30 czerwca 2018

Dwadzieścia dziewięć

Beatrycze
Ta podróż okazała się jedną z najgorszych, jakich kiedykolwiek doświadczyła. Nawet w drodze do Chainni aż do tego stopnia się nie denerwowała. Teraz na domiar złego nie potrafiła ot tak się „wyłączyć”, w efekcie siedząc niemalże jak na szpilkach, a w duchu modląc o to, by nagle nie wydarzyło się coś, co finalnie doprowadziłoby o tragedii.
Mimo wszystko miała wrażenie, że nic nie jest takie, jak być powinno. Atmosfera wciąż była napięta, poniekąd przez obecność Lei, która może i wróciła do domu (Beatrycze wolała nie zastanawiać się nad tym, czy wilczyca faktycznie zrobiła to z własnej woli), ale z uporem unikała wszystkich wokół. Wampirzyca miała ochotę z nią porozmawiać, ale ostatecznie tego nie zrobiła, mając wrażenie, że w ten sposób prędzej doprowadziłaby do tragedii, niż faktycznie poprawiła zmiennokształtnej humor.
Cóż, z drugiej strony trudno było oczekiwać czegoś innego. Patrząc na to w jakich warunkach i kiedy dowiedziała się prawdy o bracie, gniew wydawał się w pełni uzasadniony.
Gabriel też zachowywał się inaczej, przynajmniej zdaniem Beatrycze. Po pierwsze, wciąż wyglądał jej na chorego, chociaż zdecydowała się tego nie komentować. A po drugie, myślami wydawał się być gdzieś daleko, najpewniej wciąż myśląc o Renesmee. W takich momentach żałowała, że nie potrafiła bardziej mu pomóc. „Nie pamiętam” zaczynało jawić jej się jako przekleństwo, które zdecydowanie zbyt często musiała wypowiadać na głos. Nie chciała tego, ale jaki tak naprawdę miała wybór?
Ciemność z nią igrała, chociaż Beatrycze wciąż nie miała pewności, co to oznaczało. Wiedziała jedynie, że czuła się zagrożona, bezskutecznie próbując uporządkować coś, czego tak czy siak nie rozumiała. Lawrence jej w tym nie pomagał i to nie tylko dlatego, że on również wyglądał na chętnego, by kogoś zabić, gdyby tylko pojawiła się po temu okazja. To, że nic nie wskazywało na to, by zamierzał porozumieć się z Carlisle’em również doprowadzało Beatrycze do szału, sprawiając, że czuła się trochę jak między młotem a kowadłem.
Jakkolwiek by nie było, wybór z kim zamierzała wrócić do domu, okazał się prosty. Tęskniłam za apartamentowcem i Sage’em, poniekąd traktując go jak Camerona – jak przyjaciela, który nie wymagał od niej niemożliwego, bo i poznał ją dopiero w chwili, w której zyskała drugą szansę. Zresztą Beatrycze czuła, że tak na dobry początek było dla wszystkich prościej. Skoro Carlisle potrzebował czasu, tym bardzie powinna dać go jego rodzinie, zwłaszcza że dla wszystkich jej obecność i rola brzmiały jak coś co najmniej abstrakcyjnego. Miała tylko nadzieję, że z czasem miała okazać się zdolna, by jakkolwiek się w tym wszystkim odnaleźć, chociaż to zdecydowanie nie miało być prostym zadaniem.
Dar Cammy’ego okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli początkowo nie rozumiała, co takiego miał na myśli, próbując wyjaśnić jej specyfikę swoich zdolności, wszystko stało się jasne w dniu wyjazdu, kiedy nie pozostało im nic innego, jak tylko próbować zaryzykować. Właściwie sama nie była pewna, czego powinna się spodziewać, skoro chłopak po prostu chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie, nim jednak zdążyła o cokolwiek zapytać, wyraźnie wyczuła zmianę w sposobie, w jaki spoglądała na rzeczywistość.
To nie było niczym wielkim i podejrzewała, że jako człowiek nawet nie zauważyłaby różnicy. A jednak wyostrzone, wrażliwe zmysły momentalnie dały Beatrycze do zrozumienia, że świat jednak był inny. Wrażenie było takie, jakby otoczyła ich mgła – bardzo delikatna, subtelna i na pierwszy rzut oka prawie niewidzialna, ale jednak obecna.
– Ehm… Cammy…? – rzuciła z wahaniem, a on tylko uśmiechnął się nieco nerwowo.
– Dalej czujesz wszystko… aż tak intensywnie? – zapytał i coś w tym pytaniu dało jej do myślenia.
Dopiero gdy skupiła się na podsuwanych jej przez zmysły bodźcach, pojęła, że wydawały się odległe i jakby mało znaczące. Wszystko dochodziło do niej jakby z oddali, co prawda w pełni rozpoznawalne, ale jednak… inne. Nie miała pewności, w jaki sposób powinna interpretować tę „inność”, ale ten stan dał jej do myślenia. Po chwili wahania doszła nawet do wniosku, że gdyby zaszła taka potrzeba, może faktycznie byłaby w stanie odciąć się od tego, czego nie chciała. Zwłaszcza pragnienia, choć zarazem nie wyobrażała sobie, że to miałoby być aż takie proste.
Nie było.
Przekonała się o tym już w chwili, w której wrócili do Pizy. Obecność ludzi ją drażniła, wręcz doprowadzając do szału. Co prawda zdolności Camerona w znacznym stopniu umniejszały sposób, w jaki postrzegała ludzi, ich krew i odczuwała pragnienie, ale głód wciąż gdzieś tam był, niezmiennie dając jej się we znaki. W gruncie rzeczy myślała tylko o tym – o narastającym pragnieniu i strachu przed tym, że za którymś razem straci kontrole. W efekcie cała podróż przypominała męki piekielne, chociaż to i tak wydawało się niczym, w porównaniu do długich godzin trwania w bólu, które zapewniła jej postępująca przemiana.
Mogła tylko zgadywać, jakim cudem nikt nie zwrócił na nią większej uwagi. Cammy też miał szczęście, że w samolocie zajęła miejsce między nim a Lawrence’em, wciąż zachowując dość zdrowego rozsądku, by zamiast na telepacie, „wyżyć się” na drugim z mężczyzn. Nie potrafiła stwierdzić ile godzin spędziła w ciągłym napięciu, raz po raz wpijając L. palce w ramię i będąc na dobrej drodze, by połamać mu kości.
Słodka bogini, gdyby przynajmniej mogła zasnąć… Poniekąd o tym marzyła, w duchu wręcz modląc się, by dokonać jakiegoś cholernego cudu i choć na moment odpłynąć. Podobno wampiry były stworzone do czekania, co zresztą zasugerował jej Carlisle, a jednak kiedy przyszło co do czego, wcale nie czuła się cierpliwa. Rozpraszanie uwagi nie pomagało, bo najwyraźniej nie dało się ot tak zignorować wrażenia, że ktoś wtykał jej rozpalony do białości pręt do gardła.
Marzyła o świeżym powietrzu i… cóż, krwi. Wszystko jedno jakiej, jeśli tylko mogłaby ją dostać. Wszystko wydawało się lepsze od niepewności i balansowania gdzieś na granicy szaleństwa, bo właśnie w ten sposób wyglądało powstrzymywanie się. Nie miała pojęcia, jakim cudem w ogóle mogli sugerować jej samokontrolę i to, że z czasem panowanie nad sobą mogłoby stać się prostsze. Skoro ledwo dawała sobie radę, z usiedzeniem w miejscu, mając do pomocy uzdolnionych nieśmiertelnych, jak miałaby poradzić sobie w pojedynkę?
Tak czy siak, była gotowa przysiąc, że po kilku godzinach lotu wyglądała jak ktoś, kto wracał z wielkiej bitwy, na dodatek po odniesieniu sromotnej porażki. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, gdy w końcu ruszyła się z miejsca, Lawrence musiał właściwie zanieść ją na parking, bo wciąż miała wrażenie, że nogi za moment odmówią jej posłuszeństwa. Ostatecznie, że mogłaby zrobić coś naprawdę głupiego, gdyby rozproszyła się chociaż na moment. Zabawne, ale pomimo psychicznego zmęczenia i wrażenia, że jej ciało ważyło całą tonę, Beatrycze mogła wręcz założyć się, że bez problemu dokonałaby masowego mordu, gdyby tylko ktoś jej na to pozwolił.
– Może jednak… pojedziecie do nas? – zasugerował z wahaniem Carlisle, kiedy w końcu zdecydowali się rozdzielić. Spoglądał na nią troskliwie, wyraźnie zaniepokojony. – Przynajmniej na kilka dni.
– Jakoś sobie z nią poradzę – zniecierpliwił się Lawrence. – Tak, mamy krew. I najpewniej wkurzonego Sage’a w mieszkaniu – dodał, wywracając oczami.
Beatrycze wysiliła się na blady uśmiech. Na otwartym parkingu i przy panującym mrozie radzenie sobie z pragnieniem przychodziło jej dużo łatwiej.
– No, tak… Sage. – Spojrzała na Lawrence’a z zaciekawieniem. – Taki troskliwy. Powinnam być zazdrosna? – rzuciła zaczepnym tonem.
O dziwo, Lawrence nawet się nie skrzywił. W zamian zmierzył ją wzrokiem, uśmiechając się przy tym w niemalże pobłażliwy sposób.
– Jasne – stwierdził ze spokojem. – Sage nie doprowadza mnie do grobu nagłymi zniknięciami. W sumie związek z nim brzmi zachęcająco.
– Powiedziała najbardziej prawdomówna osoba, jaką znam. Jak dobrze, że sam zwierzasz nam się ze wszystkiego, co robisz – obruszyła się.
Carlisle drgnął, przez moment wyglądając na chętnego, żeby się wtrącić, ale L. nie dał mu po temu okazji.
– Więc się rozumiemy. Widzisz, jak ci ze mną dobrze, radości? – rzucił jakby od niechcenia, opierając się o samochód. – I dlatego zabierasz się do mnie.
– Jadę do ciebie tylko dlatego, że jest bliżej – oznajmiła, próbując zachować resztki godności, ale oboje wiedzieli, że to nie była prawda.
– Mhm, mhm… – Lawrence jakby od niechcenia spojrzał na syna. – Podrzucę ci ją, jak będzie miała mnie dość.
– Do zobaczenia wieczorem, w takim razie.
Przez moment sama nie była pewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Ostatecznie w pośpiechu wsiadła do auta i starannie zablokowała drzwi, chociaż nie sądziła, by takie zabezpieczenie mogło powstrzymać ją przed zrobieniem czegoś głupiego, gdyby jednak straciła nad sobą panowanie. Uświadomiła sobie, że drży, więc nerwowo zacisnęła dłonie na krawędziach fotela, próbując nad sobą zapanować. Nie oddychała, co było dość proste, skoro nie potrzebowała powietrza do niczego innego, prócz wydawania z siebie dźwięków.
Nawet słowem nie skomentowała tego, że Lawrence w końcu do niej dołączył, w pośpiechu odpalając silnik i próbując wymanewrować samochód z parkingu.
– No, już… – mruknął, spoglądając na Beatrycze kątem oka. – Zacznij oddychać, bo zaczynam czuć się nieswojo.
– Nie wiem czy powinnam – przyznała, tym samym pozbywając się ostatnich zapasów tlenu.
– Wierzę, że nie zrobisz nic głupiego – zapewnił, chociaż nie zabrzmiało to zbyt zachęcająco. – Zresztą to już ostatnia prosta. Mówiłem poważnie o tej krwi.
– Ludzkiej…
Lawrence wzruszył ramionami. Mogła spodziewać się takiej reakcji, zwłaszcza po kimś, kto już wcześniej dawał jej do zrozumienia, co sądził o pomyśle polowania na zwierzęta. A jednak mimo wszystko zapragnęła trzepnąć go w ramię, nawet jeśli w ten sposób zdecydowanie nie miała sprawić, by zmienić zdanie.
– Trudno o jakaś inną w banku krwi – zauważył przytomnie. – Pamiętasz, co ci powiedziałem? Im szybciej spróbujesz, tym łatwiej będzie ci się przyzwyczaić – dodał łagodniej.
– Carlisle też tak uważa? – zapytała z powątpiewaniem.
– Pojechałaś ze mną, nie z nim – przypomniał jej usłużnie. – Ale zrobisz to, co uważasz za słuszne. Wydawało mi się po prostu, że mi ufasz, radości.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Próbował igrać z jej uczuciami? Nie miała pewności, a jego ton ani trochę nie pomagał w określeniu, czego powinna się spodziewać. W przypadku Lawrence’a nic nie było nawet w połowie tak oczywiste, jak mogłaby się tego spodziewać.
– Nieważne – powiedziała w końcu, siląc się na spokój. Wszystko wydawało się lepsze od trwania w ciszy. – A gdybym faktycznie chciała jechać do Carlisle’a… towarzyszyłbyś mi? – zapytała wprost.
Zauważyła, że L. drgnął. Palce wampira bardziej stanowczo zacisnęły się na kierownicy, aż zaczęła się martwić, czy przypadkiem nie zamierzał zrobić czegoś nieprzewidywalnego. Ostatnim, czego oboje potrzebowali, był wypadek drogowy, chociaż kolizja w wykonaniu wampira wydawała się czymś co najmniej mało prawdopodobnym.
– Dlaczego mam wrażenie, że teraz będziesz starała się zmusić nas do porozumienia? – mruknął, z uporem wpatrując się w drogę.
Zmusić… – powtórzyła z namysłem. Z jakiegoś powodu zwłaszcza w ustach Lawrence’a to jedno słowo zabrzmiało bardzo, ale to bardzo źle. – To brzmi trochę ostatecznie.
– Więc się rozumiemy.
Po wyrazie jego twarzy poznała, że niekoniecznie. Spróbowała uśmiechnąć się uspokajająco, ale czuła, że wyszło jej to dość marnie.
– Jestem… matką. To nic, że uciekły mi całe lata. – Założyła ramiona na piersi. – Co złego w tym, że chciałabym, żeby mój syn i mąż się dogadywali albo…
Auto szarpnęło tak gwałtownie, że aż się wzdrygnęła. Niewiele brakowało, żeby z impetem uderzyła w drzwiczki, dopiero po chwili będąc w stanie odzyskać równowagę. Lawrence też momentalnie nad sobą zapanował, obojętny na ostrzegawcze dźwięki klaksonów. Natychmiast wyrównał kierunek i zwolnił, żeby łatwiej panować nad samochodem.
– Ja… Cholera – wyrwało mu się. – Wybacz, ale… Jak ty mnie nazwałaś?
Przez moment spoglądała na niego bezradnie. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby zrozumieć, co tak naprawdę mogło być problemem.
– Moim mężem – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Ja wiem, że gdzieś tam było, że „nie opuszczę cię aż do śmierci”, więc to w naszym wypadku nieaktualne, ale myślałam…
– Och, Beatrycze.
Zamilkł, potrząsając z niedowierzaniem głową. Zacisnęła usta, z uporem milcząc i próbując w jakiś sensowny sposób zinterpretować jego słowa. Czy zrobiła coś nie tak? Nie miała pojęcia, zwłaszcza że wszystko tak czy inaczej było dla niej nowe. Mimo wszystko sądziła, że jej relacja z Lawrence’em była dość oczywista, bo tak naprawdę nigdy nie uległa zmianie.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wbijając wzrok w krajobraz za oknem. Seattle jak zwykle tętniło życiem, ale wszystko działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione znaczenia. Nagle poczuła się jak pod wpływem daru Camerona, zwielokrotnionym do tego stopnia, że wszystko wokół przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. W głowie miała pustkę, co ani trochę jej nie pomagało, zwłaszcza że wystarczyła chwila, by poczuła się naprawdę przygnębiona.
Możliwe, że wciąż czegoś nie rozumiała. Zniknęła na tyle lat, że wymaganie od Lawrence’a powrotu do tego, co budowali przed jej śmiercią, mogło być niemożliwe. Ba! Na pewno było. Carlisle od dawna był dorosły, zresztą nie potrafiła zachowywać się tak, jak jego matka. W zasadzie nie miała pewności, czy wiedziała, co to tak naprawdę oznaczało. Esme mogła mówić, co tylko chciała, ale to nadal nie było nawet w połowie tak proste, jak sugerowały słowa wampirzycy.
Straciła dość, by odzyskanie utraconego czasu graniczyło z cudem. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że po tym wszystkim wciąż pozostawała naiwna i wręcz niewinna, przynajmniej w oczach wszystkich wokół – a już zwłaszcza L. Możliwe, że tak właśnie było. Może właśnie taki obraz mu dawała, próbując się w tym wszystkim odnaleźć; wymagając, chociaż to brzmiało jak pogoń za snem, który tak czy siak nie miał stać się rzeczywistością.
Z drugiej strony, jak inaczej miała traktować Lawrence’a, skoro on sam zachowywał się tak, jakby nic się nie zmieniło? Kochała go. I to ze wzajemnością, co dobitnie dawał jej na każdym kroku do zrozumienia. Na litość Boską, sprowadził ją tu aż z samego piekła, jeśli tak mogła określić stworzony przez Ciemność świat. Cały ten czas robił wszystko, byleby zapewnić jej bezpieczeństwo. Na swój sposób opiekował się nią, nawet jeśli jego działania pod wieloma względami pozostawiały wiele do życzenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że zrobił wystarczająco, by jego stosunek względem niej jawił się jako coś oczywistego.
Oddała mu się – tak po prostu, bo to wydawało jej się naturalne. Czy w takim przypadku nie miała prawa sądzić, że traktował ją jak żonę i…?
– Beatrycze?
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na brzmienie własnego imienia. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym przeniosła wzrok na Lawrence’a, przy okazji przekonując się, że wampir spoglądał na nią wyczekująco. Miała wrażenie, że próbował zwrócić jej uwagę już od dłuższego czasu, zaraz też pojęła, że zdążył zatrzymać samochód przed znajomym apartamentowcem.
– Och, tak… – zreflektowała się. Nie pierwszy raz błogosławiła fakt, że nie była w stanie się zarumienić. – Wybacz… Zamyśliłam się.
– Doprawdy? – rzucił z wyraźnym powątpiewaniem, ale nie odpowiedziała, w zamian skupiając się na próbach odblokowania drzwi.
– Jestem zmęczona. Nie wiem czy to możliwe, ale naprawdę tak się czuję – wyjaśniła, bo to wcale aż tak bardzo nie mijało się z prawdą. – No i w końcu będę mogła doprowadzić się do porządku, a to też dobrze, nie? Marze o prysznicu.
Miała wrażenie, że zaczyna bredzić trzy po trzy. To, że Lawrence po prostu ją obserwował, z uporem przy tym milcząc, jedynie utwierdziło ją w tym przekonaniu. Najwyraźniej po raz kolejny była na dobrej drodze, by zrobić z siebie idiotkę, ale powoli zaczynała do tego przywykać. W końcu czemu nie, prawda? W zasadzie zaczynało jej być wszystko jedno.
Prawie.
– Zaczekaj – upomniał ją Lawrence, w pośpiechu wysiadając z auta. Okrążył je nim w ogóle zdążyła się zastanowić, całkowicie obojętny na to, czy ktoś mógłby go zauważyć. – Tutaj wszędzie są ludzie. Jeśli pozwolisz…
Z powątpiewaniem spojrzała na niego, kiedy otworzył drzwiczki po jej stronie, zachęcająco wyciągając ku niej dłoń. Przełknęła z trudem, krzywiąc się, gdy do głosu po raz kolejny doszło pragnienie. W milczeniu wpatrywała się w jego rękę, dopiero po dłuższej chwili otrząsając się na tyle, by zdecydować się ją ująć. Pozwoliła, by pomógł jej wysiąść, a później w niemalże zaborczy sposób przygarnął do siebie. Co prawda rozumiała, że chciał mieć nad nią kontrolę, gdyby nagle zbytnio poddała się instynktowni, ale z drugiej strony…
– Coś nie tak? – szepnął jej wprost do ucha, tym samym skutecznie przyprawiając oszołomioną wampirzyce o dreszcze.
Czuła, że pytał o coś więcej, niż tylko o to, czy przypadkiem nie zamierzała pozbyć się kilku przypadkowych przechodniów. Spoglądał przy tym na nią wyczekująco, wyraźnie zmartwiony. Otworzyła usta, świadoma, że powinna coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. Ostatecznie nie powiedziała niczego, w zamian znacząco kiwając głową w stronę wejścia do apartamentowca. Nawet jeśli Lawrence miał jakieś uwagi, zachował je dla siebie, być może uznając, że wszystko i tak sprowadzało się do głodu, który odczuwała.
Kto wie, może właśnie tak było? Może powinna w to uwierzyć, zwłaszcza że wciąż powtarzali jej, że miała prawo być chwiejna? Od samego początku ledwo panowała nad emocjami, więc to tym bardziej wydawało się sensowne.
– Beatrycze, moja piękna!
Jakimś cudem nie wyczuła Sage’a. Nie zmieniało to jednak faktu, że znalazła się w jego ramionach, ledwo tylko przekroczyła próg mieszkania. Pachniał przyjemnie słodko, zaś jego uścisk okazał się pewny i silny, dzięki czemu poczuła się po prostu bezpiecznie. Machinalnie odwzajemniła się, w końcu będąc w stanie szczerze się uśmiechnąć.
– Przepraszam – wymamrotała, bo to było pierwszym, co przyszło jej do głowy. Kto jak kto, ale Sage zdecydowanie zasłużył na przeprosiny, zwłaszcza od niej. – Ja po prostu…
– Nawet się nie tłumacz! – obruszył się wampir, odsuwając ją na długość wyciągniętych ramion. – Dobrze, że nic ci nie jest… No, prawie – dodał, lekko przekrzywiając głowę. Widziała, że próbował przywyknąć jej do widoku pod postacią wampirzycy. – Wciąż piękna – stwierdził z przekonaniem.
– Dzięku…
– Nie zapędzasz się trochę? – mruknął Lawrence, nie dając jej dokończyć.
Żartował sobie, a przynajmniej zakładała, że nie był zazdrosny o Sage’a. Jakkolwiek by jednak nie było, w odpowiedzi na słowa Lawrence’a, obejmujący ją wampir wyprostował się niczym struna, w następnej sekundzie bezceremonialnie doskakując do Cullena – i to tylko po to, by bez jakiegokolwiek ostrzeżenia uderzyć go pięścią w twarz.
Pamiętała przede wszystkim ogłuszający huk, który skutecznie wytrącił ją z równowagi. Wszystko działo się tak szybko, że nawet mimo wyostrzonych zmysłów ledwo była w stanie nadążyć za tym, co się działo. Tkwiła w miejscu, bezmyślnie spoglądając to na zadziwiająco spokojnego Sage’a, to znów na wyraźnie zaskoczonego Lawrence’a. Wampir zatoczył się na ścianę, z niedowierzaniem spoglądając na swojego stwórcę, jakby sam nie był pewien, co powinien zrobić – zacząć kląć na czym świat stoi, czy może podziękować, że Sage nie pokusił się o zepchnięcie go ze schodów albo – tak dla lepszego efektu – wypchnięcie przez barierkę balkonu.
Sage wyprostował się i – strzepnąwszy jakiś niewidzialny pyłek ze swoje marynarki – jakby od niechcenia zmierzył wzrokiem wciąż milczącego L.
– Wiesz za co – oznajmił niemalże pogodnym tonem. Zaraz po tym przeniósł wzrok na nią, lekko kiwając jej głową. – Jak wspomniałem, miło mi cię widzieć. Zwłaszcza w dobrym stanie, Beatrycze – dodał o wiele łagodniej, wręcz uprzejmie. – Dobrej nocy, moi drodzy.
Z tymi słowami wyszedł, zostawiając ich samych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa