5 lipca 2018

Trzydzieści cztery

Sage
Niczego nie żałował. Ani trochę, choć po wyjściu z mieszkania przeszło mu przez myśl, że mógł powstrzymać się przez wzgląd na Beatrycze. Z drugiej strony, nie sądził, żeby ta kobieta była aż taka krucha. Co więcej, skoro teraz zyskała nieśmiertelność, tym bardziej musiała przyzwyczajać się do tej… odrobinę bardziej brutalnej strony nieśmiertelnego świata.
Och, no i Lawrence sobie zasłużył. Sage mógł się założyć, że sama Beatrycze by to potwierdziła, gdyby wcześniej raczył zapytać.
Mimo wszystko był w dość dobrym nastroju. Poczuł ulgę, kiedy ta dwójka pojawiła się w Seattle, do tego prezentując się wystarczająco dobrze, by doszedł do wniosku, że sytuacja została opanowana. Jasne, przemiana Beatrycze go zszokowała, ale miał dość czasu, by przyzwyczaić się do myśli o tym. Co więcej, choć nie zamierzał mówić tego na głos, uważał, że tak było dla niej najlepiej. Ludzie w świecie nieśmiertelnych zdecydowanie nie mieli łatwego życia, a ich obecność zwykle sprowadzała się tylko do jednego: do szybkiej śmierci. Jakby nie patrzeć, przemiana była tym „pozytywniejszym” wyjściem, nawet jeśli wciąż wiązała się ze zgonem.
Miasto jak zwykle pulsowało życiem. Czasami obecność śmiertelników działała mu na nerwy, będąc niczym nieustanne wyzwanie, związane z kontrolowaniem się. Co prawda Sage czuł się wystarczająco wprawiony, by przebywanie z ludźmi nie jawiło mu się jako ewentualne zagrożenie, ale pragnienie bywało irytujące. To, że tak naprawdę nie był pewien, co powinien ze sobą zrobić, również.
W zasadzie nie miał pojęcia, co wciąż trzymało go z Seattle. Podążał za Lawrence’em, bo tak było wygodniej. A może po prostu szukał sobie zajęcia, którym poniekąd stała się zabawa w głos zdrowego rozsądku dla tego wampira. Na dłuższą metę całe to szaleństwo wydawało się dość interesujące – powrót Beatrycze, wzmianki o królowej wampirów, Elena i demony… Kiedy na dodatek natrafił w tym wszystkich na Licavolich, a później okazało się, że Layla mogłaby go potrzebować, nie zastanawiał się, ale teraz…?
Zawahał się, w pełni skupiony na własnych myślach. Nie pierwszy raz bez celu spacerował po Seattle, ignorując wszystko i wszystkich. Potrafił się „wyłączyć”, chwilami czując się tak, jakby zewnętrzny świat nie istniał. Szczególnie ostatnio zdarzało mu się to nader często, zwłaszcza że chcąc nie chcąc zaczął zastanawiać się nad tym, co ze sobą zrobić. W szczególności teraz kręcenie się przy Lawrence’ie i Beatrycze wydawało się pozbawione sensu. Mieli siebie, planowali razem zamieszkać i odstąpić apartament Elenie. Nie miał nic przeciwko, już od dłuższego czasu rozważając, jakie rozwiązanie było lepsze – zostać w okolicy czy może ruszyć dalej, gdziekolwiek w świat, bo cóż go zatrzymywało? Miał dość znajomych, których nie widział od dawna i którym po takim czasie mógłby złożyć wizytę. Jeśli spotykać się z niektórymi raz na jakiś czas, przebywanie z nimi przychodziło zadziwiająco lekko, a już na pewno nikt nie miał w planach się pozabijać. Chyba.
Inna sprawa, że Lawrence jak nic by go znalazł, gdyby potrzebował pomocy. Zwłaszcza wtedy. Co jak co, ale pod tym względem ten wampir bywał wręcz zadziwiająco zaradny.
Sage uśmiechnął się pod nosem. Mógł w końcu zajrzeć do Licavolich, by zobaczyć się z Laylą. Co prawda wiedział, że miała się dobrze, zwłaszcza że zdołała zadzwonić, by poprosić o przysługę, ale i tak wolał przekonać się o tym na własne oczy. To wydawało się całkiem kuszącą perspektywą spędzenia kilku godzin, które zamierzał dać Lawrence’owi i Beatrycze. Podejrzewał, że tego potrzebowali, zresztą sam czuł się nieswojo, obserwując tę dwójkę – trochę jak intruz, choć przecież mieszkanie w równym stopniu należało do niego, co i do L.
Wciąż o tym myślał, kiedy wyostrzone zmysły podsunęły mu nader charakterystyczny, bez wątpienia należący do wampira zapach. Chwilę później w jego ramionach niemalże wylądowała niczego nieświadoma, znajoma niewiastka, którą poznał już jakiś czas temu. Sage machinalnie wyciągnął ręce, układając je na barkach nieznajomej, by w porę ją wyhamować, zanim zdążyłaby na niego wpaść. Co prawda mógł po prostu ją wyminąć, a jednak nie potrafił obojętnie przejść obok kobiety, która…
Cóż, no właśnie – była dla niego całkowitą zagadką.
– Och, kto by pomyślał! – wyrwało mu się. Nawet nie próbował ukrywać, że ucieszył się na jej widok. Uśmiechnął się, udając, że nie dostrzega, że wampirzyca wzdrygnęła się, nagle prostując niczym struna. – Myślałem, że już więcej pani nie spotkam…
Odskoczyła od niego niemalże jak oparzona, spoglądając nań spode łba, co najmniej jakby podejrzewała, że ktoś spróbuje skoczyć jej do gardła. Rubinowe tęczówki zabłysły i Sage zrozumiał, że ona również go rozpoznała. Uderzyło go również to, że w żaden sposób nie próbowała zamaskować koloru swoich oczu. Krwawa czerwień nawet z daleka zwracała uwagę, co w połączeniu z olśniewającym pięknem wampirzycy musiało przykuwać wzrok. Na pierwszy rzut oka kobieta wręcz prosiła się o to, by ktoś zauważył jej inność, co w najgorszym wypadku mogło ściągnąć na nią kłopoty.
Najdziwniejsze jednak okazało się to, jak bardzo wydawała się obojętna. Jej twarz, spojrzenie, nawet postawa… Miała w sobie coś, czego nie rozumiał, chociaż go niepokoiło. Rodzaj pustki, która zapadała w pamięć i wobec której nie dało się przejść bez choćby cienia zainteresowania. Kiedy wyprostowała się, wydała mu się pewna siebie i dumna, całą sobą wydając się komunikować, że była kimś ważnym. Ta charyzma aż biła po oczach, kojarząc mu się z władcami i kapłankami, choć tych zdecydowanie nie spotykało się przypadkiem w samym centrum tętniącej życiem metropolii. Ta kobieta po prostu tutaj nie pasowała i aż nieprawdopodobnym wydawało się, że żaden z przechodniów tego nie dostrzegał.
– Śmiesz mnie śledzić?
Sage zamrugał, co najmniej zaskoczony pytaniem, które padło z ust kobiety. Uniósł brwi, spoglądając na nią z wahaniem i szukając jakichkolwiek oznak tego, że żartowała. Nic z tego. W zasadzie z poważnym wyrazem twarzy, błyskiem w oczach i napiętymi myślami w niczym nie przypominała kogoś, kto byłby w stanie żartować. Wampir miał wrażej wrażenie, że przyszło mu obcować z niezwykle rzadkim, płochliwym, ale i niebezpiecznym dzikim zwierzęciem.
Z trudem powstrzymał uśmiech, czując, że rozbawieniem jedynie bardziej by ją zdenerwował. W zamian rzucił kobiecie przepraszające spojrzenie, za wszelką cenę próbując wyglądać tak niewinnie, jak tylko był w stanie.
– Ależ skąd! – zapewnił pośpiesznie. – To tylko sprzyjający zbieg okoliczności.
– Sprzyjający? – powtórzyła.
Wciąż spoglądała na niego w co najmniej podejrzliwy, na swój sposób oskarżycielski sposób. Było w tym coś władczego, co sprawiło, że Sage nabrał pewności, że nie byłaby zadowolona z odmowy odpowiedzi na pytanie. Jak na pozornie kruchą istotę, miała w sobie dość charyzmy, żeby zaczął postrzegać ją jak kogoś o wystarczająco silnym charakterze, by wydawane przez nią rozkazy zabrzmiały imponująco.
Piękna i władcza… To prawdziwa rzadkość, przeszło mu przez myśl. Nie miał jedynie pewności czy to zaleta, czy może wada, zwłaszcza w przypadku tej kobiety.
– Nie chcę być nachalny, ale ostatnim razem nie zdradziła mi pani swojego imienia. – Uśmiechnął się blado. Mimo wszystko zaczynał mieć dość tych formalności. – Może to znak od opatrzności, że…
– Więc zaprzestań nachalności.
Wraz z tymi słowami, spróbowała go wyminąć. Przesunął się, ale bynajmniej nie po to, żeby ją przepuścić – wręcz przeciwnie. Jak gdyby nigdy nic stanął tuż przed nią, stanowczo blokując wampirzycy drogę ucieczki.
Kobieta zamarła. Najzwyczajniej w świecie zastygła w bezruchu, spoglądając na niego gniewnie. Jej oczy zwęziły się, a piękną twarz wykrzywił grymas. Dotychczas rubinowe tęczówki pociemniały, zaś Sage doszukał się w nich czegoś, czego może i nie potrafił nazwać, ale i tak go zaniepokoiło. W tamtej chwili już nie miał wątpliwości, że ta nieśmiertelna nie zawahałaby się przed rzuceniem komuś do gardła, jeśli nie otrzymałaby tego, czego chciała.
Przez krótką chwilę miał wrażenie, że świat zwolnił i skurczył się wyłącznie do nich dwoje. Z uwagą przypatrywał się stojącej przed nim kobiecie, czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Podejrzewał, że gdyby wzrok zabijał, jak nic byłby martwy. Zresztą czego się dziwił? Przecież pierwszy raz zobaczył ją w wąskim zaułku, kiedy beztrosko mordowała mężczyzn, którzy ważyli odezwać się do niej nie tak jak powinni. Co więcej, wtedy sam jej w tym pomógł, nie mogąc zaprzeczyć, że pod wieloma względami zasługiwała na szacunek.
Uśmiechnął się, nie mogąc pozbyć wrażenia, że igrał z ogniem. Kimkolwiek była, intrygowała go. I to do tego stopnia, że mimo wszystko zamierzał zaryzykować.
– Proszę o wybaczenie – powiedział w końcu, siląc się na spokój. – Przypomnę jedynie, że już poznałaś moje imię. W takim wypadku oczekiwałbym, że…
– Ty… – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Uśmiech Sage’a stał się nieco bardziej bezczelny.
– Sama zrezygnowałaś z formalnych zwrotów – przypomniał usłużnie.
Na krótką chwilę zwątpił w to, czy igranie z nią było dobrym pomysłem. Mimo wszystko znajdowali się w samym środku ruchliwego miasta, więc prowokowanie potencjalnie niebezpiecznej wampirzycy niekoniecznie musiało być dobrym pomysłem. Nie byłoby dobrze, gdyby jednak zdecydowała się na niego rzucić albo – co gorsza – zdecydowała się urządzić sobie krwawe polowanie.
Obserwując ją, był gotów przysiąc, że naprawdę mogłaby się na to zdobyć. Wydawało mu się, że drżała, napinając mięśnie tak mocno, że aż zwątpił w to, jakim cudem była w stanie utrzymać się w pionie.
A wszystko tylko po to, by ot tak się uspokoić, odrzucić jasne włosy na bok i dumnie unieść głowę. W tamtej chwili patrzyła na niego jak na kogoś, kto w jej oczach znaczył równie niewiele, co mijający ją śmiertelnicy.
– Więc do tego doszło? – zapytała z rozgoryczeniem. – Uprzejmość umarła na rzecz… tego?
Powiodła wzrokiem dookoła, jakby sama nie była pewna, co kryło się pod wspomnianym „tym”. Sage po raz kolejny odniósł wrażenie, że spogląda na kogoś oderwanego od rzeczywistości. Na drobną, przytłoczoną otaczającą ją rzeczywistością kobietę, która może i była silna, ale i tak gubiła się w świecie, którego najwyraźniej nie rozumiała.
Na myśl jak na zawołanie przyszła mu Beatrycze. To prędzej po niej spodziewałby się takiego zachowania. Co prawda stojąca przed nim nieśmiertelna diametralnie różniła się od wrażliwej kobiety, którą do apartamentowca przyprowadził Lawrence, ale to wydawało się najmniej istotne. Sęk w tym, że w nieznajomej wampirzycy i tak dostrzegał coś, co nie dawało mu spokoju. Coś, co w równym stopniu go niepokoiło, jak i przyciągało niczym magnes. Z jakiegoś powodu nie potrafił odpuścić i kolejny raz pozwolić jej odejść – nie bez uprzedniego zaspokojenia ciekawości.
– W takim razie proszę o wybaczenie, pani – zreflektował się, próbując ją udobruchać. Spoglądała na niego z rezerwą, ale to w najmniejszym stopniu nie umniejszyło jego zapału. – Przybyłaś tutaj z daleka, czyż nie?
– Pozwalasz sobie na zdecydowanie zbyt wiele – oznajmiła lodowatym tonem. – W innych okolicznościach…
Urwała, energicznie potrząsając głową. Milczenie musiało kosztować ją mnóstwo energii, bo najwyraźniej również do tego nie przywykła. To przynajmniej sugerowało jej zachowanie, nie wspominając o sposobie, w jaki reagowała na jakiekolwiek pytania albo oznaki braku szacunku. Skądkolwiek się wywodziła, najwyraźniej wszyscy wokół traktowali ją jak wielką damę.
– Co takiego? – nie dawał za wygraną. – Nie mam złych intencji. Po prostu chciałbym poznać kobietę, którą bogini postawiła na mojej drodze już po raz drugi.
– Nie życzę sobie wspominania o bogini w mojej obecności!
Tym razem kilka osób obejrzało się na nich, zaintrygowanych tym, że ktoś zaczął krzyczeć. Ostatecznie nikt w żaden sposób nie zareagował – przechodnie po prostu szli dalej, nawet nie próbując oglądać się przez ramię. Sage zdążył zauważyć zamglone spojrzenia kilku osób i to wystarczyło, by pojął, że zdecydowanie miał do czynienia z istotą uzdolnioną. Najwyraźniej potrafiła mieszać w głowach równie wprawnie co i Lawrence, a może wręcz telepaci.
Zawahał się, nagle zaniepokojony. Zdwoił czujność, chociaż nie miał pewności, czy w obecnej sytuacji miało to jakikolwiek sens. Gdyby chciała się go pozbyć, już by to zrobiła.
– W porządku. Jak wspomniałem, nie mam niczego złego na myśli – rzucił pojednawczym tonem. Mimo wszystko wątpił, by to wystarczyło, żeby w pełni uspokoić tę kobietę. – Pomyślałem, że mógłbym pomóc. Wydajesz się zagubiona, pani – dodał, siląc się na uprzejmość.
– Zagubiona? – powtórzyła i tym razem w jej głosie wyraźnie pobrzmiewała pogarda. – Potrafię o siebie zadbać.
– Och, tak… To widziałem. – Sage z uznaniem skinął głową. – Ale dalej uważam, że kobieta zasłużyła na specjalne traktowanie. Odniosłem zresztą wrażenie…
– Jakie wrażenie? – ponagliła, kolejny raz przybierając ten jakże charakterystyczny dla wydawania rozkazów ton.
– Nie chciałbym zostać źle zrozumiany.
Kobieta zacisnęła usta.
– Na to już za późno – stwierdziła cicho. – Ale daję ci szansę, żebyś się wytłumaczył.
Och, dziękuję, moja ty łaskawa!, pomyślał z przekąsem, ale w ostatniej chwili powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych słów na głos. To zdecydowanie nie byłoby dobrym pomysłem.
– Jak wspomniałem, kobieta zasłużyła na specjalne traktowanie. Zresztą nasza ostatnia rozmowa… Odniosłem po prostu wrażenie – podjął, starannie dobierając słowa – że Seattle to nie miejsce dla kogoś tak… wyjątkowego. Na ulicy trudno o należyte traktowanie.
– W istocie.
Sposób, jaki na niego spojrzała, wydawał się dość wymowny. Zgadzała się z nim, do „nienależytego traktowania” zaliczając również to, w jaki sposób rozmawiali. Nie miał co do tego wątpliwości, aż nazbyt świadom tego, że udało mu się wytrącić ją z równowag. Najdelikatniej rzecz ujmując.
Powinien odpuścić. Odejść już w chwili, w której dała mu do zrozumienia, że nie chciała ciągnąć jakiejkolwiek rozmowy, a tym bardziej zdradzić mu swojego imienia. Wszystko w niej aż krzyczało, że najchętniej rozniosłaby go w pył – naglące spojrzenie rubinowych tęczówek, napięte mięśnie, dumnie uniesiona głowa… Co więcej, do głowy przyszło mu, że gdyby nie tkwili w samym środku ruchliwego miasta, ta kobieta nie miałaby żadnych zahamować.
Zabawne, ale naprawdę wierzył, że byłaby w stanie okazać się zagrożeniem nawet dla niego. Pustka w jej przerażała, a jednak…
– Przepraszam, jeśli jakkolwiek cię uraziłem. – Lekko skinął jej głową. – Aczkolwiek gdybym mógł w czymś pomóc, wystarczy jedno słowo. Znam to miejsce. Sam też musiałem przyzwyczaić się do nowoczesności.
Nie odpowiedziała. Wyraz jej twarzy w żaden sposób się nie zmienił, aż Sage zwątpił w to, czy w ogóle go słuchała. W tamtej chwili wyglądała jak piękna, choć całkowicie martwa porcelanowa lalka. Ta obojętność porażała, choć nie pierwszy raz widział jak ktoś przybiera maskę, by ukryć emocje. Poniekąd wampiry były do tego stworzone, więc nie powinno go to dziwić, niemniej w przypadku tej kobiety ta pustka wydawała się czymś o wiele więcej.
– Chcę przejść – oznajmiła nagle. – Masz ostatnią szansę, żeby mnie przepuścić.
Cofnął się bez słowa. W pośpiechu przemknęła obok niego, szybkim krokiem zmierzając przed siebie. Odprowadził ją wzrokiem, obserwując tak długo, aż zniknęła między przechodniami.
Co to, do cholery, było…?
Sam sobie nie potrafił tego wytłumaczyć.
Co więcej, chociaż to wydawało się wręcz niemożliwe, żaden człowiek nie zwrócił najmniejszej uwagi na parę gotowych rzucić się na siebie nawzajem wampirów.
Cokolwiek by się nie wydarzyło, życie toczyło się dalej.
Isobel
Słodka krew zalała jej gardło. Piła łapczywie, jednocześnie z siłą zaciskając dłoń na krtani nieruchomego ciała. Nie miała pojęcia, kim była jej ofiara, zresztą wcale jej to nie obchodziło. Przez krótką chwilę liczyła się wyłącznie słodycz posoki i poczucie, że rozchodzące się po całym ciele ciepło koiło jej nerwy.
Dawno nikt ani nic aż do tego stopnia nie wytrąciło ją z równowagi. Kiedy sądziła, że po pojawieniu się Huntera już nic nie zdoła jej zaskoczyć, na wszystkie możliwe osoby wpadła akurat na tego mężczyznę. Sage – kimkolwiek był – z jakiegoś powodu zachowywał się tak, jakby była mu cokolwiek winna. Mówił w sposób, który doprowadzał Isobel do szału, chociaż sama nie miała pewności dlaczego. Przecież oczywistym wydawało się, że nie wiedział z kim ma do czynienia. Nikt o zdrowych zmysłach nie zwracałby się w tak bezczelny sposób do królowej, gdyby zdawał sobie sprawę z tego, że przed nim stała. Nikt nie próbowałby na nią naciskać i mówić o rzeczach, które nie mieściły jej się w głowie – o słabości, która przecież nie miała miejsca!
Skoro jednak Sage nie miał pojęcia, kim była, dlaczego tak bardzo się nią interesował? Nie wierzyła w przypadki! Już nie wspominając o bredniach na temat bogini, którą wszyscy tak kochali, podczas gdy ta nie poświęcała swoim dzieciom choćby cienia zainteresowania. Wampiry wzdychały do Selene, która rzekomo tkwiła gdzieś w nicości, obojętnie obserwując, jak jej wyznawcy od wieków są spychani w cień. Gdzie był w tym sens? Jakim prawem ktokolwiek ważył się sugerować, że powinna przejmować się oczekiwaniami kogoś, kto nigdy nie ingerował w to, co się działo.
To ona była prawdziwą boginią. Zapoczątkowała rasę, która teraz próbowała się jej wyrzec. Wróciła po tylu wiekach tylko po to, by wylądować gdzieś pośród śmiertelników, którzy nawet nie mieli pojęcia z kim mieli do czynienia. Nie wspominając o tym, że podczas gdy niegdyś każdy nieśmiertelny znałby jej imię, teraz wielu po prostu jej nie rozpoznawało.
Wszystko było nie tak.
Z cichym warknięciem odrzuciła bezwładne, zakrwawione ciało. Osunęło się na ziemię, bezwładne niczym nic niewarta, szmaciana lalka. W żyłach wciąż zalegała krew, ale Isobel nie zwróciła na to większej uwagi. W gruncie rzeczy od samego początku nie chodziło o zaspokojenie głodu, ale samą możliwość zabijania. Czuła, że to żałosne, próbować odzyskiwać poczucie kontroli z pomocą nic nieznaczących zgonów, ale to też było jej obojętne.
Pani…?
Ledwo powstrzymała warknięcie. W pierwszym odruchu widok pulsującej, skrytej w cieniu mgły ją rozjuszył. Czy pozwoliła im za sobą iść? Czy wydała jakikolwiek rozkaz, który…?
Możemy ci jakość pomóc, pani?, rozległo się w jej głowie. Tym razem przemawiał tylko jeden z nich, co znacznie ułatwiało komunikację.
Obojętnie spojrzała na porzucone ciało. Miała ochotę zostawić je w tej ciemnej uliczce, gdzie prędzej czy później ktoś jednak miał na nie trafić. Pragnęła siać zamęt i choćby w ten sposób pokazać śmiertelnikom, że nie powinni z nią igrać. Że gdzieś w ciemnościach czaiło się coś niebezpiecznego, co z łatwością mogło zmienić sposób, w jaki postrzegali rzeczywistość.
Zacisnęła usta. Perspektywa była kusząca, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jednak takie działanie prowadziło donikąd. Kierowanie się emocjami nigdy nie było dobrym pomysłem, a ona nie mogła dłużej pozwalać sobie na popełnianie błędów.
– Posprzątajcie tutaj.
Niczego więcej nie musiała dodawać. Skryte we mgle istoty wydawały się czekać właśnie na takie słowa, momentalnie rzucając się ku ciału. Pochłonęły je całe, spijając krew i wręcz rozrywając miękką tkankę. Isobel nie miała wątpliwości, że po wszystkim nie zostaną nawet kości – w końcu była świadkiem podobnej sceny niejednokrotnie. Co prawda demony, dokładnie jak i wampiry, preferowały krew, ale żaden z nich nie zignorowałby wydanego im rozkazu.
Przynajmniej kiedyś tak było. Teraz już nawet tego nie mogła być absolutnie pewna.
„Aczkolwiek gdybym mógł w czymś pomóc, wystarczy jedno słowo. Znam to miejsce. Sam też musiałem przyzwyczaić się do nowoczesności”.
Aż zadrżała z gniewu. Nie potrzebowała nikogo, kto musiałby prowadzić jej za rękę. Dlaczego w ogóle przejmowała się słowami kogoś, kogo najchętniej by zabiła? To nie tak, że trafił w sedno. Nie był nawet bliski prawdy.
Dlaczego bezkarnie pozwoliła mu odejść, zamiast…?
Kim był Sage? Musiał mieć jakiś powód, żeby ją dręczyć. Nie wierzyła, by ot tak wpadł na nią już po raz drugi, o wzmiance o szczęśliwych zbiegach nie wspominając. Za tym wszystkim musiało kryć się coś więcej.
A ona zamierzała dowiedzieć się co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa