2 lipca 2018

Trzydzieści jeden

Beatrycze
Długo stała pod gorącym strumieniem wody, próbując doprowadzić się do porządku. Prysznic miał w sobie coś kojącego, zwłaszcza że marzyła o nim od chwili przebudzenia w domu Licavolich. Wolała nie zastanawiać się nad tym, jak reagowaliby na nią ludzie, gdyby nie sztuczki telepatów i Lawrence’a. To, że woda wyraźnie zabarwiła się na różowo, w miarę jak sukcesywnie zmywała z siebie resztki krwi, wydawało się dość jednoznaczną wskazówką, jeśli chodziło o to, czy prezentowała się znośnie. Mogła się przebrać i próbować rozczesać włosy, ale to wciąż niczego nie zmieniało.
Nie słyszała, żeby Lawrence wychodził, więc wciąż musiał być gdzieś w mieszkaniu. Wątpiła zresztą, by zostawił ją samą w budynku, w którym mógł napatoczyć się jakiś człowiek. Co prawda wiedziała, że poza apartamentowcem na samej górze, wszystkie inne były opustoszałe, ale to nie zmieniało faktu, że znajdowali się w samym środku tętniącej życiem metropolii. Jej nienaturalnie wyostrzone zmysły bez trudu wychwytywały nawet najbardziej subtelne bodźce – hałas przejeżdżających samochodów, niespójne urywki rozmów czy nawet śmiechy albo dźwięk włączonego telewizora w budynku obok. A co za tym szło, czuła również krew, chociaż słodycz posoki dochodziła do niej jakby z oddali, będąc niczym jakieś miłe wspomnienie albo bliski całkowitego zapomnienia sen.
Przynajmniej Beatrycze wolała, żeby tak było. Wolała nie zastanawiać się nad tym, co wydarzyłoby się, gdyby przesadnie skupiła się na tych bodźcach, a co dopiero uległa pokusie, by którykolwiek z nich sprawdzić. Pragnienie już i tak było wystarczająco uciążliwe, niezmiennie dając jej się we znaki. Podobno to było normalne i chyba faktycznie zaczynała przywykać do tej niedogodności, ale i tak wciąż coś mogło pójść nie tak. Czuła, że granica między zdrowym rozsądkiem a ulegnięciem głodowi, była bardzo cienka, zwłaszcza dla kogoś bez doświadczenia. Cały czas balansowała gdzieś po środku, raz po raz skłaniając się ku temu, by jednak podążyć zgodnie z tym, co podpowiadał jej instynkt.
Uniosła twarz ku gorącemu strumieniowi, pozwalając, by ciepła woda obmywała jej ciało. Ciepło wciąż sprawiało jej przyjemność, nawet jeśli na dłuższą metę temperatura nie miała żadnego znaczenia. To z pewnością było wygodne, więc zdecydowanie nie zamierzała narzekać na to, że więcej nie była w stanie zmarznąć. Zresztą skupianie się na płynących z bycia nieśmiertelną pozytywach wydawało się lepsze od bezsensownego ubolewania nad takim stanem rzeczy. Cokolwiek popchnęło Amelie do tego, by ją przemienić, już nie mogło zostać cofnięte. Stało się. A ona na swój sposób czuła się dzięki temu lepiej, nawet jeśli jej próby odnalezienia się w tym innym świecie, wyglądały dość nieporadnie.
Nie spieszyła się z tym, by wychodzić z łazienki. W pamięci wciąż miała reakcję Lawrence’a na to, że nazwała go mężem. Nadal nie miała pojęcia, co o tym sądzić i jak powinna się zachować. Pustka w głowie dawała jej się we znaki, zwłaszcza po tym, w jaki sposób zachował się Sage. L. od tamtej chwili nie odezwał się nawet słowem, zresztą tak jak i ona, co jedynie potęgowało odczuwane przez Beatrycze wątpliwości. Nie miała pojęcia, skąd brało się przygnębienie, które zaczęła odczuwać jeszcze w aucie, ale nie podobało jej się to.
Z niejaką ulgą założyła na siebie świeże ubrania. Wciąż wilgotne włosy kleiły jej się do policzków, ale nie zwracała na to większej uwagi. Przez moment przypatrywała się swojemu odbiciu w zaparowanym lustrze, ale ostatecznie uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Próbowała przekonać samą siebie, że to dlatego, że nie była w stanie patrzeć na parę rubinowych tęczówek, ale dobrze wiedziała, że to wierutne kłamstwo. Tak naprawdę obawiała się, że to, że wcale nie była sama. Co prawda nie czuła obecności Ciemności, ale to o niczym nie świadczyło.
Zadrżała, bynajmniej nie za sprawą różnicy temperatur, która w normalnym wypadku jak nic dałaby jej się we znaki zaraz po wyjściu z zaparowanej łazienki. Nagle zaczęła błogosławić fakt, że była ubrana. Myśl, że ktoś niewidzialny mógłby śledzić każdy jej ruch, podążając za nią niczym cień, wydawała się co najmniej przerażająca. Najgorsze w tym wszystkim jednak było dla Beatrycze to, że niejako była do takiego stanu rzeczy przyzwyczajona. Tam, gdzie przebywała wcześniej, cały czas każda z nich liczyła się z tym, że prędzej czy później pojawi się Ciemność. Mało kiedy uprzedzał ich o swoim nadejściu, o ile nie miał akurat ochoty na bardziej zorganizowane przyjęcie. Tak naprawdę przyjemność samą sobie sprawiało mu to, że należały do niego – każda z nich, niezależnie od wieku i nastawienia.
Beatrycze westchnęła cicho. Pojawienie się Ciemności zawsze wywoływało poruszenie. Cześć z nich otwarcie czekała na jego nadejście, pragnąc mu się przypodobać. Tak na pewno działała Ariadna, czym zresztą nieraz doprowadzała córkę do szału. Z jej perspektywy matka poddała się i to najpewniej jeszcze za życia, kiedy już nawet nie próbowała chronić ani Beatrycze, ani żadnej z jej sióstr. Dla tej kobiety sprawa od samego początku była przegrana. Mogła przerwać klątwę i do tego dążyła, ale nic ponadto, chociaż dla wampirzycy było to czymś nie do pojęcia.
Zacisnęła palce, ledwo powstrzymując się przed ułożeniem dłoni na płaskim brzuchu. Kiedy zaszła w ciążę, była przerażona. Co więcej, mogła przysiąc, że gdyby nie świadomość, że nosiła pod sercem syna, tak łatwo nie skazałaby własnej córki na perspektywę szybkiej śmierci i dołączenia do kolekcji Ciemności. Dobry Boże, przecież to ona była odpowiedzialna za swoje dziecko. Gdyby wiedziała, że coś mu grozi, nie milczałaby i nie czekała, aż wydarzy się coś niedobrego. Tym bardziej nie próbowałaby trzymać niczego nieświadomej córki w domu i czekać, by ta zaczęła się buntować przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Szukałaby rozwiązania, niezależnie od możliwych konsekwencji i tego, czy jej samej pozostało niewiele czasu.
Doprawdy?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Więc czemu tego nie zrobiłaś? Czemu nie wtajemniczyłaś Lawrence’a, a sama pozwoliłaś się zabić?
Zacisnęła usta. Przecież zrobiła, co tylko była w stanie. Miała to szczęście, że faktycznie wydała na świat córki. L. też wiedział tyle, ile sama rozumiała w tamtej chwili – mniej więcej. Gdyby miała wybór, zdecydowanie nie umarłaby podczas porodu! Sęk w tym, że Ciemność nie stanęła wtedy u jej boku z uprzejmym pytaniem o to, czy młoda matka nie miała przypadkiem jakichś planów do zrealizowania. To po prostu się stało, a dla Beatrycze liczyło się przede wszystkim to, że postarała się najlepiej, jak tylko była w stanie.
Skąd wiesz, że Ariadna nie?
Z uporem spróbowała odrzucić od siebie niechciane myśli. Czuła się rozdrażniona, zwłaszcza po tym, czego dowiedziała się od Gabriela. Nie chciała zastanawiać się nad postępowaniem matki, bo to od zawsze wzbudzało w niej przede wszystkim frustrację, ale to zdecydowanie nie było takie proste, skoro właściwie nie panowała nad tym, co działo się w jej głowie. Nad emocjami również nie. W zasadzie kontrolowanie uczuć wydawało się czymś graniczącym z cudem, przynajmniej odkąd przeszła przemianę. Słyszała, że wampiry bywają chwiejne, zwłaszcza w odniesieniu do tych nowo narodzonych, ale i tak uważała to za marne usprawiedliwienie.
Skoro wszystko wiązało się z Ciemnością i działaniami Ariadny, zdecydowanie powinna być w stanie coś zrobić. Chciała podsunąć Gabrielowi jakieś twórcze rozwiązanie, ale nie była w stanie. Nie pamiętała tego, co najważniejsze – zasad, którymi rządził się tamten świat. Słuchała o jeziorze i sposobie, w jaki Renesmee udało się dotrzeć do męża, ale to brzmiało dla niej jak abstrakcja, której w żaden sposób nie potrafiła pojąć.
A przecież powinna.
Kolejny raz nie pamiętała czegoś, co w choć niewielkim stopniu mogło pomóc tym, którzy byli dla niej ważni.
Jeśli mała być ze sobą szczera, naprawdę zaczynała się z tego powodu nienawidzić.
– Elena…? – usłyszała i aż wzdrygnęła się, słysząc znajomy głos. – Och, nie… To ty.
Poderwała głowę, w pośpiechu zwracając się ku wyjściu na taras. Nie miała pewności, jakim cudem wcześniej nie zauważyła Rafaela. Demon obserwował ją z pozorną obojętnością, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, ledwo tylko spróbowała spojrzeć mu w oczy. Poczuła się dziwnie na widok pary czarnych skrzydeł i – cholera – nagiego torsu. Nie żeby ten widok wydawał się czymś wyjątkowo niewłaściwym, zwłaszcza że już wcześniej widywała demony, w tym również ich przywódcę, ale i tak poczuła się zmieszana.
Co więcej, wyraźnie wyczuła rozczarowanie w jego głosie. Nie skomentowała tego nawet słowem, ale ta nuta goryczy wystarczyła, by dać jej do myślenia.
– Przepraszam – zreflektowała się. – Dopiero wróciliśmy.
Właściwie nie była pewna, dlaczego próbowała się przed nim tłumaczyć. Jakby nie patrzeć, mieszkanie należało do Lawrence’a, nawet jeśli miał w planach opuścić je na rzecz domu, który kupił z myślą o niej. Poniekąd nie mogła doczekać się przeprowadzki, aż za dobrze pamiętając noc, którą spędzili w tamtym miejscu. Pamiętała również, jak bardzo wszystko skomplikowało się wkrótce po tym, ale starała się nad tym nie zastanawiać. Najważniejsze, że finalnie wylądowali tutaj – i to niezależnie od tego, jak wiele problemów to ze sobą niosło.
– Ja również. – Rafael rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Beatrycze czuła, że peszyła go samą swoją obecnością. – Widzę, że coś mnie ominęło… Śmiem twierdzić, że z nieśmiertelnością ci do twarzy – dodał, ostrożnie dobierając słowa.
– Mogę uznać to za komplement? – zaryzykowała.
Brwi demona powędrowały ku górze.
– W istocie miał nim być.
Czuła, że nie robił tego często. Wydawał się spięty, a przy tym zadziwiająco wręcz formalny, jakby sam nie wiedział, w jaki sposób powinien z nią rozmawiać. Co więcej, wyraźnie różnił się od ojca. Nie chodziło już tylko o to, że Ciemność nie miała żadnych oporów w rozmowie z kobietami. Ta istota, jeśli tylko chciała, potrafiła namieszać w głowie. Rafael wydawał się inny, aż mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy w ogóle przepadał za jakimkolwiek towarzystwem.
No, może z wyjątkiem Eleny. A ona z oczywistych względów mu ją przypominała.
– W takim razie dziękuję – powiedziała, kiwając mu głową. Zaraz po tym, nie dając sobie czasu na wątpliwości, z wolna podeszła bliżej, wciąż uważnie obserwując demona. – Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale nie mam ci za złe tego, co powiedziałeś Lawrence’owi. Nigdy nie oczekiwałam, że ktokolwiek dla mnie sprzeciwi się Ciemności. Czegokolwiek nie mówiliby inni… – Zamilkła, po czym wzruszyła ramionami. – Chciałabym po prostu, żebyś do wiedział.
– Dlaczego? – rzucił w odpowiedzi, nawet słowem nie komentując jej pozostałych słów.
– Ponieważ do tej pory wszyscy próbowali wypowiadać się za mnie. I chociaż jestem im za to wdzięczna, wciąż istotne jest moje zdanie – oznajmiła z naciskiem. Założyła ramiona na piersiach, nagle niepewna, co zrobić z rękami. – Rozumiem pretensje L. Ale jemu łatwo mówić, skoro nie wie o co prosi.
– Brzmisz… zadziwiająco świadomie – stwierdził z rezerwą Rafael. – Jak wspomniałem, nieśmiertelność ci służy.
– Poniekąd tak jest – przyznała zgodnie z prawdą.
Trudno było jej stwierdzić czy rozumiał do czego zmierzała. Sam Rafael najwyraźniej nie zamierzał jej uświadomić, w zamian bez słowa zwracając się do niej plecami. Obserwowała go, kiedy bez pośpiechu wrócił na taras, ostatecznie przystając przy barierce i obojętnie spoglądając w niebo. Beatrycze zawahała się, przez krótką chwilę walcząc ze sobą, zanim ostatecznie zdecydowała się do niego dołączyć. Nawet nie drgnął, kiedy zajęła miejsce u jego boku. Miał w sobie coś, co ją onieśmielało, najważniejsze jednak było to, że jego krew w żadnym wypadku jej nie kusiła. Wręcz przeciwnie – coś w bliskości demona sprawiło, że choć na moment zdołała zapomnieć o pragnieniu, a to zdecydowane było dobre.
Spojrzała w dół, już nie obawiając się tego, jak mogłaby się poczuć, spoglądając z takiej wysokości na tętniące życiem miasto. Nawet z takiej odległości wszystko okazało się zadziwiająco wyraźne. Zawahała się, w milczeniu przypatrując przemykającym samochodom i zmierzającym w różne strony ludziom. Nie docierało do niej, że tak naprawdę mogła bez przeszkód zeskoczyć nawet z najwyższego piętra i – nie czyniąc sobie przy tym krzywdy – ot tak wymordować każdego, kto tylko znalazłby się w jej zasięgu.
Zadrżała na samą myśl. Poczuła na sobie zaciekawione spojrzenie Rafaela, co uświadomiło jej, że jednak zwracał na nią uwagę.
– Lęk wysokości? – zapytał z powątpiewaniem, lekko przekrzywiając głowę.
Zdobyła się wyłącznie na to, by pokręcić głową.
– Raczej nadmiar wrażeń – poprawiła machinalnie. – Chyba już nie nadaję się do mieszkania w takim miejscu…
– Ludzie są głośni. I irytujący – stwierdził niemalże ze zrozumieniem. – Ale nad tym wszystkim masz niezmienione od wieków niebo. To nawet pocieszające.
Zawahała się, niepewna w jaki sposób powinna interpretować jego słowa. Brzmiał zadziwiająco spokojnie, przynajmniej kiedy mówił o lataniu. Beatrycze pomyślała wręcz że zachowywał się w niemalże ludzki sposób, chociaż sposób, w jaki wyrażał się o samych śmiertelnikach wystarczył, by dać jej do zrozumienia, że Rafael nie byłby z takiego porównania zadowolony.
– Tak czy siak, pewnie wkrótce się stąd wyniesiemy. L. poważnie mówił, że chce oddać to mieszkanie Elenie… No i tobie – dodała, a demon parsknął pozbawionym wesołości śmiechem.
– Och, tak. Zwłaszcza mnie – zadrwił, nie szczędząc sobie złośliwości.
– Już powiedziałam, jak to wygląda z mojej strony. Nie zamierzam pozwolić, żeby miał do ciebie jakiekolwiek pretensje.
O dziwo, Rafael tylko się uśmiechnął. Co więcej, ten gest wydał jej się zadziwiająco szczery, chociaż nie sądziła, że to w ogóle w przypadku tej istoty możliwe.
– Naprawdę uważasz, że obchodzi mnie, co takiego myśli Lawrence? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Jestem tutaj i będę wyłącznie z jednego powodu.
– Oczywiście. Dla Eleny – oznajmiła, a przez twarz demona jak na zawołanie przemknął cień. – To pewnie również bez znaczenia, ale doceniam wszystko, co dla niej robisz. Nieważne dlaczego.
Nie odpowiedział, przynajmniej od razu. Beatrycze po raz kolejny odniosła wrażenia, że swoim zachowaniem wprawiła go w konsternację. Na dłuższą metę wcale jej to nie dziwiło, zwłaszcza że tak naprawdę po raz pierwszy mieli okazję porozmawiać. Sam Rafael również nie sprawiał wrażenia kogoś, kto przywykł do dyskutowania z kimś, kto podchodził do niego bez chociażby cienia lęku.
A jednak z jakiegoś powodu się go nie bała. Dlaczego miałaby? Nie sądziła, żeby mógł ją skrzywdzić – nie tak po prostu, zwłaszcza że wyglądały z Eleną dokładnie tak samo.
Co więcej, Rafael nie był Ciemnością. Skoro miała już do czynienia z tym drugim, rozmowa z jego synem wydawała się wręcz dziecinnie prosta.
– Zadziwiające, jak wiele masz teraz w sobie pewności siebie – oznajmił nagle demon. Tym razem nie była w stanie stwierdzić, czy wciąż próbował ją komplementować. – Może nie powinienem być zaskoczony, bo Elena po kimś ma ten cięty język… A to zdecydowanie nie zasługa rodziców.
– Moja też nie – obruszyła się. – Właśnie opisujesz mi Lawrence’a – dodała i tym razem zdołała go rozbawić.
– To naprawdę… przerażające – stwierdził, wywracając oczami. – Ale nie o to mi chodziło. Macie z Eleną coś takiego… Chyba zaczynam rozumieć, skąd fascynacja ojca – dodał, tym samym nieświadomie przyprawiając Beatrycze o dreszcze.
– Nie sądzę, by w tym, co robi twój ojciec, chodziło wyłącznie o fascynację – przyznała cicho.
Demon w zamyśleniu skinął głową.
– Ja również – przyznał w końcu. – To bardziej złożone. I dlatego gdyby nie Elena, nigdy bym nie próbował się w to mieszać.
Jeszcze kiedy mówił, wyprostował się, rozkładając skrzydła. To jednoznacznie dało Beatrycze do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Zawahała się, kątem oka wciąż obserwując Rafaela i próbując powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie dziesiątek dręczących ją pytań. I tak by jej nie odpowiedział, czy to z racji wspomnianego „niemieszania”, czy znów zwyczajnego braku wiedzy, ale i tak korciło ją, żeby spróbować. Może liczyła na cud, a może po prostu pragnęła wyrzucić z siebie to, co najbardziej ją dręczyło. Skoro nie była w stanie porozmawiać z samą Ciemnością, przynajmniej miała do dyspozycji jego syna.
Ostatecznie nie zrobiła niczego. W zamian zwyczajnie tkwiła w miejscu, raz po raz pocierając ramiona, chociaż to bynajmniej nie miało związku z tym, że mogłoby być jej zimno. W milczeniu wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Gdyby przynajmniej pamiętała to, czego nauczyła się między tu a teraz…
– Jak wspomniałem, nie zamierzam się mieszać – powtórzył Rafael. – Tak długo, jak ojciec nie spróbuje tknąć Eleny… Ale jeśli chcesz znać moje zdanie, to żadna z was nie ma szans. To, że tutaj jesteś, samo w sobie jest cudem – stwierdził. Powstrzymała się od uświadomienia mu, że o tym akurat wiedziała od samego początku. – Ojciec robił różne rzeczy. I żadne z nas nigdy nie pytało, jaki miał w tym cel, niemniej… powiedzmy, że zawsze lubił gry. Wyzwania.
– Wyzwania? – powtórzyła z powątpiewaniem. W jakiś pokrętny sposób to wszystko brzmiało wręcz zadziwiająco sensownie i abstrakcyjnie zarazem.
– Dla niego to jedna wielka gra. – Rafael uśmiechnął się w pozbawiony wesołości sposób. Wzrok po raz kolejny wbił w niebo, zupełnie jakby mógł dostrzec tam coś, co zazwyczaj unikało wszystkim innym, zwłaszcza śmiertelnikom. – Tak sobie myślę… Poniekąd to, co się dzieje, może być mu na rękę. Nie to, że tutaj jesteś, bo tego na pewno nie planował, ale z drugiej strony… Cóż, ojciec zawsze dostawał to, czego chciał. Na dłuższą metę to naprawdę nudne, zwłaszcza jeśli żyje się wiecznie.
– I to ma być zabawa? – obruszyła się. – Ja, moje siostry… Elena – dodała i prawie natychmiast tego pożałowała, bo twarz Rafaela jak na zawołanie wykrzywił grymas.
– W końcu to jakieś wyzwanie. Może kaprys… Jak z Isobel. – Rafael wzruszył ramionami. – To nie tak, że ją lubi. W ich układzie chodziło o coś więcej.
Beatrycze poczuła, jak jej niebijące serce z wolna podchodzi do gardła. Przełknęła z trudem, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Nie miała pewności, jak wiele Rafael tak naprawdę wiedział o układach Ciemności z Isobel. Podejrzewała, że niewiele; nie, skoro przez większość czasu istniał tylko po to, by wypełniać rozkazy.
Nie zmieniało to jednak faktu, że trafił w sedno. Zwłaszcza po tym, co powiedziała jej Ophelia, wiedziała o tym doskonale.
– Domyślam się – przyznała lakonicznie, z uporem unikając spoglądania serafinowi w oczy. Zdecydowanie nie był osobą, z którą chciała rozmawiać o wszystkim, czego się dowiedziała. Nie w tamtej chwili. – Ale co w takim razie mogła dać mu Isobel?
Rafael nawet się nie zawahał.
– Chaos – stwierdził takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Bo i cóż innego? Ktoś taki jak ona nadaje się tylko do tego… A ojciec tak czy inaczej dostaje to, czego sobie zażyczy. Zawsze.
Wraz z tymi słowami, bezceremonialnie wzbił się do lotu. Wzdrygnęła się, przez krótką chwilę spoglądając w ślad za nim, póki nie niknął jej z oczu. Nie miała pojęcia, co sądzić o tej rozmowie, a tym bardziej o samym Rafaelu. Co prawda wiedziała, że nie dałby skrzywdzić Eleny, ale jego słowa niekoniecznie brzmiały zachęcająco. Miała raczej wrażenie, że demon po cichu liczył na to, że nigdy tak naprawdę nie będzie musiał sprzeciwiać się Ciemności – i to niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowałaby się sytuacja. Jasne, że w takim wypadku nie chciał mieszać się w to, co działo się z nią. Możliwe, że jego ojcu wystarczyła zabawa jej kosztem, w szczególności teraz, gdy Ophelia zdecydowała się ujawnić.
Wszystko wydawało się równie prawdopodobne, a jednak Beatrycze nie była w stanie ot tak uwierzyć w żadną z tych możliwości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa