
Beatrycze
– Chaos?
Wzdrygnęła
się, momentalnie podrywając głowę. Lawrence jak gdyby nigdy nic stał w progu,
uważnie ją obserwując.
–
Podsłuchiwałeś? – obruszyła się.
To były
pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy. L. prychnął, spoglądając na nią z powątpiewaniem.
Mimo wszystko nie wyglądał na urażonego, zupełnie jakby w tym stwierdzeniu
nie było niczego, co mógłby uznać za niewłaściwe.
–
Oczywiście, że tak – stwierdził z rozbrajającą wręcz szczerością. Podszedł
bliżej, wciąż nie odrywając wzroku od Beatrycze. – Pal licho, że wciąż tutaj
przesiaduje. Nie mam pojęcia, co macie z Eleną do radosnego gawędzenia
sobie z demonami.
– Jest
całkiem sympatyczny. – Wzruszyła ramionami. – Poza tym to mąż Eleny. Kto jak
kto, ale ty wiesz o tym najlepiej.
Prychnął w odpowiedzi,
przez moment sprawiając wrażenie kogoś, kto sam nie wie, w jaki sposób
powinien się zachować. Beatrycze zawahała się, z wolna prostując i odsuwając
od barierki balkonu. Pomyślała, że powinna wrócić do środka, ale tak naprawdę
sama nie była pewna, jak się zachować. Coś w obecności Lawrence’a
wystarczyło, żeby poczuła się nieswojo, tym bardziej że nie miała pojęcia, w jaki
sposób powinna się względem niego zachowywać.
Nie
wyglądał na rozeźlonego. Wciąż nawet słowem nie zająknął się na temat tego, co
zrobił Sage, ale to akurat mogła przewidzieć. Do incydentu z samochodu
również nie wracał, aż zaczęła mieć wątpliwości, czy w ogóle zrobiło to na
nim jakiekolwiek znaczenie. W takich chwilach żałowała, że nie potrafiła
czytać mu w myślach. Może wtedy wszystko stałoby się prostsze…
– Wszystko w porządku,
radości? – zapytał, a kpina jak na zawołanie zniknęła z jego tonu,
ustępując miejsca ni mniej, ni więcej, ale trosce. – Wydajesz się jakaś inna…
– W jakim
sensie? – mruknęła, siląc się na obojętność.
L. jedynie
potrząsnął głową.
– Co znów
mu umyka? – drążył. – Powiedziałbym, że chodzi o Sage’a, ale ty wyglądałaś
na przygnębioną już w samochodzie, więc… – Zamilkł, po czym podejrzliwie
zmrużył oczy. – Masz mi za złe to, że prawie się rozbiliśmy.
– Nie –
zapewniła go zgodnie z prawdą. – Ja po prostu…
– Co
takiego?
Nie
odpowiedziała, nagle czując się jak kompletna idiotka. Czy to w ogóle
miało sens? Nie miała pewności i chyba tak naprawdę nie chciała tego
wiedzieć. Uświadomiła sobie, że być może w istocie przesadzała, reagując w zdecydowanie
zbyt gwałtowny sposób, ale to wydawało się silniejsze od niej. Była wrażliwa, z kolei
L. ani trochę nie ułatwiał jej tym, jak zazwyczaj się zachowywał.
Wzdrygnęła
się, kiedy wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializował się u jej
boku. To, że ot tak był w stanie przemieścić się z miejsca na miejsce
już nie robiło na niej aż takiego wrażenia, zwłaszcza że teraz sama dysponowała
wyostrzonymi zmysłami, ale i tak mimowolnie się wzdrygnęła. Z wolna
uniosła głowę, chcąc nie chcąc pozwalając, by wampir ujął jej twarz w obie
dłonie, nie pierwszy raz przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy.
– Co się
dzieje? – nie dawał za wygraną. – Beatrycze…
– Jestem
taka głupia.
Wprawiła go
w konsternację i nie miała co do tego wątpliwości. Wyczuła, że
zamarł, już tylko się w nią wpatrując i najpewniej czekając na ciąg
dalszy. Przez myśl przeszło jej, że powinna poczuć się urażona, bo tak naprawdę
w żaden sposób nie zanegował tego stwierdzenia. Z drugiej strony, jak
gdyby nigdy nic gawędziła sobie z demonem, na dodatek takim, który stał
ponad wszystkimi innymi. Z perspektywy Lawrence’a to zdecydowanie nie było
posunięciem, które świadczyłoby o choćby odrobinie zdrowego rozsądku.
– Skąd taki
wniosek? – zapytał w końcu, wyraźnie nie będąc w stanie znieść
przeciągającego się milczenia. – Ten cholerny demon coś ci powiedział? Niby
słyszałem waszą rozmowę, ale…
– Tutaj nie
chodzi o Rafaela – przerwała mu pośpiesznie.
Lawrence
wydał z siebie sfrustrowany jęk. Zaraz po tym wycofał się, zakładając
ramiona na piersi.
– Więc o co?
Naprawdę musisz mi to robić?
Westchnęła
przeciągle. Musiała? Być może. Gdyby jakkolwiek panowała nad sobą i kolejnymi
odruchami, wszystko stałoby się o wiele prostsze. Sęk w tym, że takie
nie było i nawet ona powoli zaczynała gubić się we własnych pragnieniach.
– Mam na
myśli… Cóż, to, o czym powiedziałam ci w samochodzie – powiedziała w końcu,
ostrożnie dobierając słowa. – Wybacz. Nie powinnam była.
– Co
takiego?
Tym razem
nawet nie próbowała odpowiadać. Bez słowa ruszyła w stronę drzwi, chcąc
jak najszybciej wrócić do mieszkania. Miała wrażenie, że palą ją policzki,
chociaż w przypadku wampira to zdecydowanie nie powinno być możliwe. Jakby
tego było mało, we znaki po raz kolejny zaczęła dawać jej się pustka w głowie.
Co prawda taki stan rzeczy wydawał się o wiele prostszy – to, że mogłaby
po prostu nie myśleć – a jednak…
Zdążyła
przejść zaledwie kilka kroków, kiedy coś chwyciło ją za rękę. Zesztywniała, w ułamku
sekundy zwracając się z powrotem ku Lawrence’owi. Warknęła cicho, dopiero po
chwili uprzytomniając sobie, co zrobiła.
Wampir
nawet się nie skrzywił, zupełnie jakby w jej reakcji nie było niczego, co
wydałoby mu się jakkolwiek niepokojące.
– Chodzi o moją
reakcję, tak? – Bez słowa przyciągnął ją bliżej, obojętny na to, że spróbowała
mu się wyrwać. – Tylko o to?
– Nieważne
– obruszyła się.
Puścił to
jedno słowo mimo uszu.
– Mój Boże…
Zrobiło ci się przykro – stwierdził, wyraźnie zaskoczony tym odkryciem.
Otworzyła usta, gotowa zaprotestować, chociaż to zdecydowanie nie była prawda.
– Zaskoczyłaś mnie tym. Ja…
– Nie
powinnam – przerwała mu, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne
słowa. – Tak, wiem. To dzieje się za szybko. Myślałam… I właśnie dlatego
jestem głupa. – Energicznie potrząsnęła głową, sama niepewna w jaki sposób
powinna mu wszystko wytłumaczyć. – Gubię się w tym. Cały czas się gubię.
Urwała,
kiedy zabrało jej tchu. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, aż nazbyt świadoma
tego, że Lawrence wciąż ją obserwował. To ani trochę nie pomagało w tym,
że próbowała zebrać w myśli. Kolejny raz poczuła się niemalże jak zwierzę w klatce,
bliska tego, by znów spróbować mu się wyrwać i zacząć niespokojnie krążyć.
Gdyby przynajmniej potrafiła uporządkować własne uczucia w taki sposób, by
przy okazji móc wytłumaczyć je również jemu…
– Och,
Beatrycze…
Zesztywniała,
gdy wraz z tymi słowami przysunął się na tyle blisko, by ją pocałować. W jednej
chwili wszelakie myśli uleciały z jej głowy, niemalże tak jak wtedy, gdy
po prostu kochali się w tamtej opustoszałej stajni. Pod wpływem chwili
odwzajemniła pieszczotę, skupiona wyłącznie na kolejnych ruchach. To wydawało
się znajome – wzajemna bliskość, dłonie Lawrence’a na jej ciele i to, że
mogłaby go pragnąć.
A potem do
głosu po raz kolejny doszedł głód i wszystko trafił szlag.
Przez
krótką chwilę naprawdę miała ochotę zakląć. Ostatecznie nie odezwała się nawet
słowem, w zamian krzywiąc się i z jękiem oswobadzając z uścisku
obejmującego ją wampira. Dłoń machinalnie uniosła do gardła, zupełnie jakby
dotykiem mogła sprawić, by nieprzyjemne palenie samo z siebie ustąpiło. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, ale nawet słodycz nieśmiertelnych nie sprawiła,
że poczuła się jakkolwiek lepiej.
– Chodź –
usłyszała w pełni spokojny głos Lawrence’a. Nie zaprotestowała, kiedy
chwycił ją za rękę, prowadząc za sobą niemalże jak nieporadne dziecko. – Tym
razem załatwimy to dużo szybciej.
Nawet jeśli
miała wątpliwości, w tamtej chwili nie była w stanie o nich
myśleć. Ruszyła za nim, ściskając jego dłoń tak kurczowo, jakby ta była jej
ostatnią deską ratunku. Poniekąd tak było, bo nie miała wątpliwości, że gdyby
musiała mierzyć się z głodem w pojedynkę, nie miałaby szans.
Pragnienie niezmiennie dawało jej się we znaki, w szczególności po
wielogodzinnej podróży wydając się bardziej uciążliwe niż do tej pory.
Lawrence
zostawił ją przy kuchennym stole, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Nerwowo
zacisnęła palce na krawędziach blatu, z trudem kontrolując siłę, z jaką
przytrzymywała się mebla. Ze świstem wypuściła powietrze, próbując się
uspokoić. Ból nieznacznie zelżał, ale wciąż był wszechobecny, przez co nie
potrafiła go zignorować. Kiedy na dodatek chwilę później wyraźnie poczuła nieco
mdłą, ale jednak nęcącą słodycz, w ułamku sekundy straciła nad sobą
kontrolę, niemalże jak wtedy w lesie, gdy bezwiednie pędziła za swoją potencjalną
ofiarą.
Nie
zarejestrowała momentu, w którym doskoczyła do L. Tym bardziej nie była
pewna, co robiła później. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie poczuła
przyjemną słodycz, o wiele bardziej intensywniejszą niż ta krwi, którą
miała okazję pić podczas polowania w lesie. Posoka była zimna i to na
swój sposób ją odrzucało, ale głód zrobił swoje. Mniej atrakcyjne niż krew,
którą mogłaby się cieszyć, gdyby piła bezpośrednio od dawczy, czy też nie – to
wydawało się najmniej istotne. Dla Beatrycze ważne pozostawało przede wszystkim
to, że mogła zaspokoić głód, choć po części niwelując raz po raz przybierające
na sile palenie.
Zadrżała,
po czym otworzyła oczy. Ręce zadrżały jej, kiedy uprzytomniła sobie, że tkwiła w miejscu,
wyprostowana niczym struna i czujna jak dzikie zwierzę. Zaraz po tym
zarejestrowała świeżą czerwień, która znaczyła jej palce, a także to, że w dłoniach
raz po raz mięła pusty, plastikowy woreczek. Coś przewróciło jej się w żołądku,
kiedy uprzytomniła sobie, że w środku dopiero co musiała znajdować się
ludzka krew. Och, na pomiętym opakowaniu wciąż mogła zauważyć wypisane markerem
oznaczenie: AB Rh-. W milczeniu wpatrywała się w kolejne litery,
nagle niepewna, w jaki sposób powinna się zachować. Czy grupa krwi w ogóle
miała znaczenie? Wpływała jakoś na smak, a może…?
Ledwo
stłumiła jęk. Przez krótką chwilę miała ochotę roześmiać się histerycznie,
bardziej niż wcześniej wytrącona z równowagi. Zamrugała nieco
nieprzytomnie, gotowa przysiąc, że obraz zaczął rozmazywać jej się przed
oczami. Pod powiekami poczuła pieczenie, chociaż jak na złość nie mogła się
rozpłakać, co zresztą zdążyła odkryć już wcześniej.
– I tak
całkiem dobrze sobie radzisz.
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na słowa Lawrence’a. Kolejny raz zwróciła się w jego
stronę zdecydowanie zbyt gwałtownie, by mogło to wyglądać naturalnie. Wręcz
zmusiła się do tego, by rozluźnić mięśnie, nie po raz pierwszy mając wrażenie,
że niewiele brakowało, by rzuciła się komuś gardła. I to na dodatek jemu. Tylko
dlatego, że stał tuż obok i odezwał się w nieodpowiednim momencie.
Wypuściła
powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując nad sobą zapanować. Słodki Jezu,
wszystko było nie tak. Czuła się jak tykająca bomba z włączonym
odliczaniem. Jakby tego było mało, nie miała pojęcia, kiedy mógł nastąpić
wybuch, nie wspominając o możliwości zrobienia czegoś, czego przyszłoby
jej żałować. Wierzyła, że Lawrence był zbyt doświadczony, by ot tak dać się
zabić, ale z drugiej strony… Jej ufał. I miała wrażenie, że wierzył w nią
o wiele mocniej niż ona w siebie, a to prędzej czy później mogło
okazać się zgubne.
– Nie –
wyszeptała, choć to równie dobrze mogło sprowadzać się do nic znaczącego ruchu
warg. – Ani trochę.
– Wciąż
nikogo nie zabiłaś.
Prychnęła,
nie mogąc się powstrzymać. Chciał ją w ten sposób pocieszyć? Miała
wrażenie, że żartował sobie jej kosztem i to w zdecydowanie
nierozsądny sposób.
– Cofam –
oznajmiła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – To ty jesteś głupi.
– To też
prawda – stwierdził niemalże pogodnym tonem. Zaraz po tym podszedł bliżej,
całkowicie ignorując fakt, że drżała, wciąż mając problemy z zapanowaniem
nad własnym ciałem. – Ale to nic nowego, prawda?
Nie
odpowiedziała, niezdolna wykrztusić z siebie nawet słowa. Chcąc nie chcąc
poluzowała uścisk wokół torebki, pozwalając, by wyjął jej ją z rąk. Odrzucił
folię gdzieś na bok, by bez przeszkód móc ująć obie dłonie kobiety w swoje.
Beatrycze obserwowała go w milczeniu, kiedy uniósł jej ręce do ust,
składając na nich delikatne pocałunki. Mimowolnie zadrżała, zwłaszcza gdy
rubinowe tęczówki Lawrence’a pociemniały nieznacznie w odpowiedzi na
posmak wciąż broczącej jej skórę krwi.
– Dla
ciebie to takie naturalne… – zauważyła mimochodem.
Natychmiast
się wyprostował. Obserwował ją z uwagą, lustrując jej twarz tak dokładnie,
jakby mógł wyczytać z niej coś istotnego.
– Mówisz,
jakby było to dla ciebie zaskoczeniem… Znasz mnie, Beatrycze – zauważył
przytomnie. – Sama dałaś mi to do zrozumienia. Co więcej, sama odstąpiłaś od
jakiegokolwiek osądu.
– I dalej
nie zamierzam cię sądzić – zapewniła, ostrożnie przesuwając się bliżej.
Wyczuła, że się rozluźnił, niemalże z ulgą biorąc ją w ramiona. – Ja
tylko…
– Gubisz
się w tym – podpowiedział usłużnie, bez wahania nawiązując do tego, co
powiedziała wcześniej. – Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Ale dalej uważam,
że sobie radzisz… Nie robisz niczego, do czego nie miałabyś prawa w obecnej
sytuacji.
Spojrzała
na niego z powątpiewaniem, nie będąc w stanie ot tak uwierzyć w kolejne
zapewnienia. Z jego perspektywy to naprawdę wydawało się proste –
pragnienie, zmienne nastroje i to, że mogłaby kogokolwiek zabić. Próbowała
uczepić się myśli, że przecież sam przechodził przez ten stan dwa razy, ale
wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. To wciąż brzmiało jak czysta
abstrakcja, Beatrycze zaś mimo usilnych starań nie potrafiła odnaleźć się w czymś,
czego najzwyczajniej w świecie nie rozumiała.
Może i była
głupia, ale na pewno nie naiwna. Musiałaby upaść na głowę, żeby uwierzyć, że
wszystko będzie takie proste. Poniekąd próbowała się na to przygotować już jako
człowiek, aż za dobrze pamiętając rozmowę z Carlisle’em na temat
ewentualnej przemiany. Wtedy wydawało jej się, że rozumie, gdzie mógłby leżeć
ewentualny problem i na co powinna się szykować, ale teraz…
Co więcej,
najbardziej przejmowała się, że którykolwiek z nich – Lawrence albo
Carlisle – mieliby ją oglądać w takim stanie. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści,
w następnej sekundzie bez słowa odskakując od wciąż obejmującego ją L.
Dopadła do zlewu, w pośpiechu okręcając wodę, by jak najszybciej zmyć
zalegającą na jej dłoniach krew. Prawda była taka, że miała ochotę ją zlizać,
ale zdecydowanie nie zamierzała sobie na to pozwolić. Już i tak
zachowywała się jak bezmyślne zwierzę, łaknąc czegoś, co w normalnym
wypadku by ją odrzucało.
Na samą
myśl o krewi gardło Beatrycze po raz kolejny zapłonęło żywym ogniem. Przez
jej twarz przemknął cień, ale miała nadzieję, że stojący tuż za nią Lawrence
nie był w stanie tego zauważyć.
– W porządku?
– zapytał i mimo wszystko usłyszała troskę w jego głosie.
Zacisnęła
usta. Przez dłuższą chwilę była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu
i trzymać dłonie pod strumieniem wody. Wycofała się z opóźnieniem,
dla pewności jeszcze obmywając twarz. Czuła, że Lawrence nie odrywał od niej
wzroku, jak nic kontrolując każdy jej ruch. Co gorsza, mogła co najwyżej
zgadywać, jakie wyciągał wniosku i co takiego sobie myślał.
– Sam
powiedziałeś, że sobie radzę. Skoro tak, pewnie tak jest – mruknęła z opóźnieniem.
Wiedziała,
że plecie trzy po trzy. W pośpiechu wyrzucała z siebie kolejne słowa,
już nawet nie próbując szukać w nich sensu. Próbowała zabrzmieć spokojnie,
dokładnie tak jak on, by potwierdzić, że w istocie wszystko było takie,
jak powinno, ale i bez patrzenia na twarz Lawrence’a wiedziała, że jej to
nie wyszło.
Zamilkła,
czekając na kolejną złotą radę albo bezsensowne zapewnienia, w które i tak
nie miała być w stanie uwierzyć, te jednak nie nadeszły. Z uporem
wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, starając się nie
myśleć. W takich chwilach panowanie nad sobą i głodem wydawało się
łatwiejsze, nawet jeśli taka metoda na dłuższą metę wydawała się prowadzić
donikąd.
– Beatrycze…
Znajome
ramiona jak na zawołanie owinęły się wokół niej. Chłodne wargi musnęły jej
włosy, przez co po raz kolejny poczuła się
niemalże jak dziecko. W jego objęciach czuła się drobna i bezbronna,
prawie jak człowiek, chociaż zdecydowanie już nim nie była. W gruncie
rzeczy nic nie zmieniło się od chwili, w której przebudziła się na
cmentarzu, nawet jeśli to wydawało się irracjonalne. Ale przecież właśnie tak
było, prawda? Może teraz była nieśmiertelna, a do tego wszystkiego w końcu
sobie przypomniała, ale… coraz częściej miała wrażenie, że to żaden sukces.
Bez słowa
wtuliła się w Lawrence’a, układając policzek na jego torsie. Zamknęła
oczy, skupiona na słodkim zapachu i wzajemnej bliskości, która niezmiennie
przynosiła jej ukojenie. Przez krótką chwilę poczuła się spokojna, co było
dobre, nawet jeśli na dłuższą metę nie miało racji bytu. Balansowała gdzieś na
granicy, w każdej chwili będąc w stanie znów zacząć popadać w szaleństwo.
Mniej więcej wtedy doszła do wniosku, że dalsze udawanie, że wszystko było na
swoim miejscu, najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Wcale nie
czuła się jak ktoś, kto doskonale dawał sobie radę. Nic nie było w porządku,
nie wspominając o tym, że gdyby tylko mogła, po prostu by się popłakała –
ze złości, bezsilności i frustracji wywołanej tym, że akurat Lawrence
miałby oglądać ją w takim stanie.
– No, nie
żałuj sobie… – usłyszała tuż przy uchu. Poczuła, że palcami przeczesał jej
włosy, przez krótką chwilę jak gdyby nigdy nic skupiając się na próbach
rozplątania poplątanych loków. – Chodź tutaj.
Nie zdążyła
zaprotestować, gdy jak gdyby nic wziął ją na ręce. Machinalnie objęła go za
szyję, bynajmniej nie dlatego, że mogłaby obawiać się upadku. Nie upuściłby
jej, nieważne co by zrobiła. Trzymał ją pewnie i zarazem tak delikatnie,
jakby wciąż była kruchym człowiekiem, którego nieopatrznie mógłby skrzywdzić.
Poruszył
się gwałtownie, pośpiesznie ruszając w głąb mieszkania. Nie musiała
zastanawiać się nad tym, gdzie zamierzał ją zabrać, ani trochę nie zaskoczona
miękkością materaca, którą chwilę później poczuła pod plecami. Wtuliła policzek
w pościel, przez krótką chwilę żałując, że nie była w stanie ot tak
zamknąć oczu i zasnąć. Czasami sen pomagał, choć przy nadmiarze bodźców i wątpliwości
równie dobrze mógł okazać się trudnym do zniesienia koszmarem.
Ramiona Lawrence’a
bardziej stanowczo owinęły się wokół niej. Wciąż był tuż obok, trzymając ją i najwyraźniej
nie zamierzając puścić. Wtuliła się w niego, uświadamiając sobie, że w gruncie
rzeczy nie potrzebowała niczego więcej. Gdyby to było możliwe, wystarczyłoby,
że mogłaby leżeć w jego ramionach – tak po prostu, bez większego celu. Choć
przez moment czuła się dzięki temu bezpieczna, nawet mimo wciąż dającego się
jej we znaki głodu i świadomości, że w ten sposób w najmniejszym
choćby stopniu nie rozwiązywała żadnego z dręczących ją problemów.
– Jeśli
chodzi o to, co cię dręczyło… – Lawrence zawahał się. Natychmiast
przeniosła na niego wzrok, z niejaką obawą czekając na dalszy ciąg jego
wypowiedzi. – Nie wiem, co chodzi ci po głowie, ale ustalmy sobie jedno: wciąż
jestem twoim mężem. Ja… Cóż, chyba w tym problem.
– Nie rozumiem…
– Wróciłaś
do mnie – oznajmił z przekonaniem. Jego palce z czułością przesunęły
się po jej policzkach. – Jako moja Beatrycze… To wciąż mnie szokuje, jeśli
wiesz, co mam na myśli.
Zawahała
się, ostatecznie zdobywając na to, by skinąć głową. Wciąż czuła się niemalże
jak we śnie, z rezerwą podchodząc do jego zapewnień i wszystkiego, co
mówił. Z drugiej strony…
– Więc
jednak mogę uznać, że mam męża – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając
słowa. – Dobrze wiedzieć… Mam wrażenie, że w takim razie Sage mnie wyręczył.
Chyba to ja powinnam ci przypomnieć, jak należy traktować żonę.
– Miałaś nie
osądzać – przypomniał, ale choć uśmiechnął się przy tym blado, wyczuła w jego
głosie wyraźną obawę.
–
Powiedziałam, że tego nie chcę. Ale wciąż mogę – zauważyła przytomnie. – Daj mi
więc powód, żebym się powstrzymywała.
Jeszcze
zanim skończyła mówić, przesunął się w taki sposób, by wylądować na niej. Tym
razem nic nie powstrzymało jej przed tym, by odwzajemnić pocałunek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz