
Beatrycze
Długo stała pod gorącym
strumieniem wody, próbując doprowadzić się do porządku. Prysznic miał w sobie
coś kojącego, zwłaszcza że marzyła o nim od chwili przebudzenia w domu
Licavolich. Wolała nie zastanawiać się nad tym, jak reagowaliby na nią ludzie,
gdyby nie sztuczki telepatów i Lawrence’a. To, że woda wyraźnie zabarwiła
się na różowo, w miarę jak sukcesywnie zmywała z siebie resztki krwi,
wydawało się dość jednoznaczną wskazówką, jeśli chodziło o to, czy
prezentowała się znośnie. Mogła się przebrać i próbować rozczesać włosy,
ale to wciąż niczego nie zmieniało.
Nie
słyszała, żeby Lawrence wychodził, więc wciąż musiał być gdzieś w mieszkaniu.
Wątpiła zresztą, by zostawił ją samą w budynku, w którym mógł
napatoczyć się jakiś człowiek. Co prawda wiedziała, że poza apartamentowcem na
samej górze, wszystkie inne były opustoszałe, ale to nie zmieniało faktu, że znajdowali
się w samym środku tętniącej życiem metropolii. Jej nienaturalnie
wyostrzone zmysły bez trudu wychwytywały nawet najbardziej subtelne bodźce –
hałas przejeżdżających samochodów, niespójne urywki rozmów czy nawet śmiechy
albo dźwięk włączonego telewizora w budynku obok. A co za tym szło,
czuła również krew, chociaż słodycz posoki dochodziła do niej jakby z oddali,
będąc niczym jakieś miłe wspomnienie albo bliski całkowitego zapomnienia sen.
Przynajmniej
Beatrycze wolała, żeby tak było. Wolała nie zastanawiać się nad tym, co
wydarzyłoby się, gdyby przesadnie skupiła się na tych bodźcach, a co
dopiero uległa pokusie, by którykolwiek z nich sprawdzić. Pragnienie już i tak
było wystarczająco uciążliwe, niezmiennie dając jej się we znaki. Podobno to
było normalne i chyba faktycznie zaczynała przywykać do tej niedogodności,
ale i tak wciąż coś mogło pójść nie tak. Czuła, że granica między zdrowym
rozsądkiem a ulegnięciem głodowi, była bardzo cienka, zwłaszcza dla kogoś
bez doświadczenia. Cały czas balansowała gdzieś po środku, raz po raz
skłaniając się ku temu, by jednak podążyć zgodnie z tym, co podpowiadał
jej instynkt.
Uniosła
twarz ku gorącemu strumieniowi, pozwalając, by ciepła woda obmywała jej ciało. Ciepło
wciąż sprawiało jej przyjemność, nawet jeśli na dłuższą metę temperatura nie
miała żadnego znaczenia. To z pewnością było wygodne, więc zdecydowanie
nie zamierzała narzekać na to, że więcej nie była w stanie zmarznąć.
Zresztą skupianie się na płynących z bycia nieśmiertelną pozytywach
wydawało się lepsze od bezsensownego ubolewania nad takim stanem rzeczy. Cokolwiek
popchnęło Amelie do tego, by ją przemienić, już nie mogło zostać cofnięte.
Stało się. A ona na swój sposób czuła się dzięki temu lepiej, nawet jeśli jej
próby odnalezienia się w tym innym świecie, wyglądały dość nieporadnie.
Nie
spieszyła się z tym, by wychodzić z łazienki. W pamięci wciąż
miała reakcję Lawrence’a na to, że nazwała go mężem. Nadal nie miała pojęcia,
co o tym sądzić i jak powinna się zachować. Pustka w głowie
dawała jej się we znaki, zwłaszcza po tym, w jaki sposób zachował się
Sage. L. od tamtej chwili nie odezwał się nawet słowem, zresztą tak jak i ona,
co jedynie potęgowało odczuwane przez Beatrycze wątpliwości. Nie miała pojęcia,
skąd brało się przygnębienie, które zaczęła odczuwać jeszcze w aucie, ale
nie podobało jej się to.
Z niejaką
ulgą założyła na siebie świeże ubrania. Wciąż wilgotne włosy kleiły jej się do
policzków, ale nie zwracała na to większej uwagi. Przez moment przypatrywała
się swojemu odbiciu w zaparowanym lustrze, ale ostatecznie uciekła
wzrokiem gdzieś w bok. Próbowała przekonać samą siebie, że to dlatego, że
nie była w stanie patrzeć na parę rubinowych tęczówek, ale dobrze
wiedziała, że to wierutne kłamstwo. Tak naprawdę obawiała się, że to, że wcale
nie była sama. Co prawda nie czuła obecności Ciemności, ale to o niczym
nie świadczyło.
Zadrżała,
bynajmniej nie za sprawą różnicy temperatur, która w normalnym wypadku jak
nic dałaby jej się we znaki zaraz po wyjściu z zaparowanej łazienki. Nagle
zaczęła błogosławić fakt, że była ubrana. Myśl, że ktoś niewidzialny mógłby
śledzić każdy jej ruch, podążając za nią niczym cień, wydawała się co najmniej
przerażająca. Najgorsze w tym wszystkim jednak było dla Beatrycze to, że
niejako była do takiego stanu rzeczy przyzwyczajona. Tam, gdzie przebywała
wcześniej, cały czas każda z nich liczyła się z tym, że prędzej czy
później pojawi się Ciemność. Mało kiedy uprzedzał ich o swoim nadejściu, o ile
nie miał akurat ochoty na bardziej zorganizowane przyjęcie. Tak naprawdę
przyjemność samą sobie sprawiało mu to, że należały do niego – każda z nich,
niezależnie od wieku i nastawienia.
Beatrycze
westchnęła cicho. Pojawienie się Ciemności zawsze wywoływało poruszenie. Cześć z nich
otwarcie czekała na jego nadejście, pragnąc mu się przypodobać. Tak na pewno
działała Ariadna, czym zresztą nieraz doprowadzała córkę do szału. Z jej
perspektywy matka poddała się i to najpewniej jeszcze za życia, kiedy już
nawet nie próbowała chronić ani Beatrycze, ani żadnej z jej sióstr. Dla
tej kobiety sprawa od samego początku była przegrana. Mogła przerwać klątwę i do
tego dążyła, ale nic ponadto, chociaż dla wampirzycy było to czymś nie do pojęcia.
Zacisnęła
palce, ledwo powstrzymując się przed ułożeniem dłoni na płaskim brzuchu. Kiedy
zaszła w ciążę, była przerażona. Co więcej, mogła przysiąc, że gdyby nie
świadomość, że nosiła pod sercem syna, tak łatwo nie skazałaby własnej córki na
perspektywę szybkiej śmierci i dołączenia do kolekcji Ciemności. Dobry
Boże, przecież to ona była odpowiedzialna za swoje dziecko. Gdyby wiedziała, że
coś mu grozi, nie milczałaby i nie czekała, aż wydarzy się coś niedobrego.
Tym bardziej nie próbowałaby trzymać niczego nieświadomej córki w domu i czekać,
by ta zaczęła się buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Szukałaby
rozwiązania, niezależnie od możliwych konsekwencji i tego, czy jej samej
pozostało niewiele czasu.
Doprawdy?, odezwał się cichy głosik w jej
głowie. Więc czemu tego nie zrobiłaś?
Czemu nie wtajemniczyłaś Lawrence’a, a sama pozwoliłaś się zabić?
Zacisnęła
usta. Przecież zrobiła, co tylko była w stanie. Miała to szczęście, że
faktycznie wydała na świat córki. L. też wiedział tyle, ile sama rozumiała w tamtej
chwili – mniej więcej. Gdyby miała wybór, zdecydowanie nie umarłaby podczas
porodu! Sęk w tym, że Ciemność nie stanęła wtedy u jej boku z uprzejmym
pytaniem o to, czy młoda matka nie miała przypadkiem jakichś planów do
zrealizowania. To po prostu się stało, a dla Beatrycze liczyło się przede
wszystkim to, że postarała się najlepiej, jak tylko była w stanie.
Skąd wiesz, że Ariadna nie?
Z uporem
spróbowała odrzucić od siebie niechciane myśli. Czuła się rozdrażniona,
zwłaszcza po tym, czego dowiedziała się od Gabriela. Nie chciała zastanawiać
się nad postępowaniem matki, bo to od zawsze wzbudzało w niej przede
wszystkim frustrację, ale to zdecydowanie nie było takie proste, skoro
właściwie nie panowała nad tym, co działo się w jej głowie. Nad emocjami
również nie. W zasadzie kontrolowanie uczuć wydawało się czymś graniczącym
z cudem, przynajmniej odkąd przeszła przemianę. Słyszała, że wampiry
bywają chwiejne, zwłaszcza w odniesieniu do tych nowo narodzonych, ale i tak
uważała to za marne usprawiedliwienie.
Skoro
wszystko wiązało się z Ciemnością i działaniami Ariadny, zdecydowanie
powinna być w stanie coś zrobić. Chciała podsunąć Gabrielowi jakieś
twórcze rozwiązanie, ale nie była w stanie. Nie pamiętała tego, co
najważniejsze – zasad, którymi rządził się tamten świat. Słuchała o jeziorze
i sposobie, w jaki Renesmee udało się dotrzeć do męża, ale to
brzmiało dla niej jak abstrakcja, której w żaden sposób nie potrafiła
pojąć.
A przecież
powinna.
Kolejny raz
nie pamiętała czegoś, co w choć niewielkim stopniu mogło pomóc tym, którzy
byli dla niej ważni.
Jeśli mała
być ze sobą szczera, naprawdę zaczynała się z tego powodu nienawidzić.
– Elena…? –
usłyszała i aż wzdrygnęła się, słysząc znajomy głos. – Och, nie… To ty.
Poderwała
głowę, w pośpiechu zwracając się ku wyjściu na taras. Nie miała pewności,
jakim cudem wcześniej nie zauważyła Rafaela. Demon obserwował ją z pozorną
obojętnością, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, ledwo tylko spróbowała
spojrzeć mu w oczy. Poczuła się dziwnie na widok pary czarnych skrzydeł i –
cholera – nagiego torsu. Nie żeby ten widok wydawał się czymś wyjątkowo
niewłaściwym, zwłaszcza że już wcześniej widywała demony, w tym również
ich przywódcę, ale i tak poczuła się zmieszana.
Co więcej,
wyraźnie wyczuła rozczarowanie w jego głosie. Nie skomentowała tego nawet
słowem, ale ta nuta goryczy wystarczyła, by dać jej do myślenia.
–
Przepraszam – zreflektowała się. – Dopiero wróciliśmy.
Właściwie
nie była pewna, dlaczego próbowała się przed nim tłumaczyć. Jakby nie patrzeć,
mieszkanie należało do Lawrence’a, nawet jeśli miał w planach opuścić je
na rzecz domu, który kupił z myślą o niej. Poniekąd nie mogła
doczekać się przeprowadzki, aż za dobrze pamiętając noc, którą spędzili w tamtym
miejscu. Pamiętała również, jak bardzo wszystko skomplikowało się wkrótce po
tym, ale starała się nad tym nie zastanawiać. Najważniejsze, że finalnie
wylądowali tutaj – i to niezależnie od tego, jak wiele problemów to ze
sobą niosło.
– Ja
również. – Rafael rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Beatrycze czuła,
że peszyła go samą swoją obecnością. – Widzę, że coś mnie ominęło… Śmiem
twierdzić, że z nieśmiertelnością ci do twarzy – dodał, ostrożnie
dobierając słowa.
– Mogę
uznać to za komplement? – zaryzykowała.
Brwi demona
powędrowały ku górze.
– W istocie
miał nim być.
Czuła, że
nie robił tego często. Wydawał się spięty, a przy tym zadziwiająco wręcz
formalny, jakby sam nie wiedział, w jaki sposób powinien z nią
rozmawiać. Co więcej, wyraźnie różnił się od ojca. Nie chodziło już tylko o to,
że Ciemność nie miała żadnych oporów w rozmowie z kobietami. Ta
istota, jeśli tylko chciała, potrafiła namieszać w głowie. Rafael wydawał
się inny, aż mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy w ogóle
przepadał za jakimkolwiek towarzystwem.
No, może z wyjątkiem
Eleny. A ona z oczywistych względów mu ją przypominała.
– W takim
razie dziękuję – powiedziała, kiwając mu głową. Zaraz po tym, nie dając sobie
czasu na wątpliwości, z wolna podeszła bliżej, wciąż uważnie obserwując
demona. – Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale nie mam ci za złe tego,
co powiedziałeś Lawrence’owi. Nigdy nie oczekiwałam, że ktokolwiek dla mnie
sprzeciwi się Ciemności. Czegokolwiek nie mówiliby inni… – Zamilkła, po czym
wzruszyła ramionami. – Chciałabym po prostu, żebyś do wiedział.
– Dlaczego?
– rzucił w odpowiedzi, nawet słowem nie komentując jej pozostałych słów.
– Ponieważ
do tej pory wszyscy próbowali wypowiadać się za mnie. I chociaż jestem im
za to wdzięczna, wciąż istotne jest moje zdanie – oznajmiła z naciskiem.
Założyła ramiona na piersiach, nagle niepewna, co zrobić z rękami. –
Rozumiem pretensje L. Ale jemu łatwo mówić, skoro nie wie o co prosi.
– Brzmisz…
zadziwiająco świadomie – stwierdził z rezerwą Rafael. – Jak wspomniałem,
nieśmiertelność ci służy.
– Poniekąd
tak jest – przyznała zgodnie z prawdą.
Trudno było
jej stwierdzić czy rozumiał do czego zmierzała. Sam Rafael najwyraźniej nie
zamierzał jej uświadomić, w zamian bez słowa zwracając się do niej
plecami. Obserwowała go, kiedy bez pośpiechu wrócił na taras, ostatecznie
przystając przy barierce i obojętnie spoglądając w niebo. Beatrycze
zawahała się, przez krótką chwilę walcząc ze sobą, zanim ostatecznie
zdecydowała się do niego dołączyć. Nawet nie drgnął, kiedy zajęła miejsce u jego
boku. Miał w sobie coś, co ją onieśmielało, najważniejsze jednak było to,
że jego krew w żadnym wypadku jej nie kusiła. Wręcz przeciwnie – coś w bliskości
demona sprawiło, że choć na moment zdołała zapomnieć o pragnieniu, a to
zdecydowane było dobre.
Spojrzała w dół,
już nie obawiając się tego, jak mogłaby się poczuć, spoglądając z takiej
wysokości na tętniące życiem miasto. Nawet z takiej odległości wszystko
okazało się zadziwiająco wyraźne. Zawahała się, w milczeniu przypatrując
przemykającym samochodom i zmierzającym w różne strony ludziom. Nie
docierało do niej, że tak naprawdę mogła bez przeszkód zeskoczyć nawet z najwyższego
piętra i – nie czyniąc sobie przy tym krzywdy – ot tak wymordować każdego,
kto tylko znalazłby się w jej zasięgu.
Zadrżała na
samą myśl. Poczuła na sobie zaciekawione spojrzenie Rafaela, co uświadomiło
jej, że jednak zwracał na nią uwagę.
– Lęk
wysokości? – zapytał z powątpiewaniem, lekko przekrzywiając głowę.
Zdobyła się
wyłącznie na to, by pokręcić głową.
– Raczej
nadmiar wrażeń – poprawiła machinalnie. – Chyba już nie nadaję się do
mieszkania w takim miejscu…
– Ludzie są
głośni. I irytujący – stwierdził niemalże ze zrozumieniem. – Ale nad tym
wszystkim masz niezmienione od wieków niebo. To nawet pocieszające.
Zawahała
się, niepewna w jaki sposób powinna interpretować jego słowa. Brzmiał
zadziwiająco spokojnie, przynajmniej kiedy mówił o lataniu. Beatrycze
pomyślała wręcz że zachowywał się w niemalże ludzki sposób, chociaż
sposób, w jaki wyrażał się o samych śmiertelnikach wystarczył, by dać
jej do zrozumienia, że Rafael nie byłby z takiego porównania zadowolony.
– Tak czy
siak, pewnie wkrótce się stąd wyniesiemy. L. poważnie mówił, że chce oddać to
mieszkanie Elenie… No i tobie – dodała, a demon parsknął pozbawionym
wesołości śmiechem.
– Och, tak.
Zwłaszcza mnie – zadrwił, nie szczędząc sobie złośliwości.
– Już
powiedziałam, jak to wygląda z mojej strony. Nie zamierzam pozwolić, żeby
miał do ciebie jakiekolwiek pretensje.
O dziwo,
Rafael tylko się uśmiechnął. Co więcej, ten gest wydał jej się zadziwiająco
szczery, chociaż nie sądziła, że to w ogóle w przypadku tej istoty
możliwe.
– Naprawdę
uważasz, że obchodzi mnie, co takiego myśli Lawrence? – zapytał, ale nie czekał
na odpowiedź. – Jestem tutaj i będę wyłącznie z jednego powodu.
–
Oczywiście. Dla Eleny – oznajmiła, a przez twarz demona jak na zawołanie
przemknął cień. – To pewnie również bez znaczenia, ale doceniam wszystko, co
dla niej robisz. Nieważne dlaczego.
Nie
odpowiedział, przynajmniej od razu. Beatrycze po raz kolejny odniosła wrażenia,
że swoim zachowaniem wprawiła go w konsternację. Na dłuższą metę wcale jej
to nie dziwiło, zwłaszcza że tak naprawdę po raz pierwszy mieli okazję
porozmawiać. Sam Rafael również nie sprawiał wrażenia kogoś, kto przywykł do dyskutowania
z kimś, kto podchodził do niego bez chociażby cienia lęku.
A jednak z jakiegoś
powodu się go nie bała. Dlaczego miałaby? Nie sądziła, żeby mógł ją skrzywdzić
– nie tak po prostu, zwłaszcza że wyglądały z Eleną dokładnie tak samo.
Co więcej,
Rafael nie był Ciemnością. Skoro miała już do czynienia z tym drugim,
rozmowa z jego synem wydawała się wręcz dziecinnie prosta.
–
Zadziwiające, jak wiele masz teraz w sobie pewności siebie – oznajmił
nagle demon. Tym razem nie była w stanie stwierdzić, czy wciąż próbował ją
komplementować. – Może nie powinienem być zaskoczony, bo Elena po kimś ma ten
cięty język… A to zdecydowanie nie zasługa rodziców.
– Moja też
nie – obruszyła się. – Właśnie opisujesz mi Lawrence’a – dodała i tym
razem zdołała go rozbawić.
– To
naprawdę… przerażające – stwierdził, wywracając oczami. – Ale nie o to mi
chodziło. Macie z Eleną coś takiego… Chyba zaczynam rozumieć, skąd
fascynacja ojca – dodał, tym samym nieświadomie przyprawiając Beatrycze o dreszcze.
– Nie
sądzę, by w tym, co robi twój ojciec, chodziło wyłącznie o fascynację
– przyznała cicho.
Demon w zamyśleniu
skinął głową.
– Ja
również – przyznał w końcu. – To bardziej złożone. I dlatego gdyby
nie Elena, nigdy bym nie próbował się w to mieszać.
Jeszcze
kiedy mówił, wyprostował się, rozkładając skrzydła. To jednoznacznie dało Beatrycze
do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Zawahała się, kątem oka wciąż
obserwując Rafaela i próbując powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie
dziesiątek dręczących ją pytań. I tak by jej nie odpowiedział, czy to z racji
wspomnianego „niemieszania”, czy znów zwyczajnego braku wiedzy, ale i tak
korciło ją, żeby spróbować. Może liczyła na cud, a może po prostu pragnęła
wyrzucić z siebie to, co najbardziej ją dręczyło. Skoro nie była w stanie
porozmawiać z samą Ciemnością, przynajmniej miała do dyspozycji jego syna.
Ostatecznie
nie zrobiła niczego. W zamian zwyczajnie tkwiła w miejscu, raz po raz
pocierając ramiona, chociaż to bynajmniej nie miało związku z tym, że
mogłoby być jej zimno. W milczeniu wpatrywała się w bliżej nieokreślony
punkt przestrzeni. Gdyby przynajmniej pamiętała to, czego nauczyła się między
tu a teraz…
– Jak
wspomniałem, nie zamierzam się mieszać – powtórzył Rafael. – Tak długo, jak
ojciec nie spróbuje tknąć Eleny… Ale jeśli chcesz znać moje zdanie, to żadna z was
nie ma szans. To, że tutaj jesteś, samo w sobie jest cudem – stwierdził. Powstrzymała
się od uświadomienia mu, że o tym akurat wiedziała od samego początku. – Ojciec
robił różne rzeczy. I żadne z nas nigdy nie pytało, jaki miał w tym
cel, niemniej… powiedzmy, że zawsze lubił gry. Wyzwania.
– Wyzwania?
– powtórzyła z powątpiewaniem. W jakiś pokrętny sposób to wszystko
brzmiało wręcz zadziwiająco sensownie i abstrakcyjnie zarazem.
– Dla niego
to jedna wielka gra. – Rafael uśmiechnął się w pozbawiony wesołości
sposób. Wzrok po raz kolejny wbił w niebo, zupełnie jakby mógł dostrzec
tam coś, co zazwyczaj unikało wszystkim innym, zwłaszcza śmiertelnikom. – Tak
sobie myślę… Poniekąd to, co się dzieje, może być mu na rękę. Nie to, że tutaj
jesteś, bo tego na pewno nie planował, ale z drugiej strony… Cóż, ojciec zawsze
dostawał to, czego chciał. Na dłuższą metę to naprawdę nudne, zwłaszcza jeśli
żyje się wiecznie.
– I to
ma być zabawa? – obruszyła się. – Ja, moje siostry… Elena – dodała i prawie
natychmiast tego pożałowała, bo twarz Rafaela jak na zawołanie wykrzywił
grymas.
– W końcu
to jakieś wyzwanie. Może kaprys… Jak z Isobel. – Rafael wzruszył ramionami.
– To nie tak, że ją lubi. W ich układzie chodziło o coś więcej.
Beatrycze
poczuła, jak jej niebijące serce z wolna podchodzi do gardła. Przełknęła z trudem,
po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Nie miała pewności, jak wiele Rafael
tak naprawdę wiedział o układach Ciemności z Isobel. Podejrzewała, że
niewiele; nie, skoro przez większość czasu istniał tylko po to, by wypełniać
rozkazy.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że trafił w sedno. Zwłaszcza po tym, co powiedziała
jej Ophelia, wiedziała o tym doskonale.
– Domyślam
się – przyznała lakonicznie, z uporem unikając spoglądania serafinowi w oczy.
Zdecydowanie nie był osobą, z którą chciała rozmawiać o wszystkim,
czego się dowiedziała. Nie w tamtej chwili. – Ale co w takim razie
mogła dać mu Isobel?
Rafael
nawet się nie zawahał.
– Chaos –
stwierdził takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Bo i cóż
innego? Ktoś taki jak ona nadaje się tylko do tego… A ojciec tak czy inaczej
dostaje to, czego sobie zażyczy. Zawsze.
Wraz z tymi
słowami, bezceremonialnie wzbił się do lotu. Wzdrygnęła się, przez krótką
chwilę spoglądając w ślad za nim, póki nie niknął jej z oczu. Nie
miała pojęcia, co sądzić o tej rozmowie, a tym bardziej o samym
Rafaelu. Co prawda wiedziała, że nie dałby skrzywdzić Eleny, ale jego słowa
niekoniecznie brzmiały zachęcająco. Miała raczej wrażenie, że demon po cichu liczył
na to, że nigdy tak naprawdę nie będzie musiał sprzeciwiać się Ciemności – i to
niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowałaby się sytuacja. Jasne, że w takim
wypadku nie chciał mieszać się w to, co działo się z nią. Możliwe, że
jego ojcu wystarczyła zabawa jej kosztem, w szczególności teraz, gdy Ophelia
zdecydowała się ujawnić.
Wszystko
wydawało się równie prawdopodobne, a jednak Beatrycze nie była w stanie
ot tak uwierzyć w żadną z tych możliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz