
Gabriel
To Joce jako pierwsza wpadła
mu w ramiona. Pojawiła się dosłownie znikąd, ale to nie miało znaczenia,
zwłaszcza że nie pozostawiła mu innego wyboru, jak tylko przygarnąć ją do
siebie. W pierwszym odruchu zesztywniał, niemalże obawiając się tego, że coś w
zapachu jej krwi albo pulsującej od dziewczyny energii sprawi, że znów spróbuje
ją skrzywdzić, ale nic podobnego nie miało miejsca. Mimo wszystko i tak poczuł
na sobie wymowne spojrzenie wyraźnie zmartwionej Layli, ale zignorował je, z
uporem próbując udawać, że nie działo się nic wartego uwagi.
– Hej,
księżniczko – rzucił, siląc się na pogodny ton głosu. To, że mógłby być
zmęczony, wydawało mu się w pełni naturalne.
– Martwiłam
się – oznajmiła, ale brzmiała wystarczająco spokojnie, by nabrał pewności, że
podczas jego nieobecności nie wydarzyło się nic wartego uwagi. Zresztą i tak
daliby mu znać, gdyby było inaczej. – Co z Beatrycze?
– Och… Bez
potrzeby – stwierdził, jakby od niechcenia przeczesując jej włosy palcami. –
Beatrycze pewnie sama z tobą porozmawiać, kiedy tylko się tutaj pojawi.
Dziewczyna
odsunęła się, by móc na niego spojrzeć. Wyglądała blado, ale nie aż tak, jak
zaraz po powrocie z siedziby łowców. Przynajmniej miał wrażenie, że chociaż ona
jedna dochodziła do siebie. Wystarczyło, że przejmował się Renesmee. Dodatkowe
niepokojenie się o to, czy z Joce przypadkiem znów nie działo się coś
niedobrego, było ostatnim, czego potrzebował.
– Wszystko
w porządku, tato? – zapytała nagle i coś w tonie jej głosu dało mu do myślenia.
Początkowo
w zasadzie sam nie był pewien, jak powinien interpretować jej słowa.
Podejrzewał, że wyglądał marnie, ale to i tak nie miało znaczenia. Zrzucanie na
Jocelyne problemów z Ciemnością i tym, że wciąż tak naprawdę nie wiedzieli, w
jaki sposób pomóc Renesmee, również nie było czymś, na co miał ochotę.
– Nie
dzieje się nic, czym powinnaś się przejmować – stwierdził, siląc się na spokój.
Krótko ucałował ją w czoło, po czym odsunął się, woląc nie czekać, aż zapyta o
coś jeszcze. – Tutaj też, prawda? Zajrzę na górę – dodał, nawet nie czekając na
odpowiedź.
Jocelyne
spojrzała na niego z powątpiewaniem, przez moment wyglądając na chętną, by coś
powiedzieć, ale ostatecznie nie odezwała się nawet słowem. Gabriel zawahał się,
przez moment zastanawiając nad tym, czy jednak nie powinien z nią porozmawiać,
ale w ostatniej chwili zmienił zdanie. To normalne, że się przejmowała. Co
więcej, próba wyciągnięcia od Joce jakichkolwiek szczegółów, zwłaszcza jeśli ta
sama nie przychodziła po to, żeby się zwierzać, graniczyło z cudem, tym bardziej
w ostatnim czasie. Cóż, na swój sposób byli do siebie pod tym względem podobni.
Inna
sprawa, że wciąż sobie nie ufał. Oczywiście nie zamierzał powiedzieć tego
wprost, ale…
– Gabrielu?
Zacisnął
usta. Dopiero po chwili zdecydował się obejrzeć przez ramię i spojrzeć na
Laylę. Siostra nie po raz pierwszy spoglądała na niego wyczekująco, wyraźnie
zmartwiona. W Chianni mógł jej unikać, co było o tyle proste, że oboje czuli
się w tym miejscu źle. Co więcej, działo się wystarczająco wiele, by zmienienie
tematu przychodziło mu z łatwością, jednak teraz to wcale nie miało być takie
proste.
– Tak? –
rzucił z opóźnieniem, siląc się na uprzejmość. Nawet udało mu się uśmiechnąć,
chociaż podejrzewał, że Layla doskonale wiedziała, jak daleko temu gestowi było
do czegoś w pełni szczerego.
– Wybierasz
się do Renesmee? – zapytała wprost. Uniósł brwi, spoglądając na dziewczynę z
powątpiewaniem. – Wiesz, co ma na myśli.
– Nie do
końca – przyznał zgodnie z prawdą.
Layla
energicznie potrząsnęła głową.
– Też chcę
ją zobaczyć – wyjaśniła, po raz kolejny go zaskakując. Mimo wszystko poczuł
ulgę, kiedy pojął do czego dążyła. – Po prostu daj mi znać, okej?
– Och… Jak
sobie życzysz, sis.
– Co się
dzieje? – wtrąciła z wahaniem Joce, ale tym razem zdecydował się zignorować
pytanie. Skoro Layla zaczęła temat, równie dobrze sama mogła wszystko
wytłumaczyć.
Nikt nie
zwrócił na niego większej uwagi, kiedy w pośpiechu wbiegł po schodach, chcąc
jak najszybciej dotrzeć na piętro. Przynajmniej tam było przyjemnie cicho, ale
wcale nie poczuł się dzięki temu pewniej. Wibrowanie wyciszonego telefonu
skutecznie wyrwało go z zamyślenia, jedynie podsycając odczuwane rozdrażnienie.
W roztargnieniu spojrzał na komórkę, w następnej sekundzie po prostu odrzucając
połączenie od Isabeau. Z jakiegoś powodu czuł, że i tak nie miała mu do
powiedzenia niczego sensownego. To, że więcej nie próbowała wydzwaniać, jedynie
go w tym przekonaniu utwierdziło.
Gdyby tylko
mógł, od razu zamknąłby się w sypialni i spróbował odszukać Nessie. W zasadzie
musiał się przed tym powstrzymywać przez cały lot, raz po raz powtarzając
sobie, że to dość marny pomysł w samolocie pełnym ludzi. Nie chodziło o samo
podróżowanie w świecie snów, ale to, że wszystko w jakiś sposób łączyło się z
Ciemnością. Miał złe przeczucia, tak naprawdę woląc nie sprawdzać, w jak
poważnych kłopotach wszyscy byli – a już zwłaszcza ona.
Layla
również musiała zdawać sobie z tego sprawę. Nie musiała niczego mówić wprost,
by pojął, że miała swój cel w tym, żeby chcieć mu towarzyszyć. Sęk w tym, że
wciąż nie miał pewności czy chodziło wyłącznie o ewentualne wsparcie, czy może
o to, żeby go pilnować. Zwłaszcza to drugie nie dawało mu spokoju, wręcz
potęgując odczuwane przez Gabriela rozdrażnienie. Na jej miejscu najpewniej
zrobiłby to samo. W zasadzie już zrobił, bo zachowywał się nawet bardziej
zaborczo, kiedy uważał, że jej zachowanie wydaje się co najmniej dziwnie. To,
że chcieli się wzajemnie chronić, było czymś w pełni naturalnym, a jednak gdy
przyszło co do czego, Gabriel czuł się niemalże jak w potrzasku.
Przystanął
przed drzwiami sypialni, aż nazbyt świadom, że Renesmee nie była sama. Nie miał
ochoty na rozmowę z kimkolwiek, ale ostatecznie zmusił się, żeby wejść do
środka, ledwo tylko nabrał pewności, że w pełni nad sobą panował. Widok Edwarda
go nie zaskoczył, zwłaszcza że to on i Bella siedzieli przy córce od samego
początku. Poniekąd go to uspokajało, chociaż w tamtej chwili zdecydowanie
wolałby nie zastać przy żonie nikogo.
–
Słyszałem, że wróciliście – rzucił już na wstępie Edward. Brzmiał spokojnie,
spojrzenie wciąż skupiając na bladej twarzy córki. – No i Carlisle powiedział
mi to i owo… Macie jakiś plan?
– Na razie
absolutnie żadnego – przyznał niechętnie Gabriel.
Cullen
rzucił mu bliżej nieokreślone spojrzenie. To, że mógłby wiedzieć, nie wydało
się Gabrielowi niczym dziwnym, chociaż wciąż nie miał pewności czy to dobrze,
czy może wręcz przeciwnie.
– To chyba
dobrze, że przynajmniej możesz z nią porozmawiać? – Mimo wszystko zabrzmiało to
jak pytanie. – Jest uparta, zresztą jak i jej matka. Skoro tak, musi być jakiś
sposób, żeby ściągnąć ją z powrotem.
Brzmiał
zadziwiająco spokojnie, jakby naprawdę w to wierzył. Jeszcze kiedy mówił, z
wolna podniósł się, najwyraźniej zamierzając się wycofać. Gabriel spojrzał na
niego z powątpiewaniem, sam niepewny, co o zachowaniu Edwarda myśleć.
Podejrzewał, że gdyby wampir wiedział, co się wydarzyło i kogo powinien
obwiniać o stan córki, już dawno rzuciłby mu się do gardła.
Gabriel
zacisnął usta. Skoro tak, tym bardziej nie zamierzał dzielić się z teściem
szczegółami, nieważne jak nieuczciwe by to nie było.
– Zawsze
taka była – stwierdził w zamian, siląc się na spokój. – A ja tego tak nie
zostawię.
Nawet jeśli
Edward miał wątpliwości albo jakiekolwiek uwagi, zachował je dla siebie.
Gabriel z niejaką ulgą przyjął to, że wkrótce po tym został sam z Nessie,
momentalnie korzystając z okazji, by zmaterializować się u boku żony. Nawet nie
drgnęła, kiedy ujął ją za rękę, ale to nie miało dla niego znaczenia. Przy
odrobinie szczęścia miał być w stanie ją zobaczyć, w duchu wręcz modląc się o
to, żeby wciąż błąkała się gdzieś w świecie snów, dokładnie jak ustalili na
samym początku.
Tknij ją tylko, a popamiętasz. I nie
obchodzi mnie, kim jesteś, pomyślał z irytacją, po cichu licząc na to, że
Ciemność była w stanie go usłyszeć. Nie miał pojęcia, czego ta istota chciała
od jego żony, zwłaszcza jeśli ta faktycznie znalazła się w stworzonym przez
niego świecie zupełnym przypadkiem. Skoro tak, po co mu była? Co planował, z
uporem nie pozwalając jej się obudzić…?
W pośpiechu
odsunął się, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że zdecydowanie zbyt mocno
zacisnął palce wokół dłoni żony. Skrzywił się, momentalnie podrywając się na
równe nogi i zaczynając niespokojnie krążyć. Panowanie nad emocjami
przychodziło mu z trudem, o ile w ogóle było możliwe. Czuł, że zdecydowanie
zbyt łatwo wszystko wymykało mu się spod kontroli – i to zaczynając od głodu,
na postępowaniu z bliskimi kończąc. Jeśli nawet przy Renesmee nie czuł się
pewnie, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Minęła
dłuższa chwila, zanim w końcu zdecydował się usiąść u boku dziewczyny. Nie
potrafił trzymać się od niej z daleka, machinalnie wyciągając rękę, by móc pogładzić
ją po policzku. Naprawdę wyglądała tak, jakby po prostu spała. Gdyby nie wciąż
towarzysząca mu pustka, a więc jedyna pozostałość po więzi, już dawno wziąłby
ją w ramiona, bawił się jej włosami i jak gdyby nigdy nic czekał, aż się
obudzi. Albo – co bardziej prawdopodobne – wniknąłby do jej snu, by kolejny raz
zabrać w miejsce, które tak dobrze znali.
Świat snów
od zawsze stanowił bezpieczne, na swój sposób intymne miejsce, które należało
wyłącznie do nich. Przynajmniej Gabriel tak je traktował, odkąd tylko poznał
Renesmee. Przez tyle czasu widywali się wyłącznie w ten sposób, że traktował to
już jako coś w pełni oczywistego – i to nawet jeśli przez cały czas miał ją u
swojego boku. Sęk w tym, że minęły całe lata, odkąd ostatnim razem coś zmuszało
ich do tego, by widywali się wyłącznie w ten sposób. Co więcej, po raz pierwszy
wydawało się to naprawdę niebezpieczne, zwłaszcza że nie chodziło o bandę
bawiących się w Boga dzieciaków, które próbowały wykorzystać zakazane techniki,
by zrobić coś naprawdę głupiego.
Zawahał
się. Miał ochotę zignorować prośbę Layli i wniknąć w świat snów, by jednak
poszukać Nessie, ale z jakiegoś powodu czuł, że to bardzo zły pomysł. Już i tak
igrali z ogniem… Albo przynajmniej z Ciemnością. Gdyby chodziło po prostu o
niego, nie przejąłby się ani trochę. A jednak tym razem w grę wchodziło coś więcej,
niż tylko jego ewentualne bezpieczeństwo. Miał wrażenie, że balansowali gdzieś
na granicy bezpieczeństwa, aż prosząc się o to, żeby coś poszło nie tak. Co
prawda nie miał jeszcze pewności, co i w którym momencie mogło się zepsuć, ale
to była kwestia czasu.
Już raz
popełnił błąd, za który teraz płaciła Renesmee. Gdyby nie poszedł za Simonem, a
przynajmniej powstrzymał się przed dotknięciem kryształu… Wiedział, że teraz
obwinianie się o coś, co tak czy siak miało miejsce, było bez sensu. Mimo
wszystko jednak coś w tym myśleniu okazało się silniejsze od niego. Nie, skoro
wiedział, co zrobił nie tak. Teraz z kolei musiał skoncentrować się i zacząć
postępować tak, jak podsuwał mu zdrowy rozsądek. Musieli być ostrożni, a skoro
tak, impulsywne działanie zdecydowanie nie miało być w stanie zapewnić żadnemu z
nich niczego dobrego.
Gdyby to do
tego wszystkiego było takie proste…
Pomyślał o
telefonie od Beau, dłuższą chwilę wahając się nad tym, czy nie powinien
oddzwonić. Nawet jeśli siostra nie miała mu do powiedzenia niczego pomocnego,
może wzmianka o tym, że przynajmniej był w stanie zobaczyć się z dziewczyną, choć
trochę ułatwiłaby jej zadanie. To było ważne, a przynajmniej tak sądził. Przynajmniej
wiedzieli, że dusza gdzieś się znajdowała, zaś podstawowym pytaniem pozostawało
ni mniej, ni więcej, ale po prostu to, jak sprowadzić ją z powrotem.
W teorii
wszystko brzmiało absolutnie logicznie i prosto. W praktyce… już niekoniecznie.
Miał ochotę
zobaczyć się z Rafaelem. Ten cholerny demon mógł igrać sobie z Lawrence’em i
wszystkimi wokół, ale Gabriel zdecydowanie nie zamierzał słuchać o tym, że dobro
Renesmee było dla nieśmiertelnego sprawą drugorzędną. Mógł spodziewać się braku
chęci do współpracy, ale nie obchodziło go to. W gruncie rzeczy zawsze mógł
uciec się do mniej subtelnych metod, które jednoznacznie pokazałyby Rafaelowi,
co sądził o odmowie. Zresztą znali się. Podejrzewał, że przez lata, które obaj
spędzili na służbie Isobel, w zupełności wystarczyły, by demon wiedział, czego
się po nim spodziewać.
Z powątpiewaniem
spojrzał na Nessie. Cóż, ona nie byłaby zadowolona, niezależnie od argumentów,
które przemawiałyby za użyciem siły. Z drugiej strony, czego Nessie nie wiedziała,
nie miało sprawić jej bólu, a skoro tak…
Ostrożnie
ułożył się u jej boku, jak gdyby nigdy nic otaczając ją ramionami. Łatwo było udawać,
że faktycznie spała. W pełnym momencie nawet instynktownie się w niego wtuliła,
chociaż to o niczym nie świadczyło, skoro i tak nie miała być w stanie się
obudzić. Delikatnie przeczesał jej włosy palcami, skupiony na wzajemnej
bliskości i tym, że znajomy zapach wystarczył, by go uspokoić. Choć na moment
zdołał się rozluźnić, dla lepszego efektu zamykając oczy. Być może to
świadomość, że gdzieś tam była, pozwalała mu spokojniej znosić bliskość z
ciałem – bo w końcu tylko z tym miał do czynienia. Z naczyniem, jak zasugerowała
mu Isabeau.
Gdyby
przynajmniej wciąż mogli cieszyć się więzią, wszystko stałoby się jeszcze
prostsze. Ta pustka bolała, niezmiennie sprawiając, że Gabriel czuł się
nieswojo, nawet w takiej sytuacji. Bardziej stanowczo przygarnął do siebie Renesmee,
za wszelką cenę usiłując zwalczyć to dziwne uczucie, jednak okazało się to o
wiele trudniejsze, niż mógłby przypuszczać. Trzymał ją, ale równie dobrze
mógłby obejmować kogoś innego i to nie dawało mu spokoju. Choć to wydawało się
bezsensowne, naprawdę mógł wyczuć, że Nessie w rzeczywistości z nim nie było. Pomimo
tego zapachu, dotyku ciepłego ciała i energii, która…
Drgnął,
zaskoczony intensywnością, z jaką zareagował na to ostatnie. Niewiele
brakowało, żeby w pośpiechu odskoczył od żony, przez krótką chwilę świadom
wyłącznie głodu – i tego, że z łatwością mógłby go zaspokoić. To działo się
zdecydowanie zbyt często, nie wspominając o tym, że bywało tak gwałtowne, że
nawet gdyby chciał, nie potrafiłby w porę przewidzieć, kiedy znów go dopadnie. Do
tej pory nie mógł sobie darować tego, że w pewnym momencie zagrażać Jocelyne, o
tamtej dziewczynie nie wspominając, z kolei teraz… Cóż, po raz kolejny
balansował gdzieś na granicy świadomości, na dodatek mając do czynienia z kimś,
kto nie był w stanie się bronić.
Wiedział,
że powinien się odsunąć. Wszystko w nim aż krzyczało, by zachował się jak przy
Joce i po prostu uciekł, a potem poszukał sobie jakiegoś sensowniejszego
źródła. Ostatnim, czego chciał, było krzywdzenie bliskich, nawet jeśli ci
czasami sami rwali się do tego, by mu pomagać. Zwłaszcza Renesmee robiła to
regularnie, nie raz wprawiając go w konsternację tym, że bez chwili wahania
oferowała mu swoją energie. Gabriel z koeli zdecydowanie zbyt często jej ulegał,
nieraz nie będąc w stanie znaleźć sensownych argumentów, by przekonać żonę, że
to zbyt ryzykowne.
Gdyby była
przytomna, jak nic kolejny raz postawiłaby go w co najmniej niekomfortowej
sytuacji. Z łatwością mógł wyobrazić sobie jej znaczące spojrzenie i sposób, w
jaki zaczęłaby bawić się włosami. Dobrze widziała jak go kusić, w dość znaczący
sposób odgarniając włosy na ramię. W takich chwilach dobrze wiedział, czego
oczekiwała, finalnie po prostu przygarniając dziewczynę do siebie, by móc się
posilić. Oddawała mu siebie w pełni – nie tylko ciało, ale też krew i energię.
A on jej na to pozwalał, bo tak naprawdę była jedyną osobą, która mogła sobie
pozwolić na tak wiele.
Nie
zarejestrował momentu, w którym się podniósł. Nie myślał trzeźwo, gdy
zdecydował się nachylić nad nieprzytomną żoną, nagle po prostu górując nad nią
i stanowczo dociskając wątłe ciało do materaca. Przez moment miał wrażenie, że
wszystko wokół przysłoniła dziwna, czerwonawa mgiełka. Kontury wydawały się
nienaturalne wyostrzone, a kolejne bodźce zbyt intensywne, by móc je ignorować.
W milczeniu wpatrywał się w gardło Nessie, świadom wyłącznie pulsującej w jej
żyłach krwi, a także własnych, nienaturalnie napiętych mięśni.
Oraz głodu.
Pragnienie
doszło do głosu, a on sam już nie był pewien, które z nich bardziej dawało mu
się we znaki – to, które odpowiadało za potrzebę krwi, czy może powracający zdecydowanie
zbyt często głód, który mogła zaspokoić wyłącznie energia.
To nie
miało znaczenia, skoro z łatwością mógł zaspokoić obie potrzeby.
Chwilę
walczył sam ze sobą, w niewielkim stopniu świadom, że właśnie zamierzał zrobić
coś bardzo, ale to bardzo głupiego. Nie powinien. Czuł to całym sobą, a jednak
kolejne sekundy mijały, a on nie potrafił się odsunąć. Oddychał szybko i
płytko, kurczowo zaciskając palce na pościeli. Nagle zrobiło mu się gorąco,
zaraz też do głosu doszło niewyobrażalne wręcz zmęczenie. Miał wrażenie, że
przebiegł przynajmniej kilka kilometrów, chociaż to zdecydowanie nie miało
sensu, skoro przez cały czas siedział tutaj. To już nawet nie było zmęczenie
podróżą czy też zwykły głód, ale coś o wiele więcej.
Coś, czego
nie rozumiał i co popychało go do zrobienia czegoś, czego zdecydowanie
przyszłoby mu żałować.
Ani trochę tego
nie chciał, ale…
– Gabrielu…?
Glos Layli
sprawił, że poczuł się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś
ciężkim po głowie. Momentalnie wyprostował się niczym struna, błyskawiczne
odsuwając od Renesmee i zwracając ku drzwiom. Serce biło mu jak szalone, uderzając
tak szybko i mocno, że ledwo był w stanie złapać oddech. Obraz raz po raz
rozmazywał się przed oczami, a jednak Gabriel jakimś cudem zdołał skupić
spojrzenie na siostrze, a do tego wszystkiego powstrzymać pragnące wyrwać mu
się z gardła warknięcie.
Słodka
bogini, przecież to była Layla. Stała w progu, z wahaniem spoglądając w jego
stronę. Jej twarz nie wyrażała żadnych konkretnych emocji, a może w szoku to on
nie był w stanie ich odczytać. Wiedział jedynie, że dziewczyna wyglądała na
zmartwioną, ale niekoniecznie jak ktoś, jak zdawał sobie sprawę z tego, co
mogłoby się wydarzyć, gdyby zdecydowała się przyjść chociaż chwilę później.
Czuł, że powinien
coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Ostatecznie poderwał się na równe nogi,
próbując zachować neutralny wyraz twarzy i sprawiać wrażenie kogoś, kto absolutne
nie miał niczego na sumieniu.
– Coś się
stało, sis? – zapytał w końcu, mając
serdecznie dość trwania w ciszy.
Layla drgnęła,
jakby zaskoczona brzmieniem jego głosu. Sam siebie zadziwiał tym, że był w
stanie mówić tak spokojnie. Nie, skoro w najmniejszym wypadku tak się nie czuł,
w rzeczywistości bliski tego, żeby wpaść w panikę. W głowie miał mętlik, z uporem
odsuwając od siebie myśl o tym, co chciał zrobić.
Bo to było
niemożliwe, prawda? Przecież nie mógłby tak po prostu…
Nie.
Dlaczego to
brzmiało jak kłamstwo…?
– Zdawało
mi się… Zresztą nieważne – powiedziała cicho Layla, potrząsając głową. – Wszystko
w porządku? Twoje emocje wydały mi się… dziwne? – przyznała i mimo wszystko to
również zabrzmiało jak pytanie.
– Wszystko
gra – zapewnił, chociaż to było jednym wielkim kłamstwem. – Co najwyżej się
martwię… Ale będzie w porządku, prawda? Zwłaszcza że możemy się z nią zobaczyć.
Layla z
wolna skinęła głową. Jej spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku Renesmee.
– Jasne, że
tak… Ale w końcu odpocznij, co? – zaproponowała i poznał po jej tonie, że
zamierzała być po tym względem uciążliwa. – Coś marnie wyglądasz…
Z braku
lepszych pomysłów, chcąc nie chcąc przyznał jej rację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz