
Beatrycze
Miała wrażenie, że wszyscy
wokół po raz kolejny traktują ją tak, jakby była dzieckiem. Wyczuła
zamieszanie, aż nazbyt świadoma, że kolejny raz działo się coś wartego uwagi,
ale nawet nie próbowała pytać. W zasadzie ten jeden raz fakt, że
ktokolwiek mógłby ją ignorować, był Beatrycze jak najbardziej na rękę.
Wciąż miała
w pamięci rozmowy z Cameronem i Jocelyne, raz po raz rozważając to,
czego zdążyła się dowiedzieć. Wiedziała dość, by przynajmniej próbować brać pod
uwagę coś naprawdę szalonego, co najpewniej nigdy nie powinno przyjść jej do
głowy. Miotała się, wciąż myśląc o wciąż powracającym śnie, tropie Chianni
i poczuciu, że powinna wziąć sprawy w swoje ręce. Co prawda to
brzmiało jak marny żart, ale nie potrafiła dłużej ignorować tego, co się
działo. W zasadzie to gdyby wszystko zależało od niej, już dawno wsiadłaby
w pierwszy samolot i…
I co
później?
Westchnęła
cicho, nie kryjąc frustracji. W tamtej chwili cieszyła się, że wylądowała w domu
Licavolich, aż nazbyt świadoma, że przy kręcącym się w pobliżu Edwardzie,
nie miałaby szans, by choćby zastanowić się nad tym, co chciała zrobić. Miała
dość swoich tajemnic, co mimo wszystko wydawało się pocieszające, biorąc pod
uwagę fakt, jak czuła się przez milczenie wszystkich wokół. Gdyby jeszcze tylko
wiedziała, co powinna w obecnej sytuacji zrobić, być może miałaby szansę
poczuć się choć odrobinę pewniej.
Czuła, że
kończy jej się czas. Nie wiedziała do czego, ale to nie miało znaczenia. Już od
jakiegoś czasu powinna podjąć decyzję, zaś nieobecność Lawrence’a jedynie
utwierdzała ją w tym przekonaniu.
Przez
chwilę nasłuchiwała, chociaż ograniczone ludzkie zmysły w żaden sposób nie
ułatwiały jej określenia, czy faktycznie została w domu sama. To wydawało
się dość mało prawdopodobne, zwłaszcza że wszyscy raz po raz upominali się, by
nigdy się nie rozdzielać. Beatrycze zresztą była gotowa przysiąc, że ten dom
stanowił swego rodzaju azyl, w którym po prostu musiała być bezpieczna.
Cokolwiek kryło się na zewnątrz, nie miało tutaj wstępu, a przynajmniej w to
próbowała uwierzyć.
Świat nie jest aż taki prosty, Ophelio.
Zacisnęła
usta, ledwo powstrzymując zdławiony jęk. Usiadła na łóżku, po czym ukryła twarz
w dłoniach, przez kilka następnych sekund trwając w bezruchu i czekając…
Cóż, w zasadzie sama nie była pewna na co. W głowie nie pierwszy raz
miała mętlik, gotowa przysiąc, że powoli traci zmysły, co zresztą niezmiennie
wydawał się potwierdzać rozbrzmiewający w jej głowie głos.
Z wolna
wypuściła powietrze, bynajmniej nie uspokojona. Mimowolnie pomyślała o Miriam,
po czym skrzywiła się, zwłaszcza gdy jej myśli kolejny raz zaczęły skłaniać się
ku temu, że powinna coś zrobić.
Siedzenie z założonymi rękami zdecydowanie nie było jej na rękę, ale jaki
tak naprawdę miała wybór? Przynajmniej tymczasowo – w porównaniu do
nieśmiertelnych słaba i bezbronna, a przy tym wciąż pozbawiona
wspomnień – nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby ot tak uciec i ruszyć
w nieznane. To brzmiało jak czyste szaleństwo i prośba o to,
żeby ktoś pozbawił ją życia.
Na własne życzenie odrzuciłaś to, co miałem
ci do zaoferowania…
Coś w tej
myśli sprawiło, że zapragnęła krzyczeć albo w coś uderzyć. Nie pamiętała
jaką i kiedy podjęła decyzję, a uciążliwy szept zaczynał być gorszy
od wiecznie przemilczającego istotne kwestie Lawrence’a. Nie miała pojęcia, co
jest nie tak z mężczyznami, którzy z jakiegoś powodu się przy niej
kręcili, ale najwyraźniej każdy z nich miał na celu doprowadzić ją do
szału.
Usłyszała
ciche kroki, a chwilę później pukanie do drzwi. Natychmiast wyprostowała
się niczym struna, spoglądając w stronę wejścia akurat w chwili, w której
do sypialni zajrzał Gabriel.
– Wszystko w porządku?
– zapytał, podchwyciwszy jej spojrzenie. – Pytam, bo Nessie wyszła, a ja
muszę jeszcze zajrzeć w jedno miejsce, więc…
Zamrugała
nieco nieprzytomnie. Dlaczego w ogóle próbował się przed nią tłumaczyć?
– Jasne, że
tak – zapewniła pośpiesznie. – Załatwiajcie swoje sprawy. Ja i tak się
nigdzie nie ruszam – dodała, z jakiegoś powodu czując się tak, jakby
musiała przekonać przede wszystkim siebie.
– Jadę po
Joce. Jakbyś czegoś potrzebowała, w domu jest Alessia – usłyszała jeszcze,
a przynajmniej tyle zdążyła wychwycić, zanim Gabriel się wycofał.
– Po Joce… –
mruknęła z powątpiewaniem.
Martwiła się
o dziewczynę, ale w tamtej chwili jej nieobecność była Beatrycze na
rękę. Wciąż czuła się źle z tym, że tak po prostu zabrała z pokoju
Jocelyne coś, co teoretycznie nie należało do niej. Nie zmieniało to jednak
faktu, że ten notes – pamiętnik Ophelii, czy jak powinna nazwać zapisany tym
dziwnym językiem stos notatek – działał na nią w wystarczająco intensywny
sposób, by pojęła, że tak naprawdę do ona powinna go mieć. Nie pojmowała, co
tak naprawdę łączyło ją ze wspomnieniami, których z jakiegoś powodu
doświadczała, ale najwyraźniej jej udział był o wiele istotniejszy, niż
to, co mogłaby myśleć o całej sprawie Jocelyne.
Być może
popełniała błąd, trzymając w tajemnicy kolejne omdlenia i to, czego
wtedy doświadczała. Za każdym razem, kiedy decydowała się ponownie dotknąć okładki
i zaryzykować następne widzenie, czuła się co najmniej nieswojo. Miała wrażenie,
że powinna rozumieć, ale z drugiej strony…
Czy to były
jej wspomnienia? Z jakiegoś powodu w to nie wierzyła, zwłaszcza że
obrazy wydawały się obce i tak odległe, że nierealnym wydawało się, by to
ona mogła w uczestniczyć w kolejnych wydarzeniach. Inna sprawa, że
kolejne doświadczenia wydawały się stać w sprzeczności z tym, co
mówił jej Lawrence. Być może zachowywała się w przesadnie wręcz naiwny sposób,
uparcie odmawiając wiary w to, że wampir mógłby ją okłamać, ale nic nie
mogła poradzić na nadzieję, którą w nim pokładała. Kimkolwiek była
Ophelia, z jakiegoś powodu miały coś ze sobą wspólnego, chociaż
zdecydowanie nie były jedną osobą. Tę jedną kwestię wydawała się potwierdzać
nawet sama Ciemność, chociaż Miriam nie wyraziła się na tyle precyzyjnie, by
Beatrycze mogła nabrać absolutnej pewności co do słuszności tej kwestii.
Gdyby
przynajmniej rozumiała, co takiego chciała albo powinna zrobić… Wahała się
nawet nad tym, czy wspomnienia Ophelii nie przychodziły do niej właśnie
dlatego, że sama była pusta – niczym wyzute z przeszłości naczynie, które
czymś należało zapełnić. W innym wypadku ktoś, kto najpewniej od dawna nie
żył, zwróciłby się o pomoc do Jocelyne, prawda? Możliwe, że właśnie
dlatego to dziewczyna miała ten dziennik, ale…
Och, to
wszystko nie miało sensu!
Musiała
poznać odpowiedzi i to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Gdyby
przynajmniej Lawrence wprost powiedział, w jaki sposób ona sama umarła i co
łączyło ich w przeszłości, być może poruszanie się między jawą a snem
stałoby się prostsze, jednak w obecnej sytuacji to i tak nie miało
znaczenia. L. kolejny raz zniknął, zostawiając ją samą z niezłym bałaganem
i tak wieloma pytaniami, że aż zaczynała zastanawiać się nad tym, jakim
cudem nie pękła jej do tej pory głowa.
Wsunęła
dłoń pod pościel, raz jeszcze wyjmując notatnik. Chociaż podświadomie liczyła
na znajome zawroty głowy i to, że nagle straci kontakt z rzeczywistością,
tym razem nie wydarzyło się nic, co świadczyłoby o możliwości
jakichkolwiek nadnaturalnych doświadczeń. Beatrycze z wolna wypuściła
powietrze, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że bezwiednie napięła
mięśnie – i to na tyle mocno, że doświadczenie samo w sobie okazało
się co najmniej nieprzyjemne. Spróbowała się rozluźnić, ale również to przyszło
jej z trudem i bez satysfakcjonującego rezultatu, dlatego ostatecznie
odpuściła, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno.
Z
westchnieniem ułożyła notes na kolanach, raz po raz przesuwając palcami po
wyniszczonej okładce. Więc nie dzisiaj, tak? Mimo ulgi, z jakiegoś powodu
poczuła się naprawdę rozczarowana. Niepokojące czy nie, te wizje wydawały się dawać
jej o wiele więcej, niż mogłaby się spodziewać. Przynajmniej nie miała
poczucia stania w miejscu, bo choć każde kolejne wspomnienie wzbudzało w niej
więcej wątpliwości, przynajmniej miała jakiś punkt zaczepienia. Teraz została
wyłącznie z imieniem Ophelii, niezrozumiałymi migawkami z przeszłości
i niewyraźnym tropem, który tyczył się domu w Chianni, choć to równie
dobrze mogło okazać się pomyłką Camerona. Zdecydowanie nie zamierzała go
obwiniać, gdyby okazało się, że faktycznie coś pomieszał, nie zmieniało to
jednak faktu, że aż rwała się, by móc ten trop sprawdzić.
Zamknęła
oczy, nie po raz pierwszy próbując przeanalizować wszystko to, co wiedziała.
Mimo wszystko każda kolejna próba powrotu do tego, czego była świadkiem, wydawała
się koniecznością pooglądania przez zaparowaną szybę. Chociaż Beatrycze
rozumiała, co się działo, obrazy same w sobie wydawały się zbyt
zniekształcone i zamazane, by mogła z łatwością przywołać szczegóły. Nie
rozumiała dlaczego tak się działo, a tym bardziej nie była z takiego
stanu rzeczy zadowolona, zwłaszcza że stanowił kolejną z wielu już i tak
dających jej się we znaki przeszkód.
– Moje dziecko… – wyszeptała tak cicho, że
ledwo mogła się zrozumieć. W zasadzie ograniczyła się do poruszenia warg,
mimowolnie przypominając słowa, które wypowiedziała po doświadczeniu transu za
pierwszym razem. – Moje… dziecko.
Coś
ścisnęło ją w gardle, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Te słowa miały
w sobie swego rodzaju magnetyzm, a przynajmniej Beatrycze odbierała
je w ten sposób. Wrażenie było takie, jakby kryło się za nimi coś więcej –
swoisty przekaz, który przynajmniej dla niej powinien stać się czymś jasnym. Co
więcej, dobrze pamiętała, że tym krótkim zdaniem wyraźnie zszokowała Lawrence’a.
Co prawda to nie musiało o niczym świadczyć, zwłaszcza że wampir martwił
się przede wszystkim jej omdlenie, ale…
Z
opóźnieniem uprzytomniła sobie, że ułożyła dłonie na płaskim, bez wątpienia
pustym brzuchu. Mogła tylko zgadywać, co tak naprawdę znaczyło dla kobiecy
macierzyństwo, o przeżywaniu okresu ciąży nie wspominając. Te pojęcia
wydawały się równie obce, co wiele innych, które w normalnym wypadku składałyby
się na najzwyklejsze w świecie, w pełni ułożone życie. Dla kogoś, kto
umarł i cudem powrócił do życia – być może nawet po całych dekadach albo
wręcz wiekach błąkania się po zaświatach – wszystko to, co wiązało się z normalnością,
miało prawo jawić się jako czysta abstrakcja.
Czym więc
były emocje, które towarzyszyły jej w tamtej chwili? Czasami czuła silną,
trudną do opisania tęsknotę, którą co prawda z łatwością mogłaby przypisać
wspomnieniu Ophelii, ale… to zdecydowanie nie było aż takie proste. Gdzieś na
granicy jej świadomości kołatało się coś większego i o wiele
istotniejszego – być może wspomnienie, a może sama wiedza. To było coś,
czego przez cały ten czas potrzebowała, ale mimo usilnych starań nie potrafiła
tego zidentyfikować, a tym bardziej dosięgnąć.
Zagubienie,
którego doświadczała za każdym razem, kiedy uświadamiała sobie swoje
beznadziejne położenie, było czymś nie do opisania.
Zacisnęła
usta, chcąc zdławić jęk. Co prawda w domu najwyraźniej nie było nikogo,
kto mógłby ją usłyszeć i zwrócić uwagę na to, co robiła, ale i tak
wolała nad sobą zapanować. Z braku lepszych pomysłów, zaczęła w pośpiechu
przekartkowywać strony zapisanego drobnym pismem notatnika, w ten sposób
próbując zająć czyś ręce. Wodziła wzrokiem po przypadkowych linijkach, nie
poświęcając im większej uwagi, zwłaszcza że i tak nie była w stanie
ich odczytać. Próbowała, przynajmniej początkowo, ale prawda była taka, że
nawet nie potrafiła określić, w jakim języku zapisano poszczególne słowa.
Co więcej, nie miała nikogo, kogo mogłaby o to zapytać, przy okazji nie narażając
się na niewygodne pytania. Miała wrażenie, że już i tak posunęła się za
daleko, wypytując Camerona i zdradzając mu o wiele więcej, niż początkowo
zakładała. Do tej pory czuła, że być może posunęła się za daleko, nie tyle z obawy
przed tym, co mógł zrobić z tą wiedzą wampir. Prawda była taka, że te
wspomnienia i powracające sny wydawały się czymś tak intymnym, że nie
chciała się nimi dzielić.
Cóż,
istniał oczywisty wyjątek od tej reguły, ale ten naturalnie pozostawał gdzieś
poza jej zasięgiem.
Nerwowo
przeczesała włosy palcami, próbując zająć czymś ręce. W milczeniu
spojrzała na otwartą stronę w notesie, mimowolnie zauważając, że tym razem
tekst został zapisany zupełnie innym charakterem pisma. Co więcej, tym razem zdecydowanie
miała do czynienia z językiem angielskim, a skoro tak…
W pośpiechu
uciekła wzrokiem gdzieś w bok, uświadamiając sobie, że najpewniej patrzyła
na zapiski Jocelyne. Wcześniej nie brała pod uwagę tego, że dziewczyna mogłaby
wykorzystywać puste strony do własnych notatek, teraz zaś szczerze wątpiła, czy
powinna je czytać. W końcu czym innym było zabranie czegoś, co tak
naprawdę wydawało się niczyje, a czymś zgoła odmiennym sytuacja, w której
nagle otrzymywała dostęp do cudzych przemyśleń.
Zawahała
się, kiedy jej wzrok mimo wszystko uciekł z powrotem ku tekstowi. Chciała zamknąć
notes i dla pewności odłożyć go na bok, by przestał ją kusić, ale…
A potem zauważyła swoje imię i to wystarczyło, by
przestała się powstrzymywać.
Zepsułam. Nikt nie musi mi tego mówić, bo sama czuję to
doskonale. Ale za każdym razem, kiedy widzę Beatrycze… Wiem, że nikt nie
oskarża mnie o nic wprost, ale i tak czuję, że zrobiłam coś
niedobrego. Martwi powinni pozostać na swoim miejscu, niezależnie od tego, jak
bardzo za nimi tęsknimy.
Ucisk w gardle przybrał na sile, ale Beatrycze zdołała to uczucie
zignorować. W porządku, nie była zaskoczona – zdążyła się domyślić, co się
stało i jaki związek z tym wszystkim miała Jocelyne. Co prawda
przeczytanie tego w takiej formie, na dodatek w postaci słów, które
sformułowała sama zainteresowana, okazało się dziwnym doświadczeniem, ale nie
chciała się nad tym zastanawiać.
Och, nie powinna
tutaj być. Dobrze o tym wiedziała, tak jak i Joce zdając sobie sprawę
z tego, że swoim powrotem naruszyła znamienitą większość zasad, którymi
rządził się świat.
Mimowolnie pomyślała,
że powinna zaprzestać na tym etapie. Cokolwiek miała w rękach, Joce
najwyraźniej uczyniła z tego swój pamiętnik, więc naruszanie jej
prywatności wydawało się co najmniej niewłaściwe. Z drugiej strony, co tak
naprawdę mogła zrobić, skoro wszyscy ją okłamywali? Miała tyle pytań i wątpliwości,
że chęć potwierdzenia przynajmniej części z nich, nie powinna wydawać się
niczym dziwnym. Jasne, rozumiała, co takiego kierowało Lawrence’m, kiedy
odmawiał rozmawiania z nią o przeszłości, ale…
W końcu zawsze jest jakieś „ale”,
pomyślała mimochodem, bezskutecznie próbując zdusić wyrzuty sumienia.
Jednocześnie szukała jakichkolwiek argumentów, które powstrzymałyby jej przed
dalszą ingerencją we wspomnienia Jocelyne, ostatecznie jednak nie znalazła
niczego, co zabrzmiałoby wystarczająco dobrze.
Bez słowa przerzuciła kilka kartek, szukając czegokolwiek,
co opatrzono by datą bliską tej, w której wróciła. Co prawda Jocelyne
początkowo nie wyglądała na tyle dobrze, by wyglądać na chętną do opisywania
przeżyć w pamiętniku, ale to nie znaczyło, że nie wróciła do wspomnień z cmentarza
później, kiedy już zdołałaby doprowadzić się do porządku.
Nie wiem, co powinnam zrobić. Dallas wciąż jest obok i wiem,
że wciąż mu na mnie zależy, ale…
Och, przecież oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że to
bez sensu, prawda…?
Natychmiast odpuściła sobie dalszy ciąg wpisu, co najmniej zażenowana.
Nie, nie chciała wnikać w prywatne sprawy tej dziewczyny. Oczywiście
martwiła się o Joce, zwłaszcza że ta już od jakiegoś czasu wydawała się
przygnębiona, ale to nie usprawiedliwiało naruszenia prywatności. Nie tego chciała
się dowiedzieć, choć akurat o problemach z Dallasem miała
przynajmniej mgliste pojęcie, bazując na tym, z czego zwierzyła jej się
Joce.
Bezwiednie
zacisnęła dłonie w pięści na samo wspomnienie ostatniego wypadku. Lepiej
dla tego chłopka, że była żywa, bo gdyby jeszcze jako duch dorwała się do jego
martwego tyłka…
Zadrżała,
dziwnie oszołomiona. Zabawne, ale z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak
pod postacią bezcielesnego bytu robi wszystko, byleby ochronić Jocelyne.
Dała sobie kilka następnych sekund na to, by spróbować się uspokoić
i zebrać myśli. Dopiero wtedy wróciła do dalszego kartkowania notesu, w poszukiwaniu
czegoś, co wydałoby się bardziej przeznaczone dla niej.
Beatrycze wciąż jest kochana. Ta jedna rzecz się nie
zmieniła, chociaż teraz nie pamięta, że znałyśmy się wcześniej. W sumie
nawet nie wiem, jak długo mnie obserwowała, bo nigdy nie powiedziała mi tego
wprost.
Hm, faktycznie zachowała się w ten sposób? Jeśli tak, być może nie
powinna mieć aż takich pretensji do Lawrence’a o to, że milczał pod
względem tak wielu kwestii. Najwyraźniej pod wieloma względami byli do siebie
podobni, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.
No i teraz
miała potwierdzenie, że kiedyś była duchem. Musiała być, bo nie sądziła, żeby
znała Jocelyne jeszcze z czasów, gdy żyła po raz pierwszy. Ta dziewczyna
była tak młodziutka, że to wydawało się naprawdę mało prawdopodobne. Cóż, może i Beatrycze
nie pamiętała, jak wyglądało jej wcześniejsze ludzkie życie, ale była w stanie
wyczuć, że od chwili jej śmierci minęło więcej niż tych kilka lat, które miała
Joce.
Zawahała
się, mimowolnie próbując to sobie wyobrazić. Pewnie jeszcze jakiś czas temu
czułaby się przerażona, myśląc o tym, że mogłaby być duchem albo jakąś
zjawą, ale myśląc o tej w tamtej chwili… czuła przede wszystkim
spokój. To było tak, jakby w rzeczywistości wiedziała, chociaż nie
dopuszczała do siebie tej świadomości. W zasadzie czuła się trochę tak,
jakby odświeżała sobie dobrze znane fakty, o których istnieniu wiedziała
od samego początku, ale przez nadmiar innych bodźców po prostu nie zwracała na
nie uwagi.
Cóż, umarłam… Jasne, że musiałam być
zafascynowana perspektywą porozmawiania z kimś, kto w końcu mnie
widział, pomyślała, próbując wszystko sensownie uporządkować. Poza tym lubiła
rozmawiać, prawda? Jeśli wierzyć Lawrence’owi i faktycznie aż tak bardzo
się nie zmieniła, najpewniej jeszcze jako duch cierpiała z powodu
samotności. Inna sprawa, że czuła się przywiązana zarówno do Joce, jak i całej
jej rodziny – w tym również Cullenów. To najpewniej oznaczało, że byli dla
niej ważni już wtedy, a nie tylko dlatego, że Lawrence jasno dał jej do
zrozumienia, że mogłaby być częścią tej rodziny.
Och, z pewnością
była. W końcu bliźniacze podobieństwo do Eleny nie wzięło się znikąd.
Wciąż o tym
myślała, bez pośpiechu lustrując wzrokiem kolejne linijki testu. Łatwo było jej
wyczuć, które fragmenty tekstu powinna pominąć, mimo wszystko próbując zapewnić
Jocelyne tyle prywatności, ile tylko mogła. Nie zmieniało to jednak faktu, że
chcąc nie chcąc wychwyciła wystarczająco wiele wzmianek, by zrozumieć, jak
pełna lęków była ta dziewczyna – nie tylko przytłoczona darem, którego nie
pojmowała, ale tak pełna wyrzutów sumienia i wątpliwości…
Wystarczy, nakazała sobie stanowczo,
mając poczucie, że tak czy inaczej posunęła się za daleko. Nie powinna tego
czytać, niezależnie od motywacji, którą miała. Co prawda – wręcz paradoksalnie –
nie wyobrażała sobie, że mogłaby postąpić inaczej, po prostu musząc się
upewnić, ale to i tak niczego nie zmieniało. Jakoś nie miała wątpliwości,
że Joce nie byłaby zachwycona, niezależnie od sympatii, którą ją darzyła.
Beatrycze westchnęła, bliska tego, żeby jednak się wycofać,
a może nawet pokusić o skorzystanie z okazji i odniesienie
notesu do pokoju najmłodszej z Licavolich, nim jednak zdążyła się na to
zdecydować, jej uwagę przykuł jeszcze jeden wpis – a konkretnie pojedynczy
fragment, który w ułamku sekundy zmienił wszystko.
Nie wierzę, że L. tak po prostu mnie tam zabrał. W zasadzie
nie wierzę w bardzo wiele rzeczy, które wydarzyły się na cmentarzu, ale to
teraz nie ma znaczenia. Chyba wolałabym, żeby nie miało.
A ona jest jego żoną, prawda? Nic dziwnego, że chciałby, żeby
wróciła… Za wszelką cenę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz