1 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt

Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Oddychała szybko i płytko, wpatrując się w zapisane linijki tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami. Dopiero wtedy zamrugała kilkukrotnie, tym samy zmuszając się do jakiejkolwiek reakcji. Przy okazji uprzytomniła sobie, że już od dłuższej chwili wstrzymywała oddech, dlatego w pośpiechu zaczerpnęła powietrza do płuc. Co prawda to w cudowny sposób nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek lepiej, ale na dobry początek musiało wystarczyć.
Wyprostowała się, wciąż podenerwowana. Miała wrażenie, że powinna doświadczyć czegoś co najmniej trudnego do opisania – rodzaju szoku albo przynajmniej silnego oszołomienia. Poniekąd tak było w istocie, bo początkowo nie dotarło do niej to, co czytała, jednak z drugiej strony… Kolejny raz miała wrażenie, że miała do czynienia z czymś, o czym doskonale wiedziała od samego początku.
Wiedziała, że była dla Lawrence’a ważna. Musiałaby zgłupieć, by nie zauważyć, że traktował ją wyjątkowo. Co prawda w większości przypadków czuła się przy nim trochę jak dziecko, ale przecież walczyła z nim, od samego początku trwając w przekonaniu, że w grę musiało wchodzić coś więcej. To nie była normalna relacja, nawet jeśli nie potrafiła przypomnieć sobie tego, co działo się z nią w przeszłości.
– Och, L… – mruknęła i coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle, zmuszając do dalszego trwania w ciszy.
W tamtej chwili tym bardziej zaczęła żałować, że nie było go obok. Miała ochotę wziąć ułożony na kolanach notes, a potem porządnie zdzielić wampira po głowie, jednocześnie fundując mu cały wykład o tym, co sądziła o zaistniałej sytuacji. Szczerze wątpiła, by po czymś takim nagle zmądrzał albo jakkolwiek zmienił swoje zachowanie, ale przynajmniej ona przez chwilę poczułaby się choć po części usatysfakcjonowana. W końcu należało mu się, prawda?
Nie była pewna, jak wiele razy zdążyła już poprosić, żeby powiedział jej prawdę. Chciała choćby wskazówki, a w razie potrzeby potwierdzenia tego, co zgadzało się z rzeczywistością. Oczywiście znała motywację wampira, aż za dobrze pamiętając, w jaki sposób tłumaczył się za każdym razem, kiedy traciła cierpliwość do dalszego oczekiwania. Liczył na to, że sama sobie przypomni, nie zamierzając niczego jej narzucać, co może i na dłuższą metę miało sens, ale…
Z wolna wypuściła powietrze z płuc, bezskutecznie próbując się uspokoić. To nie było takie proste, niezależnie od oczekiwań i przekonań Lawrence’a. Teraz wiedziała i choć wciąż czuła się tak, jakby trwała w jakimś dziwny, pokręconym śnie, jednocześnie czuła nieopisaną wręcz ulgę. Więc należała do niego od samego początku! Mówił jej o tym, ale czym innym było słyszeć ciągłe zapewnienia o tym, że mogłaby być ważna, a czymś zgoła odmiennym uświadomić sobie, że mogłaby być jego żoną.
Żona… To nawet brzmiało nieprawdopodobnie i wspaniale zarazem.
Przycisnęła dłoń do ust, sama niepewna, czy w tamtej chwili pragnęła się roześmiać, czy może z jakiegoś powodu popłakać. Czuła pieczenie pod powiekami i to ją zaskoczyło, jedynie potęgując już i tak dający jej się we znaki mętlik w głowie. Być może jednak była w szoku, nie po raz pierwszy przytłoczona nadmiarem informacji. Próbowała to wszystko uporządkować, ale to wcale nie było takie łatwe, zwłaszcza w sytuacji, gdy siedziała sama w opustoszałym pokoju.
Cholera, potrzebowała go! Teraz, dosłownie od zaraz, by raz na zawsze ustalić sobie pewne kwestie. W tamtej chwili nie chciała przejmować się Ciemnością, potencjalnym niebezpieczeństwem i całym tym szaleństwem, z którym musieli mierzyć się w ostatnim czasie. Już pal licho, że tak po prostu ją zostawił, a wcześniej przemilczał tak istotne dla niej kwestie. Teraz to już i tak nie miało znaczenia, Beatrycze z kolei pragnęła porozmawiać z jedyną osobą, która od samego początku miała dla niej aż takie znaczenie. Zdecydowanie miała powody, żeby się denerwować i wręcz żądać rozmowy, wyjaśnień i – tak na zakończenie – sensownego pocałunku, tym razem z pełną świadomością tego, jak wiele dla niego znaczyła. Może wciąż niczego nie pamiętała, ale brak wspomnień nie wydawał jej się przeszkodą – nie w sytuacji, w której naprawdę wiedziała, czego chciała.
Sęk w tym, że Lawrence był zbyt uparty i zawzięty, by ot tak mogła się z nim skoncentrować. Sama najlepiej wiedziała, jak wiele razy już do niego wydzwaniała, gotowa wręcz błagać o to, by pofatygował się do domu. Wierzył, że ją chronił, zdecydowanie planując coś, co miałby szansę zapewnić jej bezpieczeństwo. Co więcej, Beatrycze była mu za to wdzięczna, ale…
Szlag, potrzebowała go – i chciała, żeby choćby przez krótką chwilę pojawił się, by jednak mogli porozmawiać.
Machinalnie zerknęła na porzuconą na stoliku nocnym komórkę, ostatecznie jednak zrezygnowała z sięgania po telefon. Nie, to nic by nie dało, zwłaszcza że Lawrence nie miał pojęcia, że tym razem za próbą maniakalnego wydzwaniania stałoby coś tak istotnego, jak – powiedzmy – fakt, że właśnie została uświadomiona w dość istotnej kwestii swojego życia. Gdyby mogła mu to oznajmić, najpewniej zobaczyłaby go o wiele szybciej, niż się spodziewała, ale to wydawało się dość mało prawdopodobne w sytuacji, w której wampir wyraźnie unikał jakiegokolwiek kontaktu.
A niech go… Zabiję go, kiedy wróci, pomyślała mimochodem, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów. Zaczęła niespokojnie krążyć, nagle nie będąc w stanie usiedzieć w miejscu. A potem znajdę sposób, żeby jednak wskrzesić – dokładnie jak on mnie – i zabiję jeszcze raz…
Jakimś cudem udało jej się nawet uśmiechnąć, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. To wydawało się takie dziwne – począwszy po sposobu, w jaki się czuła, aż po ciągłe rozdarcie. Mętlik w głowie skutecznie dawał jej się we znaki, jednocześnie wzbudzając w Beatrycze frustrację, te jednak była w stanie ignorować. Przez krótką chwilę była naprawdę szczęśliwa, w końcu mogąc uporządkować przynajmniej kilka dręczących ją kwestii, od oczekiwań Lawrence’a zaczynając. Już wiedziała, gdzie było w tym wszystkim miejsce dla niej, nawet jeśli to wciąż nie tłumaczyło wszystkiego.
Wciąż o tym myślała, kiedy coś innego przyszło jej do głowy. W zasadzie sama nie była pewna, dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej, zbytnio przejęta euforią i oszołomieniem, które wzbudzała w niej świadomość tego, że mogłaby być dla L. kimś aż tak ważnym. Teraz w końcu to pojmowała, ale skoro tak…
Zesztywniała, po czym całkowicie bezwiednie położyła dłoń na brzuchu.
Moje… dziecko…? – wyszeptała z wahaniem i tym razem te słowa były czymś więcej, niż tylko próbą przywołania nienależącego do niej wspomnienia.
Ten wyraźny szok Lawrence’a, kiedy wypowiedziała te słowa przy nim… Wtedy nie wiedziała, co o tym sądzić, ale tym razem sytuacja była inna? Miała wrażenie, że ta jedna informacja – jeden brakujący fakt… To wystarczyło, żeby zmienić dosłownie wszystko, tym samym pozwalając jej uporządkować inne z dręczących ją kwestii. Problem polegał na tym, że zdecydowanie nie była gotowa na to, co wynikało z uporządkowania poszczególnych elementów układanki. Co prawda od samego początku wiedziała, że efekt może ją zszokować – z tym, że do tej pory nie wyobrażała sobie, jak istotne mogło nieść to ze sobą zmiany.
Jakimś cudem w naturalny sposób przyjęła, że mogłaby być kimś, kto powrócił zza grobu. W zasadzie zrozumiała to bez większego trudu, uznając ten fakt za wręcz przerażająco naturalny i logiczny, zwłaszcza gdy pojęła, co takiego potrafiła Jocelyne.
Teraz miała potwierdzenie, że również dla Lawrence’a znaczyła aż tak dużo, jak od samego początku jej sugerował. W końcu miała odpowiedź na dręczące ją pytania o to, czy wampir w ogóle miał być w stanie spojrzeć na nią jak na kobietę, którą ktokolwiek mógłby się zainteresować – partnerkę, a może nawet żonę, przy której chciałby zostać. Cóż, teraz nie miała co do tego złudzeń, chociaż nieobecność nieśmiertelnego mimo wszystko dawało jej się we znaki.
Tak… Była w stanie to przyjąć, w rzeczywistości podejrzewając pewne rzeczy już od jakiegoś czasu – i to nawet pomimo tego, że nie potrafiła albo nie miała odwagi nazwać ich po imieniu.
Sęk, że w naturalny sposób na myśl na suwało jej się coś jeszcze.
Wzięła kilka głębszych, drżących wdechów. Znów zamrugała nieprzytomnie, chwytając się resztek wciąż odczuwanego spokoju. Za wszelką cenę próbowała utrzymać przy sobie świadomość, że wszystko zmierzało ku lepszemu, gotowa zrobić wszystko, byleby zachować wewnętrzną równowagę. Potrzebowała tego, a przynajmniej właśnie do tego próbowała samą siebie przekonać.
Czy to… w ogóle było możliwe? Ta i jej podobne myśli tłukły się gdzieś w umyśle Beatrycze, raz po raz wracając i nie pozwalając się stłamsić. Kolejne wnioski nasuwały się same, dosłownie doprowadzając ją do szału. Czuła, że jest bliska tego, by ostatecznie wybuchnąć, zwłaszcza że nie mogła odsuwać od siebie pewnych faktów w nieskończoność. Poznanie prawy o sobie – zaledwie tego małego ułamka, który zdradził jej pamiętnik Jocelyne – zapoczątkowało swoistą, niemożliwą do powstrzymania lawinę wniosków i emocji.
W tamtej chwili nade wszystko potrzebowała Lawrence’a. nie wyobrażając sobie, że mogłaby porozmawiać z kimś innym. Nie na tak wrażliwy temat, chociaż…
Och, możliwe, że był ktoś jeszcze – z tym, że Beatrycze nie wyobrażała sobie tego, że miałaby spojrzeć Carlisle’owi w oczy. Nie w tym momencie.
Uświadomiła sobie, że się trzęsie – i to coraz bardziej, i bardziej, co ostatecznie skłoniło ją do zaprzestania nerwowego marszu po pokoju. Zastygła w bezruchu, tkwiąc w miejscu i bezmyślnie wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Chociaż obserwowała, w rzeczywistości nie widziała niczego, bo obraz znowu zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Tym razem nie próbowała się powstrzymywać, w zamian pozwalając łzom popłynąć. Potrzebowała tego – jakiegokolwiek ujścia dla emocji, zanim te ostatecznie przejęłyby nad nią kontrolę na tyle, by jakimś cudem rozpadła się na kawałki.
Mimo wszystko czuła się tak, jakby tego doświadczała. Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego, tak bardzo rozdarta i zagubiona. Cała dotychczasowa euforia odeszła w zapomnienie, pozostawiając po sobie wyłącznie jeszcze silniejsze wątpliwości i zwątpienie. Z wolna uniosła drżącą dłoń do ust, przysłaniając je, by stłumić ewentualny szloch. Czuła, że niewiele brakowało, żeby zaniosła się niemalże histerycznym płaczem, kiedy w pełni dotarło do niej, że obecna sytuacja zaczynała ją przerastać.
Za dużo… Tego było zdecydowanie zbyt wiele, zwłaszcza dla kogoś, kto został pozbawiony wspomnień.
To właśnie pustka w głowie najbardziej dawała jej się we znaki. Wcześniej chciała udawać, że to nie ma znaczenia, ale kiedy przyszło co do czego, tak istotne fakty z życia dosłownie ją przytłoczyły. Jak bowiem mogłaby zapomnieć o osobach, które podobno były dla niej ważne? Już wcześniej zastanawiała się, jakim cudem zapomniała o Lawrence’ie, skoro ten jawił jej się jako ktoś aż tak istotny. Skoro go kochała (Ba! Była jego żoną!), powinna już w chwili pierwszego spotkania przypomnieć sobie wszystko. Nawet jeśli nie, powinno to nastąpić jakiś czas później, zwłaszcza że wielokrotnie wysilała pamięć, próbując wręcz zmusić się do tego, żeby odzyskać wspomnienia.
Chciała pamiętać. Co więcej, musiała, bardziej niż wcześniej świadoma, że istniało dość powodów, by pragnęła odzyskać swoją przeszłość… Osób dla których naprawdę chciała to zrobić. Gdyby chodziło tylko o Lawrence’a…
On dawał jej czas i rozumiał. Co prawda nie uznawała tego za usprawiedliwienie, czując, że w takim wypadku powinna go pamiętać, ale przynajmniej mogła znieść niewiedzę. Gdyby chodziło tylko o to, wciąż mogłaby udawać, że jest w porządku i wystarczy dać sobie trochę czasu.
Ale nie, skoro w grę mogło wchodzić coś więcej.
Poruszając się trochę jak w transie, raz jeszcze przycisnęła dłonie do brzucha. Wciąż się trzęsła, chociaż sama już nie była pewna dlaczego – ze zdenerwowania czy może próby przekonania samej siebie, że jednak coś się zmieniło. Nie mogłaby zapomnieć o czymś takim, prawda? Powinna poczuć cokolwiek, zwłaszcza teraz, kiedy już wiedziała, a jednak…
A jednak nic się nie wydarzyło.
Była pusta, oszołomiona i – co dotarło do niej z opóźnieniem – cała we łzach, chociaż sama nie była pewna, kiedy ostatecznie pozwoliła im popłynąć w aż tak intensywny sposób. W pierwszym odruchu zapragnęła otrzeć twarz, ale ostatecznie tego nie zrobiła, dochodząc do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia. W tamtej chwili liczyło się przede wszystkim to, że była matką – i to najpewniej najgorszą na świecie, skoro nie potrafiła przypomnieć sobie niczego, co mogłoby potwierdzić ten stan.
Nie potrafiła wyobrazić sobie siebie z brzuchem i świadomością nowego życia, które rozwijałoby się w jej wnętrzu. Chociaż chciała, nie czuła niczego, trzymając dłonie na brzuchu i próbując wpasować siebie w scenariusz, który wydawał jej się logiczny. Była jedyną osobą, którą kochał Lawrence’a, a skoro ten miał syna… Och, poza tym była tak bardzo podobna do Eleny, a więc córki Carlisle’a i…
Za dużo… Tego jest za dużo, pomyślała w oszołomieniu. Oczywiście, Carlisle od samego początku był dla niej ważny, ale trudno, żeby było inaczej, skoro wyraźnie się o nią troszczył. Dotychczas sądziła, że poniekąd miało to związek z jego powiązaniem z L., ale teraz… Nie mogłabym zapomnieć. Nie coś takiego… Czułabym cokolwiek, zwłaszcza przez te wszystkie dni, które spędziłam u nich.
Próbowała się do tego przekonać, niemalże gorączkowo szukając dowodu na to, że coś pomieszała. Być może w szoku, a może w nerwach, ale po prostu musiała…
Gdybyś nie odwróciła się ode mnie, nie musiałabyś się niczym przejmować.
Zesztywniała, słysząc w głowie znajomy głos. Nie pierwszy raz miała wrażenie, że ktoś stał tuż obok niej, dosłownie szepcąc wprost do jej ucha. Zadrżała i – wcześniej ciasno otoczywszy się ramionami – niespokojnie obejrzała się przez ramię. Oczywiście nie zobaczyła nikogo, ale to jedynie wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Teraz tak to miało wyglądać? Zamierzał być przy niej zawsze, mieszając w głowie zwłaszcza wtedy, gdy czuła się aż tak bardzo zagubiona…?
Ależ skąd, najdroższa. Skąd… Wręcz przeciwnie. Cały czas próbuję wskazać ci drogę.
– Przestań.
Na nic więcej nie było jej stać. Zdobyła się zaledwie na słaby protest, który bezcielesny głos tak czy inaczej skwitował śmiechem. W gruncie rzeczy nawet tego nie usłyszała, bardziej wyczuwając wyraźne rozbawienie Ciemności. To było niczym niewidzialna, ale obecna mgiełka, której obecności mimo usilnych starań nie potrafiła zignorować. Z miejsca zrobiło jej się zimno, zaczynając drżeć bardziej niż do tej pory. Wrażenie było takie, jakby w ułamku sekundy temperatura gwałtownie spadła i to w sposób wystarczająco wyraźny, by stało się to uciążliwe.
W tamtej chwili Beatrycze nabrała pewności, że nie była sama. Podejrzewała, że czegoś podobnego regularnie doświadczała Jocelyne, chociaż w przypadku małej Licavoli w grę zdecydowanie nie wchodziła obecność aż tak niebezpiecznej, mającej znaczenie istoty. Cóż, przynajmniej miała taką nadzieję.
Obawiasz się mnie? Zawsze wydawało mi się, że jesteś na to zbyt butna, Beatrycze…
Co miał na myśli? Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się przed zadaniem tego pytania na głos. Miała ochotę zacząć krzyczeć i wprost oznajmić niewidzialnej sile, żeby odeszła i pozwoliła jej odetchnąć, ale na to również ostatecznie się nie zdobyła. Czuła, że nie powinna tego robić, jakoś nie mając wątpliwości, że zadzieranie z ojcem wszystkich demonów byłoby najgłupszym, na co mogłaby się zdobyć.
Chciała tego czy nie, znała go. Co więcej, była kimś, kim wyraźnie się interesował. Jeśli faktycznie pragnął ją odzyskać, tym bardziej powinna czuć się przerażona tym, że ta istota mogłaby za nią podążać. Skoro na dodatek słyszała jego głos, na dodatek aż tak wyraźnie…
Jęknęła cicho, po czym ukryła twarz w dłoniach. Niczego już nie rozumiała, nagle czując się wręcz osaczoną. W tamtej chwili pragnęła po prostu uciec – trzasnąć drzwiami i zbiec na dół, zwłaszcza że w domu musiał być ktoś jeszcze. Pragnęła wierzyć, że wtedy Ciemność by się wycofała – choćby na chwilę, ale to zdecydowanie wydawało się lepsze niż nic. Co prawda wiedziała, że w ten sposób zdecydowanie nie rozwiązałaby głównego problemu, ale…
Masz racje… Zresztą gdzie sens w tym, żebyś traktowała mnie jak wroga, Radości?
Cała zesztywniała, kiedy Ciemność nazwała ją w ten sposób. To jedno słowo – pieszczotliwe określenie, które tak wiele razy padło z ust Lawrence’a, kiedy…
Nie, nie chciała się nad tym zastanawiać.
– Proszę… – jęknęła i tym razem wyraźnie wyczuła płynącą od Ciemności konsternację.
Cóż za odmiana… Ale o co?, zapytał niemalże troskliwie głos. Przez krótką chwilę to naprawdę brzmiało tak, jakby tej istocie zależało na tym, by cokolwiek dla niej zrobić. Już masz wszystko, czego tyle oczekiwałaś. Wróciłaś, prawda? Już nie ma cię ze mną, chociaż nadal do mnie należysz…
Coś w tych słowach sprawiło, że zapragnęła w dziecinnym odruchu zatkać uszy dłońmi. Co prawda to niczego by nie zmieniło, skoro głos wydawał się rozbrzmiewać w jej głowie, ale nie dbałą o to. Wszystko wydawało się lepsze, jeśli tylko nie musiałaby słuchać tych podszeptów.
Miała wrażenie, że Ciemność nasłuchuje, jednocześnie starannie badając jej umysł. Ta istota wiedziała wszystko, dosłownie sięgając aż do samej duszy swoich ofiar. Tak przynajmniej czuła się Beatrycze, gotowa przysiąc, że coś owija się wokół niej, zamykając w niepokojącym, lodowatym i bezcielesnym uścisku. Nie miała pojęcia, czy to miało sens, ale…
Czego tak naprawdę chcesz, co Beatrycze?
To pytanie ją zaskoczyło, tak jak i wyczuwalna zmiana w tonie jej niechcianego rozmówcy. W tamtej chwili Ciemność brzmiała łagodnie i tak, jakby naprawdę była zainteresowana odpowiedzią.
– Ja… – zaczęła i zaraz zamilkła. Mętlik w głowie niczego nie ułatwiał.
Lepiej szybko sobie odpowiedz. Już i tak dostałaś za dużo… Ktoś, kto igra ze śmiercią, powinien mieć dość pokory, by dodatkowo nie wydziwiać. Nie uważasz, że już i tak dostałaś za dużo?, usłyszała i to wystarczyło, żeby znowu przyprawić ją o dreszcze. Z wrażenia aż usiadła, ciężko opadając na łóżko, kiedy doszła do wniosku, że niewiele brakuje, by nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Kilka wspomnień to naprawdę mała cena… I niewystarczająca, jeśli chciałabyś poznać moje zdanie.
– Nie rozumiem…
To niedobrze. Więc zacznij szukać odpowiedzi, póki jeszcze masz czas… Ophelio.
Zadrżała, krzywiąc się mimowolnie, kiedy użył względem niej tego imienia. To było niczym swoista wskazówka, podobna do tej, którą podsunęła jej Miriam. Problem polegał na tym, że Beatrycze wciąż nie miała pojęcia, co powinna w związku z tym zrobić. Brak wspomnień i wyraźna presja ze strony coraz bardziej uciążliwej Ciemności, bynajmniej niczego jej nie ułatwiały. To, czego tak nagle się dowiedziała i co skutecznie wytrąciło ją z równowagi, tym bardziej.
Co stałoby się, gdyby zawiodła? Gdyby skończył jej się czas, o którym słyszała? Od samego początku miała wrażenie, że ściga się, by zdążyć przed bliżej nieokreślonym terminem. Nie miała pojęcia, co czekało ją na samym końcu, ale to teraz nie było istotne. Nie, skoro dręczyła ją myśl o tym, że wkrótce mogło wydarzyć się coś naprawdę złego.
Gdyby tylko wiedziała, czego powinna się spodziewać, jeśli w porę nie zrozumie albo…?
Jak to: czego? To chyba oczywiste, Beatrycze, rozległ się ponowne znajomy już szept. Jeśli nie dostanę tego, czego chcę, wrócisz do mnie… Ty i każda z twoich potomkiń.
Zaraz po tym wyraźnie poczuła, że Ciemność się wycofuje, znikając równie nagle, co wcześniej się pojawiła. Beatrycze została w pokoju sama, oszołomiona i pełna wątpliwości.
Chociaż nie sądziła, że to jeszcze możliwe, przekonała się, że wciąż jest w stanie płakać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa