
Beatrycze
Ta podróż okazała się jedną z najgorszych,
jakich kiedykolwiek doświadczyła. Nawet w drodze do Chainni aż do tego
stopnia się nie denerwowała. Teraz na domiar złego nie potrafiła ot tak się
„wyłączyć”, w efekcie siedząc niemalże jak na szpilkach, a w duchu
modląc o to, by nagle nie wydarzyło się coś, co finalnie doprowadziłoby o tragedii.
Mimo
wszystko miała wrażenie, że nic nie jest takie, jak być powinno. Atmosfera
wciąż była napięta, poniekąd przez obecność Lei, która może i wróciła do
domu (Beatrycze wolała nie zastanawiać się nad tym, czy wilczyca faktycznie
zrobiła to z własnej woli), ale z uporem unikała wszystkich wokół.
Wampirzyca miała ochotę z nią porozmawiać, ale ostatecznie tego nie
zrobiła, mając wrażenie, że w ten sposób prędzej doprowadziłaby do
tragedii, niż faktycznie poprawiła zmiennokształtnej humor.
Cóż, z drugiej
strony trudno było oczekiwać czegoś innego. Patrząc na to w jakich
warunkach i kiedy dowiedziała się prawdy o bracie, gniew wydawał się w pełni
uzasadniony.
Gabriel też
zachowywał się inaczej, przynajmniej zdaniem Beatrycze. Po pierwsze, wciąż
wyglądał jej na chorego, chociaż zdecydowała się tego nie komentować. A po
drugie, myślami wydawał się być gdzieś daleko, najpewniej wciąż myśląc o Renesmee.
W takich momentach żałowała, że nie potrafiła bardziej mu pomóc. „Nie
pamiętam” zaczynało jawić jej się jako przekleństwo, które zdecydowanie zbyt
często musiała wypowiadać na głos. Nie chciała tego, ale jaki tak naprawdę
miała wybór?
Ciemność z nią
igrała, chociaż Beatrycze wciąż nie miała pewności, co to oznaczało. Wiedziała
jedynie, że czuła się zagrożona, bezskutecznie próbując uporządkować coś, czego
tak czy siak nie rozumiała. Lawrence jej w tym nie pomagał i to nie
tylko dlatego, że on również wyglądał na chętnego, by kogoś zabić, gdyby tylko
pojawiła się po temu okazja. To, że nic nie wskazywało na to, by zamierzał
porozumieć się z Carlisle’em również doprowadzało Beatrycze do szału,
sprawiając, że czuła się trochę jak między młotem a kowadłem.
Jakkolwiek
by nie było, wybór z kim zamierzała wrócić do domu, okazał się prosty. Tęskniłam
za apartamentowcem i Sage’em, poniekąd traktując go jak Camerona – jak
przyjaciela, który nie wymagał od niej niemożliwego, bo i poznał ją
dopiero w chwili, w której zyskała drugą szansę. Zresztą Beatrycze
czuła, że tak na dobry początek było dla wszystkich prościej. Skoro Carlisle
potrzebował czasu, tym bardzie powinna dać go jego rodzinie, zwłaszcza że dla
wszystkich jej obecność i rola brzmiały jak coś co najmniej
abstrakcyjnego. Miała tylko nadzieję, że z czasem miała okazać się zdolna,
by jakkolwiek się w tym wszystkim odnaleźć, chociaż to zdecydowanie nie
miało być prostym zadaniem.
Dar
Cammy’ego okazał się strzałem w dziesiątkę. Jeśli początkowo nie
rozumiała, co takiego miał na myśli, próbując wyjaśnić jej specyfikę swoich
zdolności, wszystko stało się jasne w dniu wyjazdu, kiedy nie pozostało im
nic innego, jak tylko próbować zaryzykować. Właściwie sama nie była pewna,
czego powinna się spodziewać, skoro chłopak po prostu chwycił ją za ramię i przyciągnął
do siebie, nim jednak zdążyła o cokolwiek zapytać, wyraźnie wyczuła zmianę
w sposobie, w jaki spoglądała na rzeczywistość.
To nie było
niczym wielkim i podejrzewała, że jako człowiek nawet nie zauważyłaby
różnicy. A jednak wyostrzone, wrażliwe zmysły momentalnie dały Beatrycze
do zrozumienia, że świat jednak był inny. Wrażenie było takie, jakby otoczyła
ich mgła – bardzo delikatna, subtelna i na pierwszy rzut oka prawie
niewidzialna, ale jednak obecna.
– Ehm…
Cammy…? – rzuciła z wahaniem, a on tylko uśmiechnął się nieco
nerwowo.
– Dalej
czujesz wszystko… aż tak intensywnie? – zapytał i coś w tym pytaniu
dało jej do myślenia.
Dopiero gdy
skupiła się na podsuwanych jej przez zmysły bodźcach, pojęła, że wydawały się
odległe i jakby mało znaczące. Wszystko dochodziło do niej jakby z oddali,
co prawda w pełni rozpoznawalne, ale jednak… inne. Nie miała pewności, w jaki
sposób powinna interpretować tę „inność”, ale ten stan dał jej do myślenia. Po
chwili wahania doszła nawet do wniosku, że gdyby zaszła taka potrzeba, może
faktycznie byłaby w stanie odciąć się od tego, czego nie chciała. Zwłaszcza
pragnienia, choć zarazem nie wyobrażała sobie, że to miałoby być aż takie
proste.
Nie było.
Przekonała
się o tym już w chwili, w której wrócili do Pizy. Obecność ludzi
ją drażniła, wręcz doprowadzając do szału. Co prawda zdolności Camerona w znacznym
stopniu umniejszały sposób, w jaki postrzegała ludzi, ich krew i odczuwała
pragnienie, ale głód wciąż gdzieś tam był, niezmiennie dając jej się we znaki. W gruncie
rzeczy myślała tylko o tym – o narastającym pragnieniu i strachu
przed tym, że za którymś razem straci kontrole. W efekcie cała podróż
przypominała męki piekielne, chociaż to i tak wydawało się niczym, w porównaniu
do długich godzin trwania w bólu, które zapewniła jej postępująca
przemiana.
Mogła tylko
zgadywać, jakim cudem nikt nie zwrócił na nią większej uwagi. Cammy też miał
szczęście, że w samolocie zajęła miejsce między nim a Lawrence’em,
wciąż zachowując dość zdrowego rozsądku, by zamiast na telepacie, „wyżyć się”
na drugim z mężczyzn. Nie potrafiła stwierdzić ile godzin spędziła w ciągłym
napięciu, raz po raz wpijając L. palce w ramię i będąc na dobrej
drodze, by połamać mu kości.
Słodka
bogini, gdyby przynajmniej mogła zasnąć… Poniekąd o tym marzyła, w duchu
wręcz modląc się, by dokonać jakiegoś cholernego cudu i choć na moment
odpłynąć. Podobno wampiry były stworzone do czekania, co zresztą zasugerował
jej Carlisle, a jednak kiedy przyszło co do czego, wcale nie czuła się
cierpliwa. Rozpraszanie uwagi nie pomagało, bo najwyraźniej nie dało się ot tak
zignorować wrażenia, że ktoś wtykał jej rozpalony do białości pręt do gardła.
Marzyła o świeżym
powietrzu i… cóż, krwi. Wszystko jedno jakiej, jeśli tylko mogłaby ją dostać.
Wszystko wydawało się lepsze od niepewności i balansowania gdzieś na
granicy szaleństwa, bo właśnie w ten sposób wyglądało powstrzymywanie się.
Nie miała pojęcia, jakim cudem w ogóle mogli sugerować jej samokontrolę i to,
że z czasem panowanie nad sobą mogłoby stać się prostsze. Skoro ledwo
dawała sobie radę, z usiedzeniem w miejscu, mając do pomocy
uzdolnionych nieśmiertelnych, jak miałaby poradzić sobie w pojedynkę?
Tak czy
siak, była gotowa przysiąc, że po kilku godzinach lotu wyglądała jak ktoś, kto
wracał z wielkiej bitwy, na dodatek po odniesieniu sromotnej porażki.
Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, gdy w końcu ruszyła się z miejsca,
Lawrence musiał właściwie zanieść ją na parking, bo wciąż miała wrażenie, że
nogi za moment odmówią jej posłuszeństwa. Ostatecznie, że mogłaby zrobić coś
naprawdę głupiego, gdyby rozproszyła się chociaż na moment. Zabawne, ale pomimo
psychicznego zmęczenia i wrażenia, że jej ciało ważyło całą tonę,
Beatrycze mogła wręcz założyć się, że bez problemu dokonałaby masowego mordu,
gdyby tylko ktoś jej na to pozwolił.
– Może
jednak… pojedziecie do nas? – zasugerował z wahaniem Carlisle, kiedy w końcu
zdecydowali się rozdzielić. Spoglądał na nią troskliwie, wyraźnie
zaniepokojony. – Przynajmniej na kilka dni.
– Jakoś
sobie z nią poradzę – zniecierpliwił się Lawrence. – Tak, mamy krew. I najpewniej
wkurzonego Sage’a w mieszkaniu – dodał, wywracając oczami.
Beatrycze
wysiliła się na blady uśmiech. Na otwartym parkingu i przy panującym
mrozie radzenie sobie z pragnieniem przychodziło jej dużo łatwiej.
– No, tak…
Sage. – Spojrzała na Lawrence’a z zaciekawieniem. – Taki troskliwy.
Powinnam być zazdrosna? – rzuciła zaczepnym tonem.
O dziwo,
Lawrence nawet się nie skrzywił. W zamian zmierzył ją wzrokiem,
uśmiechając się przy tym w niemalże pobłażliwy sposób.
– Jasne –
stwierdził ze spokojem. – Sage nie doprowadza mnie do grobu nagłymi
zniknięciami. W sumie związek z nim brzmi zachęcająco.
–
Powiedziała najbardziej prawdomówna osoba, jaką znam. Jak dobrze, że sam
zwierzasz nam się ze wszystkiego, co robisz – obruszyła się.
Carlisle
drgnął, przez moment wyglądając na chętnego, żeby się wtrącić, ale L. nie dał
mu po temu okazji.
– Więc się
rozumiemy. Widzisz, jak ci ze mną dobrze, radości? – rzucił jakby od
niechcenia, opierając się o samochód. – I dlatego zabierasz się do
mnie.
– Jadę do
ciebie tylko dlatego, że jest bliżej – oznajmiła, próbując zachować resztki
godności, ale oboje wiedzieli, że to nie była prawda.
– Mhm, mhm…
– Lawrence jakby od niechcenia spojrzał na syna. – Podrzucę ci ją, jak będzie
miała mnie dość.
– Do
zobaczenia wieczorem, w takim razie.
Przez
moment sama nie była pewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Ostatecznie w pośpiechu
wsiadła do auta i starannie zablokowała drzwi, chociaż nie sądziła, by
takie zabezpieczenie mogło powstrzymać ją przed zrobieniem czegoś głupiego,
gdyby jednak straciła nad sobą panowanie. Uświadomiła sobie, że drży, więc
nerwowo zacisnęła dłonie na krawędziach fotela, próbując nad sobą zapanować. Nie
oddychała, co było dość proste, skoro nie potrzebowała powietrza do niczego
innego, prócz wydawania z siebie dźwięków.
Nawet słowem
nie skomentowała tego, że Lawrence w końcu do niej dołączył, w pośpiechu
odpalając silnik i próbując wymanewrować samochód z parkingu.
– No, już… –
mruknął, spoglądając na Beatrycze kątem oka. – Zacznij oddychać, bo zaczynam
czuć się nieswojo.
– Nie wiem
czy powinnam – przyznała, tym samym pozbywając się ostatnich zapasów tlenu.
– Wierzę,
że nie zrobisz nic głupiego – zapewnił, chociaż nie zabrzmiało to zbyt
zachęcająco. – Zresztą to już ostatnia prosta. Mówiłem poważnie o tej
krwi.
– Ludzkiej…
Lawrence
wzruszył ramionami. Mogła spodziewać się takiej reakcji, zwłaszcza po kimś, kto
już wcześniej dawał jej do zrozumienia, co sądził o pomyśle polowania na
zwierzęta. A jednak mimo wszystko zapragnęła trzepnąć go w ramię, nawet
jeśli w ten sposób zdecydowanie nie miała sprawić, by zmienić zdanie.
– Trudno o jakaś
inną w banku krwi – zauważył przytomnie. – Pamiętasz, co ci powiedziałem?
Im szybciej spróbujesz, tym łatwiej będzie ci się przyzwyczaić – dodał łagodniej.
– Carlisle
też tak uważa? – zapytała z powątpiewaniem.
–
Pojechałaś ze mną, nie z nim – przypomniał jej usłużnie. – Ale zrobisz to,
co uważasz za słuszne. Wydawało mi się po prostu, że mi ufasz, radości.
Prychnęła,
nie mogąc się powstrzymać. Próbował igrać z jej uczuciami? Nie miała pewności,
a jego ton ani trochę nie pomagał w określeniu, czego powinna się spodziewać.
W przypadku Lawrence’a nic nie było nawet w połowie tak oczywiste,
jak mogłaby się tego spodziewać.
– Nieważne –
powiedziała w końcu, siląc się na spokój. Wszystko wydawało się lepsze od
trwania w ciszy. – A gdybym faktycznie chciała jechać do Carlisle’a…
towarzyszyłbyś mi? – zapytała wprost.
Zauważyła,
że L. drgnął. Palce wampira bardziej stanowczo zacisnęły się na kierownicy, aż
zaczęła się martwić, czy przypadkiem nie zamierzał zrobić czegoś
nieprzewidywalnego. Ostatnim, czego oboje potrzebowali, był wypadek drogowy,
chociaż kolizja w wykonaniu wampira wydawała się czymś co najmniej mało
prawdopodobnym.
– Dlaczego
mam wrażenie, że teraz będziesz starała się zmusić nas do porozumienia? –
mruknął, z uporem wpatrując się w drogę.
– Zmusić… – powtórzyła z namysłem. Z jakiegoś
powodu zwłaszcza w ustach Lawrence’a to jedno słowo zabrzmiało bardzo, ale
to bardzo źle. – To brzmi trochę ostatecznie.
– Więc się
rozumiemy.
Po wyrazie
jego twarzy poznała, że niekoniecznie. Spróbowała uśmiechnąć się uspokajająco,
ale czuła, że wyszło jej to dość marnie.
– Jestem…
matką. To nic, że uciekły mi całe lata. – Założyła ramiona na piersi. – Co
złego w tym, że chciałabym, żeby mój syn i mąż się dogadywali albo…
Auto szarpnęło
tak gwałtownie, że aż się wzdrygnęła. Niewiele brakowało, żeby z impetem
uderzyła w drzwiczki, dopiero po chwili będąc w stanie odzyskać
równowagę. Lawrence też momentalnie nad sobą zapanował, obojętny na ostrzegawcze
dźwięki klaksonów. Natychmiast wyrównał kierunek i zwolnił, żeby łatwiej panować
nad samochodem.
– Ja…
Cholera – wyrwało mu się. – Wybacz, ale… Jak ty mnie nazwałaś?
Przez
moment spoglądała na niego bezradnie. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby
zrozumieć, co tak naprawdę mogło być problemem.
– Moim
mężem – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Ja wiem, że gdzieś
tam było, że „nie opuszczę cię aż do śmierci”, więc to w naszym wypadku
nieaktualne, ale myślałam…
– Och,
Beatrycze.
Zamilkł,
potrząsając z niedowierzaniem głową. Zacisnęła usta, z uporem milcząc
i próbując w jakiś sensowny sposób zinterpretować jego słowa. Czy
zrobiła coś nie tak? Nie miała pojęcia, zwłaszcza że wszystko tak czy inaczej
było dla niej nowe. Mimo wszystko sądziła, że jej relacja z Lawrence’em
była dość oczywista, bo tak naprawdę nigdy nie uległa zmianie.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, wbijając wzrok w krajobraz za oknem. Seattle
jak zwykle tętniło życiem, ale wszystko działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione
znaczenia. Nagle poczuła się jak pod wpływem daru Camerona, zwielokrotnionym do
tego stopnia, że wszystko wokół przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. W głowie
miała pustkę, co ani trochę jej nie pomagało, zwłaszcza że wystarczyła chwila,
by poczuła się naprawdę przygnębiona.
Możliwe, że
wciąż czegoś nie rozumiała. Zniknęła na tyle lat, że wymaganie od Lawrence’a
powrotu do tego, co budowali przed jej śmiercią, mogło być niemożliwe. Ba! Na
pewno było. Carlisle od dawna był dorosły, zresztą nie potrafiła zachowywać się
tak, jak jego matka. W zasadzie nie miała pewności, czy wiedziała, co to tak
naprawdę oznaczało. Esme mogła mówić, co tylko chciała, ale to nadal nie było
nawet w połowie tak proste, jak sugerowały słowa wampirzycy.
Straciła
dość, by odzyskanie utraconego czasu graniczyło z cudem. Nie mogła pozbyć
się wrażenia, że po tym wszystkim wciąż pozostawała naiwna i wręcz
niewinna, przynajmniej w oczach wszystkich wokół – a już zwłaszcza L.
Możliwe, że tak właśnie było. Może właśnie taki obraz mu dawała, próbując się w tym
wszystkim odnaleźć; wymagając, chociaż to brzmiało jak pogoń za snem, który tak
czy siak nie miał stać się rzeczywistością.
Z drugiej
strony, jak inaczej miała traktować Lawrence’a, skoro on sam zachowywał się
tak, jakby nic się nie zmieniło? Kochała go. I to ze wzajemnością, co
dobitnie dawał jej na każdym kroku do zrozumienia. Na litość Boską, sprowadził
ją tu aż z samego piekła, jeśli tak mogła określić stworzony przez
Ciemność świat. Cały ten czas robił wszystko, byleby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Na swój sposób opiekował się nią, nawet jeśli jego działania pod wieloma
względami pozostawiały wiele do życzenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że zrobił
wystarczająco, by jego stosunek względem niej jawił się jako coś oczywistego.
Oddała mu
się – tak po prostu, bo to wydawało jej się naturalne. Czy w takim
przypadku nie miała prawa sądzić, że traktował ją jak żonę i…?
–
Beatrycze?
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na brzmienie własnego imienia. Zamrugała nieco
nieprzytomnie, po czym przeniosła wzrok na Lawrence’a, przy okazji przekonując się,
że wampir spoglądał na nią wyczekująco. Miała wrażenie, że próbował zwrócić jej
uwagę już od dłuższego czasu, zaraz też pojęła, że zdążył zatrzymać samochód
przed znajomym apartamentowcem.
– Och, tak…
– zreflektowała się. Nie pierwszy raz błogosławiła fakt, że nie była w stanie
się zarumienić. – Wybacz… Zamyśliłam się.
– Doprawdy?
– rzucił z wyraźnym powątpiewaniem, ale nie odpowiedziała, w zamian
skupiając się na próbach odblokowania drzwi.
– Jestem
zmęczona. Nie wiem czy to możliwe, ale naprawdę tak się czuję – wyjaśniła, bo
to wcale aż tak bardzo nie mijało się z prawdą. – No i w końcu
będę mogła doprowadzić się do porządku, a to też dobrze, nie? Marze o prysznicu.
Miała
wrażenie, że zaczyna bredzić trzy po trzy. To, że Lawrence po prostu ją
obserwował, z uporem przy tym milcząc, jedynie utwierdziło ją w tym
przekonaniu. Najwyraźniej po raz kolejny była na dobrej drodze, by zrobić z siebie
idiotkę, ale powoli zaczynała do tego przywykać. W końcu czemu nie, prawda?
W zasadzie zaczynało jej być wszystko jedno.
Prawie.
– Zaczekaj –
upomniał ją Lawrence, w pośpiechu wysiadając z auta. Okrążył je nim w ogóle
zdążyła się zastanowić, całkowicie obojętny na to, czy ktoś mógłby go zauważyć.
– Tutaj wszędzie są ludzie. Jeśli pozwolisz…
Z
powątpiewaniem spojrzała na niego, kiedy otworzył drzwiczki po jej stronie, zachęcająco
wyciągając ku niej dłoń. Przełknęła z trudem, krzywiąc się, gdy do głosu po
raz kolejny doszło pragnienie. W milczeniu wpatrywała się w jego
rękę, dopiero po dłuższej chwili otrząsając się na tyle, by zdecydować się ją
ująć. Pozwoliła, by pomógł jej wysiąść, a później w niemalże zaborczy
sposób przygarnął do siebie. Co prawda rozumiała, że chciał mieć nad nią
kontrolę, gdyby nagle zbytnio poddała się instynktowni, ale z drugiej
strony…
– Coś nie
tak? – szepnął jej wprost do ucha, tym samym skutecznie przyprawiając oszołomioną
wampirzyce o dreszcze.
Czuła, że
pytał o coś więcej, niż tylko o to, czy przypadkiem nie zamierzała
pozbyć się kilku przypadkowych przechodniów. Spoglądał przy tym na nią wyczekująco,
wyraźnie zmartwiony. Otworzyła usta, świadoma, że powinna coś powiedzieć, ale z jakiegoś
powodu nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. Ostatecznie nie powiedziała
niczego, w zamian znacząco kiwając głową w stronę wejścia do
apartamentowca. Nawet jeśli Lawrence miał jakieś uwagi, zachował je dla siebie,
być może uznając, że wszystko i tak sprowadzało się do głodu, który odczuwała.
Kto wie,
może właśnie tak było? Może powinna w to uwierzyć, zwłaszcza że wciąż powtarzali
jej, że miała prawo być chwiejna? Od samego początku ledwo panowała nad emocjami,
więc to tym bardziej wydawało się sensowne.
– Beatrycze,
moja piękna!
Jakimś cudem
nie wyczuła Sage’a. Nie zmieniało to jednak faktu, że znalazła się w jego
ramionach, ledwo tylko przekroczyła próg mieszkania. Pachniał przyjemnie słodko,
zaś jego uścisk okazał się pewny i silny, dzięki czemu poczuła się po
prostu bezpiecznie. Machinalnie odwzajemniła się, w końcu będąc w stanie
szczerze się uśmiechnąć.
– Przepraszam
– wymamrotała, bo to było pierwszym, co przyszło jej do głowy. Kto jak kto, ale
Sage zdecydowanie zasłużył na przeprosiny, zwłaszcza od niej. – Ja po prostu…
– Nawet się
nie tłumacz! – obruszył się wampir, odsuwając ją na długość wyciągniętych
ramion. – Dobrze, że nic ci nie jest… No, prawie – dodał, lekko przekrzywiając głowę.
Widziała, że próbował przywyknąć jej do widoku pod postacią wampirzycy. – Wciąż
piękna – stwierdził z przekonaniem.
– Dzięku…
– Nie
zapędzasz się trochę? – mruknął Lawrence, nie dając jej dokończyć.
Żartował
sobie, a przynajmniej zakładała, że nie był zazdrosny o Sage’a. Jakkolwiek
by jednak nie było, w odpowiedzi na słowa Lawrence’a, obejmujący ją wampir
wyprostował się niczym struna, w następnej sekundzie bezceremonialnie doskakując
do Cullena – i to tylko po to, by bez jakiegokolwiek ostrzeżenia uderzyć
go pięścią w twarz.
Pamiętała
przede wszystkim ogłuszający huk, który skutecznie wytrącił ją z równowagi.
Wszystko działo się tak szybko, że nawet mimo wyostrzonych zmysłów ledwo była w stanie
nadążyć za tym, co się działo. Tkwiła w miejscu, bezmyślnie spoglądając to
na zadziwiająco spokojnego Sage’a, to znów na wyraźnie zaskoczonego Lawrence’a.
Wampir zatoczył się na ścianę, z niedowierzaniem spoglądając na swojego stwórcę,
jakby sam nie był pewien, co powinien zrobić – zacząć kląć na czym świat stoi,
czy może podziękować, że Sage nie pokusił się o zepchnięcie go ze schodów
albo – tak dla lepszego efektu – wypchnięcie przez barierkę balkonu.
Sage
wyprostował się i – strzepnąwszy jakiś niewidzialny pyłek ze swoje marynarki
– jakby od niechcenia zmierzył wzrokiem wciąż milczącego L.
– Wiesz za
co – oznajmił niemalże pogodnym tonem. Zaraz po tym przeniósł wzrok na nią,
lekko kiwając jej głową. – Jak wspomniałem, miło mi cię widzieć. Zwłaszcza w dobrym
stanie, Beatrycze – dodał o wiele łagodniej, wręcz uprzejmie. – Dobrej
nocy, moi drodzy.
Z tymi słowami
wyszedł, zostawiając ich samych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz