
Isobel
– Moja pani.
Z wolna
uniosła głowę. Widok Huntera mimo wszystko jej nie zaskoczył, chociaż minęło
sporo czasu, odkąd widziała demona po raz ostatni. W gruncie rzeczy od
wydarzeń w Volterze wydawał się całkowicie obojętny na to, czy mogłaby go
potrzebować.
Isobel
podejrzliwie mrużyła oczy. Z uwagą przypatrywała się płaszczącemu przed
nią demonowi, próbując zrozumieć. Czy to miał być jakiś żart? Czuła, że Hunter
nie przyszedł z własnej woli. Co więcej nie był sam i ta świadomość
wzbudziła w nieśmiertelnej jeszcze silniejsze wątpliwości. Nie musiała
pytać, żeby zorientować się, że demon nie przybył do niej z własnej woli.
Te istoty były dumne, przynajmniej w przypadku tych, które dysponowały
ludzkimi kształtami. Rafael z pewnością taki był, Hunter z kolei
zawsze jawił się jej jako ktoś, kto za żadne skarby nie przyznałby się do
błędu. Skoro tutaj był, musiał mieć powód. I najpewniej go znała, chociaż
to wciąż wydawało się królowej dość nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności.
– Czy to
ojciec cię przysłał? – zapytała wprost.
Ostrożnie
dobierała słowa, czując, że to ważne. Ciemność dość jasno dała jej do
zrozumienia, że wciąż miała pełną kontrolę nad sytuacją. Słuchał, nawet kiedy
wydawało się to mało prawdopodobne. Jakby tego było mało, ostatnim razem
przesadziła i pozwoliła się upokorzyć, chociaż nad tym zdecydowanie nie
chciała się rozwodzić.
Tak czy
inaczej, chciała wiedzieć, czego powinna się spodziewać. Nie miało dla niej
znaczenia, dlaczego demony jej służyły. Liczyło się przede wszystkim
możliwości, które dawało ich wsparcie – choćby garstki tych, które były zbyt
głupie albo po prostu nie chciały pójść za Rafaelem.
– To przede
wszystkim moje oddanie, bogini.
Mimowolnie
się uśmiechnęła. Ach, bogini. Tak rzadko w ostatnim czasie to słyszała, że
chcąc nie chcąc przychylniej patrzyła na każdego, kto zwracał się do niej w ten
sposób. Mogła nawet przymknąć oko na to, że Hunter kłamał jej w żywe oczy,
udając o wiele bardziej oddanego, niż w rzeczywistości był.
Przez
krótką chwilę zapragnęła roześmiać się w całkowicie pozbawiony wesołości
sposób. Do czego to doszło, by musiała cieszyć się z obecności tych sług,
którzy ją zawiedli? Gdyby sytuacja była inna, bez wahania ukarałaby tego
demona. Zrównałaby go z ziemią, by raz na zawsze zapamiętał, że mimo
porażki wciąż była kimś, kto się liczył. Nazywał ją boginią, a jednak
przez tyle czasu trzymał się z daleka, działając na własną rękę.
– Skoro tak
twierdzisz… – powiedziała cicho, niemalże obojętnie.
Zauważyła,
że przez twarz Huntera przemknął cień. Oczekiwał pochwały? W zasadzie nie
byłaby zaskoczona aż taką bezczelnością z jego strony. Zaletą tego demona
było to, że zawsze mogła przewidzieć jego ruchy i nastroje. Był niemalże
jak otwarta księga dla każdego, kto zdążył go poznać. Z perspektywy Isobel
stanowiło to równie wielką zaletę, co i wadę, bo choć z satysfakcją
spoglądała na bezpośredniość i gwałtowność Huntera, wciąż cieszył się
mniejszym posłuchem niż Rafael. W przeciwieństwie do serafina, ten z demonów…
wydawał się niemalże prymitywy. Co więcej, skoro ona mogła z taką łatwością
go przejrzeć, inni również musieli być w stanie.
Uśmiechnęła
się, aż nazbyt świadoma, że Hunterowi nie przypadło do gustu to, z jak
wielką obojętnością przyjęła jego oświadczenie. Przez krótką chwilę miała
wrażenie, że przybył do niej wielki, łasy na pieszczoty szczeniak. Teraz na
dodatek bardzo rozczarowany, bo nie zamierzała zapewnić mu jakże upragnionej
atencji.
– Bogini? –
zapytał z wahaniem.
Kiedyś
przypłaciłby taką bezczelność bólem. Z dziką rozkoszą wdarłaby się do jego
umysłu, by dać upust całej swojej frustracji, nie tylko tej związanej z jego
zachowanie. Byłoby jej wszystko jedno, czy w ten sposób ukróciłaby jego
żywot, odsyłając z powrotem do ojca. Mogłaby sobie na to pozwolić, na
swoje skinienie mając dość sług, by natychmiast znaleźć sensownego następcę. No
i – co najważniejsze – kiedyś nie musiałaby się obawiać, że ktokolwiek
odważy się ją porzucić, gdyby posunęła się za daleko. Teraz nie miała tej
pewności, i to nawet w przypadku teoretycznie przewidywalnego
Huntera.
Coś w tej
świadomości wydało się królowej czymś wręcz nie do pomyślenia.
Nie od razu
zareagowała na ponaglenia demona. Spokojnie krążyła po pogrążonym w półmroku
mieszkaniu, bez większego zainteresowania spoglądając na drogie, nowoczesne
meble. Wciąż nie była w stanie przywyknąć do tego miejsca i sposobu, w jaki
prezentował się ówczesny świat. Teraz bogactwo i przepych oznaczały coś
zgoła innego, niż pamiętała. Otaczała się tym, co uważała za właściwe królowej,
ale konieczność ukrywania się zdecydowanie jej w tym nie pomagała.
W którymś
momencie upadła i to tak nisko, że wręcz nie była w stanie o tym
myśleć. Mogła udawać, że wszystko było zaledwie przejściowym etapem, ale…
przecież doskonale wiedziała, że okłamuje samą siebie.
Musiała w końcu
wziąć się w garść, a choćby niewielkie wsparcie demonów wydawało się
idealnym początkiem. Z drugiej jednak strony…
–
Słyszałam, co powiedziałeś – oznajmiła ze stoickim spokojem. – Po takim czasie…
– Musiałem…
– Czy
powiedziałam, że oczekuję jakichkolwiek wyjaśnień? – przerwała mu bez chwili
wahania. Poczuła ulgę i swego rodzaju satysfakcję, kiedy natychmiast
zamilkł, w końcu okazując choć odrobinę znajomego jej respektu. –
Przychodzić do mnie po takim czasie i nazywasz boginią. Sam. Z własnej
woli.
– W rzeczy
samej – zapewnił pokornie.
W tamtej
chwili naprawdę miała ochotę się roześmiać. Tak nieudolnie kłamał, próbując
przy tym naśladować ten nieznośnie uprzejmy, oficjalny ton Rafaela! To byłoby
całkiem zabawne, gdyby nie mierziła jej konieczność udawania skończonej
kretynki, która uwierzyła w te brednie.
– Więc mi
udowodnij. – Błyskawicznie zwróciła się w jego stronę. Wciąż klęczał przy
oknie, rzekomo z szacunku, jednak Isobel bardziej skłaniałaby się ku
zwykłej konieczności albo przyzwyczajenia. – Dlaczego ot tak miałabym cię
przyjąć? – drążyła, a Hunter wyprostował się, spoglądając na nią w co
najmniej skonsternowany sposób.
– Ja…
– Czego nie
zrozumiałeś? – zapytała niemalże łagodnie. Z wolna podeszła bliżej, by móc
spojrzeć na demona z góry. – Przyszedłeś do mnie z własnej woli –
podjęła z naciskiem, nawet nie próbując ukrywać pobrzmiewającej w głosie
kpiny – po tym, jak kolejny raz mnie zawiodłeś. Udowodnij mi więc, że istnieje
jakikolwiek powód, żebym przyjęła twoją ofertę.
Czuła, że
to ryzykowne posunięcie, ale z drugiej strony… który demon byłby na tyle
głupi, by sprzeciwić się Ciemności? O ile to ojciec faktycznie go
przysłał. Nawet jeśli nie, Hunter musiał zdawać sobie sprawę z tego, że
nie zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. Przynajmniej Isobel chciała
wierzyć, że nie spoglądał na nią w aż tak godny pożałowania, zdradzający
całkowity brak szacunku sposób. Jakby nie było, nie wyobrażała sobie, że
ktokolwiek mógłby ją uznać za słabą. Do diabła, to zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Cisza,
która nagle zapadła, wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Isobel
powróciła do krążenia po mieszkaniu, aż nazbyt świadoma spojrzenia
obserwującego ją demona. Cierpliwie czekała, choć ta z cnót nigdy nie była
jej mocną stroną. Kolejny raz przeszło jej przez myśl, że dawniej już dawno
pokazałaby temu demonowi, co oznaczało wystawianie nerwów królowej na próbę.
Kto wie, może nawet doprowadziłby ją takim zachowaniem do stanu, w którym
postanowiłaby mu pokazać, że batem posługiwała się równie wprawnie, co i on.
A tak swoją
drogą, to czy w tym zdominowanym przez śmiertelników świecie, istniało
coś, czym dałoby się wywabić plamy demonicznej krwi z dywanu…?
– Sądzę, że
jest coś, co mogłoby cię zainteresować, bogini – oznajmił nagle Hunter,
skutecznie wyrywając wampirzycę z zamyślenia. Spojrzała na niego spod
uniesionych brwi. – Moje rodzeństwo szepta między sobą. Bardzo często.
– Co w tym
niezwykłego? – zapytała, nie kryjąc wątpliwości. – Służycie mi od wieków. Wiem,
w jaki sposób się porozumiewacie.
– Więc
wiesz, jak wiele możemy dostarczyć ci informacji. – Hunter bez jakiegokolwiek
ostrzeżenia poderwał się na równe nogi. Jego oczy zabłysły, zaś rozłożone
skrzydła sprawiły, że nagle zaczął sprawiać wrażenie wyższego i bardziej
pewnego siebie. – Rafael nie zabronił im mówić. W zasadzie mój brat nie
nadaje się do czegokolwiek… No i pojawił się ktoś nowy.
W milczeniu
przypatrywała się demonowi. Mówił pewnie, niemalże z entuzjazmem, zupełnie
jakby rozmawiał z kimś równym sobie, a nie swoją boginią. Isobel zacisnęła usta, w ostatniej chwili
powstrzymując się przed tym, by kazać mu odejść. Miała na to ochotę – zrobić
coś, co w innym wypadku przyszłoby jej z łatwością, a przed czym
teraz musiała się powstrzymać. Problem leżał właśnie w tym, że nie mogła.
Zwłaszcza
że Hunter ją zaciekawił.
Zwiesiła
ramiona, z trudem zmuszając się do poluzowania zaciśniętych pięści.
Panowanie nad sobą przychodziło jej z trudem, przez co czuła się słaba i nieporadna,
niemalże jak jakiś beznadziejny człowiek. Mimochodem pomyślała o sposobie,
w jaki podczas ostatniego spotkania potraktowała ją Ciemność. Pamiętała tę
iście ludzką słabość, którą doświadczyła i która wyryła się w jej
umyśle tak wyraźnie, że nie była w stanie o niej zapomnieć. Ten ból,
to upokorzenie i świadomość, że istniał ktoś, kto z taką wprawą
mógłby ją stłamsić…
Robił to
specjalnie? Przysłał do niej Huntera nie tyle, by pomóc, ale żeby móc ją
upokorzyć? Miała wrażenie, że niezmiennie igrał z nią i jej
cierpliwością, zmuszając do działań tak ostrożnych, że to wręcz doprowadzało ją
do szaleństwa. Czuła, że w każdej chwili wszystko mogło wymknąć jej się
spod kontroli, a to zdecydowanie nie sprawiało, że czuła się lepiej. Co
prawda Isobel wierzyła, że cel uświęcał środki i tylko dlatego godziła się
na to szaleństwo, jednak wcale nie czuła się z tym dobrze.
– Mów dalej
– ponagliła, spoglądając wyczekująco na Huntera. – Wiesz, że nienawidzę
zagadek.
– Chciałbym
mieć po prostu pewność, że jestem tutaj mile widziany, bogini.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. W milczeniu wpatrywała się w strojącego przed nią
demona, przez dłuższą chwilę mając wątpliwości co do tego, czy przypadkiem się
nie przesłyszała. Miała rozumieć, że właśnie stawiał jej warunki? Mogła znieść
jakiekolwiek ograniczenia ze strony jego ojca, ale zdecydowanie nie kogoś, kogo
nie szanowało nawet jego rodzeństwo.
Przemknęła
przez pokój tak błyskawicznie, że nawet tego nie zarejestrowała. Nie minęła
sekunda, a pokój wypełnił słodki zapach krwi, gdy bezceremonialnie wbiła
dłoń w pierś stojącej przed nią istoty. Z wprawą przebiła się przez
warstwę mięśni i żebra, by móc zacisnąć palce na trzepocącym się
rozpaczliwie sercu.
Hunter aż
się zapowietrzył, zamierając i rozszerzonymi do granic możliwości oczyma
wpatrując się w jej twarz.
– Chyba się
zapominasz – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Ledwo powstrzymywała się przed
zmiażdżeniem serca demona w dłoni. – Wciąż mam do powiedzenia równie
wiele, co i wieki temu, rozumiesz? A teraz przestań mówić zagadkami i przejdź
do rzeczy.
– Ja…
Przesunęła
się bliżej. Ich twarze dzieliło naprawdę niewiele, dzięki czemu wyraźnie mogła
poczuć i usłyszeć jego urywany, przyśpieszony oddech.
– Chciałeś
coś powiedzieć? – zapytała cicho, niemalże uprzejmie.
Demon w pośpiechu
uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
–
Przepraszam, że cię zdenerwowałem, bogini – wyrzucił z siebie na wydechu.
Nie od razu
zareagowała na jego słowa. Chwilę tkwiła w bezruchu, wciąż trzymając
trzepocące się serce i bez choćby cienia wahania spoglądając przy tym
demonowi w twarz. To, że nie był w stanie zajrzeć jej w oczy, na
swój sposób ją satysfakcjonowało.
Metaliczny
posmak strachu, który poczuła na języku, tym bardziej.
Z wolna
skinęła głową. Dopiero wtedy wycofała się, pozwalając demonowi opaść na
podłogę. Usłyszała, że osunął się na ziemię, zanosząc kaszlem. Co więcej, wciąż
czuła krew i była niemalże pewna, że Hunter dodatkowo z nią
zwymiotował.
Ach. Jednak
będzie musiała zrobić coś z tym dywanem…
W
zamyśleniu przyjrzała się pokrwawionym palcom. Zaraz po tym uśmiechnęła się i jakby
od niechcenia wyciągnęła rękę, w końcu zwracając uwagę na łagodne
pulsowanie w ciemnościach. Mimo wszystko nie przypuszczała, że jeszcze
kiedykolwiek przyjdzie jej uczynić ten gest.
– Więc chcecie do mnie wrócić, moje dzieci?
– wyszeptała w pustkę, starannie wypowiadając kolejne słowa w dawno
zapomnianym języku pierwotnym.
Reakcja
była natychmiastowa. Otoczyły ją, chętne i stęsknione, łasząc się i łapczywie
spijając ślady krwi. Isobel z niejakim rozczarowaniem odkryła, że to wciąż
była zaledwie garstka istot, które miała na swoje skinienie, zanim sprawy się
skomplikowały. Niewielu poszło za Hunterem, ale zdecydowanie nie zamierzała
narzekać.
Lekko
poruszyła palcami, z niejakim rozczuleniem spoglądając na pulsującą czarną
mgłę, raz po raz ocierającą się o jej skórę. Przez krótką chwilę
zapragnęła się roześmiać, ale powstrzymała się, próbując zdusić w sobie
euforię. To nie tak, że naprawdę któregokolwiek z nich potrzebowała. Po
prostu odzyskała coś, co obiecano jej wieki temu i czego nigdy nie powinna
stracić.
– Doprowadź
się do porządku, Hunterze – powiedziała ze spokojem, zniecierpliwionym ruchem
odganiając demony. – I dopilnuj, by twoje rodzeństwo wchłonęło całą krew. W tym
miejscu chcę zachować porządek.
– Tak,
bogini – odpowiedział z opóźnieniem.
Z uznaniem
skinęła głową.
–
Porozmawiamy, kiedy wrócę. Czekaj tutaj na mnie… I więcej nie próbuj
wystawiać moich nerwów na próbę.
Właściwie
sama nie była pewna, dlaczego zdecydowała się wyjść. W gruncie rzeczy
zależało jej na tym, by jak najszybciej usłyszeć, co takiego miał do
powiedzenia. Czy faktycznie Rafael nie dbał o informacje, które wymieniały
między sobą demony? Z drugiej strony, może nigdy tak naprawdę nie musiał
tego robić. Te istoty od zawsze były mu wierne, zresztą tak jak i jej. W zasadzie
do Isobel wciąż nie docierało to, do czego doprowadziła tamta dziewczyna. O konsekwencjach,
które sama poniosła, kiedy zdecydowała się Elenę zabić, nie wspominając.
Mogła tylko
zgadywać, co tak nagle zmieniło się w zachowaniu Ciemności. Była jeszcze
Ophelia, o której usłyszała pierwszy raz od dawna, chcąc nie chcąc myśląc o siostrze
częściej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Co się zmieniło? Sądziła, że układ
sprzed wieków był jasny, ale najwyraźniej i tego nie mogła już być pewna.
Ciemność zmieniła reguły, od jakiegoś czasu bardziej aktywna, niż kiedykolwiek
wcześniej. To, że już dwukrotnie pofatygowała się do niej osobiście, wydało się
Isobel wystarczająco wymowne. W końcu nie pojawił się materialnie nawet
wtedy, gdy w sprzeczności z jego wolą zabiła Elenę.
Ta
niepewność doprowadzała ją do szału. To, że czuła się podekscytowana
informacjami, które miał dla niej Hunter, również. Nienawidziła niemocy, a jednak
uczucie to ogarniało ją zdecydowanie zbyt często. Mogła co najwyżej próbować w pośpiechu
ratować resztki dumy i tego, co udało jej się zbudować, ale czuła, że
niewiele zdziała w pojedynkę. W jakimś stopniu naprawdę była
uzależniona od demonów, a to w najmniejszym stopniu nie poprawiało
królowej nastroju.
Oczywiście,
zdziałała coś sama. Szczęście dopisało jej już przed pojawieniem się Huntera,
ale…
I właśnie
dlatego zdecydowała się opuścić mieszkanie. Mogła rozmawiać z demonem, tym
bardziej że ani trochę nie interesowało ją, w jaki sposób czuł się po tym,
w jaki sposób go potraktowała. Równie dobrze mogła wydusić z niego te
informacje, wciąż trzymając palce zaciśnięte wokół jego serca. W zasadzie
zrobiłaby tak, gdyby nie pewność, że w którymś momencie jednak straciłaby
cierpliwość i w przypływie frustracji po prostu Huntera zabiła.
Wypadła na
ulicę, chcąc nie chcąc dołączając do zmierzających w swoje strony
przechodniów. Za każdym razem, kiedy wychodziła z mieszkania, czuła się
tak, jakby nagle lądowała w innym, obcym świecie – zdecydowanie zbyt
głośnym, odmienionym i pełnym istot, którymi szczerze gardziła. Czuła się
niemalże jak w potrzasku, zmuszona nie tylko ubierać się jak oni, ale też
dostosowywać się do sposobu, w jaki się zachowywali. Nie mogła ot tak
rzucić się do biegu, nawet jeśli miała na to ochotę. Nie była w stanie
rzucić się komuś do gardła, przetrącić mu karku albo za sprawą telepatii
sprawić, by połowa przechodniów padła trupem.
Niegdyś
drżano, kiedy przechadzała się po mieście, po cichu modląc się, by nie była w nastroju
na tyle podłym, by dokonać masowego mordu. Niejednokrotnie wykorzystywała
okazję, by ziemia spłynęła krwią – ot dla zasady, bo to do takich jak ona
należał świat. Teraz z dawnego porządku nie pozostało nic, zaś ona i dzieci,
których istnienie zapoczątkowała, musiały kryć się po kątach, jak jakieś
zwierzęta.
Sama myśl o tym
sprawiała, że Isobel robiło się niedobrze.
Dyskretnie
zacisnęła dłonie w pięści. Wiedziała, w jaki sposób sprawić, by żaden
z przechodniów nie zwrócił na niej większej uwagi. Zresztą to nie było
trudne, bo ludzie sami z siebie bywali po prostu ślepi. Umykały im
podstawowe kwestie – czy to za sprawą głupoty, czy zwykłej ignorancji. Po
prostu zamykali oczy na to, co jakkolwiek przeczyło ich przekonaniu o świecie,
który rzekomo znali. Usunęli z pamięci wszystko, co nie było im na rękę,
istoty silniejsze od siebie uznając za senny koszmar. Zepchnęli ich w cień,
bo tak było wygodniej – udawać, że potencjalne zagrożenie najzwyczajniej w świecie
nie istniało.
Aż zadrżała
ze złości. Chciała tego czy też nie, na razie musiała się z takim stanem
rzeczy godzić. Nie byłoby dobrze, gdyby zwróciła na siebie uwagę. Nie obawiała
się ludzi, ale tych, którzy mogliby ją rozpoznać. Nie była głupia, nawet mimo
zranionej dumy musząc przyznać, że wciąż była słaba, by pozwolić sobie na
nadmierną swobodę…
Ba! W zasadzie
na jakąkolwiek swobodę.
Krążenie po
mieście wbrew wszystkiemu niczego nie ułatwiało. Przebywanie wśród ludzki
jedynie potęgowało odczuwaną przez Isobel frustrację, choć i tak miała
większą motywację, by nikogo nie zabić, niż gdyby została sama z Hunterem.
Nie miała pojęcia, czego oczekiwał ten demon, ale zdążył podpaść jej równie
mocno, co i niejeden z wrogów. Najgorsze w tym wszystkim było
to, że tak czy siak musiała utrzymać go przy życiu, a do tego wszystkiego
zatrzymać przy sobie. Był jej potrzebny, zresztą jak i jego rodzeństwo,
choć zdecydowanie nie zamierzała pozwolić, by sobie to uświadomili. Musiała
zachować kontrolę i pozory tego, że w istocie nadal dzierżyła dość władzy,
by cokolwiek znaczyć. Chciała, żeby uwierzyli, że to oni potrzebowali jej, a nie
odwrotnie.
Chłód miał w sobie
coś kojącego. Na swój sposób koił jej nerwy, choć na moment pozwalając zapomnieć,
że ktokolwiek śmiał naruszyć tymczasowy azyl, który stanowiło tamto mieszkanie.
Pomijając Ciemność, nikogo innego nie wpuściła do środka. Teraz zmuszona była
szukać spokoju pośród ludzi, a to zdecydowanie nie było normalne.
Tym razem zdecydowanie
nie miała cierpliwości do któregokolwiek z przechodniów. Poniekąd wręcz
czekała na pretekst, by dojść do wniosku, że jednak powinna kogoś zabić. Obserwowała,
próbując wybrać choć jedną osobę, którą mogłaby zmanipulować i zaciągnąć w jakiś
zaciemniony zaułek. Pragnęła urządzić sobie krwawe polowanie, nie tyle z myślą
o zaspokojeniu głodu, co raczej złagodzeniu wciąż dającego jej się we
znaki gniewu. Może wtedy zapanowałaby nad sobą na tyle, by być w stanie
wrócić do Huntera i rozmawiać z nim względnie spokojnie, zachowując przy
tym pozory i resztki godności.
Co więcej, wciąż
zastanawiała się, czy Ciemność ją obserwowała. Jeśli faktycznie wysłał Huntera,
czy podążał za nią, dobrze bawiąc się jej kosztem? Czy nawet teraz czaił się
gdzieś w pobliżu, jako jedyny zdolny sprawić, by nie była w stanie go
wcześniej zauważyć i…?
Nie miała
pojęcia, jakim cudem doprowadziła do sytuacji, w której niemalże na kogoś
wpadła. Czyjeś dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach, w porę
chroniąc Isobel przed zderzeniem.
– Och, kto
by pomyślał! – usłyszała i z zaskoczeniem przekonała się, że już
słyszała ten głos. Natychmiast poderwała głowę, spoglądając w twarz stojącego
tuż przed nią mężczyzny. – Myślałem, że już więcej pani nie spotkam…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz