30 stycznia 2018

Dwieście sześćdziesiąt dziewięć

Beatrycze
Miała wrażenie, że wszyscy wokół po raz kolejny traktują ją tak, jakby była dzieckiem. Wyczuła zamieszanie, aż nazbyt świadoma, że kolejny raz działo się coś wartego uwagi, ale nawet nie próbowała pytać. W zasadzie ten jeden raz fakt, że ktokolwiek mógłby ją ignorować, był Beatrycze jak najbardziej na rękę.
Wciąż miała w pamięci rozmowy z Cameronem i Jocelyne, raz po raz rozważając to, czego zdążyła się dowiedzieć. Wiedziała dość, by przynajmniej próbować brać pod uwagę coś naprawdę szalonego, co najpewniej nigdy nie powinno przyjść jej do głowy. Miotała się, wciąż myśląc o wciąż powracającym śnie, tropie Chianni i poczuciu, że powinna wziąć sprawy w swoje ręce. Co prawda to brzmiało jak marny żart, ale nie potrafiła dłużej ignorować tego, co się działo. W zasadzie to gdyby wszystko zależało od niej, już dawno wsiadłaby w pierwszy samolot i…
I co później?
Westchnęła cicho, nie kryjąc frustracji. W tamtej chwili cieszyła się, że wylądowała w domu Licavolich, aż nazbyt świadoma, że przy kręcącym się w pobliżu Edwardzie, nie miałaby szans, by choćby zastanowić się nad tym, co chciała zrobić. Miała dość swoich tajemnic, co mimo wszystko wydawało się pocieszające, biorąc pod uwagę fakt, jak czuła się przez milczenie wszystkich wokół. Gdyby jeszcze tylko wiedziała, co powinna w obecnej sytuacji zrobić, być może miałaby szansę poczuć się choć odrobinę pewniej.
Czuła, że kończy jej się czas. Nie wiedziała do czego, ale to nie miało znaczenia. Już od jakiegoś czasu powinna podjąć decyzję, zaś nieobecność Lawrence’a jedynie utwierdzała ją w tym przekonaniu.
Przez chwilę nasłuchiwała, chociaż ograniczone ludzkie zmysły w żaden sposób nie ułatwiały jej określenia, czy faktycznie została w domu sama. To wydawało się dość mało prawdopodobne, zwłaszcza że wszyscy raz po raz upominali się, by nigdy się nie rozdzielać. Beatrycze zresztą była gotowa przysiąc, że ten dom stanowił swego rodzaju azyl, w którym po prostu musiała być bezpieczna. Cokolwiek kryło się na zewnątrz, nie miało tutaj wstępu, a przynajmniej w to próbowała uwierzyć.
Świat nie jest aż taki prosty, Ophelio.
Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując zdławiony jęk. Usiadła na łóżku, po czym ukryła twarz w dłoniach, przez kilka następnych sekund trwając w bezruchu i czekając… Cóż, w zasadzie sama nie była pewna na co. W głowie nie pierwszy raz miała mętlik, gotowa przysiąc, że powoli traci zmysły, co zresztą niezmiennie wydawał się potwierdzać rozbrzmiewający w jej głowie głos.
Z wolna wypuściła powietrze, bynajmniej nie uspokojona. Mimowolnie pomyślała o Miriam, po czym skrzywiła się, zwłaszcza gdy jej myśli kolejny raz zaczęły skłaniać się ku temu, że powinna coś zrobić. Siedzenie z założonymi rękami zdecydowanie nie było jej na rękę, ale jaki tak naprawdę miała wybór? Przynajmniej tymczasowo – w porównaniu do nieśmiertelnych słaba i bezbronna, a przy tym wciąż pozbawiona wspomnień – nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby ot tak uciec i ruszyć w nieznane. To brzmiało jak czyste szaleństwo i prośba o to, żeby ktoś pozbawił ją życia.
Na własne życzenie odrzuciłaś to, co miałem ci do zaoferowania…
Coś w tej myśli sprawiło, że zapragnęła krzyczeć albo w coś uderzyć. Nie pamiętała jaką i kiedy podjęła decyzję, a uciążliwy szept zaczynał być gorszy od wiecznie przemilczającego istotne kwestie Lawrence’a. Nie miała pojęcia, co jest nie tak z mężczyznami, którzy z jakiegoś powodu się przy niej kręcili, ale najwyraźniej każdy z nich miał na celu doprowadzić ją do szału.
Usłyszała ciche kroki, a chwilę później pukanie do drzwi. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, spoglądając w stronę wejścia akurat w chwili, w której do sypialni zajrzał Gabriel.
– Wszystko w porządku? – zapytał, podchwyciwszy jej spojrzenie. – Pytam, bo Nessie wyszła, a ja muszę jeszcze zajrzeć w jedno miejsce, więc…
Zamrugała nieco nieprzytomnie. Dlaczego w ogóle próbował się przed nią tłumaczyć?
– Jasne, że tak – zapewniła pośpiesznie. – Załatwiajcie swoje sprawy. Ja i tak się nigdzie nie ruszam – dodała, z jakiegoś powodu czując się tak, jakby musiała przekonać przede wszystkim siebie.
– Jadę po Joce. Jakbyś czegoś potrzebowała, w domu jest Alessia – usłyszała jeszcze, a przynajmniej tyle zdążyła wychwycić, zanim Gabriel się wycofał.
– Po Joce… – mruknęła z powątpiewaniem.
Martwiła się o dziewczynę, ale w tamtej chwili jej nieobecność była Beatrycze na rękę. Wciąż czuła się źle z tym, że tak po prostu zabrała z pokoju Jocelyne coś, co teoretycznie nie należało do niej. Nie zmieniało to jednak faktu, że ten notes – pamiętnik Ophelii, czy jak powinna nazwać zapisany tym dziwnym językiem stos notatek – działał na nią w wystarczająco intensywny sposób, by pojęła, że tak naprawdę do ona powinna go mieć. Nie pojmowała, co tak naprawdę łączyło ją ze wspomnieniami, których z jakiegoś powodu doświadczała, ale najwyraźniej jej udział był o wiele istotniejszy, niż to, co mogłaby myśleć o całej sprawie Jocelyne.
Być może popełniała błąd, trzymając w tajemnicy kolejne omdlenia i to, czego wtedy doświadczała. Za każdym razem, kiedy decydowała się ponownie dotknąć okładki i zaryzykować następne widzenie, czuła się co najmniej nieswojo. Miała wrażenie, że powinna rozumieć, ale z drugiej strony…
Czy to były jej wspomnienia? Z jakiegoś powodu w to nie wierzyła, zwłaszcza że obrazy wydawały się obce i tak odległe, że nierealnym wydawało się, by to ona mogła w uczestniczyć w kolejnych wydarzeniach. Inna sprawa, że kolejne doświadczenia wydawały się stać w sprzeczności z tym, co mówił jej Lawrence. Być może zachowywała się w przesadnie wręcz naiwny sposób, uparcie odmawiając wiary w to, że wampir mógłby ją okłamać, ale nic nie mogła poradzić na nadzieję, którą w nim pokładała. Kimkolwiek była Ophelia, z jakiegoś powodu miały coś ze sobą wspólnego, chociaż zdecydowanie nie były jedną osobą. Tę jedną kwestię wydawała się potwierdzać nawet sama Ciemność, chociaż Miriam nie wyraziła się na tyle precyzyjnie, by Beatrycze mogła nabrać absolutnej pewności co do słuszności tej kwestii.
Gdyby przynajmniej rozumiała, co takiego chciała albo powinna zrobić… Wahała się nawet nad tym, czy wspomnienia Ophelii nie przychodziły do niej właśnie dlatego, że sama była pusta – niczym wyzute z przeszłości naczynie, które czymś należało zapełnić. W innym wypadku ktoś, kto najpewniej od dawna nie żył, zwróciłby się o pomoc do Jocelyne, prawda? Możliwe, że właśnie dlatego to dziewczyna miała ten dziennik, ale…
Och, to wszystko nie miało sensu!
Musiała poznać odpowiedzi i to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Gdyby przynajmniej Lawrence wprost powiedział, w jaki sposób ona sama umarła i co łączyło ich w przeszłości, być może poruszanie się między jawą a snem stałoby się prostsze, jednak w obecnej sytuacji to i tak nie miało znaczenia. L. kolejny raz zniknął, zostawiając ją samą z niezłym bałaganem i tak wieloma pytaniami, że aż zaczynała zastanawiać się nad tym, jakim cudem nie pękła jej do tej pory głowa.
Wsunęła dłoń pod pościel, raz jeszcze wyjmując notatnik. Chociaż podświadomie liczyła na znajome zawroty głowy i to, że nagle straci kontakt z rzeczywistością, tym razem nie wydarzyło się nic, co świadczyłoby o możliwości jakichkolwiek nadnaturalnych doświadczeń. Beatrycze z wolna wypuściła powietrze, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że bezwiednie napięła mięśnie – i to na tyle mocno, że doświadczenie samo w sobie okazało się co najmniej nieprzyjemne. Spróbowała się rozluźnić, ale również to przyszło jej z trudem i bez satysfakcjonującego rezultatu, dlatego ostatecznie odpuściła, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno.
Z westchnieniem ułożyła notes na kolanach, raz po raz przesuwając palcami po wyniszczonej okładce. Więc nie dzisiaj, tak? Mimo ulgi, z jakiegoś powodu poczuła się naprawdę rozczarowana. Niepokojące czy nie, te wizje wydawały się dawać jej o wiele więcej, niż mogłaby się spodziewać. Przynajmniej nie miała poczucia stania w miejscu, bo choć każde kolejne wspomnienie wzbudzało w niej więcej wątpliwości, przynajmniej miała jakiś punkt zaczepienia. Teraz została wyłącznie z imieniem Ophelii, niezrozumiałymi migawkami z przeszłości i niewyraźnym tropem, który tyczył się domu w Chianni, choć to równie dobrze mogło okazać się pomyłką Camerona. Zdecydowanie nie zamierzała go obwiniać, gdyby okazało się, że faktycznie coś pomieszał, nie zmieniało to jednak faktu, że aż rwała się, by móc ten trop sprawdzić.
Zamknęła oczy, nie po raz pierwszy próbując przeanalizować wszystko to, co wiedziała. Mimo wszystko każda kolejna próba powrotu do tego, czego była świadkiem, wydawała się koniecznością pooglądania przez zaparowaną szybę. Chociaż Beatrycze rozumiała, co się działo, obrazy same w sobie wydawały się zbyt zniekształcone i zamazane, by mogła z łatwością przywołać szczegóły. Nie rozumiała dlaczego tak się działo, a tym bardziej nie była z takiego stanu rzeczy zadowolona, zwłaszcza że stanowił kolejną z wielu już i tak dających jej się we znaki przeszkód.
Moje dziecko… – wyszeptała tak cicho, że ledwo mogła się zrozumieć. W zasadzie ograniczyła się do poruszenia warg, mimowolnie przypominając słowa, które wypowiedziała po doświadczeniu transu za pierwszym razem. – Moje… dziecko.
Coś ścisnęło ją w gardle, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Te słowa miały w sobie swego rodzaju magnetyzm, a przynajmniej Beatrycze odbierała je w ten sposób. Wrażenie było takie, jakby kryło się za nimi coś więcej – swoisty przekaz, który przynajmniej dla niej powinien stać się czymś jasnym. Co więcej, dobrze pamiętała, że tym krótkim zdaniem wyraźnie zszokowała Lawrence’a. Co prawda to nie musiało o niczym świadczyć, zwłaszcza że wampir martwił się przede wszystkim jej omdlenie, ale…
Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że ułożyła dłonie na płaskim, bez wątpienia pustym brzuchu. Mogła tylko zgadywać, co tak naprawdę znaczyło dla kobiecy macierzyństwo, o przeżywaniu okresu ciąży nie wspominając. Te pojęcia wydawały się równie obce, co wiele innych, które w normalnym wypadku składałyby się na najzwyklejsze w świecie, w pełni ułożone życie. Dla kogoś, kto umarł i cudem powrócił do życia – być może nawet po całych dekadach albo wręcz wiekach błąkania się po zaświatach – wszystko to, co wiązało się z normalnością, miało prawo jawić się jako czysta abstrakcja.
Czym więc były emocje, które towarzyszyły jej w tamtej chwili? Czasami czuła silną, trudną do opisania tęsknotę, którą co prawda z łatwością mogłaby przypisać wspomnieniu Ophelii, ale… to zdecydowanie nie było aż takie proste. Gdzieś na granicy jej świadomości kołatało się coś większego i o wiele istotniejszego – być może wspomnienie, a może sama wiedza. To było coś, czego przez cały ten czas potrzebowała, ale mimo usilnych starań nie potrafiła tego zidentyfikować, a tym bardziej dosięgnąć.
Zagubienie, którego doświadczała za każdym razem, kiedy uświadamiała sobie swoje beznadziejne położenie, było czymś nie do opisania.
Zacisnęła usta, chcąc zdławić jęk. Co prawda w domu najwyraźniej nie było nikogo, kto mógłby ją usłyszeć i zwrócić uwagę na to, co robiła, ale i tak wolała nad sobą zapanować. Z braku lepszych pomysłów, zaczęła w pośpiechu przekartkowywać strony zapisanego drobnym pismem notatnika, w ten sposób próbując zająć czyś ręce. Wodziła wzrokiem po przypadkowych linijkach, nie poświęcając im większej uwagi, zwłaszcza że i tak nie była w stanie ich odczytać. Próbowała, przynajmniej początkowo, ale prawda była taka, że nawet nie potrafiła określić, w jakim języku zapisano poszczególne słowa. Co więcej, nie miała nikogo, kogo mogłaby o to zapytać, przy okazji nie narażając się na niewygodne pytania. Miała wrażenie, że już i tak posunęła się za daleko, wypytując Camerona i zdradzając mu o wiele więcej, niż początkowo zakładała. Do tej pory czuła, że być może posunęła się za daleko, nie tyle z obawy przed tym, co mógł zrobić z tą wiedzą wampir. Prawda była taka, że te wspomnienia i powracające sny wydawały się czymś tak intymnym, że nie chciała się nimi dzielić.
Cóż, istniał oczywisty wyjątek od tej reguły, ale ten naturalnie pozostawał gdzieś poza jej zasięgiem.
Nerwowo przeczesała włosy palcami, próbując zająć czymś ręce. W milczeniu spojrzała na otwartą stronę w notesie, mimowolnie zauważając, że tym razem tekst został zapisany zupełnie innym charakterem pisma. Co więcej, tym razem zdecydowanie miała do czynienia z językiem angielskim, a skoro tak…
W pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok, uświadamiając sobie, że najpewniej patrzyła na zapiski Jocelyne. Wcześniej nie brała pod uwagę tego, że dziewczyna mogłaby wykorzystywać puste strony do własnych notatek, teraz zaś szczerze wątpiła, czy powinna je czytać. W końcu czym innym było zabranie czegoś, co tak naprawdę wydawało się niczyje, a czymś zgoła odmiennym sytuacja, w której nagle otrzymywała dostęp do cudzych przemyśleń.
Zawahała się, kiedy jej wzrok mimo wszystko uciekł z powrotem ku tekstowi. Chciała zamknąć notes i dla pewności odłożyć go na bok, by przestał ją kusić, ale…
A potem zauważyła swoje imię i to wystarczyło, by przestała się powstrzymywać.
Zepsułam. Nikt nie musi mi tego mówić, bo sama czuję to doskonale. Ale za każdym razem, kiedy widzę Beatrycze… Wiem, że nikt nie oskarża mnie o nic wprost, ale i tak czuję, że zrobiłam coś niedobrego. Martwi powinni pozostać na swoim miejscu, niezależnie od tego, jak bardzo za nimi tęsknimy.
Ucisk w gardle przybrał na sile, ale Beatrycze zdołała to uczucie zignorować. W porządku, nie była zaskoczona – zdążyła się domyślić, co się stało i jaki związek z tym wszystkim miała Jocelyne. Co prawda przeczytanie tego w takiej formie, na dodatek w postaci słów, które sformułowała sama zainteresowana, okazało się dziwnym doświadczeniem, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.
Och, nie powinna tutaj być. Dobrze o tym wiedziała, tak jak i Joce zdając sobie sprawę z tego, że swoim powrotem naruszyła znamienitą większość zasad, którymi rządził się świat.
Mimowolnie pomyślała, że powinna zaprzestać na tym etapie. Cokolwiek miała w rękach, Joce najwyraźniej uczyniła z tego swój pamiętnik, więc naruszanie jej prywatności wydawało się co najmniej niewłaściwe. Z drugiej strony, co tak naprawdę mogła zrobić, skoro wszyscy ją okłamywali? Miała tyle pytań i wątpliwości, że chęć potwierdzenia przynajmniej części z nich, nie powinna wydawać się niczym dziwnym. Jasne, rozumiała, co takiego kierowało Lawrence’m, kiedy odmawiał rozmawiania z nią o przeszłości, ale…
W końcu zawsze jest jakieś „ale”, pomyślała mimochodem, bezskutecznie próbując zdusić wyrzuty sumienia. Jednocześnie szukała jakichkolwiek argumentów, które powstrzymałyby jej przed dalszą ingerencją we wspomnienia Jocelyne, ostatecznie jednak nie znalazła niczego, co zabrzmiałoby wystarczająco dobrze.
Bez słowa przerzuciła kilka kartek, szukając czegokolwiek, co opatrzono by datą bliską tej, w której wróciła. Co prawda Jocelyne początkowo nie wyglądała na tyle dobrze, by wyglądać na chętną do opisywania przeżyć w pamiętniku, ale to nie znaczyło, że nie wróciła do wspomnień z cmentarza później, kiedy już zdołałaby doprowadzić się do porządku.
Nie wiem, co powinnam zrobić. Dallas wciąż jest obok i wiem, że wciąż mu na mnie zależy, ale…
Och, przecież oboje zdajemy sobie sprawę z tego, że to bez sensu, prawda…?
Natychmiast odpuściła sobie dalszy ciąg wpisu, co najmniej zażenowana. Nie, nie chciała wnikać w prywatne sprawy tej dziewczyny. Oczywiście martwiła się o Joce, zwłaszcza że ta już od jakiegoś czasu wydawała się przygnębiona, ale to nie usprawiedliwiało naruszenia prywatności. Nie tego chciała się dowiedzieć, choć akurat o problemach z Dallasem miała przynajmniej mgliste pojęcie, bazując na tym, z czego zwierzyła jej się Joce.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści na samo wspomnienie ostatniego wypadku. Lepiej dla tego chłopka, że była żywa, bo gdyby jeszcze jako duch dorwała się do jego martwego tyłka…
Zadrżała, dziwnie oszołomiona. Zabawne, ale z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak pod postacią bezcielesnego bytu robi wszystko, byleby ochronić Jocelyne.
Dała sobie kilka następnych sekund na to, by spróbować się uspokoić i zebrać myśli. Dopiero wtedy wróciła do dalszego kartkowania notesu, w poszukiwaniu czegoś, co wydałoby się bardziej przeznaczone dla niej.
Beatrycze wciąż jest kochana. Ta jedna rzecz się nie zmieniła, chociaż teraz nie pamięta, że znałyśmy się wcześniej. W sumie nawet nie wiem, jak długo mnie obserwowała, bo nigdy nie powiedziała mi tego wprost.
Hm, faktycznie zachowała się w ten sposób? Jeśli tak, być może nie powinna mieć aż takich pretensji do Lawrence’a o to, że milczał pod względem tak wielu kwestii. Najwyraźniej pod wieloma względami byli do siebie podobni, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.
No i teraz miała potwierdzenie, że kiedyś była duchem. Musiała być, bo nie sądziła, żeby znała Jocelyne jeszcze z czasów, gdy żyła po raz pierwszy. Ta dziewczyna była tak młodziutka, że to wydawało się naprawdę mało prawdopodobne. Cóż, może i Beatrycze nie pamiętała, jak wyglądało jej wcześniejsze ludzkie życie, ale była w stanie wyczuć, że od chwili jej śmierci minęło więcej niż tych kilka lat, które miała Joce.
Zawahała się, mimowolnie próbując to sobie wyobrazić. Pewnie jeszcze jakiś czas temu czułaby się przerażona, myśląc o tym, że mogłaby być duchem albo jakąś zjawą, ale myśląc o tej w tamtej chwili… czuła przede wszystkim spokój. To było tak, jakby w rzeczywistości wiedziała, chociaż nie dopuszczała do siebie tej świadomości. W zasadzie czuła się trochę tak, jakby odświeżała sobie dobrze znane fakty, o których istnieniu wiedziała od samego początku, ale przez nadmiar innych bodźców po prostu nie zwracała na nie uwagi.
Cóż, umarłam… Jasne, że musiałam być zafascynowana perspektywą porozmawiania z kimś, kto w końcu mnie widział, pomyślała, próbując wszystko sensownie uporządkować. Poza tym lubiła rozmawiać, prawda? Jeśli wierzyć Lawrence’owi i faktycznie aż tak bardzo się nie zmieniła, najpewniej jeszcze jako duch cierpiała z powodu samotności. Inna sprawa, że czuła się przywiązana zarówno do Joce, jak i całej jej rodziny – w tym również Cullenów. To najpewniej oznaczało, że byli dla niej ważni już wtedy, a nie tylko dlatego, że Lawrence jasno dał jej do zrozumienia, że mogłaby być częścią tej rodziny.
Och, z pewnością była. W końcu bliźniacze podobieństwo do Eleny nie wzięło się znikąd.
Wciąż o tym myślała, bez pośpiechu lustrując wzrokiem kolejne linijki testu. Łatwo było jej wyczuć, które fragmenty tekstu powinna pominąć, mimo wszystko próbując zapewnić Jocelyne tyle prywatności, ile tylko mogła. Nie zmieniało to jednak faktu, że chcąc nie chcąc wychwyciła wystarczająco wiele wzmianek, by zrozumieć, jak pełna lęków była ta dziewczyna – nie tylko przytłoczona darem, którego nie pojmowała, ale tak pełna wyrzutów sumienia i wątpliwości…
Wystarczy, nakazała sobie stanowczo, mając poczucie, że tak czy inaczej posunęła się za daleko. Nie powinna tego czytać, niezależnie od motywacji, którą miała. Co prawda – wręcz paradoksalnie – nie wyobrażała sobie, że mogłaby postąpić inaczej, po prostu musząc się upewnić, ale to i tak niczego nie zmieniało. Jakoś nie miała wątpliwości, że Joce nie byłaby zachwycona, niezależnie od sympatii, którą ją darzyła.
Beatrycze westchnęła, bliska tego, żeby jednak się wycofać, a może nawet pokusić o skorzystanie z okazji i odniesienie notesu do pokoju najmłodszej z Licavolich, nim jednak zdążyła się na to zdecydować, jej uwagę przykuł jeszcze jeden wpis – a konkretnie pojedynczy fragment, który w ułamku sekundy zmienił wszystko.
Nie wierzę, że L. tak po prostu mnie tam zabrał. W zasadzie nie wierzę w bardzo wiele rzeczy, które wydarzyły się na cmentarzu, ale to teraz nie ma znaczenia. Chyba wolałabym, żeby nie miało.
A ona jest jego żoną, prawda? Nic dziwnego, że chciałby, żeby wróciła… Za wszelką cenę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa