4 lipca 2018

Trzydzieści trzy

Isobel
– Moja pani.
Z wolna uniosła głowę. Widok Huntera mimo wszystko jej nie zaskoczył, chociaż minęło sporo czasu, odkąd widziała demona po raz ostatni. W gruncie rzeczy od wydarzeń w Volterze wydawał się całkowicie obojętny na to, czy mogłaby go potrzebować.
Isobel podejrzliwie mrużyła oczy. Z uwagą przypatrywała się płaszczącemu przed nią demonowi, próbując zrozumieć. Czy to miał być jakiś żart? Czuła, że Hunter nie przyszedł z własnej woli. Co więcej nie był sam i ta świadomość wzbudziła w nieśmiertelnej jeszcze silniejsze wątpliwości. Nie musiała pytać, żeby zorientować się, że demon nie przybył do niej z własnej woli. Te istoty były dumne, przynajmniej w przypadku tych, które dysponowały ludzkimi kształtami. Rafael z pewnością taki był, Hunter z kolei zawsze jawił się jej jako ktoś, kto za żadne skarby nie przyznałby się do błędu. Skoro tutaj był, musiał mieć powód. I najpewniej go znała, chociaż to wciąż wydawało się królowej dość nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności.
– Czy to ojciec cię przysłał? – zapytała wprost.
Ostrożnie dobierała słowa, czując, że to ważne. Ciemność dość jasno dała jej do zrozumienia, że wciąż miała pełną kontrolę nad sytuacją. Słuchał, nawet kiedy wydawało się to mało prawdopodobne. Jakby tego było mało, ostatnim razem przesadziła i pozwoliła się upokorzyć, chociaż nad tym zdecydowanie nie chciała się rozwodzić.
Tak czy inaczej, chciała wiedzieć, czego powinna się spodziewać. Nie miało dla niej znaczenia, dlaczego demony jej służyły. Liczyło się przede wszystkim możliwości, które dawało ich wsparcie – choćby garstki tych, które były zbyt głupie albo po prostu nie chciały pójść za Rafaelem.
– To przede wszystkim moje oddanie, bogini.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Ach, bogini. Tak rzadko w ostatnim czasie to słyszała, że chcąc nie chcąc przychylniej patrzyła na każdego, kto zwracał się do niej w ten sposób. Mogła nawet przymknąć oko na to, że Hunter kłamał jej w żywe oczy, udając o wiele bardziej oddanego, niż w rzeczywistości był.
Przez krótką chwilę zapragnęła roześmiać się w całkowicie pozbawiony wesołości sposób. Do czego to doszło, by musiała cieszyć się z obecności tych sług, którzy ją zawiedli? Gdyby sytuacja była inna, bez wahania ukarałaby tego demona. Zrównałaby go z ziemią, by raz na zawsze zapamiętał, że mimo porażki wciąż była kimś, kto się liczył. Nazywał ją boginią, a jednak przez tyle czasu trzymał się z daleka, działając na własną rękę.
– Skoro tak twierdzisz… – powiedziała cicho, niemalże obojętnie.
Zauważyła, że przez twarz Huntera przemknął cień. Oczekiwał pochwały? W zasadzie nie byłaby zaskoczona aż taką bezczelnością z jego strony. Zaletą tego demona było to, że zawsze mogła przewidzieć jego ruchy i nastroje. Był niemalże jak otwarta księga dla każdego, kto zdążył go poznać. Z perspektywy Isobel stanowiło to równie wielką zaletę, co i wadę, bo choć z satysfakcją spoglądała na bezpośredniość i gwałtowność Huntera, wciąż cieszył się mniejszym posłuchem niż Rafael. W przeciwieństwie do serafina, ten z demonów… wydawał się niemalże prymitywy. Co więcej, skoro ona mogła z taką łatwością go przejrzeć, inni również musieli być w stanie.
Uśmiechnęła się, aż nazbyt świadoma, że Hunterowi nie przypadło do gustu to, z jak wielką obojętnością przyjęła jego oświadczenie. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że przybył do niej wielki, łasy na pieszczoty szczeniak. Teraz na dodatek bardzo rozczarowany, bo nie zamierzała zapewnić mu jakże upragnionej atencji.
– Bogini? – zapytał z wahaniem.
Kiedyś przypłaciłby taką bezczelność bólem. Z dziką rozkoszą wdarłaby się do jego umysłu, by dać upust całej swojej frustracji, nie tylko tej związanej z jego zachowanie. Byłoby jej wszystko jedno, czy w ten sposób ukróciłaby jego żywot, odsyłając z powrotem do ojca. Mogłaby sobie na to pozwolić, na swoje skinienie mając dość sług, by natychmiast znaleźć sensownego następcę. No i – co najważniejsze – kiedyś nie musiałaby się obawiać, że ktokolwiek odważy się ją porzucić, gdyby posunęła się za daleko. Teraz nie miała tej pewności, i to nawet w przypadku teoretycznie przewidywalnego Huntera.
Coś w tej świadomości wydało się królowej czymś wręcz nie do pomyślenia.
Nie od razu zareagowała na ponaglenia demona. Spokojnie krążyła po pogrążonym w półmroku mieszkaniu, bez większego zainteresowania spoglądając na drogie, nowoczesne meble. Wciąż nie była w stanie przywyknąć do tego miejsca i sposobu, w jaki prezentował się ówczesny świat. Teraz bogactwo i przepych oznaczały coś zgoła innego, niż pamiętała. Otaczała się tym, co uważała za właściwe królowej, ale konieczność ukrywania się zdecydowanie jej w tym nie pomagała.
W którymś momencie upadła i to tak nisko, że wręcz nie była w stanie o tym myśleć. Mogła udawać, że wszystko było zaledwie przejściowym etapem, ale… przecież doskonale wiedziała, że okłamuje samą siebie.
Musiała w końcu wziąć się w garść, a choćby niewielkie wsparcie demonów wydawało się idealnym początkiem. Z drugiej jednak strony…
– Słyszałam, co powiedziałeś – oznajmiła ze stoickim spokojem. – Po takim czasie…
– Musiałem…
– Czy powiedziałam, że oczekuję jakichkolwiek wyjaśnień? – przerwała mu bez chwili wahania. Poczuła ulgę i swego rodzaju satysfakcję, kiedy natychmiast zamilkł, w końcu okazując choć odrobinę znajomego jej respektu. – Przychodzić do mnie po takim czasie i nazywasz boginią. Sam. Z własnej woli.
– W rzeczy samej – zapewnił pokornie.
W tamtej chwili naprawdę miała ochotę się roześmiać. Tak nieudolnie kłamał, próbując przy tym naśladować ten nieznośnie uprzejmy, oficjalny ton Rafaela! To byłoby całkiem zabawne, gdyby nie mierziła jej konieczność udawania skończonej kretynki, która uwierzyła w te brednie.
– Więc mi udowodnij. – Błyskawicznie zwróciła się w jego stronę. Wciąż klęczał przy oknie, rzekomo z szacunku, jednak Isobel bardziej skłaniałaby się ku zwykłej konieczności albo przyzwyczajenia. – Dlaczego ot tak miałabym cię przyjąć? – drążyła, a Hunter wyprostował się, spoglądając na nią w co najmniej skonsternowany sposób.
– Ja…
– Czego nie zrozumiałeś? – zapytała niemalże łagodnie. Z wolna podeszła bliżej, by móc spojrzeć na demona z góry. – Przyszedłeś do mnie z własnej woli – podjęła z naciskiem, nawet nie próbując ukrywać pobrzmiewającej w głosie kpiny – po tym, jak kolejny raz mnie zawiodłeś. Udowodnij mi więc, że istnieje jakikolwiek powód, żebym przyjęła twoją ofertę.
Czuła, że to ryzykowne posunięcie, ale z drugiej strony… który demon byłby na tyle głupi, by sprzeciwić się Ciemności? O ile to ojciec faktycznie go przysłał. Nawet jeśli nie, Hunter musiał zdawać sobie sprawę z tego, że nie zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. Przynajmniej Isobel chciała wierzyć, że nie spoglądał na nią w aż tak godny pożałowania, zdradzający całkowity brak szacunku sposób. Jakby nie było, nie wyobrażała sobie, że ktokolwiek mógłby ją uznać za słabą. Do diabła, to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Cisza, która nagle zapadła, wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Isobel powróciła do krążenia po mieszkaniu, aż nazbyt świadoma spojrzenia obserwującego ją demona. Cierpliwie czekała, choć ta z cnót nigdy nie była jej mocną stroną. Kolejny raz przeszło jej przez myśl, że dawniej już dawno pokazałaby temu demonowi, co oznaczało wystawianie nerwów królowej na próbę. Kto wie, może nawet doprowadziłby ją takim zachowaniem do stanu, w którym postanowiłaby mu pokazać, że batem posługiwała się równie wprawnie, co i on.
A tak swoją drogą, to czy w tym zdominowanym przez śmiertelników świecie, istniało coś, czym dałoby się wywabić plamy demonicznej krwi z dywanu…?
– Sądzę, że jest coś, co mogłoby cię zainteresować, bogini – oznajmił nagle Hunter, skutecznie wyrywając wampirzycę z zamyślenia. Spojrzała na niego spod uniesionych brwi. – Moje rodzeństwo szepta między sobą. Bardzo często.
– Co w tym niezwykłego? – zapytała, nie kryjąc wątpliwości. – Służycie mi od wieków. Wiem, w jaki sposób się porozumiewacie.
– Więc wiesz, jak wiele możemy dostarczyć ci informacji. – Hunter bez jakiegokolwiek ostrzeżenia poderwał się na równe nogi. Jego oczy zabłysły, zaś rozłożone skrzydła sprawiły, że nagle zaczął sprawiać wrażenie wyższego i bardziej pewnego siebie. – Rafael nie zabronił im mówić. W zasadzie mój brat nie nadaje się do czegokolwiek… No i pojawił się ktoś nowy.
W milczeniu przypatrywała się demonowi. Mówił pewnie, niemalże z entuzjazmem, zupełnie jakby rozmawiał z kimś równym sobie, a nie swoją boginią. Isobel zacisnęła usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed tym, by kazać mu odejść. Miała na to ochotę – zrobić coś, co w innym wypadku przyszłoby jej z łatwością, a przed czym teraz musiała się powstrzymać. Problem leżał właśnie w tym, że nie mogła.
Zwłaszcza że Hunter ją zaciekawił.
Zwiesiła ramiona, z trudem zmuszając się do poluzowania zaciśniętych pięści. Panowanie nad sobą przychodziło jej z trudem, przez co czuła się słaba i nieporadna, niemalże jak jakiś beznadziejny człowiek. Mimochodem pomyślała o sposobie, w jaki podczas ostatniego spotkania potraktowała ją Ciemność. Pamiętała tę iście ludzką słabość, którą doświadczyła i która wyryła się w jej umyśle tak wyraźnie, że nie była w stanie o niej zapomnieć. Ten ból, to upokorzenie i świadomość, że istniał ktoś, kto z taką wprawą mógłby ją stłamsić…
Robił to specjalnie? Przysłał do niej Huntera nie tyle, by pomóc, ale żeby móc ją upokorzyć? Miała wrażenie, że niezmiennie igrał z nią i jej cierpliwością, zmuszając do działań tak ostrożnych, że to wręcz doprowadzało ją do szaleństwa. Czuła, że w każdej chwili wszystko mogło wymknąć jej się spod kontroli, a to zdecydowanie nie sprawiało, że czuła się lepiej. Co prawda Isobel wierzyła, że cel uświęcał środki i tylko dlatego godziła się na to szaleństwo, jednak wcale nie czuła się z tym dobrze.
– Mów dalej – ponagliła, spoglądając wyczekująco na Huntera. – Wiesz, że nienawidzę zagadek.
– Chciałbym mieć po prostu pewność, że jestem tutaj mile widziany, bogini.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. W milczeniu wpatrywała się w strojącego przed nią demona, przez dłuższą chwilę mając wątpliwości co do tego, czy przypadkiem się nie przesłyszała. Miała rozumieć, że właśnie stawiał jej warunki? Mogła znieść jakiekolwiek ograniczenia ze strony jego ojca, ale zdecydowanie nie kogoś, kogo nie szanowało nawet jego rodzeństwo.
Przemknęła przez pokój tak błyskawicznie, że nawet tego nie zarejestrowała. Nie minęła sekunda, a pokój wypełnił słodki zapach krwi, gdy bezceremonialnie wbiła dłoń w pierś stojącej przed nią istoty. Z wprawą przebiła się przez warstwę mięśni i żebra, by móc zacisnąć palce na trzepocącym się rozpaczliwie sercu.
Hunter aż się zapowietrzył, zamierając i rozszerzonymi do granic możliwości oczyma wpatrując się w jej twarz.
– Chyba się zapominasz – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Ledwo powstrzymywała się przed zmiażdżeniem serca demona w dłoni. – Wciąż mam do powiedzenia równie wiele, co i wieki temu, rozumiesz? A teraz przestań mówić zagadkami i przejdź do rzeczy.
– Ja…
Przesunęła się bliżej. Ich twarze dzieliło naprawdę niewiele, dzięki czemu wyraźnie mogła poczuć i usłyszeć jego urywany, przyśpieszony oddech.
– Chciałeś coś powiedzieć? – zapytała cicho, niemalże uprzejmie.
Demon w pośpiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
– Przepraszam, że cię zdenerwowałem, bogini – wyrzucił z siebie na wydechu.
Nie od razu zareagowała na jego słowa. Chwilę tkwiła w bezruchu, wciąż trzymając trzepocące się serce i bez choćby cienia wahania spoglądając przy tym demonowi w twarz. To, że nie był w stanie zajrzeć jej w oczy, na swój sposób ją satysfakcjonowało.
Metaliczny posmak strachu, który poczuła na języku, tym bardziej.
Z wolna skinęła głową. Dopiero wtedy wycofała się, pozwalając demonowi opaść na podłogę. Usłyszała, że osunął się na ziemię, zanosząc kaszlem. Co więcej, wciąż czuła krew i była niemalże pewna, że Hunter dodatkowo z nią zwymiotował.
Ach. Jednak będzie musiała zrobić coś z tym dywanem…
W zamyśleniu przyjrzała się pokrwawionym palcom. Zaraz po tym uśmiechnęła się i jakby od niechcenia wyciągnęła rękę, w końcu zwracając uwagę na łagodne pulsowanie w ciemnościach. Mimo wszystko nie przypuszczała, że jeszcze kiedykolwiek przyjdzie jej uczynić ten gest.
Więc chcecie do mnie wrócić, moje dzieci? – wyszeptała w pustkę, starannie wypowiadając kolejne słowa w dawno zapomnianym języku pierwotnym.
Reakcja była natychmiastowa. Otoczyły ją, chętne i stęsknione, łasząc się i łapczywie spijając ślady krwi. Isobel z niejakim rozczarowaniem odkryła, że to wciąż była zaledwie garstka istot, które miała na swoje skinienie, zanim sprawy się skomplikowały. Niewielu poszło za Hunterem, ale zdecydowanie nie zamierzała narzekać.
Lekko poruszyła palcami, z niejakim rozczuleniem spoglądając na pulsującą czarną mgłę, raz po raz ocierającą się o jej skórę. Przez krótką chwilę zapragnęła się roześmiać, ale powstrzymała się, próbując zdusić w sobie euforię. To nie tak, że naprawdę któregokolwiek z nich potrzebowała. Po prostu odzyskała coś, co obiecano jej wieki temu i czego nigdy nie powinna stracić.
– Doprowadź się do porządku, Hunterze – powiedziała ze spokojem, zniecierpliwionym ruchem odganiając demony. – I dopilnuj, by twoje rodzeństwo wchłonęło całą krew. W tym miejscu chcę zachować porządek.
– Tak, bogini – odpowiedział z opóźnieniem.
Z uznaniem skinęła głową.
– Porozmawiamy, kiedy wrócę. Czekaj tutaj na mnie… I więcej nie próbuj wystawiać moich nerwów na próbę.
Właściwie sama nie była pewna, dlaczego zdecydowała się wyjść. W gruncie rzeczy zależało jej na tym, by jak najszybciej usłyszeć, co takiego miał do powiedzenia. Czy faktycznie Rafael nie dbał o informacje, które wymieniały między sobą demony? Z drugiej strony, może nigdy tak naprawdę nie musiał tego robić. Te istoty od zawsze były mu wierne, zresztą tak jak i jej. W zasadzie do Isobel wciąż nie docierało to, do czego doprowadziła tamta dziewczyna. O konsekwencjach, które sama poniosła, kiedy zdecydowała się Elenę zabić, nie wspominając.
Mogła tylko zgadywać, co tak nagle zmieniło się w zachowaniu Ciemności. Była jeszcze Ophelia, o której usłyszała pierwszy raz od dawna, chcąc nie chcąc myśląc o siostrze częściej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Co się zmieniło? Sądziła, że układ sprzed wieków był jasny, ale najwyraźniej i tego nie mogła już być pewna. Ciemność zmieniła reguły, od jakiegoś czasu bardziej aktywna, niż kiedykolwiek wcześniej. To, że już dwukrotnie pofatygowała się do niej osobiście, wydało się Isobel wystarczająco wymowne. W końcu nie pojawił się materialnie nawet wtedy, gdy w sprzeczności z jego wolą zabiła Elenę.
Ta niepewność doprowadzała ją do szału. To, że czuła się podekscytowana informacjami, które miał dla niej Hunter, również. Nienawidziła niemocy, a jednak uczucie to ogarniało ją zdecydowanie zbyt często. Mogła co najwyżej próbować w pośpiechu ratować resztki dumy i tego, co udało jej się zbudować, ale czuła, że niewiele zdziała w pojedynkę. W jakimś stopniu naprawdę była uzależniona od demonów, a to w najmniejszym stopniu nie poprawiało królowej nastroju.
Oczywiście, zdziałała coś sama. Szczęście dopisało jej już przed pojawieniem się Huntera, ale…
I właśnie dlatego zdecydowała się opuścić mieszkanie. Mogła rozmawiać z demonem, tym bardziej że ani trochę nie interesowało ją, w jaki sposób czuł się po tym, w jaki sposób go potraktowała. Równie dobrze mogła wydusić z niego te informacje, wciąż trzymając palce zaciśnięte wokół jego serca. W zasadzie zrobiłaby tak, gdyby nie pewność, że w którymś momencie jednak straciłaby cierpliwość i w przypływie frustracji po prostu Huntera zabiła.
Wypadła na ulicę, chcąc nie chcąc dołączając do zmierzających w swoje strony przechodniów. Za każdym razem, kiedy wychodziła z mieszkania, czuła się tak, jakby nagle lądowała w innym, obcym świecie – zdecydowanie zbyt głośnym, odmienionym i pełnym istot, którymi szczerze gardziła. Czuła się niemalże jak w potrzasku, zmuszona nie tylko ubierać się jak oni, ale też dostosowywać się do sposobu, w jaki się zachowywali. Nie mogła ot tak rzucić się do biegu, nawet jeśli miała na to ochotę. Nie była w stanie rzucić się komuś do gardła, przetrącić mu karku albo za sprawą telepatii sprawić, by połowa przechodniów padła trupem.
Niegdyś drżano, kiedy przechadzała się po mieście, po cichu modląc się, by nie była w nastroju na tyle podłym, by dokonać masowego mordu. Niejednokrotnie wykorzystywała okazję, by ziemia spłynęła krwią – ot dla zasady, bo to do takich jak ona należał świat. Teraz z dawnego porządku nie pozostało nic, zaś ona i dzieci, których istnienie zapoczątkowała, musiały kryć się po kątach, jak jakieś zwierzęta.
Sama myśl o tym sprawiała, że Isobel robiło się niedobrze.
Dyskretnie zacisnęła dłonie w pięści. Wiedziała, w jaki sposób sprawić, by żaden z przechodniów nie zwrócił na niej większej uwagi. Zresztą to nie było trudne, bo ludzie sami z siebie bywali po prostu ślepi. Umykały im podstawowe kwestie – czy to za sprawą głupoty, czy zwykłej ignorancji. Po prostu zamykali oczy na to, co jakkolwiek przeczyło ich przekonaniu o świecie, który rzekomo znali. Usunęli z pamięci wszystko, co nie było im na rękę, istoty silniejsze od siebie uznając za senny koszmar. Zepchnęli ich w cień, bo tak było wygodniej – udawać, że potencjalne zagrożenie najzwyczajniej w świecie nie istniało.
Aż zadrżała ze złości. Chciała tego czy też nie, na razie musiała się z takim stanem rzeczy godzić. Nie byłoby dobrze, gdyby zwróciła na siebie uwagę. Nie obawiała się ludzi, ale tych, którzy mogliby ją rozpoznać. Nie była głupia, nawet mimo zranionej dumy musząc przyznać, że wciąż była słaba, by pozwolić sobie na nadmierną swobodę…
Ba! W zasadzie na jakąkolwiek swobodę.
Krążenie po mieście wbrew wszystkiemu niczego nie ułatwiało. Przebywanie wśród ludzki jedynie potęgowało odczuwaną przez Isobel frustrację, choć i tak miała większą motywację, by nikogo nie zabić, niż gdyby została sama z Hunterem. Nie miała pojęcia, czego oczekiwał ten demon, ale zdążył podpaść jej równie mocno, co i niejeden z wrogów. Najgorsze w tym wszystkim było to, że tak czy siak musiała utrzymać go przy życiu, a do tego wszystkiego zatrzymać przy sobie. Był jej potrzebny, zresztą jak i jego rodzeństwo, choć zdecydowanie nie zamierzała pozwolić, by sobie to uświadomili. Musiała zachować kontrolę i pozory tego, że w istocie nadal dzierżyła dość władzy, by cokolwiek znaczyć. Chciała, żeby uwierzyli, że to oni potrzebowali jej, a nie odwrotnie.
Chłód miał w sobie coś kojącego. Na swój sposób koił jej nerwy, choć na moment pozwalając zapomnieć, że ktokolwiek śmiał naruszyć tymczasowy azyl, który stanowiło tamto mieszkanie. Pomijając Ciemność, nikogo innego nie wpuściła do środka. Teraz zmuszona była szukać spokoju pośród ludzi, a to zdecydowanie nie było normalne.
Tym razem zdecydowanie nie miała cierpliwości do któregokolwiek z przechodniów. Poniekąd wręcz czekała na pretekst, by dojść do wniosku, że jednak powinna kogoś zabić. Obserwowała, próbując wybrać choć jedną osobę, którą mogłaby zmanipulować i zaciągnąć w jakiś zaciemniony zaułek. Pragnęła urządzić sobie krwawe polowanie, nie tyle z myślą o zaspokojeniu głodu, co raczej złagodzeniu wciąż dającego jej się we znaki gniewu. Może wtedy zapanowałaby nad sobą na tyle, by być w stanie wrócić do Huntera i rozmawiać z nim względnie spokojnie, zachowując przy tym pozory i resztki godności.
Co więcej, wciąż zastanawiała się, czy Ciemność ją obserwowała. Jeśli faktycznie wysłał Huntera, czy podążał za nią, dobrze bawiąc się jej kosztem? Czy nawet teraz czaił się gdzieś w pobliżu, jako jedyny zdolny sprawić, by nie była w stanie go wcześniej zauważyć i…?
Nie miała pojęcia, jakim cudem doprowadziła do sytuacji, w której niemalże na kogoś wpadła. Czyjeś dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach, w porę chroniąc Isobel przed zderzeniem.
– Och, kto by pomyślał! – usłyszała i z zaskoczeniem przekonała się, że już słyszała ten głos. Natychmiast poderwała głowę, spoglądając w twarz stojącego tuż przed nią mężczyzny. – Myślałem, że już więcej pani nie spotkam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa