobłogosławiła intuicją wystarczającą, by mu wierzyć. Od samego
początku ufała Anastasii, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wampirzyca miała
szansę im pomóc.
– Więc
czasem jej się zdarzało rozwijać. Nieświadomie – wyjaśniła, w końcu
decydując się przejść do rzeczy. – W zasadzie Renesmee zdarzało się
podróżować poza ciałem. Wiesz, jako kropla astralna.
– Kropla
astralna. – Brwi Anastasii powędrowały ku górze. – Poza kontrolą – upewniła
się.
– Zgadza
się.
– Więc
wyczuwam kłopoty – stwierdziła z powagą. – Aż boję się pytać, co się
stało. Więź między duszą a ciałem jest taka cienka…
– Zawsze ją
ostrzegałam – przerwała jej natychmiast Isabeau. – Dobrze znam temat.
– Więc
wiesz, co może się wydarzyć, jeśli nie zachować ostrożności.
Isabeau
ledwo powstrzymała jęk.
– Raczej
już się wydarzyło. Wieź pękła, przynajmniej jeśli chodzi o tę, która
łączyła Nessie z moim bratem – wyrzuciła z siebie na wydechu. Anastasia
nawet nie drgnęła, w zamyśleniu przysłuchując się kolejnym słowom
kapłanki. – Wiem, co może się stać, jeśli dusza nie wróci o ciała. Jej nie
wróciła… Ale ciało wciąż żyje. To chyba coś znaczy, prawda? – Spojrzała na
Anastasię wyczekująco. – Chcę wiedzieć, czy w takim razie mamy czas. Ona…
– Możliwe.
Zacisnęła
usta. W tamtej chwili czuła się niemalże tak, jakby rozmawiała z Rufusem.
Lakoniczne odpowiedzi bez konkretów zdecydowanie jej nie pomagały.
– Możliwe?
– powtórzyła z niedowierzaniem. – Ale…
– Co więcej
mogę ci powiedzieć? Dusza nie wróciła do ciała, tak? A ciało najwyraźniej
wciąż na nią czeka. Przynajmniej tyle zrozumiałam – zniecierpliwiła się
Anastasia. – Więc tak, możliwe, że macie czas. Chociaż takie przypadki
zazwyczaj kończyły się źle.
– Co
oznacza… „zazwyczaj”? – wtrącił Dimitr, ale Anastasia jedynie potrząsnęła
głową.
– Krople
astralne to rzadkość, właśnie dlatego, że są niebezpieczne. Ta sztuka zanikła i to
nie bez powodu – wyjaśniła pośpiesznie Anastasia. – Nie wiadomo, co dzieje się z duszą,
która się zgubiła. Ciało przez jakiś czas funkcjonuje, ale samo w sobie
jest bezużyteczne. Jedyne, co mogę wam doradzić, to szukać.
– Dziękuję
bardzo. Że też sama na to nie wpadłam! – prychnęła Beau.
Anastasia
rzuciła jej pobłażliwe spojrzenie. Wciąż wyglądała na spokojną, chociaż jej
oczy pociemniały nieznacznie, zdradzając, że wcale nie była aż taka opanowana.
– Prosisz
mnie, więc mówię ci tyle, ile sam rozumiem. Nie będę cię oszukiwać, bo nie mam w tym
żadnego celu, Isabeau – oznajmiła chłodno. – Ale poszukam. Przez wieki zdarzały
się różne przypadki. To, że się o nich nie mówi, nie oznacza, że nigdy nie
miały miejsca.
–
Dziękujemy ci bardzo – rzucił spiętym tonem Dimitr, w pośpiechu chwytając Beau
za ramiona. Przez moment była gotowa przysiąc, że wahał się nad zakryciem jej
ust. – Nie będziemy ci dalej przeszkadzać. I tak bardzo nam pomogłaś –
zapewnił, ciągnąc żonę w stronę schodów.
– Och, tak.
– Anastasia uśmiechnęła się w pozbawiony wesołości sposób. – Właśnie
widzę.
Nie dodała
niczego więcej, bo i nie miała po temu okazji. Isabeau gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, ledwo powstrzymując całą wiązankę cisnących jej
się na usta przekleństw. Chcąc nie chcąc pozwoliła, żeby Dimitr poprowadził ją z powrotem
do Akademii, dopiero w korytarzu oswobadzając się z jego uścisku i pozwalając
sobie na sfrustrowany jęk.
Wampir
westchnął cicho. Odsunął się, zaplatając ramiona na piersi i spoglądając
na żonę w co najmniej bezrady sposób.
– Niech to
szlag… – wyrwało jej się. – Niekoniecznie tak to chciałam załatwić – przyznała
niechętnie, potrząsając z niedowierzaniem głową. Jeśli miała być ze sobą
szczera, aż rwała się do tego, żeby coś rozwalić.
– Z całą
miłością i szacunkiem, którymi cię darzę, stwierdzam, że czasami powinnaś
milczeć, Nemezis – stwierdził, starannie dobierając słowa.
Wywróciła
oczami. Chciała tego czy nie, wiedziała, że miał rację.
– Jak
dobrze, że przynajmniej jedno z nas zawsze i wszędzie jest dyplomatą
– mruknęła, szybkim krokiem ruszają w głąb korytarza. – Chodź. Mam dość
miasta jak na jeden dzień.
Przynajmniej
na razie informacje, które mogła przekazać Gabrielowi, prezentowały się co najmniej
marnie.
Fun fact: to równo 1700 wpis na tym blogu. Mnie chyba naprawdę się nudzi w życiu... :D
OdpowiedzUsuń