3 lipca 2018

Trzydzieści dwa

Beatrycze

– Chaos?
Wzdrygnęła się, momentalnie podrywając głowę. Lawrence jak gdyby nigdy nic stał w progu, uważnie ją obserwując.
– Podsłuchiwałeś? – obruszyła się.
To były pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy. L. prychnął, spoglądając na nią z powątpiewaniem. Mimo wszystko nie wyglądał na urażonego, zupełnie jakby w tym stwierdzeniu nie było niczego, co mógłby uznać za niewłaściwe.
– Oczywiście, że tak – stwierdził z rozbrajającą wręcz szczerością. Podszedł bliżej, wciąż nie odrywając wzroku od Beatrycze. – Pal licho, że wciąż tutaj przesiaduje. Nie mam pojęcia, co macie z Eleną do radosnego gawędzenia sobie z demonami.
– Jest całkiem sympatyczny. – Wzruszyła ramionami. – Poza tym to mąż Eleny. Kto jak kto, ale ty wiesz o tym najlepiej.
Prychnął w odpowiedzi, przez moment sprawiając wrażenie kogoś, kto sam nie wie, w jaki sposób powinien się zachować. Beatrycze zawahała się, z wolna prostując i odsuwając od barierki balkonu. Pomyślała, że powinna wrócić do środka, ale tak naprawdę sama nie była pewna, jak się zachować. Coś w obecności Lawrence’a wystarczyło, żeby poczuła się nieswojo, tym bardziej że nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna się względem niego zachowywać.
Nie wyglądał na rozeźlonego. Wciąż nawet słowem nie zająknął się na temat tego, co zrobił Sage, ale to akurat mogła przewidzieć. Do incydentu z samochodu również nie wracał, aż zaczęła mieć wątpliwości, czy w ogóle zrobiło to na nim jakiekolwiek znaczenie. W takich chwilach żałowała, że nie potrafiła czytać mu w myślach. Może wtedy wszystko stałoby się prostsze…
– Wszystko w porządku, radości? – zapytał, a kpina jak na zawołanie zniknęła z jego tonu, ustępując miejsca ni mniej, ni więcej, ale trosce. – Wydajesz się jakaś inna…
– W jakim sensie? – mruknęła, siląc się na obojętność.
L. jedynie potrząsnął głową.
– Co znów mu umyka? – drążył. – Powiedziałbym, że chodzi o Sage’a, ale ty wyglądałaś na przygnębioną już w samochodzie, więc… – Zamilkł, po czym podejrzliwie zmrużył oczy. – Masz mi za złe to, że prawie się rozbiliśmy.
– Nie – zapewniła go zgodnie z prawdą. – Ja po prostu…
– Co takiego?
Nie odpowiedziała, nagle czując się jak kompletna idiotka. Czy to w ogóle miało sens? Nie miała pewności i chyba tak naprawdę nie chciała tego wiedzieć. Uświadomiła sobie, że być może w istocie przesadzała, reagując w zdecydowanie zbyt gwałtowny sposób, ale to wydawało się silniejsze od niej. Była wrażliwa, z kolei L. ani trochę nie ułatwiał jej tym, jak zazwyczaj się zachowywał.
Wzdrygnęła się, kiedy wampir bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializował się u jej boku. To, że ot tak był w stanie przemieścić się z miejsca na miejsce już nie robiło na niej aż takiego wrażenia, zwłaszcza że teraz sama dysponowała wyostrzonymi zmysłami, ale i tak mimowolnie się wzdrygnęła. Z wolna uniosła głowę, chcąc nie chcąc pozwalając, by wampir ujął jej twarz w obie dłonie, nie pierwszy raz przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy.
– Co się dzieje? – nie dawał za wygraną. – Beatrycze…
– Jestem taka głupia.
Wprawiła go w konsternację i nie miała co do tego wątpliwości. Wyczuła, że zamarł, już tylko się w nią wpatrując i najpewniej czekając na ciąg dalszy. Przez myśl przeszło jej, że powinna poczuć się urażona, bo tak naprawdę w żaden sposób nie zanegował tego stwierdzenia. Z drugiej strony, jak gdyby nigdy nic gawędziła sobie z demonem, na dodatek takim, który stał ponad wszystkimi innymi. Z perspektywy Lawrence’a to zdecydowanie nie było posunięciem, które świadczyłoby o choćby odrobinie zdrowego rozsądku.
– Skąd taki wniosek? – zapytał w końcu, wyraźnie nie będąc w stanie znieść przeciągającego się milczenia. – Ten cholerny demon coś ci powiedział? Niby słyszałem waszą rozmowę, ale…
– Tutaj nie chodzi o Rafaela – przerwała mu pośpiesznie.
Lawrence wydał z siebie sfrustrowany jęk. Zaraz po tym wycofał się, zakładając ramiona na piersi.
– Więc o co? Naprawdę musisz mi to robić?
Westchnęła przeciągle. Musiała? Być może. Gdyby jakkolwiek panowała nad sobą i kolejnymi odruchami, wszystko stałoby się o wiele prostsze. Sęk w tym, że takie nie było i nawet ona powoli zaczynała gubić się we własnych pragnieniach.
– Mam na myśli… Cóż, to, o czym powiedziałam ci w samochodzie – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Wybacz. Nie powinnam była.
– Co takiego?
Tym razem nawet nie próbowała odpowiadać. Bez słowa ruszyła w stronę drzwi, chcąc jak najszybciej wrócić do mieszkania. Miała wrażenie, że palą ją policzki, chociaż w przypadku wampira to zdecydowanie nie powinno być możliwe. Jakby tego było mało, we znaki po raz kolejny zaczęła dawać jej się pustka w głowie. Co prawda taki stan rzeczy wydawał się o wiele prostszy – to, że mogłaby po prostu nie myśleć – a jednak…
Zdążyła przejść zaledwie kilka kroków, kiedy coś chwyciło ją za rękę. Zesztywniała, w ułamku sekundy zwracając się z powrotem ku Lawrence’owi. Warknęła cicho, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, co zrobiła.
Wampir nawet się nie skrzywił, zupełnie jakby w jej reakcji nie było niczego, co wydałoby mu się jakkolwiek niepokojące.
– Chodzi o moją reakcję, tak? – Bez słowa przyciągnął ją bliżej, obojętny na to, że spróbowała mu się wyrwać. – Tylko o to?
– Nieważne – obruszyła się.
Puścił to jedno słowo mimo uszu.
– Mój Boże… Zrobiło ci się przykro – stwierdził, wyraźnie zaskoczony tym odkryciem. Otworzyła usta, gotowa zaprotestować, chociaż to zdecydowanie nie była prawda. – Zaskoczyłaś mnie tym. Ja…
– Nie powinnam – przerwała mu, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Tak, wiem. To dzieje się za szybko. Myślałam… I właśnie dlatego jestem głupa. – Energicznie potrząsnęła głową, sama niepewna w jaki sposób powinna mu wszystko wytłumaczyć. – Gubię się w tym. Cały czas się gubię.
Urwała, kiedy zabrało jej tchu. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, aż nazbyt świadoma tego, że Lawrence wciąż ją obserwował. To ani trochę nie pomagało w tym, że próbowała zebrać w myśli. Kolejny raz poczuła się niemalże jak zwierzę w klatce, bliska tego, by znów spróbować mu się wyrwać i zacząć niespokojnie krążyć. Gdyby przynajmniej potrafiła uporządkować własne uczucia w taki sposób, by przy okazji móc wytłumaczyć je również jemu…
– Och, Beatrycze…
Zesztywniała, gdy wraz z tymi słowami przysunął się na tyle blisko, by ją pocałować. W jednej chwili wszelakie myśli uleciały z jej głowy, niemalże tak jak wtedy, gdy po prostu kochali się w tamtej opustoszałej stajni. Pod wpływem chwili odwzajemniła pieszczotę, skupiona wyłącznie na kolejnych ruchach. To wydawało się znajome – wzajemna bliskość, dłonie Lawrence’a na jej ciele i to, że mogłaby go pragnąć.
A potem do głosu po raz kolejny doszedł głód i wszystko trafił szlag.
Przez krótką chwilę naprawdę miała ochotę zakląć. Ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, w zamian krzywiąc się i z jękiem oswobadzając z uścisku obejmującego ją wampira. Dłoń machinalnie uniosła do gardła, zupełnie jakby dotykiem mogła sprawić, by nieprzyjemne palenie samo z siebie ustąpiło. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, ale nawet słodycz nieśmiertelnych nie sprawiła, że poczuła się jakkolwiek lepiej.
– Chodź – usłyszała w pełni spokojny głos Lawrence’a. Nie zaprotestowała, kiedy chwycił ją za rękę, prowadząc za sobą niemalże jak nieporadne dziecko. – Tym razem załatwimy to dużo szybciej.
Nawet jeśli miała wątpliwości, w tamtej chwili nie była w stanie o nich myśleć. Ruszyła za nim, ściskając jego dłoń tak kurczowo, jakby ta była jej ostatnią deską ratunku. Poniekąd tak było, bo nie miała wątpliwości, że gdyby musiała mierzyć się z głodem w pojedynkę, nie miałaby szans. Pragnienie niezmiennie dawało jej się we znaki, w szczególności po wielogodzinnej podróży wydając się bardziej uciążliwe niż do tej pory.
Lawrence zostawił ją przy kuchennym stole, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Nerwowo zacisnęła palce na krawędziach blatu, z trudem kontrolując siłę, z jaką przytrzymywała się mebla. Ze świstem wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Ból nieznacznie zelżał, ale wciąż był wszechobecny, przez co nie potrafiła go zignorować. Kiedy na dodatek chwilę później wyraźnie poczuła nieco mdłą, ale jednak nęcącą słodycz, w ułamku sekundy straciła nad sobą kontrolę, niemalże jak wtedy w lesie, gdy bezwiednie pędziła za swoją potencjalną ofiarą.
Nie zarejestrowała momentu, w którym doskoczyła do L. Tym bardziej nie była pewna, co robiła później. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie poczuła przyjemną słodycz, o wiele bardziej intensywniejszą niż ta krwi, którą miała okazję pić podczas polowania w lesie. Posoka była zimna i to na swój sposób ją odrzucało, ale głód zrobił swoje. Mniej atrakcyjne niż krew, którą mogłaby się cieszyć, gdyby piła bezpośrednio od dawczy, czy też nie – to wydawało się najmniej istotne. Dla Beatrycze ważne pozostawało przede wszystkim to, że mogła zaspokoić głód, choć po części niwelując raz po raz przybierające na sile palenie.
Zadrżała, po czym otworzyła oczy. Ręce zadrżały jej, kiedy uprzytomniła sobie, że tkwiła w miejscu, wyprostowana niczym struna i czujna jak dzikie zwierzę. Zaraz po tym zarejestrowała świeżą czerwień, która znaczyła jej palce, a także to, że w dłoniach raz po raz mięła pusty, plastikowy woreczek. Coś przewróciło jej się w żołądku, kiedy uprzytomniła sobie, że w środku dopiero co musiała znajdować się ludzka krew. Och, na pomiętym opakowaniu wciąż mogła zauważyć wypisane markerem oznaczenie: AB Rh-. W milczeniu wpatrywała się w kolejne litery, nagle niepewna, w jaki sposób powinna się zachować. Czy grupa krwi w ogóle miała znaczenie? Wpływała jakoś na smak, a może…?
Ledwo stłumiła jęk. Przez krótką chwilę miała ochotę roześmiać się histerycznie, bardziej niż wcześniej wytrącona z równowagi. Zamrugała nieco nieprzytomnie, gotowa przysiąc, że obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Pod powiekami poczuła pieczenie, chociaż jak na złość nie mogła się rozpłakać, co zresztą zdążyła odkryć już wcześniej.
– I tak całkiem dobrze sobie radzisz.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na słowa Lawrence’a. Kolejny raz zwróciła się w jego stronę zdecydowanie zbyt gwałtownie, by mogło to wyglądać naturalnie. Wręcz zmusiła się do tego, by rozluźnić mięśnie, nie po raz pierwszy mając wrażenie, że niewiele brakowało, by rzuciła się komuś gardła. I to na dodatek jemu. Tylko dlatego, że stał tuż obok i odezwał się w nieodpowiednim momencie.
Wypuściła powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując nad sobą zapanować. Słodki Jezu, wszystko było nie tak. Czuła się jak tykająca bomba z włączonym odliczaniem. Jakby tego było mało, nie miała pojęcia, kiedy mógł nastąpić wybuch, nie wspominając o możliwości zrobienia czegoś, czego przyszłoby jej żałować. Wierzyła, że Lawrence był zbyt doświadczony, by ot tak dać się zabić, ale z drugiej strony… Jej ufał. I miała wrażenie, że wierzył w nią o wiele mocniej niż ona w siebie, a to prędzej czy później mogło okazać się zgubne.
– Nie – wyszeptała, choć to równie dobrze mogło sprowadzać się do nic znaczącego ruchu warg. – Ani trochę.
– Wciąż nikogo nie zabiłaś.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać. Chciał ją w ten sposób pocieszyć? Miała wrażenie, że żartował sobie jej kosztem i to w zdecydowanie nierozsądny sposób.
– Cofam – oznajmiła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – To ty jesteś głupi.
– To też prawda – stwierdził niemalże pogodnym tonem. Zaraz po tym podszedł bliżej, całkowicie ignorując fakt, że drżała, wciąż mając problemy z zapanowaniem nad własnym ciałem. – Ale to nic nowego, prawda?
Nie odpowiedziała, niezdolna wykrztusić z siebie nawet słowa. Chcąc nie chcąc poluzowała uścisk wokół torebki, pozwalając, by wyjął jej ją z rąk. Odrzucił folię gdzieś na bok, by bez przeszkód móc ująć obie dłonie kobiety w swoje. Beatrycze obserwowała go w milczeniu, kiedy uniósł jej ręce do ust, składając na nich delikatne pocałunki. Mimowolnie zadrżała, zwłaszcza gdy rubinowe tęczówki Lawrence’a pociemniały nieznacznie w odpowiedzi na posmak wciąż broczącej jej skórę krwi.
– Dla ciebie to takie naturalne… – zauważyła mimochodem.
Natychmiast się wyprostował. Obserwował ją z uwagą, lustrując jej twarz tak dokładnie, jakby mógł wyczytać z niej coś istotnego.
– Mówisz, jakby było to dla ciebie zaskoczeniem… Znasz mnie, Beatrycze – zauważył przytomnie. – Sama dałaś mi to do zrozumienia. Co więcej, sama odstąpiłaś od jakiegokolwiek osądu.
– I dalej nie zamierzam cię sądzić – zapewniła, ostrożnie przesuwając się bliżej. Wyczuła, że się rozluźnił, niemalże z ulgą biorąc ją w ramiona. – Ja tylko…
– Gubisz się w tym – podpowiedział usłużnie, bez wahania nawiązując do tego, co powiedziała wcześniej. – Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Ale dalej uważam, że sobie radzisz… Nie robisz niczego, do czego nie miałabyś prawa w obecnej sytuacji.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, nie będąc w stanie ot tak uwierzyć w kolejne zapewnienia. Z jego perspektywy to naprawdę wydawało się proste – pragnienie, zmienne nastroje i to, że mogłaby kogokolwiek zabić. Próbowała uczepić się myśli, że przecież sam przechodził przez ten stan dwa razy, ale wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. To wciąż brzmiało jak czysta abstrakcja, Beatrycze zaś mimo usilnych starań nie potrafiła odnaleźć się w czymś, czego najzwyczajniej w świecie nie rozumiała.
Może i była głupia, ale na pewno nie naiwna. Musiałaby upaść na głowę, żeby uwierzyć, że wszystko będzie takie proste. Poniekąd próbowała się na to przygotować już jako człowiek, aż za dobrze pamiętając rozmowę z Carlisle’em na temat ewentualnej przemiany. Wtedy wydawało jej się, że rozumie, gdzie mógłby leżeć ewentualny problem i na co powinna się szykować, ale teraz…
Co więcej, najbardziej przejmowała się, że którykolwiek z nich – Lawrence albo Carlisle – mieliby ją oglądać w takim stanie. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, w następnej sekundzie bez słowa odskakując od wciąż obejmującego ją L. Dopadła do zlewu, w pośpiechu okręcając wodę, by jak najszybciej zmyć zalegającą na jej dłoniach krew. Prawda była taka, że miała ochotę ją zlizać, ale zdecydowanie nie zamierzała sobie na to pozwolić. Już i tak zachowywała się jak bezmyślne zwierzę, łaknąc czegoś, co w normalnym wypadku by ją odrzucało.
Na samą myśl o krewi gardło Beatrycze po raz kolejny zapłonęło żywym ogniem. Przez jej twarz przemknął cień, ale miała nadzieję, że stojący tuż za nią Lawrence nie był w stanie tego zauważyć.
– W porządku? – zapytał i mimo wszystko usłyszała troskę w jego głosie.
Zacisnęła usta. Przez dłuższą chwilę była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu i trzymać dłonie pod strumieniem wody. Wycofała się z opóźnieniem, dla pewności jeszcze obmywając twarz. Czuła, że Lawrence nie odrywał od niej wzroku, jak nic kontrolując każdy jej ruch. Co gorsza, mogła co najwyżej zgadywać, jakie wyciągał wniosku i co takiego sobie myślał.
– Sam powiedziałeś, że sobie radzę. Skoro tak, pewnie tak jest – mruknęła z opóźnieniem.
Wiedziała, że plecie trzy po trzy. W pośpiechu wyrzucała z siebie kolejne słowa, już nawet nie próbując szukać w nich sensu. Próbowała zabrzmieć spokojnie, dokładnie tak jak on, by potwierdzić, że w istocie wszystko było takie, jak powinno, ale i bez patrzenia na twarz Lawrence’a wiedziała, że jej to nie wyszło.
Zamilkła, czekając na kolejną złotą radę albo bezsensowne zapewnienia, w które i tak nie miała być w stanie uwierzyć, te jednak nie nadeszły. Z uporem wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, starając się nie myśleć. W takich chwilach panowanie nad sobą i głodem wydawało się łatwiejsze, nawet jeśli taka metoda na dłuższą metę wydawała się prowadzić donikąd.
– Beatrycze…
Znajome ramiona jak na zawołanie owinęły się wokół niej. Chłodne wargi musnęły jej włosy, przez co po raz kolejny poczuła  się niemalże jak dziecko. W jego objęciach czuła się drobna i bezbronna, prawie jak człowiek, chociaż zdecydowanie już nim nie była. W gruncie rzeczy nic nie zmieniło się od chwili, w której przebudziła się na cmentarzu, nawet jeśli to wydawało się irracjonalne. Ale przecież właśnie tak było, prawda? Może teraz była nieśmiertelna, a do tego wszystkiego w końcu sobie przypomniała, ale… coraz częściej miała wrażenie, że to żaden sukces.
Bez słowa wtuliła się w Lawrence’a, układając policzek na jego torsie. Zamknęła oczy, skupiona na słodkim zapachu i wzajemnej bliskości, która niezmiennie przynosiła jej ukojenie. Przez krótką chwilę poczuła się spokojna, co było dobre, nawet jeśli na dłuższą metę nie miało racji bytu. Balansowała gdzieś na granicy, w każdej chwili będąc w stanie znów zacząć popadać w szaleństwo. Mniej więcej wtedy doszła do wniosku, że dalsze udawanie, że wszystko było na swoim miejscu, najzwyczajniej w świecie nie miało sensu.
Wcale nie czuła się jak ktoś, kto doskonale dawał sobie radę. Nic nie było w porządku, nie wspominając o tym, że gdyby tylko mogła, po prostu by się popłakała – ze złości, bezsilności i frustracji wywołanej tym, że akurat Lawrence miałby oglądać ją w takim stanie.
– No, nie żałuj sobie… – usłyszała tuż przy uchu. Poczuła, że palcami przeczesał jej włosy, przez krótką chwilę jak gdyby nigdy nic skupiając się na próbach rozplątania poplątanych loków. – Chodź tutaj.
Nie zdążyła zaprotestować, gdy jak gdyby nic wziął ją na ręce. Machinalnie objęła go za szyję, bynajmniej nie dlatego, że mogłaby obawiać się upadku. Nie upuściłby jej, nieważne co by zrobiła. Trzymał ją pewnie i zarazem tak delikatnie, jakby wciąż była kruchym człowiekiem, którego nieopatrznie mógłby skrzywdzić.
Poruszył się gwałtownie, pośpiesznie ruszając w głąb mieszkania. Nie musiała zastanawiać się nad tym, gdzie zamierzał ją zabrać, ani trochę nie zaskoczona miękkością materaca, którą chwilę później poczuła pod plecami. Wtuliła policzek w pościel, przez krótką chwilę żałując, że nie była w stanie ot tak zamknąć oczu i zasnąć. Czasami sen pomagał, choć przy nadmiarze bodźców i wątpliwości równie dobrze mógł okazać się trudnym do zniesienia koszmarem.
Ramiona Lawrence’a bardziej stanowczo owinęły się wokół niej. Wciąż był tuż obok, trzymając ją i najwyraźniej nie zamierzając puścić. Wtuliła się w niego, uświadamiając sobie, że w gruncie rzeczy nie potrzebowała niczego więcej. Gdyby to było możliwe, wystarczyłoby, że mogłaby leżeć w jego ramionach – tak po prostu, bez większego celu. Choć przez moment czuła się dzięki temu bezpieczna, nawet mimo wciąż dającego się jej we znaki głodu i świadomości, że w ten sposób w najmniejszym choćby stopniu nie rozwiązywała żadnego z dręczących ją problemów.
– Jeśli chodzi o to, co cię dręczyło… – Lawrence zawahał się. Natychmiast przeniosła na niego wzrok, z niejaką obawą czekając na dalszy ciąg jego wypowiedzi. – Nie wiem, co chodzi ci po głowie, ale ustalmy sobie jedno: wciąż jestem twoim mężem. Ja… Cóż, chyba w tym problem.
– Nie rozumiem…
– Wróciłaś do mnie – oznajmił z przekonaniem. Jego palce z czułością przesunęły się po jej policzkach. – Jako moja Beatrycze… To wciąż mnie szokuje, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Zawahała się, ostatecznie zdobywając na to, by skinąć głową. Wciąż czuła się niemalże jak we śnie, z rezerwą podchodząc do jego zapewnień i wszystkiego, co mówił. Z drugiej strony…
– Więc jednak mogę uznać, że mam męża – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Dobrze wiedzieć… Mam wrażenie, że w takim razie Sage mnie wyręczył. Chyba to ja powinnam ci przypomnieć, jak należy traktować żonę.
– Miałaś nie osądzać – przypomniał, ale choć uśmiechnął się przy tym blado, wyczuła w jego głosie wyraźną obawę.
– Powiedziałam, że tego nie chcę. Ale wciąż mogę – zauważyła przytomnie. – Daj mi więc powód, żebym się powstrzymywała.
Jeszcze zanim skończyła mówić, przesunął się w taki sposób, by wylądować na niej. Tym razem nic nie powstrzymało jej przed tym, by odwzajemnić pocałunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa