29 czerwca 2018

Dwadzieścia osiem

Isabeau
Wyszła zanim słońce w pełni skryło się za horyzontem. Czuła się zmęczona, nie tyle wciąż dającą się jej we znaki jasnością, ale spędzonymi w świątyni godzinami, zwłaszcza że z uporem unikała snu. Od przyjazdu do Miasta Nocy była na nogach, nie wyobrażając sobie, że miałaby tak po prostu ulec zapewnieniom Dimitra i wcześniej spróbować odpocząć.
Mimo wszystko spędzane czasu w świątyni miało w sobie coś kojącego. Była sama, co jak najbardziej jej odpowiadało. Cisza pozwoliła się Isabeau rozluźnić i choć na moment zapomnieć, w jakim celu przekładała świecie i plotła wianki z dawno uschniętych już kwiatów. Wiedziała, że powinna pójść do rodzinnego domu i uporządkować to i owo, ale z uporem odsuwała od siebie tę myśl. Wszystko po kolei. A wizyta w znajomym domu mogła poczekać.
Miała wrażenie, że kolejne godziny umykały jej w zawrotnym wręcz tempie. To, co chciała zrobić, również, aż w pewnym momencie zaczęła bez celu krążyć po opustoszałej świątyni, bezskutecznie szukając sobie zajęcia. Czuła się dziwnie roztrzęsiona, na swój sposób mając ochotę wysprzątać cały budynek od mieszczących się w podziemiach bibliotek aż po dach, ale jednocześnie nie miała do tego siły.
Dimitr wciąż powtarzał, że nie powinna obwiniać się za to, co miało miejsce. W końcu jej wizje od zawsze działały w ten sam sposób – widziała, ale nie była w stanie zainterweniować. Nie w taki sposób, by zmienić coś, o czym wiedziała, że się wydarzy. Allegra to rozumiała, raz po raz powtarzając, że ufała woli Selene, ale z perspektywy Isabeau to wcale nie było takie proste. Chociaż rozsądek podpowiadał jej, że nie była w stanie niczego zrobić, wciąż miała do siebie pretensje. Gdyby przynajmniej była obecna przy tym, co się wydarzyło, zamiast…
Zmrużyła oczy w nikłym blasku zmierzchu. Bardziej stanowczo naciągnęła na siebie pelerynę, mimo wszystko czując się nieswojo, chociaż takie natężenie słonecznego światła nie mogło jej skrzywdzić. W pośpiechu zwróciła się plecami do zachodzącego słońca, w zamian spoglądając na aż nazbyt znajomy klif. Tuż obok świątyni wznosił się posąg bogini księżyca – nieco tylko wyniszczony przez czas, ale wciąż piękny i wyniosły. Isabeau przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się w urodziwą twarz Selene, bezskutecznie próbując doszukać się w tym widoku ukojenia. Oczywiście, że wciąż wierzyła w boginię, a jednak… to wcale nie było takie proste.
Chwilami po prostu nie rozumiała. Nie pojmowała tego, jaki sens miały wizje, których doświadczała. Dlaczego widziała, skoro tak naprawdę pozostawała całkowicie bezradna wobec wizji? Jaki cel miała ta wiedza, skoro w żaden sposób nie potrafiła jej wykorzystać…?
– Bogini, pomóż mi, bo już nie wiem, co czynię – szepnęła, nie odrywając wzroku od figury.
Coś ścisnęło ją w gardle. Nie chciała mieć wątpliwości, ale te wydawały się silniejsze od niej. To nie był pierwszy raz, kiedy zaczynały dręczyć ją aż tak silne wyrzuty sumienia. Sądziła, że najgorszy etap miała za sobą, zwłaszcza że na jakiś czas straciła człowieczeństwo i niemalże wyrzekła się bogini, ale teraz… czuła się niewiele lepiej.
W pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Przebywanie na klifie już nie wzbudzało w niej aż takich emocji, nawet jeśli wciąż aż nazbyt dobrze pamiętała, że umarła w tym miejscu. W zasadzie ze świątynią wiązało się dość nieprzyjemnych wspomnień, które już dawno doprowadziłyby ją do szału, gdyby stanowczo się od nich nie odcięła. Jej myśli zresztą i tak raz po raz uciekały do Allegry i wszystkiego, co wiązało się ze śmiercią matki. Chociaż podświadomie była na to przygotowana, poczuła się wręcz przytłoczona obowiązkami, które tak nagle na nią spadły.
Prawda była taka, że teraz to przede wszystkim ona była odpowiedzialna za świątynie. Chociaż minęły lata odkąd Allegra przekazała jej swoją pozycję, to nie Isabeau podejmowała najważniejsze decyzje. Były jeszcze inne kobiety – pomocnice, które spełniały każde życzenie kapłanki – ale żadna z nich nie nadawała się do zażądania świątynią w pojedynkę. Och, no i Alessia, ta jednak wciąż przebywała w Seattle, a Isabeau nie wyobrażała sobie, że miałaby ot tak ściągnąć bratanicę do Miasta Nocy i zrzucić na nią całą odpowiedzialność.
Musiała zająć się pogrzebem. A potem uroczystościami i ewentualnym ustanowieniem nowego porządku. Co więcej, po tylu tygodniach nieobecności czuła, że powinna wesprzeć Dimitra i całe miasto. Słodka bogini, przecież mimo wszystko była królową, czyż nie? To zobowiązywało.
Sęk w tym, że absolutnie nie czuła się na to gotowa.
Ciche kroki wyrwały ją z zamyślenia. Dimitr nawet nie próbował ukrywać swojej obecności, więc nie była zaskoczona jego widokiem. Wysiliła się na uśmiech, ale po troskliwym spojrzeniu, które jej rzucił, z miejsca zorientowała się, że nie do końca zdołała go przekonać.
– Jak się trzymasz?
Westchnęła, kiedy zmaterializował się tuż obok niej. Powoli zaczynała przywykać, że był jedną z nielicznych osób, którym bez obaw mogła pokazywać to, co naprawdę czuła.
– A mam być z tobą szczera? – mruknęła bez większego entuzjazmu. – Nie wyobrażam sobie… właściwie niczego. Zaczynając od pogrzebu.
– Poradzisz sobie – stwierdził, a Isabeau zaśmiała się w pozbawiony wesołości sposób.
– Już to widzę. – Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Zresztą bez znaczenia. Stało się coś?
– Dlaczego miałoby? – obruszył się Dimitr. – Przyszedłem sprawdzić, jak miewa się moja żona. Chyba nie ma w tym niczego złego, prawda?
Jeszcze kiedy mówił, przesunął się na tyle, by móc otoczyć ją ramionami. Pozwoliła mu na to, chociaż – jeśli miała być ze sobą szczera – odwykła od tego, że mógłby być obok. W Seattle musiała trzymać nerwy na wodzy, bo tego wymagała sytuacja. Teraz na swój sposób wszystko wydawało się prostsze, a jednak Isabeau nie wyobrażała sobie, że mogłaby stracić czujność.
– W porządku… Ale lojalnie uprzedzam, że mam coś jeszcze do zrobienia – oznajmiła, pozwalając, by Dimitr wziął ją za rękę.
– O tej porze? – zapytał z powątpiewaniem.
Tym razem jednak udało jej się uśmiechnąć.
– Dopiero teraz zaczynam funkcjonować – przypomniała mu usłużnie, wysuwając kły.
– To prawda – zreflektował się pośpiesznie. – Ale cały dzień już i tak byłaś poza domem. Nie uważasz, że wystarczy?
– Wystarczyłoby, gdybym nie obiecała czegoś Gabrielowi – poprawiła go z westchnieniem.
W oczach Dimitra doszukała się zrozumienia. Nie zaprotestowała, kiedy nagle przyciągnął ją do siebie, jak gdyby nigdy nic zamykając w zdecydowanym uścisku. Czasami czuła się przy nim zadziwiająco drobna i bezbronna, ale nie uważała tego za coś złego. Prawda była taka, że wciąż za nim tęskniła.
– Odzywał się? – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. W roztargnieniu spojrzała mężowi w oczy. – Gabriel.
– Ach… Na razie nie. – W pośpiechu oswobodziła się z jego uścisku, co jednak nie przeszkodziło Dimitrowi w chwyceniu ją za rękę. – Dałby znać, gdyby cokolwiek się zmieniło. I właśnie dlatego muszę zobaczyć się z Anastasią.
Nie wyglądał na zaskoczonego tym, co mówiła. Sama Anastasia była pierwszą osobą, która przyszła jej do głowy, kiedy zaczęła zastanawiać się nad problemem Renesmee. Potrzebowali kogoś, kto znał temat, a ta wampirzyca zdecydowanie wiedziała wystarczająco dużo o kroplach astralnych i podróżach poza ciałem. To, że poniekąd uczyła tego w Akademii Nocy, również o czymś świadczyło.
Drogę do miasta pokonali w ciszy. Isabeau nie spieszyła się, bez pośpiechu krążąc między rzucającymi przyjemny cień drzewami. Kiedy w końcu dotarli do miasta, słońce zaszło całkowicie, więc z niejaką ulgą zrzuciła z głowy kaptur peleryny. Dimitr spojrzał na nią z zaciekawieniem, uważnie obserwując, jak raz po raz przeczesywała włosy, próbując doprowadzić się do porządku.
– Co? – rzuciła z rozdrażnieniem, to jednak wyłącznie wampira rozbawiło.
– Nic takiego – zapewnił pośpieszniej. – Wyglądasz lepiej.
Jedynie uniosła brwi, niepewna jak rozumieć jego słowa. To miał być komplement? Jeśli tak, w przeszłości prawił jej o wiele lepsze. Z drugiej strony, patrząc na to, w jakim stanie zastał ją zaraz po śmierci Allegry, teraz bez wątpienia było lepiej. Co więcej, najpewniej właśnie dzięki niemu, choć naturalnie nie zamierzała mu tego mówić.
– Lepiej się pośpieszmy – zaproponowała mu w zamian, uśmiechając się w nieco złośliwy sposób. – O ile szanownemu królowi nie przeszkadza rola nic nieznaczącego towarzysza – dodała zaczepnym tonem.
– Nic nieznaczącego? – obruszył się.
Wywróciła oczami.
– Oczywiście. To ja umówiłam się z Anastasią. A ty najpewniej i tak nie zrozumiesz, o czym rozmawiamy.
– Grabisz sobie, Licavoli.
– To już nie Falcone? Myślałam…
Znalazł się przy niej tak nagle, że aż się wzdrygnęła. Zaraz po tym została bezceremonialnie przyciśnięta do otaczającego tereny Akademii muru, Dimitr zaś nachylił się w jej stronę, przez moment wyglądając na chętnego, by rozerwać jej gardło. Oczywiście tego nie zrobił, w zamian jak gdyby nigdy nic muskając szyję Isabeau wargami – najpierw raz, a później kolejny, czym skutecznie przyprawił wampirzycę o dreszcze. Serce jak na zawołanie zabiło jej mocniej, na ustach zaś pojawił się niepewny, odrobinę drapieżny uśmiech.
Tęskniła za tym. Za bezpośredniością i tym, jak nieraz ponosiło ich, gdy tylko choć na chwilę zostawali sami. Lgnęła do Dimitra, zresztą ze wzajemnością, wciąż mając wrażenie, że tak naprawdę nie mieli okazji, by nacieszyć się sobą po tym, co zrobiła Claudia. W gruncie rzeczy tak było, bo prawie natychmiast wyjechała, odchodząc od zmysłów z powodu Layli i chcąc kontrolować sytuację.
– Falcone… – wymruczał Dimitr. Jego usta wciąż znajdowały się bardzo blisko jej szyi; czuła jak słodki, lodowaty oddech muska odsłoniętą skórę, wzmagając dreszcze. – No nie wiem… Może mnie do tego przekonasz, Nemezis?
– To chyba dla ciebie powinno być zaszczytem, że w ogóle chcę, by nazywano mnie w ten sposób – żachnęła się.
Prowokowanie go zawsze przychodziło jej z łatwością. W zasadzie już dawno straciła nadzieję na to, że jakikolwiek komentarz wytrąci go z równowagi. Tak było i tym razem, bo w odpowiedzi na jej słowa po prostu się roześmiał, a potem… ułożył dłonie na jej brzuchu, w następnej sekundzie bezceremonialnie zaczynając ją łaskotać.
Aż zachłysnęła się powietrzem. To był cios poniże pasa, którego absolutnie się nie spodziewała. Pisnęła, co zdecydowanie nie było dźwiękiem, który miała zamiar z siebie wydać, po czym zaraz spróbowała się od niego odsunąć, ale jej nie pozwolił. Wręcz przeciwnie – nagle znalazł się jeszcze bliżej, najwyraźniej świetnie bawiąc się jej kosztem.
– Przestań! Dimitrze, do cholery! – obruszyła się. Chciała zabrzmieć choć trochę groźnie, ale to okazało się trudne, skoro jednocześnie ledwo powstrzymywała śmiech. Spróbowała strząsnąć jego dłonie, ale osiągnęła jedynie tyle, że z zadziwiającą wręcz wprawą unieruchomił obie jej ręce nad głową. – Bo cię pogryzę!
– Nie znałem cię od tej strony – stwierdził z uśmiechem.
Isabeau prychnęła i spróbowała na niego warknąć, ale to skończyło się kolejnym atakiem śmiechu. W końcu zdołała się wyszarpać i nawet udało jej się zamierzyć na niego pięściami, nim jednak zdążyła choćby go zadrasnąć, powstrzymały ją lodowate wargi, które bezceremonialnie wpiły się w jej usta.
Poddała się, zamiast znów próbować walczyć, delikatne układając dłonie na jego torsie. Odwzajemniła pocałunek, czując przy tym, jak uchodzi z niej cale dotychczasowe napięcie.
– Wiec jak to jest? – zapytał Dimitr, wysilając się na blady uśmiech. – Nic nieznaczący? – rzucił zaczepnym tonem.
Jedynie wywróciła oczami.
– Nic nieznaczący – powtórzyła z uporem. – A ja spóźniona. Przepraszam bardzo.
Jak nic wciąż świetnie bawił się jej kosztem. Przynajmniej nie zaprotestował, kiedy tym razem spróbowała się odsunąć i szybkim krokiem ruszyła ku głównemu wejściu do Akademii. Próbowała ukryć uśmiech, ale czuła, że szło jej to marnie, co zresztą jak nic nie umknęło uwadze Dimitra. Jakoś nie miała wątpliwości, że doskonale wiedział, w jakim była nastroju  jakie wywoływał w niej emocje. W końcu właśnie próbował to wykorzystać, dość skutecznie na dodatek, chociaż miejsce i obowiązki, które miała, zdecydowanie temu nie sprzyjały.
Akademia wydawała się nienaturalnie wręcz cicha. Późna pora zrobiła swoje, przez co na pierwszy rzut oka można było dość do wniosku, że w całym budynku nie miało się co liczyć na znalezienie żywej duszy. Poniekąd sama o to zadbała, przy planowaniu spotkania sprawdzając, czy oby na pewno wilkołaki nie miały zamiaru urządzać gdzieś w pobliżu jakichś swoich obrzędów. Isabeau nie potrzebowała dodatkowych problemów, zwłaszcza że sprawa była dość pilna, a rozmowę z Anastasią traktowała jak ostatnią deskę ratunku.
– W którym miejscu się umówiłyście? – zapytał jakby od niechcenia Dimitr, jako pierwszy decydując się przerwać ciszę.
– Na pewno nie na strzelnicy.
Kątem oka zauważyła, że wywrócił oczami. Wciąż się uśmiechał, ale przez jego twarz przemknął cień. Isabeau zaklęła w duchu, żałując, że jednak nie ugryzła się w język. Ostatnia wizyta na strzelnicy zdecydowanie nie była czymś, co którekolwiek z nich chciało wspominać. W zasadzie wszystko, co jakkolwiek wiązało się z Claudią, takie było.
– Tutaj, kapłanko!
Z niejaką ulgą przyjęła kobiecy głos, który nagle przerwał krępującą ciszę. Anastasia spokojnie stała tuż przy wyjściu na skwer, gdzie znajdowały się zarówno tereny rekreacyjne, jak i nieszczęsna strzelnica. Kiedy upewniła się, że Isabeau i Dimitr zmierzają w jej stronę, wyprostowała się i wyszła na zewnątrz, w zamyśleniu przypatrując się atramentowemu niebu. Srebrzyste włosy wrzucały się w oczy, łagodnie połyskując w nikłym blasku księżyca. Anastasia zdecydowanie miała w sobie coś eterycznego, zupełnie jakby sama była duchem albo kroplą astralną.
Co więcej, musiała mieć wyjątkowo rozwiniętą intuicję, bo zwróciła się w ich stronę, ledwo tylko Isabeau otworzyła usta, planując się odezwać.
– Przyjmij moje kondolencje, kapłanko… Albo królowo – poprawiła się po chwili zastanowienia. – Nie wiem, którą wersję uznajesz, Isabeau.
– Wydaje mi się, że do tej pory wszyscy mamy dość jakiejkolwiek królowej.
Anastasia rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Nieznacznie skinęła głową, ale trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała. Ostatecznie rubinowe tęczówki wampirzycy na powrót skupiły się na niebie, zupełnie jakby widziała w nim coś wyjątkowo interesującego.
– Niech i tak będzie – powiedziała, na całe szczęście ignorując fakt, że Isabeau w żaden sposób nie zareagowała na wzmiankę o śmierci Allegry. – Ciebie też miło widzieć, Dimitrze.
– Wzajemnie. – Wampir uśmiechnął się niepewnie. – Mam nadzieję, że to nie problem, że się wprosiłem.
– Absolutnie nie – zapewniła Anastasia. Zaraz po tym wyprostowała się, ponownie koncentrując wzrok na Isabeau. – Zresztą to zależy od tego, z czym przyszła do mnie twoja żona.
– Z czymś, w czym będziesz mogła nam pomóc – oznajmiła bez zastanowienia.
Coś ścisnęło ją w gardle, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Złe przeczucia towarzyszyły jej praktycznie cały czas, ale próbowała przekonać samą siebie, że to po prostu przygnębienie. Gdyby coś złego miało się wydarzyć, wiedziałaby. Słodka bogini, przecież zobaczyłaby Renesmee, gdyby…?
– Co się stało? – zapytała natychmiast Anastasia, raptownie poważniejąc.
Isabeau spróbowała nad sobą zapanować. Skrzyżowała ramiona na piersi, próbując udawać, że nie dostrzega zatroskanego spojrzenia Dimitra. Mogła pozwolić, żeby mówił za nią, ale nie wyobrażała sobie tego. W końcu obiecała coś Gabrielowi, więc tym bardziej zamierzała zrobić wszystko, byleby dotrzymać słowa.
– Pamiętasz żonę mojego brata? – zapytała natychmiast. – Uczyłaś w Akademii jeszcze gdy Isobel się tutaj pałętała. Renesmee przez jakiś czas tutaj przychodziła i o ile się nie myślę…
– Ach. – Kobieta w pośpiechu skinęła głową. – Vanessa.
– Zgadza się – podchwyciła z ulgą Isabeau. – Moja bratowa… Powiedzmy, że zawsze miała predyspozycje do pewnych rzeczy. Nie rozwijała tego, ale zdarzało jej się robić to i owo.
– Bardzo kluczysz, kapłanko – przyznała z wahaniem Anastasia. – Ale pamiętam Vanessę… Renesmee – poprawiła się pośpiesznie. – Nie mnie oceniać kto ma jakie predyspozycje, ale z tego, co pamiętam, była zdolna. Widziałabym ją jako kogoś, kto mógłby rozwinąć zdolności widzenia bardziej niż przeciętny telepata – dodała po chwili zastanowienia.
Jak na kogoś, kto nie chciał oceniać, brzmiała zaskakująco wręcz pewnie. Co więcej, Isabeau wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że rozmawiała z kimś, kogo sama bogini pobłogosławiła intuicją wystarczającą, by mu wierzyć. Od samego początku ufała Anastasii, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wampirzyca miała szansę im pomóc.
– Więc czasem jej się zdarzało rozwijać. Nieświadomie – wyjaśniła, w końcu decydując się przejść do rzeczy. – W zasadzie Renesmee zdarzało się podróżować poza ciałem. Wiesz, jako kropla astralna.
– Kropla astralna. – Brwi Anastasii powędrowały ku górze. – Poza kontrolą – upewniła się.
– Zgadza się.
– Więc wyczuwam kłopoty – stwierdziła z powagą. – Aż boję się pytać, co się stało. Więź między duszą a ciałem jest taka cienka…
– Zawsze ją ostrzegałam – przerwała jej natychmiast Isabeau. – Dobrze znam temat.
– Więc wiesz, co może się wydarzyć, jeśli nie zachować ostrożności.
Isabeau ledwo powstrzymała jęk.
– Raczej już się wydarzyło. Wieź pękła, przynajmniej jeśli chodzi o tę, która łączyła Nessie z moim bratem – wyrzuciła z siebie na wydechu. Anastasia nawet nie drgnęła, w zamyśleniu przysłuchując się kolejnym słowom kapłanki. – Wiem, co może się stać, jeśli dusza nie wróci o ciała. Jej nie wróciła… Ale ciało wciąż żyje. To chyba coś znaczy, prawda? – Spojrzała na Anastasię wyczekująco. – Chcę wiedzieć, czy w takim razie mamy czas. Ona…
– Możliwe.
Zacisnęła usta. W tamtej chwili czuła się niemalże tak, jakby rozmawiała z Rufusem. Lakoniczne odpowiedzi bez konkretów zdecydowanie jej nie pomagały.
– Możliwe? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Ale…
– Co więcej mogę ci powiedzieć? Dusza nie wróciła do ciała, tak? A ciało najwyraźniej wciąż na nią czeka. Przynajmniej tyle zrozumiałam – zniecierpliwiła się Anastasia. – Więc tak, możliwe, że macie czas. Chociaż takie przypadki zazwyczaj kończyły się źle.
– Co oznacza… „zazwyczaj”? – wtrącił Dimitr, ale Anastasia jedynie potrząsnęła głową.
– Krople astralne to rzadkość, właśnie dlatego, że są niebezpieczne. Ta sztuka zanikła i to nie bez powodu – wyjaśniła pośpiesznie Anastasia. – Nie wiadomo, co dzieje się z duszą, która się zgubiła. Ciało przez jakiś czas funkcjonuje, ale samo w sobie jest bezużyteczne. Jedyne, co mogę wam doradzić, to szukać.
– Dziękuję bardzo. Że też sama na to nie wpadłam! – prychnęła Beau.
Anastasia rzuciła jej pobłażliwe spojrzenie. Wciąż wyglądała na spokojną, chociaż jej oczy pociemniały nieznacznie, zdradzając, że wcale nie była aż taka opanowana.
– Prosisz mnie, więc mówię ci tyle, ile sam rozumiem. Nie będę cię oszukiwać, bo nie mam w tym żadnego celu, Isabeau – oznajmiła chłodno. – Ale poszukam. Przez wieki zdarzały się różne przypadki. To, że się o nich nie mówi, nie oznacza, że nigdy nie miały miejsca.
– Dziękujemy ci bardzo – rzucił spiętym tonem Dimitr, w pośpiechu chwytając Beau za ramiona. Przez moment była gotowa przysiąc, że wahał się nad zakryciem jej ust. – Nie będziemy ci dalej przeszkadzać. I tak bardzo nam pomogłaś – zapewnił, ciągnąc żonę w stronę schodów.
– Och, tak. – Anastasia uśmiechnęła się w pozbawiony wesołości sposób. – Właśnie widzę.
Nie dodała niczego więcej, bo i nie miała po temu okazji. Isabeau gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, ledwo powstrzymując całą wiązankę cisnących jej się na usta przekleństw. Chcąc nie chcąc pozwoliła, żeby Dimitr poprowadził ją z powrotem do Akademii, dopiero w korytarzu oswobadzając się z jego uścisku i pozwalając sobie na sfrustrowany jęk.
Wampir westchnął cicho. Odsunął się, zaplatając ramiona na piersi i spoglądając na żonę w co najmniej bezrady sposób.
– Niech to szlag… – wyrwało jej się. – Niekoniecznie tak to chciałam załatwić – przyznała niechętnie, potrząsając z niedowierzaniem głową. Jeśli miała być ze sobą szczera, aż rwała się do tego, żeby coś rozwalić.
– Z całą miłością i szacunkiem, którymi cię darzę, stwierdzam, że czasami powinnaś milczeć, Nemezis – stwierdził, starannie dobierając słowa.
Wywróciła oczami. Chciała tego czy nie, wiedziała, że miał rację.
– Jak dobrze, że przynajmniej jedno z nas zawsze i wszędzie jest dyplomatą – mruknęła, szybkim krokiem ruszają w głąb korytarza. – Chodź. Mam dość miasta jak na jeden dzień.
Przynajmniej na razie informacje, które mogła przekazać Gabrielowi, prezentowały się co najmniej marnie.

1 komentarz:

  1. Fun fact: to równo 1700 wpis na tym blogu. Mnie chyba naprawdę się nudzi w życiu... :D

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa