Poczuła się trochę tak, jakby
ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Oddychała szybko i płytko,
wpatrując się w zapisane linijki tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się
jej przed oczami. Dopiero wtedy zamrugała kilkukrotnie, tym samy zmuszając się
do jakiejkolwiek reakcji. Przy okazji uprzytomniła sobie, że już od dłuższej
chwili wstrzymywała oddech, dlatego w pośpiechu zaczerpnęła powietrza do
płuc. Co prawda to w cudowny sposób nie sprawiło, że poczuła się
jakkolwiek lepiej, ale na dobry początek musiało wystarczyć.
Wyprostowała
się, wciąż podenerwowana. Miała wrażenie, że powinna doświadczyć czegoś co
najmniej trudnego do opisania – rodzaju szoku albo przynajmniej silnego
oszołomienia. Poniekąd tak było w istocie, bo początkowo nie dotarło do
niej to, co czytała, jednak z drugiej strony… Kolejny raz miała wrażenie,
że miała do czynienia z czymś, o czym doskonale wiedziała od samego
początku.
Wiedziała,
że była dla Lawrence’a ważna. Musiałaby zgłupieć, by nie zauważyć, że traktował
ją wyjątkowo. Co prawda w większości przypadków czuła się przy nim trochę
jak dziecko, ale przecież walczyła z nim, od samego początku trwając w przekonaniu,
że w grę musiało wchodzić coś więcej. To nie była normalna relacja, nawet
jeśli nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co działo się z nią w przeszłości.
– Och, L… –
mruknęła i coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle, zmuszając do
dalszego trwania w ciszy.
W tamtej
chwili tym bardziej zaczęła żałować, że nie było go obok. Miała ochotę wziąć
ułożony na kolanach notes, a potem porządnie zdzielić wampira po głowie,
jednocześnie fundując mu cały wykład o tym, co sądziła o zaistniałej
sytuacji. Szczerze wątpiła, by po czymś takim nagle zmądrzał albo jakkolwiek
zmienił swoje zachowanie, ale przynajmniej ona przez chwilę poczułaby się choć
po części usatysfakcjonowana. W końcu należało mu się, prawda?
Nie była
pewna, jak wiele razy zdążyła już poprosić, żeby powiedział jej prawdę. Chciała
choćby wskazówki, a w razie potrzeby potwierdzenia tego, co zgadzało
się z rzeczywistością. Oczywiście znała motywację wampira, aż za dobrze
pamiętając, w jaki sposób tłumaczył się za każdym razem, kiedy traciła
cierpliwość do dalszego oczekiwania. Liczył na to, że sama sobie przypomni, nie
zamierzając niczego jej narzucać, co może i na dłuższą metę miało sens,
ale…
Z wolna
wypuściła powietrze z płuc, bezskutecznie próbując się uspokoić. To nie
było takie proste, niezależnie od oczekiwań i przekonań Lawrence’a. Teraz
wiedziała i choć wciąż czuła się tak, jakby trwała w jakimś dziwny,
pokręconym śnie, jednocześnie czuła nieopisaną wręcz ulgę. Więc należała do
niego od samego początku! Mówił jej o tym, ale czym innym było słyszeć
ciągłe zapewnienia o tym, że mogłaby być ważna, a czymś zgoła
odmiennym uświadomić sobie, że mogłaby być jego żoną.
Żona… To nawet brzmiało
nieprawdopodobnie i wspaniale zarazem.
Przycisnęła
dłoń do ust, sama niepewna, czy w tamtej chwili pragnęła się roześmiać,
czy może z jakiegoś powodu popłakać. Czuła pieczenie pod powiekami i to
ją zaskoczyło, jedynie potęgując już i tak dający jej się we znaki mętlik w głowie.
Być może jednak była w szoku, nie po raz pierwszy przytłoczona nadmiarem
informacji. Próbowała to wszystko uporządkować, ale to wcale nie było takie
łatwe, zwłaszcza w sytuacji, gdy siedziała sama w opustoszałym
pokoju.
Cholera,
potrzebowała go! Teraz, dosłownie od zaraz, by raz na zawsze ustalić sobie
pewne kwestie. W tamtej chwili nie chciała przejmować się Ciemnością,
potencjalnym niebezpieczeństwem i całym tym szaleństwem, z którym
musieli mierzyć się w ostatnim czasie. Już pal licho, że tak po prostu ją
zostawił, a wcześniej przemilczał tak istotne dla niej kwestie. Teraz to
już i tak nie miało znaczenia, Beatrycze z kolei pragnęła porozmawiać
z jedyną osobą, która od samego początku miała dla niej aż takie
znaczenie. Zdecydowanie miała powody, żeby się denerwować i wręcz żądać
rozmowy, wyjaśnień i – tak na zakończenie – sensownego pocałunku, tym
razem z pełną świadomością tego, jak wiele dla niego znaczyła. Może wciąż
niczego nie pamiętała, ale brak wspomnień nie wydawał jej się przeszkodą – nie w sytuacji,
w której naprawdę wiedziała, czego chciała.
Sęk w tym,
że Lawrence był zbyt uparty i zawzięty, by ot tak mogła się z nim
skoncentrować. Sama najlepiej wiedziała, jak wiele razy już do niego wydzwaniała,
gotowa wręcz błagać o to, by pofatygował się do domu. Wierzył, że ją
chronił, zdecydowanie planując coś, co miałby szansę zapewnić jej
bezpieczeństwo. Co więcej, Beatrycze była mu za to wdzięczna, ale…
Szlag,
potrzebowała go – i chciała, żeby choćby przez krótką chwilę pojawił się,
by jednak mogli porozmawiać.
Machinalnie
zerknęła na porzuconą na stoliku nocnym komórkę, ostatecznie jednak
zrezygnowała z sięgania po telefon. Nie, to nic by nie dało, zwłaszcza że
Lawrence nie miał pojęcia, że tym razem za próbą maniakalnego wydzwaniania
stałoby coś tak istotnego, jak – powiedzmy – fakt, że właśnie została
uświadomiona w dość istotnej kwestii swojego życia. Gdyby mogła mu to
oznajmić, najpewniej zobaczyłaby go o wiele szybciej, niż się spodziewała,
ale to wydawało się dość mało prawdopodobne w sytuacji, w której
wampir wyraźnie unikał jakiegokolwiek kontaktu.
A niech go… Zabiję go, kiedy wróci,
pomyślała mimochodem, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów. Zaczęła
niespokojnie krążyć, nagle nie będąc w stanie usiedzieć w miejscu. A potem znajdę sposób, żeby jednak wskrzesić – dokładnie jak on mnie – i zabiję
jeszcze raz…
Jakimś
cudem udało jej się nawet uśmiechnąć, choć nie sądziła, że będzie do tego
zdolna. To wydawało się takie dziwne – począwszy po sposobu, w jaki się
czuła, aż po ciągłe rozdarcie. Mętlik w głowie skutecznie dawał jej się we
znaki, jednocześnie wzbudzając w Beatrycze frustrację, te jednak była w stanie
ignorować. Przez krótką chwilę była naprawdę szczęśliwa, w końcu mogąc
uporządkować przynajmniej kilka dręczących ją kwestii, od oczekiwań Lawrence’a
zaczynając. Już wiedziała, gdzie było w tym wszystkim miejsce dla niej,
nawet jeśli to wciąż nie tłumaczyło wszystkiego.
Wciąż o tym
myślała, kiedy coś innego przyszło jej do głowy. W zasadzie sama nie była
pewna, dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej, zbytnio przejęta euforią i oszołomieniem,
które wzbudzała w niej świadomość tego, że mogłaby być dla L. kimś aż tak
ważnym. Teraz w końcu to pojmowała, ale skoro tak…
Zesztywniała,
po czym całkowicie bezwiednie położyła dłoń na brzuchu.
– Moje… dziecko…? – wyszeptała z wahaniem
i tym razem te słowa były czymś więcej, niż tylko próbą przywołania
nienależącego do niej wspomnienia.
Ten wyraźny
szok Lawrence’a, kiedy wypowiedziała te słowa przy nim… Wtedy nie wiedziała, co
o tym sądzić, ale tym razem sytuacja była inna? Miała wrażenie, że ta
jedna informacja – jeden brakujący fakt… To wystarczyło, żeby zmienić dosłownie
wszystko, tym samym pozwalając jej uporządkować inne z dręczących ją
kwestii. Problem polegał na tym, że zdecydowanie nie była gotowa na to, co
wynikało z uporządkowania poszczególnych elementów układanki. Co prawda od
samego początku wiedziała, że efekt może ją zszokować – z tym, że do tej
pory nie wyobrażała sobie, jak istotne mogło nieść to ze sobą zmiany.
Jakimś
cudem w naturalny sposób przyjęła, że mogłaby być kimś, kto powrócił zza
grobu. W zasadzie zrozumiała to bez większego trudu, uznając ten fakt za
wręcz przerażająco naturalny i logiczny, zwłaszcza gdy pojęła, co takiego potrafiła
Jocelyne.
Teraz miała
potwierdzenie, że również dla Lawrence’a znaczyła aż tak dużo, jak od samego
początku jej sugerował. W końcu miała odpowiedź na dręczące ją pytania o to,
czy wampir w ogóle miał być w stanie spojrzeć na nią jak na kobietę,
którą ktokolwiek mógłby się zainteresować – partnerkę, a może nawet żonę,
przy której chciałby zostać. Cóż, teraz nie miała co do tego złudzeń, chociaż
nieobecność nieśmiertelnego mimo wszystko dawało jej się we znaki.
Tak… Była w stanie
to przyjąć, w rzeczywistości podejrzewając pewne rzeczy już od jakiegoś
czasu – i to nawet pomimo tego, że nie potrafiła albo nie miała odwagi
nazwać ich po imieniu.
Sęk, że w naturalny
sposób na myśl na suwało jej się coś jeszcze.
Wzięła
kilka głębszych, drżących wdechów. Znów zamrugała nieprzytomnie, chwytając się
resztek wciąż odczuwanego spokoju. Za wszelką cenę próbowała utrzymać przy
sobie świadomość, że wszystko zmierzało ku lepszemu, gotowa zrobić wszystko,
byleby zachować wewnętrzną równowagę. Potrzebowała tego, a przynajmniej
właśnie do tego próbowała samą siebie przekonać.
Czy to… w ogóle
było możliwe? Ta i jej podobne myśli tłukły się gdzieś w umyśle
Beatrycze, raz po raz wracając i nie pozwalając się stłamsić. Kolejne
wnioski nasuwały się same, dosłownie doprowadzając ją do szału. Czuła, że jest
bliska tego, by ostatecznie wybuchnąć, zwłaszcza że nie mogła odsuwać od siebie
pewnych faktów w nieskończoność. Poznanie prawy o sobie – zaledwie
tego małego ułamka, który zdradził jej pamiętnik Jocelyne – zapoczątkowało swoistą,
niemożliwą do powstrzymania lawinę wniosków i emocji.
W tamtej
chwili nade wszystko potrzebowała Lawrence’a. nie wyobrażając sobie, że mogłaby
porozmawiać z kimś innym. Nie na tak wrażliwy temat, chociaż…
Och,
możliwe, że był ktoś jeszcze – z tym, że Beatrycze nie wyobrażała sobie
tego, że miałaby spojrzeć Carlisle’owi w oczy. Nie w tym momencie.
Uświadomiła
sobie, że się trzęsie – i to coraz bardziej, i bardziej, co
ostatecznie skłoniło ją do zaprzestania nerwowego marszu po pokoju. Zastygła w bezruchu,
tkwiąc w miejscu i bezmyślnie wpatrując się w bliżej
nieokreślony punkt przestrzeni. Chociaż obserwowała, w rzeczywistości nie
widziała niczego, bo obraz znowu zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Tym
razem nie próbowała się powstrzymywać, w zamian pozwalając łzom popłynąć.
Potrzebowała tego – jakiegokolwiek ujścia dla emocji, zanim te ostatecznie
przejęłyby nad nią kontrolę na tyle, by jakimś cudem rozpadła się na kawałki.
Mimo
wszystko czuła się tak, jakby tego doświadczała. Nigdy wcześniej nie
doświadczyła czegoś takiego, tak bardzo rozdarta i zagubiona. Cała
dotychczasowa euforia odeszła w zapomnienie, pozostawiając po sobie
wyłącznie jeszcze silniejsze wątpliwości i zwątpienie. Z wolna
uniosła drżącą dłoń do ust, przysłaniając je, by stłumić ewentualny szloch.
Czuła, że niewiele brakowało, żeby zaniosła się niemalże histerycznym płaczem, kiedy
w pełni dotarło do niej, że obecna sytuacja zaczynała ją przerastać.
Za dużo…
Tego było zdecydowanie zbyt wiele, zwłaszcza dla kogoś, kto został pozbawiony
wspomnień.
To właśnie
pustka w głowie najbardziej dawała jej się we znaki. Wcześniej chciała
udawać, że to nie ma znaczenia, ale kiedy przyszło co do czego, tak istotne
fakty z życia dosłownie ją przytłoczyły. Jak bowiem mogłaby zapomnieć o osobach,
które podobno były dla niej ważne? Już wcześniej zastanawiała się, jakim cudem
zapomniała o Lawrence’ie, skoro ten jawił jej się jako ktoś aż tak
istotny. Skoro go kochała (Ba! Była jego żoną!), powinna już w chwili
pierwszego spotkania przypomnieć sobie wszystko. Nawet jeśli nie, powinno to
nastąpić jakiś czas później, zwłaszcza że wielokrotnie wysilała pamięć,
próbując wręcz zmusić się do tego, żeby odzyskać wspomnienia.
Chciała
pamiętać. Co więcej, musiała, bardziej niż wcześniej świadoma, że istniało dość
powodów, by pragnęła odzyskać swoją przeszłość… Osób dla których naprawdę chciała
to zrobić. Gdyby chodziło tylko o Lawrence’a…
On dawał
jej czas i rozumiał. Co prawda nie uznawała tego za usprawiedliwienie,
czując, że w takim wypadku powinna go pamiętać, ale przynajmniej mogła
znieść niewiedzę. Gdyby chodziło tylko o to, wciąż mogłaby udawać, że jest
w porządku i wystarczy dać sobie trochę czasu.
Ale nie,
skoro w grę mogło wchodzić coś więcej.
Poruszając
się trochę jak w transie, raz jeszcze przycisnęła dłonie do brzucha. Wciąż
się trzęsła, chociaż sama już nie była pewna dlaczego – ze zdenerwowania czy
może próby przekonania samej siebie, że jednak coś się zmieniło. Nie mogłaby
zapomnieć o czymś takim, prawda? Powinna poczuć cokolwiek, zwłaszcza
teraz, kiedy już wiedziała, a jednak…
A jednak
nic się nie wydarzyło.
Była pusta,
oszołomiona i – co dotarło do niej z opóźnieniem – cała we łzach,
chociaż sama nie była pewna, kiedy ostatecznie pozwoliła im popłynąć w aż
tak intensywny sposób. W pierwszym odruchu zapragnęła otrzeć twarz, ale
ostatecznie tego nie zrobiła, dochodząc do wniosku, że to tak naprawdę nie
miało znaczenia. W tamtej chwili liczyło się przede wszystkim to, że była
matką – i to najpewniej najgorszą na świecie, skoro nie potrafiła
przypomnieć sobie niczego, co mogłoby potwierdzić ten stan.
Nie
potrafiła wyobrazić sobie siebie z brzuchem i świadomością nowego
życia, które rozwijałoby się w jej wnętrzu. Chociaż chciała, nie czuła
niczego, trzymając dłonie na brzuchu i próbując wpasować siebie w scenariusz,
który wydawał jej się logiczny. Była jedyną osobą, którą kochał Lawrence’a, a skoro
ten miał syna… Och, poza tym była tak bardzo podobna do Eleny, a więc
córki Carlisle’a i…
Za dużo… Tego jest za dużo, pomyślała w oszołomieniu.
Oczywiście, Carlisle od samego początku był dla niej ważny, ale trudno, żeby
było inaczej, skoro wyraźnie się o nią troszczył. Dotychczas sądziła, że
poniekąd miało to związek z jego powiązaniem z L., ale teraz… Nie mogłabym zapomnieć. Nie coś takiego…
Czułabym cokolwiek, zwłaszcza przez te wszystkie dni, które spędziłam u nich.
Próbowała
się do tego przekonać, niemalże gorączkowo szukając dowodu na to, że coś
pomieszała. Być może w szoku, a może w nerwach, ale po prostu musiała…
Gdybyś nie odwróciła się ode mnie, nie
musiałabyś się niczym przejmować.
Zesztywniała,
słysząc w głowie znajomy głos. Nie pierwszy raz miała wrażenie, że ktoś
stał tuż obok niej, dosłownie szepcąc wprost do jej ucha. Zadrżała i –
wcześniej ciasno otoczywszy się ramionami – niespokojnie obejrzała się przez
ramię. Oczywiście nie zobaczyła nikogo, ale to jedynie wystarczyło, żeby
poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Teraz tak to miało wyglądać?
Zamierzał być przy niej zawsze, mieszając w głowie zwłaszcza wtedy, gdy
czuła się aż tak bardzo zagubiona…?
Ależ skąd, najdroższa. Skąd… Wręcz
przeciwnie. Cały czas próbuję wskazać ci drogę.
– Przestań.
Na nic
więcej nie było jej stać. Zdobyła się zaledwie na słaby protest, który
bezcielesny głos tak czy inaczej skwitował śmiechem. W gruncie rzeczy nawet
tego nie usłyszała, bardziej wyczuwając wyraźne rozbawienie Ciemności. To było
niczym niewidzialna, ale obecna mgiełka, której obecności mimo usilnych starań
nie potrafiła zignorować. Z miejsca zrobiło jej się zimno, zaczynając drżeć
bardziej niż do tej pory. Wrażenie było takie, jakby w ułamku sekundy
temperatura gwałtownie spadła i to w sposób wystarczająco wyraźny, by
stało się to uciążliwe.
W tamtej
chwili Beatrycze nabrała pewności, że nie była sama. Podejrzewała, że czegoś
podobnego regularnie doświadczała Jocelyne, chociaż w przypadku małej
Licavoli w grę zdecydowanie nie wchodziła obecność aż tak niebezpiecznej,
mającej znaczenie istoty. Cóż, przynajmniej miała taką nadzieję.
Obawiasz się mnie? Zawsze wydawało mi się,
że jesteś na to zbyt butna, Beatrycze…
Co miał na
myśli? Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się przed zadaniem tego pytania na głos.
Miała ochotę zacząć krzyczeć i wprost oznajmić niewidzialnej sile, żeby
odeszła i pozwoliła jej odetchnąć, ale na to również ostatecznie się nie
zdobyła. Czuła, że nie powinna tego robić, jakoś nie mając wątpliwości, że
zadzieranie z ojcem wszystkich demonów byłoby najgłupszym, na co mogłaby
się zdobyć.
Chciała
tego czy nie, znała go. Co więcej, była kimś, kim wyraźnie się interesował.
Jeśli faktycznie pragnął ją odzyskać, tym bardziej powinna czuć się przerażona
tym, że ta istota mogłaby za nią podążać. Skoro na dodatek słyszała jego głos,
na dodatek aż tak wyraźnie…
Jęknęła
cicho, po czym ukryła twarz w dłoniach. Niczego już nie rozumiała, nagle
czując się wręcz osaczoną. W tamtej chwili pragnęła po prostu uciec –
trzasnąć drzwiami i zbiec na dół, zwłaszcza że w domu musiał być ktoś
jeszcze. Pragnęła wierzyć, że wtedy Ciemność by się wycofała – choćby na
chwilę, ale to zdecydowanie wydawało się lepsze niż nic. Co prawda wiedziała,
że w ten sposób zdecydowanie nie rozwiązałaby głównego problemu, ale…
Masz racje… Zresztą gdzie sens w tym,
żebyś traktowała mnie jak wroga, Radości?
Cała
zesztywniała, kiedy Ciemność nazwała ją w ten sposób. To jedno słowo –
pieszczotliwe określenie, które tak wiele razy padło z ust Lawrence’a,
kiedy…
Nie, nie
chciała się nad tym zastanawiać.
– Proszę… –
jęknęła i tym razem wyraźnie wyczuła płynącą od Ciemności konsternację.
Cóż za odmiana… Ale o co?, zapytał
niemalże troskliwie głos. Przez krótką chwilę to naprawdę brzmiało tak, jakby
tej istocie zależało na tym, by cokolwiek dla niej zrobić. Już masz wszystko, czego tyle oczekiwałaś. Wróciłaś, prawda? Już nie ma
cię ze mną, chociaż nadal do mnie należysz…
Coś w tych
słowach sprawiło, że zapragnęła w dziecinnym odruchu zatkać uszy dłońmi.
Co prawda to niczego by nie zmieniło, skoro głos wydawał się rozbrzmiewać w jej
głowie, ale nie dbałą o to. Wszystko wydawało się lepsze, jeśli tylko nie
musiałaby słuchać tych podszeptów.
Miała
wrażenie, że Ciemność nasłuchuje, jednocześnie starannie badając jej umysł. Ta
istota wiedziała wszystko, dosłownie sięgając aż do samej duszy swoich ofiar.
Tak przynajmniej czuła się Beatrycze, gotowa przysiąc, że coś owija się wokół
niej, zamykając w niepokojącym, lodowatym i bezcielesnym uścisku. Nie
miała pojęcia, czy to miało sens, ale…
Czego tak naprawdę chcesz, co Beatrycze?
To pytanie
ją zaskoczyło, tak jak i wyczuwalna zmiana w tonie jej niechcianego
rozmówcy. W tamtej chwili Ciemność brzmiała łagodnie i tak, jakby
naprawdę była zainteresowana odpowiedzią.
– Ja… –
zaczęła i zaraz zamilkła. Mętlik w głowie niczego nie ułatwiał.
Lepiej szybko sobie odpowiedz. Już i tak
dostałaś za dużo… Ktoś, kto igra ze śmiercią, powinien mieć dość pokory, by
dodatkowo nie wydziwiać. Nie uważasz, że już i tak dostałaś za dużo?,
usłyszała i to wystarczyło, żeby znowu przyprawić ją o dreszcze. Z wrażenia
aż usiadła, ciężko opadając na łóżko, kiedy doszła do wniosku, że niewiele
brakuje, by nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Kilka wspomnień to naprawdę mała cena… I niewystarczająca, jeśli
chciałabyś poznać moje zdanie.
– Nie
rozumiem…
To niedobrze. Więc zacznij szukać
odpowiedzi, póki jeszcze masz czas… Ophelio.
Zadrżała,
krzywiąc się mimowolnie, kiedy użył względem niej tego imienia. To było niczym
swoista wskazówka, podobna do tej, którą podsunęła jej Miriam. Problem polegał
na tym, że Beatrycze wciąż nie miała pojęcia, co powinna w związku z tym
zrobić. Brak wspomnień i wyraźna presja ze strony coraz bardziej
uciążliwej Ciemności, bynajmniej niczego jej nie ułatwiały. To, czego tak nagle
się dowiedziała i co skutecznie wytrąciło ją z równowagi, tym
bardziej.
Co stałoby
się, gdyby zawiodła? Gdyby skończył jej się czas, o którym słyszała? Od
samego początku miała wrażenie, że ściga się, by zdążyć przed bliżej
nieokreślonym terminem. Nie miała pojęcia, co czekało ją na samym końcu, ale to
teraz nie było istotne. Nie, skoro dręczyła ją myśl o tym, że wkrótce mogło
wydarzyć się coś naprawdę złego.
Gdyby tylko
wiedziała, czego powinna się spodziewać, jeśli w porę nie zrozumie albo…?
Jak to: czego? To chyba oczywiste, Beatrycze,
rozległ się ponowne znajomy już szept. Jeśli
nie dostanę tego, czego chcę, wrócisz do mnie… Ty i każda z twoich
potomkiń.
Zaraz po
tym wyraźnie poczuła, że Ciemność się wycofuje, znikając równie nagle, co
wcześniej się pojawiła. Beatrycze została w pokoju sama, oszołomiona i pełna
wątpliwości.
Chociaż nie
sądziła, że to jeszcze możliwe, przekonała się, że wciąż jest w stanie
płakać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz