
Sage
Niczego nie żałował. Ani
trochę, choć po wyjściu z mieszkania przeszło mu przez myśl, że mógł
powstrzymać się przez wzgląd na Beatrycze. Z drugiej strony, nie sądził,
żeby ta kobieta była aż taka krucha. Co więcej, skoro teraz zyskała
nieśmiertelność, tym bardziej musiała przyzwyczajać się do tej… odrobinę
bardziej brutalnej strony nieśmiertelnego świata.
Och, no i Lawrence
sobie zasłużył. Sage mógł się założyć, że sama Beatrycze by to potwierdziła,
gdyby wcześniej raczył zapytać.
Mimo
wszystko był w dość dobrym nastroju. Poczuł ulgę, kiedy ta dwójka pojawiła
się w Seattle, do tego prezentując się wystarczająco dobrze, by doszedł do
wniosku, że sytuacja została opanowana. Jasne, przemiana Beatrycze go
zszokowała, ale miał dość czasu, by przyzwyczaić się do myśli o tym. Co
więcej, choć nie zamierzał mówić tego na głos, uważał, że tak było dla niej
najlepiej. Ludzie w świecie nieśmiertelnych zdecydowanie nie mieli łatwego
życia, a ich obecność zwykle sprowadzała się tylko do jednego: do szybkiej
śmierci. Jakby nie patrzeć, przemiana była tym „pozytywniejszym” wyjściem,
nawet jeśli wciąż wiązała się ze zgonem.
Miasto jak
zwykle pulsowało życiem. Czasami obecność śmiertelników działała mu na nerwy,
będąc niczym nieustanne wyzwanie, związane z kontrolowaniem się. Co prawda
Sage czuł się wystarczająco wprawiony, by przebywanie z ludźmi nie jawiło
mu się jako ewentualne zagrożenie, ale pragnienie bywało irytujące. To, że tak
naprawdę nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić, również.
W zasadzie
nie miał pojęcia, co wciąż trzymało go z Seattle. Podążał za Lawrence’em,
bo tak było wygodniej. A może po prostu szukał sobie zajęcia, którym
poniekąd stała się zabawa w głos zdrowego rozsądku dla tego wampira. Na
dłuższą metę całe to szaleństwo wydawało się dość interesujące – powrót
Beatrycze, wzmianki o królowej wampirów, Elena i demony… Kiedy na
dodatek natrafił w tym wszystkich na Licavolich, a później okazało
się, że Layla mogłaby go potrzebować, nie zastanawiał się, ale teraz…?
Zawahał
się, w pełni skupiony na własnych myślach. Nie pierwszy raz bez celu
spacerował po Seattle, ignorując wszystko i wszystkich. Potrafił się
„wyłączyć”, chwilami czując się tak, jakby zewnętrzny świat nie istniał. Szczególnie
ostatnio zdarzało mu się to nader często, zwłaszcza że chcąc nie chcąc zaczął
zastanawiać się nad tym, co ze sobą zrobić. W szczególności teraz kręcenie
się przy Lawrence’ie i Beatrycze wydawało się pozbawione sensu. Mieli
siebie, planowali razem zamieszkać i odstąpić apartament Elenie. Nie miał
nic przeciwko, już od dłuższego czasu rozważając, jakie rozwiązanie było lepsze
– zostać w okolicy czy może ruszyć dalej, gdziekolwiek w świat, bo
cóż go zatrzymywało? Miał dość znajomych, których nie widział od dawna i którym
po takim czasie mógłby złożyć wizytę. Jeśli spotykać się z niektórymi raz
na jakiś czas, przebywanie z nimi przychodziło zadziwiająco lekko, a już
na pewno nikt nie miał w planach się pozabijać. Chyba.
Inna
sprawa, że Lawrence jak nic by go znalazł, gdyby potrzebował pomocy. Zwłaszcza
wtedy. Co jak co, ale pod tym względem ten wampir bywał wręcz zadziwiająco
zaradny.
Sage
uśmiechnął się pod nosem. Mógł w końcu zajrzeć do Licavolich, by zobaczyć
się z Laylą. Co prawda wiedział, że miała się dobrze, zwłaszcza że zdołała
zadzwonić, by poprosić o przysługę, ale i tak wolał przekonać się o tym
na własne oczy. To wydawało się całkiem kuszącą perspektywą spędzenia kilku
godzin, które zamierzał dać Lawrence’owi i Beatrycze. Podejrzewał, że tego
potrzebowali, zresztą sam czuł się nieswojo, obserwując tę dwójkę – trochę jak
intruz, choć przecież mieszkanie w równym stopniu należało do niego, co i do
L.
Wciąż o tym
myślał, kiedy wyostrzone zmysły podsunęły mu nader charakterystyczny, bez
wątpienia należący do wampira zapach. Chwilę później w jego ramionach
niemalże wylądowała niczego nieświadoma, znajoma niewiastka, którą poznał już
jakiś czas temu. Sage machinalnie wyciągnął ręce, układając je na barkach
nieznajomej, by w porę ją wyhamować, zanim zdążyłaby na niego wpaść. Co
prawda mógł po prostu ją wyminąć, a jednak nie potrafił obojętnie przejść
obok kobiety, która…
Cóż, no
właśnie – była dla niego całkowitą zagadką.
– Och, kto
by pomyślał! – wyrwało mu się. Nawet nie próbował ukrywać, że ucieszył się na
jej widok. Uśmiechnął się, udając, że nie dostrzega, że wampirzyca wzdrygnęła
się, nagle prostując niczym struna. – Myślałem, że już więcej pani nie spotkam…
Odskoczyła
od niego niemalże jak oparzona, spoglądając nań spode łba, co najmniej jakby
podejrzewała, że ktoś spróbuje skoczyć jej do gardła. Rubinowe tęczówki zabłysły
i Sage zrozumiał, że ona również go rozpoznała. Uderzyło go również to, że
w żaden sposób nie próbowała zamaskować koloru swoich oczu. Krwawa
czerwień nawet z daleka zwracała uwagę, co w połączeniu z olśniewającym
pięknem wampirzycy musiało przykuwać wzrok. Na pierwszy rzut oka kobieta wręcz
prosiła się o to, by ktoś zauważył jej inność, co w najgorszym
wypadku mogło ściągnąć na nią kłopoty.
Najdziwniejsze
jednak okazało się to, jak bardzo wydawała się obojętna. Jej twarz, spojrzenie,
nawet postawa… Miała w sobie coś, czego nie rozumiał, chociaż go
niepokoiło. Rodzaj pustki, która zapadała w pamięć i wobec której nie
dało się przejść bez choćby cienia zainteresowania. Kiedy wyprostowała się,
wydała mu się pewna siebie i dumna, całą sobą wydając się komunikować, że
była kimś ważnym. Ta charyzma aż biła po oczach, kojarząc mu się z władcami
i kapłankami, choć tych zdecydowanie nie spotykało się przypadkiem w samym
centrum tętniącej życiem metropolii. Ta kobieta po prostu tutaj nie pasowała i aż
nieprawdopodobnym wydawało się, że żaden z przechodniów tego nie
dostrzegał.
– Śmiesz
mnie śledzić?
Sage
zamrugał, co najmniej zaskoczony pytaniem, które padło z ust kobiety.
Uniósł brwi, spoglądając na nią z wahaniem i szukając jakichkolwiek
oznak tego, że żartowała. Nic z tego. W zasadzie z poważnym
wyrazem twarzy, błyskiem w oczach i napiętymi myślami w niczym
nie przypominała kogoś, kto byłby w stanie żartować. Wampir miał wrażej
wrażenie, że przyszło mu obcować z niezwykle rzadkim, płochliwym, ale i niebezpiecznym
dzikim zwierzęciem.
Z trudem
powstrzymał uśmiech, czując, że rozbawieniem jedynie bardziej by ją
zdenerwował. W zamian rzucił kobiecie przepraszające spojrzenie, za
wszelką cenę próbując wyglądać tak niewinnie, jak tylko był w stanie.
– Ależ
skąd! – zapewnił pośpiesznie. – To tylko sprzyjający zbieg okoliczności.
–
Sprzyjający? – powtórzyła.
Wciąż
spoglądała na niego w co najmniej podejrzliwy, na swój sposób
oskarżycielski sposób. Było w tym coś władczego, co sprawiło, że Sage
nabrał pewności, że nie byłaby zadowolona z odmowy odpowiedzi na pytanie.
Jak na pozornie kruchą istotę, miała w sobie dość charyzmy, żeby zaczął
postrzegać ją jak kogoś o wystarczająco silnym charakterze, by wydawane
przez nią rozkazy zabrzmiały imponująco.
Piękna i władcza… To prawdziwa rzadkość,
przeszło mu przez myśl. Nie miał jedynie pewności czy to zaleta, czy może wada,
zwłaszcza w przypadku tej kobiety.
– Nie chcę
być nachalny, ale ostatnim razem nie zdradziła mi pani swojego imienia. –
Uśmiechnął się blado. Mimo wszystko zaczynał mieć dość tych formalności. – Może
to znak od opatrzności, że…
– Więc
zaprzestań nachalności.
Wraz z tymi
słowami, spróbowała go wyminąć. Przesunął się, ale bynajmniej nie po to, żeby
ją przepuścić – wręcz przeciwnie. Jak gdyby nigdy nic stanął tuż przed nią,
stanowczo blokując wampirzycy drogę ucieczki.
Kobieta
zamarła. Najzwyczajniej w świecie zastygła w bezruchu, spoglądając na
niego gniewnie. Jej oczy zwęziły się, a piękną twarz wykrzywił grymas.
Dotychczas rubinowe tęczówki pociemniały, zaś Sage doszukał się w nich
czegoś, czego może i nie potrafił nazwać, ale i tak go zaniepokoiło. W tamtej
chwili już nie miał wątpliwości, że ta nieśmiertelna nie zawahałaby się przed
rzuceniem komuś do gardła, jeśli nie otrzymałaby tego, czego chciała.
Przez
krótką chwilę miał wrażenie, że świat zwolnił i skurczył się wyłącznie do
nich dwoje. Z uwagą przypatrywał się stojącej przed nim kobiecie, czekając
na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Podejrzewał, że gdyby wzrok zabijał,
jak nic byłby martwy. Zresztą czego się dziwił? Przecież pierwszy raz zobaczył
ją w wąskim zaułku, kiedy beztrosko mordowała mężczyzn, którzy ważyli
odezwać się do niej nie tak jak powinni. Co więcej, wtedy sam jej w tym
pomógł, nie mogąc zaprzeczyć, że pod wieloma względami zasługiwała na szacunek.
Uśmiechnął
się, nie mogąc pozbyć wrażenia, że igrał z ogniem. Kimkolwiek była,
intrygowała go. I to do tego stopnia, że mimo wszystko zamierzał
zaryzykować.
– Proszę o wybaczenie
– powiedział w końcu, siląc się na spokój. – Przypomnę jedynie, że już poznałaś
moje imię. W takim wypadku oczekiwałbym, że…
– Ty… –
wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Uśmiech
Sage’a stał się nieco bardziej bezczelny.
– Sama
zrezygnowałaś z formalnych zwrotów – przypomniał usłużnie.
Na krótką
chwilę zwątpił w to, czy igranie z nią było dobrym pomysłem. Mimo
wszystko znajdowali się w samym środku ruchliwego miasta, więc
prowokowanie potencjalnie niebezpiecznej wampirzycy niekoniecznie musiało być
dobrym pomysłem. Nie byłoby dobrze, gdyby jednak zdecydowała się na niego
rzucić albo – co gorsza – zdecydowała się urządzić sobie krwawe polowanie.
Obserwując
ją, był gotów przysiąc, że naprawdę mogłaby się na to zdobyć. Wydawało mu się,
że drżała, napinając mięśnie tak mocno, że aż zwątpił w to, jakim cudem
była w stanie utrzymać się w pionie.
A wszystko
tylko po to, by ot tak się uspokoić, odrzucić jasne włosy na bok i dumnie
unieść głowę. W tamtej chwili patrzyła na niego jak na kogoś, kto w jej
oczach znaczył równie niewiele, co mijający ją śmiertelnicy.
– Więc do
tego doszło? – zapytała z rozgoryczeniem. – Uprzejmość umarła na rzecz… tego?
Powiodła
wzrokiem dookoła, jakby sama nie była pewna, co kryło się pod wspomnianym
„tym”. Sage po raz kolejny odniósł wrażenie, że spogląda na kogoś oderwanego od
rzeczywistości. Na drobną, przytłoczoną otaczającą ją rzeczywistością kobietę,
która może i była silna, ale i tak gubiła się w świecie, którego
najwyraźniej nie rozumiała.
Na myśl jak
na zawołanie przyszła mu Beatrycze. To prędzej po niej spodziewałby się takiego
zachowania. Co prawda stojąca przed nim nieśmiertelna diametralnie różniła się
od wrażliwej kobiety, którą do apartamentowca przyprowadził Lawrence, ale to
wydawało się najmniej istotne. Sęk w tym, że w nieznajomej wampirzycy
i tak dostrzegał coś, co nie dawało mu spokoju. Coś, co w równym
stopniu go niepokoiło, jak i przyciągało niczym magnes. Z jakiegoś
powodu nie potrafił odpuścić i kolejny raz pozwolić jej odejść – nie bez
uprzedniego zaspokojenia ciekawości.
– W takim
razie proszę o wybaczenie, pani – zreflektował się, próbując ją
udobruchać. Spoglądała na niego z rezerwą, ale to w najmniejszym
stopniu nie umniejszyło jego zapału. – Przybyłaś tutaj z daleka, czyż nie?
– Pozwalasz
sobie na zdecydowanie zbyt wiele – oznajmiła lodowatym tonem. – W innych
okolicznościach…
Urwała,
energicznie potrząsając głową. Milczenie musiało kosztować ją mnóstwo energii,
bo najwyraźniej również do tego nie przywykła. To przynajmniej sugerowało jej
zachowanie, nie wspominając o sposobie, w jaki reagowała na jakiekolwiek
pytania albo oznaki braku szacunku. Skądkolwiek się wywodziła, najwyraźniej
wszyscy wokół traktowali ją jak wielką damę.
– Co
takiego? – nie dawał za wygraną. – Nie mam złych intencji. Po prostu chciałbym
poznać kobietę, którą bogini postawiła na mojej drodze już po raz drugi.
– Nie życzę
sobie wspominania o bogini w mojej obecności!
Tym razem
kilka osób obejrzało się na nich, zaintrygowanych tym, że ktoś zaczął krzyczeć.
Ostatecznie nikt w żaden sposób nie zareagował – przechodnie po prostu
szli dalej, nawet nie próbując oglądać się przez ramię. Sage zdążył zauważyć
zamglone spojrzenia kilku osób i to wystarczyło, by pojął, że zdecydowanie
miał do czynienia z istotą uzdolnioną. Najwyraźniej potrafiła mieszać w głowach
równie wprawnie co i Lawrence, a może wręcz telepaci.
Zawahał
się, nagle zaniepokojony. Zdwoił czujność, chociaż nie miał pewności, czy w obecnej
sytuacji miało to jakikolwiek sens. Gdyby chciała się go pozbyć, już by to
zrobiła.
– W porządku.
Jak wspomniałem, nie mam niczego złego na myśli – rzucił pojednawczym tonem.
Mimo wszystko wątpił, by to wystarczyło, żeby w pełni uspokoić tę kobietę.
– Pomyślałem, że mógłbym pomóc. Wydajesz się zagubiona, pani – dodał, siląc się
na uprzejmość.
–
Zagubiona? – powtórzyła i tym razem w jej głosie wyraźnie
pobrzmiewała pogarda. – Potrafię o siebie zadbać.
– Och, tak…
To widziałem. – Sage z uznaniem skinął głową. – Ale dalej uważam, że
kobieta zasłużyła na specjalne traktowanie. Odniosłem zresztą wrażenie…
– Jakie
wrażenie? – ponagliła, kolejny raz przybierając ten jakże charakterystyczny dla
wydawania rozkazów ton.
– Nie
chciałbym zostać źle zrozumiany.
Kobieta
zacisnęła usta.
– Na to już
za późno – stwierdziła cicho. – Ale daję ci szansę, żebyś się wytłumaczył.
Och, dziękuję, moja ty łaskawa!,
pomyślał z przekąsem, ale w ostatniej chwili powstrzymał się przed
wypowiedzeniem tych słów na głos. To zdecydowanie nie byłoby dobrym pomysłem.
– Jak
wspomniałem, kobieta zasłużyła na specjalne traktowanie. Zresztą nasza ostatnia
rozmowa… Odniosłem po prostu wrażenie – podjął, starannie dobierając słowa – że
Seattle to nie miejsce dla kogoś tak… wyjątkowego. Na ulicy trudno o należyte
traktowanie.
– W istocie.
Sposób,
jaki na niego spojrzała, wydawał się dość wymowny. Zgadzała się z nim, do
„nienależytego traktowania” zaliczając również to, w jaki sposób
rozmawiali. Nie miał co do tego wątpliwości, aż nazbyt świadom tego, że udało
mu się wytrącić ją z równowag. Najdelikatniej rzecz ujmując.
Powinien
odpuścić. Odejść już w chwili, w której dała mu do zrozumienia, że
nie chciała ciągnąć jakiejkolwiek rozmowy, a tym bardziej zdradzić mu
swojego imienia. Wszystko w niej aż krzyczało, że najchętniej rozniosłaby
go w pył – naglące spojrzenie rubinowych tęczówek, napięte mięśnie, dumnie
uniesiona głowa… Co więcej, do głowy przyszło mu, że gdyby nie tkwili w samym
środku ruchliwego miasta, ta kobieta nie miałaby żadnych zahamować.
Zabawne,
ale naprawdę wierzył, że byłaby w stanie okazać się zagrożeniem nawet dla
niego. Pustka w jej przerażała, a jednak…
–
Przepraszam, jeśli jakkolwiek cię uraziłem. – Lekko skinął jej głową. –
Aczkolwiek gdybym mógł w czymś pomóc, wystarczy jedno słowo. Znam to
miejsce. Sam też musiałem przyzwyczaić się do nowoczesności.
Nie
odpowiedziała. Wyraz jej twarzy w żaden sposób się nie zmienił, aż Sage
zwątpił w to, czy w ogóle go słuchała. W tamtej chwili wyglądała
jak piękna, choć całkowicie martwa porcelanowa lalka. Ta obojętność porażała,
choć nie pierwszy raz widział jak ktoś przybiera maskę, by ukryć emocje. Poniekąd
wampiry były do tego stworzone, więc nie powinno go to dziwić, niemniej w przypadku
tej kobiety ta pustka wydawała się czymś o wiele więcej.
– Chcę
przejść – oznajmiła nagle. – Masz ostatnią szansę, żeby mnie przepuścić.
Cofnął się
bez słowa. W pośpiechu przemknęła obok niego, szybkim krokiem zmierzając
przed siebie. Odprowadził ją wzrokiem, obserwując tak długo, aż zniknęła między
przechodniami.
Co to, do cholery, było…?
Sam sobie
nie potrafił tego wytłumaczyć.
Co więcej,
chociaż to wydawało się wręcz niemożliwe, żaden człowiek nie zwrócił
najmniejszej uwagi na parę gotowych rzucić się na siebie nawzajem wampirów.
Cokolwiek
by się nie wydarzyło, życie toczyło się dalej.

Isobel
Słodka krew zalała jej gardło.
Piła łapczywie, jednocześnie z siłą zaciskając dłoń na krtani nieruchomego
ciała. Nie miała pojęcia, kim była jej ofiara, zresztą wcale jej to nie
obchodziło. Przez krótką chwilę liczyła się wyłącznie słodycz posoki i poczucie,
że rozchodzące się po całym ciele ciepło koiło jej nerwy.
Dawno nikt
ani nic aż do tego stopnia nie wytrąciło ją z równowagi. Kiedy sądziła, że
po pojawieniu się Huntera już nic nie zdoła jej zaskoczyć, na wszystkie możliwe
osoby wpadła akurat na tego mężczyznę. Sage – kimkolwiek był – z jakiegoś
powodu zachowywał się tak, jakby była mu cokolwiek winna. Mówił w sposób,
który doprowadzał Isobel do szału, chociaż sama nie miała pewności dlaczego.
Przecież oczywistym wydawało się, że nie wiedział z kim ma do czynienia.
Nikt o zdrowych zmysłach nie zwracałby się w tak bezczelny sposób do
królowej, gdyby zdawał sobie sprawę z tego, że przed nim stała. Nikt nie
próbowałby na nią naciskać i mówić o rzeczach, które nie mieściły jej
się w głowie – o słabości, która przecież nie miała miejsca!
Skoro
jednak Sage nie miał pojęcia, kim była, dlaczego tak bardzo się nią
interesował? Nie wierzyła w przypadki! Już nie wspominając o bredniach
na temat bogini, którą wszyscy tak kochali, podczas gdy ta nie poświęcała swoim
dzieciom choćby cienia zainteresowania. Wampiry wzdychały do Selene, która
rzekomo tkwiła gdzieś w nicości, obojętnie obserwując, jak jej wyznawcy od
wieków są spychani w cień. Gdzie był w tym sens? Jakim prawem
ktokolwiek ważył się sugerować, że powinna przejmować się oczekiwaniami kogoś,
kto nigdy nie ingerował w to, co się działo.
To ona była
prawdziwą boginią. Zapoczątkowała rasę, która teraz próbowała się jej wyrzec.
Wróciła po tylu wiekach tylko po to, by wylądować gdzieś pośród śmiertelników,
którzy nawet nie mieli pojęcia z kim mieli do czynienia. Nie wspominając o tym,
że podczas gdy niegdyś każdy nieśmiertelny znałby jej imię, teraz wielu po
prostu jej nie rozpoznawało.
Wszystko
było nie tak.
Z cichym
warknięciem odrzuciła bezwładne, zakrwawione ciało. Osunęło się na ziemię,
bezwładne niczym nic niewarta, szmaciana lalka. W żyłach wciąż zalegała
krew, ale Isobel nie zwróciła na to większej uwagi. W gruncie rzeczy od
samego początku nie chodziło o zaspokojenie głodu, ale samą możliwość
zabijania. Czuła, że to żałosne, próbować odzyskiwać poczucie kontroli z pomocą
nic nieznaczących zgonów, ale to też było jej obojętne.
Pani…?
Ledwo
powstrzymała warknięcie. W pierwszym odruchu widok pulsującej, skrytej w cieniu
mgły ją rozjuszył. Czy pozwoliła im za sobą iść? Czy wydała jakikolwiek rozkaz,
który…?
Możemy ci jakość pomóc, pani?, rozległo
się w jej głowie. Tym razem przemawiał tylko jeden z nich, co
znacznie ułatwiało komunikację.
Obojętnie
spojrzała na porzucone ciało. Miała ochotę zostawić je w tej ciemnej
uliczce, gdzie prędzej czy później ktoś jednak miał na nie trafić. Pragnęła siać
zamęt i choćby w ten sposób pokazać śmiertelnikom, że nie powinni z nią
igrać. Że gdzieś w ciemnościach czaiło się coś niebezpiecznego, co z łatwością
mogło zmienić sposób, w jaki postrzegali rzeczywistość.
Zacisnęła
usta. Perspektywa była kusząca, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jednak takie
działanie prowadziło donikąd. Kierowanie się emocjami nigdy nie było dobrym
pomysłem, a ona nie mogła dłużej pozwalać sobie na popełnianie błędów.
–
Posprzątajcie tutaj.
Niczego
więcej nie musiała dodawać. Skryte we mgle istoty wydawały się czekać właśnie
na takie słowa, momentalnie rzucając się ku ciału. Pochłonęły je całe, spijając
krew i wręcz rozrywając miękką tkankę. Isobel nie miała wątpliwości, że po
wszystkim nie zostaną nawet kości – w końcu była świadkiem podobnej sceny
niejednokrotnie. Co prawda demony, dokładnie jak i wampiry, preferowały
krew, ale żaden z nich nie zignorowałby wydanego im rozkazu.
Przynajmniej
kiedyś tak było. Teraz już nawet tego nie mogła być absolutnie pewna.
„Aczkolwiek
gdybym mógł w czymś pomóc, wystarczy jedno słowo. Znam to miejsce. Sam też
musiałem przyzwyczaić się do nowoczesności”.
Aż zadrżała
z gniewu. Nie potrzebowała nikogo, kto musiałby prowadzić jej za rękę.
Dlaczego w ogóle przejmowała się słowami kogoś, kogo najchętniej by
zabiła? To nie tak, że trafił w sedno. Nie był nawet bliski prawdy.
Dlaczego
bezkarnie pozwoliła mu odejść, zamiast…?
Kim był
Sage? Musiał mieć jakiś powód, żeby ją dręczyć. Nie wierzyła, by ot tak wpadł
na nią już po raz drugi, o wzmiance o szczęśliwych zbiegach nie wspominając.
Za tym wszystkim musiało kryć się coś więcej.
A ona zamierzała
dowiedzieć się co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz