29 stycznia 2018

Dwieście sześćdziesiąt osiem

Renesmee
Jak przez mgłę pamiętałam, czego próbował nauczyć mnie Rufus, kiedy ostatnim razem dałam mu po temu okazję. W zasadzie z tego jednego razu, kiedy to spoglądałam na świat jego oczami, w pamięci zachował mi się wyłącznie cały kalejdoskop kolorów, kształtów i bodźców odbieranych w tak intensywny sposób, że na samo wspomnienie aż wirowało mi w głowie. Nie zmieniało to jednak faktu, że z miejsca zorientowałam się, na co miałam zwrócić uwagę, obserwując powiększoną przez mikroskop próbkę.
– Więc? – rzucił nagląco wampir. Bynajmniej nie zabrzmiał tak, jakby chciał mnie popędzić.
– To wygląda… znajomo – przyznałam, wciąż nachylając się nad urządzeniem. Chwilę jeszcze wpatrywałam się w kolorowe drobinki, które miałam okazję zaobserwować. – Trochę jak wasza krew, prawda? – zauważyłam przytomnie. – To znaczy… te dziwne plamki…
– Tak, dobrze zapamiętałaś – stwierdził, ale trudno było mi stwierdzić, czy był z takiego stanu rzeczy zadowolony. – Coś jeszcze?
W tamtej chwili niemalże jęknęłam, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem nie próbował mnie pogrążyć. Jakby nie patrzeć, z naszej dwójki to on był ekspertem, zwłaszcza jeśli chodzi o wszystko, czego tyczył się Syndrom Agresji. Cóż, przynajmniej do tej pory miałam okazję usłyszeć dość, by dojść do wniosku, że w przeszłości zdarzyło mu się przeanalizować więcej przypadków zastosowania tego wirusa, niż mogłabym podejrzewać.
Westchnęłam, po czym chcąc nie chcąc na powrót skoncentrowałam się na obrazie.
– Nie wiem – rzuciłam przepraszającym tonem. – Nie jestem Claire. Może ona… – Urwałam, nagle coś sobie uświadamiając. – Chociaż – podjęłam z wahaniem, raptownie poważniejąc – wydaje mi się, że wyglądają trochę inaczej. Dawno nie widziałam tych plamek, ale coś w ich kształcie…
– To była najmniej profesjonalna odpowiedź, jaką przyszło mi słyszeć. Zwłaszcza kiedy mówisz o plamkach – przerwał mi, po czym westchnął przeciągle. – Ale tak, właśnie to mam na myśli. W tych lekach jest coś… – Zamilkł i potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Podstawowe pytanie brzmi: co to, do cholery, jest?
Coś w jego słowach sprawiło, że poczułam się naprawdę nieswojo. Natychmiast wyprostowałam się niczym struna, odsuwając od mikroskopu i spoglądając na wampira z powątpiewaniem.
– Nie wiesz?
Jeśli akurat Rufus zadawał takie pytania, tym samym niejako przyznając mi się do niewiedzy w jakiejkolwiek materii, zdecydowanie nie było dobrze. Co więcej, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta kwestia była istotna. Co jak co, ale jakiekolwiek zabawy z genami czy czymkolwiek innym, nigdy nie kończyły się dobrze.
– Nie – warknął w odpowiedzi, wyraźnie niezadowolony z konieczności odpowiedzenia na moje pytanie. – Jestem naukowcem, nie jasnowidzem. Miło, że tak wierzysz w moją wiedzę, ale nawet ja na podstawie słabego obrazu nie sprecyzuję ci listy składników przypadkowej mieszanki chemicznej.
Puściłam jego słowa mimo uszu, aż nazbyt świadoma, że był sfrustrowany. Zdążyłam przywyknąć, że w nerwach szybciej mówił, niż zastanawiał się nad doborem słów. Inna sprawa, że i tak nie byłam mu w stanie pomóc w kwestii, która przerastała mnie pod każdym możliwym względem. Z nauką było mi nie po drodze i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– W porządku – powiedziałam w końcu, próbując go uspokoić. Chciałam, by przestał niespokojnie krążyć i w końcu skupił się na mnie. – Więc co teraz? Carlisle powiedział, że nie mamy zbyt wiele czasu – przypomniałam z wahaniem.
– Nawet gdybym chciał, nie dowiedziałbym się niczego tutaj. Potrzebowałbym swojego laboratorium – oznajmił z naciskiem.
– Sam mówiłeś, że nie zamierzasz wracać do Miasta Nocy, przynajmniej na razie – zauważyłam, co najmniej zaskoczona jego słowami. Zdecydowanie nie wyobrażałam sobie tego, by zostawił nas z całym tym bałaganem, zwłaszcza nie mając pojęcia, co działo się z Laylą.
Rufus zacisnął usta, po czym rzucił mi co najmniej urażone spojrzenie. W gruncie rzeczy to wystarczyło, żebym w pełni pojęła, że najpewniej nie zamierzał się nigdzie ruszać.
– Nie wybieram się do Miasta Nocy – powiedział w końcu, chociaż tego zdążyłam się już domyślić.
– Więc co zamierzasz? – drążyłam, ale w odpowiedzi jedynie potrząsnął głową.
– Nie wiem. – Przez jego twarz przemknął cień. Dobrze wiedziałam, że szczerze nie znosił sytuacji, w których podjęcie jakiejkolwiek decyzji wydawało się czymś niemożliwym. Kto jak kto, ale Rufus przywykł do tego, żeby wiedzieć, niezależnie od tego, jakie mogło to nieść ze sobą konsekwencje. – Na razie skupimy się na tym, co mamy. Skoro ta dziewczyna z nami przyjechała, raz jeszcze spróbujemy porozmawiać z tym dzieciakiem… No, ty spróbujesz – poprawił się po chwili wahania. Zorientowałam się, że był w nastroju na tyle podłym, by w innym przypadku pokusić się o zrobienie czegoś głupiego. – Mamy jeszcze trop tej organizacji, ale to wolałbym najpierw potwierdzić. Tyle na dobry początek – stwierdził, a ja mimowolnie doszłam do wniosku, że to i tak brzmiało lepiej, niż konieczność dalszego tkwienia w martwym punkcie.
– A Volturi i Jane…?
Spojrzał na mnie w roztargnieniu, bynajmniej nie sprawiając wrażenia szczególnie zainteresowanego tym tematem.
– Jeden priorytet na raz – powiedział w końcu. – Jeśli masz ochotę biegać bez celu po mieście, nie bronię ci. Ja zamierzam skupić się na tym, co mamy na tę chwilę.
Musiałam przyznać, że to brzmiało sensownie, przynajmniej teoretycznie. Chcąc nie chcąc skinęłam głową, ostatecznie dochodząc do wniosku, że i tak najistotniejszą kwestią pozostawało to, że mieliśmy szybko wrócić do domu. Chciałam upewnić się co z Joce, chociaż po wysłaniu po nią Gabriela teoretycznie nie powinnam już dłużej się niepokoić. W końcu musiała być bezpieczna, prawda? Gdyby było inaczej, najpewniej już bym o tym widziała.
– Świetnie. – Sama nie byłam pewna czy w mojej wypowiedzi było więcej powagi, czy może mimo wszystko cisnącego mi się na usta sarkazmu. Dręczyło mnie dość obaw, by obie możliwości wydawały się równie prawdopodobne. – Potrzebujesz jeszcze czasu tutaj, czy mogę powiedzieć Carlisle’owi, że skończyliśmy?
– Nie wydaje mi się, żebym miał coś jeszcze do roboty – stwierdził w zamyśleniu. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, choć to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie moim wrażeniem.
– Więc zobaczymy się przy samochodzie. Daj mi chwilę – poprosiłam, a kiedy skinął głową, po prostu wyszłam, zostawiając go samego.
Z wolna wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić. Teoretycznie nic się nie działo, tak? Przynajmniej to próbowałam sobie wmówić, chociaż to wcale nie było takie proste w przypadku Rufusa, który wyraźnie niepokoił się czymś, co zaobserwował. To nigdy nie wróżyło dobrze, a przynajmniej dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie, by podchodzić do zachowania wampira z rezerwą – i to zwłaszcza w przypadkach, gdy trudno było mi jednoznaczne stwierdzić, co takiego chodziło mojemu szwagrowi po głowie.
Wyjęłam telefon, krzywiąc się mimowolnie, gdy przekonałam się, że wciąż nie miałam żadnej odpowiedzi od Gabriela i Jocelyne. Ostatecznie zdecydowałam się dać mężowi czas, zwłaszcza że minęło raptem kilkanaście minut, odkąd wysłałam go po naszą córkę. Pewnie nawet nie dotarł na miejsce, pomyślałam i z tym przekonaniem ruszyłam w stronę gabinetu Carlisle’a. Chciałam przy okazji upewnić się, czy wracał do domu, zwłaszcza że w szpitalu pojawił się przez wzgląd na mnie i Rufusa. Mogłam zresztą założyć się o to, że również się martwił, woląc upewnić się, co takiego zdołaliśmy do tej pory ustalić.
Czułam się dziwnie, przechadzając się zaludnionymi korytarzami. Zapach ludzkiej krwi dawał mi się we znaki, chociaż nie na tyle, bym zaczęła martwić się o samokontrolę. Prawda była taka, że wciąż nie przywykłam do obecności aż tylko śmiertelników, mimo wszystko przyzwyczajona do warunków, które panowały w Mieście Nocy. Miałam wrażenie, że od chwili naszego wyjazdu wszystko było nie takie, jak być powinno. Naprawdę zaczynałam wahać się nad tym, czy postąpiliśmy słusznie, decydując się na przeprowadzkę. Oczywiście, że chciałam czegoś więcej zarówno dla Jocelyne, jak i całej swojej rodziny, w tym również samej siebie, ale…
Westchnęłam w duchu. Kiedyś Isabeau stwierdziła, że Miasto Nocy miało w sobie coś, przez co zawsze się do niego wracało. Teraz zaczynałam zastanawiać się, czy przypadkiem nie było w tym stwierdzeniu czegoś więcej – zwiastuna swoistego fatum, które prędzej czy później zagoniłoby nas do miejsca, które wszyscy nazywaliśmy domem.
Przystanęłam przed gabinetem Carlisle’a, gotowa zapukać, nim jednak podjęłam jakąkolwiek decyzję, ubiegł mnie spokojny głos dziadka.
– Wejdź, Nessie.
Nie miałam pojęcia, jakim cudem zauważył moją obecność w budynku wypełnionymi najróżniejszymi osobami, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Natychmiast wślizgnęłam się do gabinetu, starannie zamykając za sobą drzwi i opierając się nań plecami. Mimo wszystko czułam się pewniej w gabinecie, który wyglądał bardziej jak przytulny pokój i na każdym kroku nie przypominał mi o tym, gdzie się znajdowałam.
– Już skończyliśmy… A przynajmniej tak twierdzi Rufus – powiedziałam zgodnie z prawdą, po czym zawahałam się, uważnie przypatrując Carlisle’owi. Siedział za biurkiem, zaś po wyrazie jego twarzy i sposobie, w jaki obracał w palcach telefon, bez trudu zorientowałam się, że był podenerwowany. – Coś nie tak?
Jedynie potrząsnął głową.
– Próbowałem dodzwonić się do Lawrence’a. Znowu – dodał z naciskiem i zrozumiałam, że od czasu, w którym Beatrycze znów znalazła się pod opieką moich bliskich, niewiele się zmieniło.
– Może w końcu mamy szczęście i coś go pożarło – mruknęłam, nie mogąc się uśmiechnąć. Miałam dość powodów, by wciąż być na tego wampira zła.
– Nessie…
– Przepraszam – zreflektowałam się pośpiesznie. – Wiesz, że trudno mi życzyć mu dobrze.
Carlisle jedynie potrząsnął głową. Miałam wrażenie, że gdyby nie sytuacja, udałoby mu się powstrzymać.
– Nie o to chodzi. Po prostu tym razem odebrał – wyjaśnił, a ja prychnęłam.
A niech to szlag…
Powstrzymałam się od komentarza, wręcz zmuszając do tego, żeby zachować powagę. Gdyby nie było jakiegokolwiek problemu, Carlisle najpewniej mimo wszystko byłby zadowolony, mogąc dodzwonić się do ojca. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że mimo całej frustracji, wciąż się Lawrence’m przejmował.
– To już coś – zauważyłam, próbując zrozumieć, co w takim razie go martwiło. – Powiedział coś sensownego czy…? – Urwałam, po minie dziadka domyślając się, jaka będzie odpowiedź.
– Stwierdził, że potrzebuje czasu, bo nad czymś pracuje. Cokolwiek powinienem przez to rozumieć. – Carlisle z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Nie chcę niepotrzebnie się przejmować, ale… Cóż, to Lawrence. W przeszłości zdarzało mu się namieszać dość, bym jednak się martwił – dodał, chociaż to było dla mnie aż nazbyt oczywiste.
– Sam prosił się o to, żebyśmy mu nie ufali – zauważyłam przytomnie. – Beatrycze też się martwi. Może dla niego to nie ma znaczenia, ale skoro tak bardzo mu na niej zależy, nie powinien zostawiać jej bez wyjaśnienia.
Być może byłam wręcz okrutna, decydując się nazwać rzeczy po imieniu, ale właśnie w ten sposób to widziałam. Co więcej, nie podobało mi się to, że Carlisle mógłby zamartwiać się przez tego wampira. L. od samego początku był trudny i choć pod wieloma kwestiami sama zawdzięczałam mu wiele, jednocześnie dał mi dość powodów, bym chciała go zabić. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że zachowywał się jak duże dziecko, przy działaniach nawet nie zastanawiając się nad tym, czego mogliby oczekiwać pozostali.
– To teraz nie ma znaczenia – stwierdził cicho Carlisle. Błyskawicznie udało mu się nad sobą zapanować, chociaż ja i tak wiedziałam, że wciąż był podenerwowany. – Zresztą mam wrażenie, że gdybym zaczął rozumieć własnego ojca, zaczęłoby być naprawdę źle… Wracamy do domu? – zasugerował mi, pośpiesznie zmieniając temat. Nie miałam nawet okazji zastanowić się nad tym, w jaki sposób skomentować jego słowa. – Pojadę za wami i od razu zobaczę się z Beatrycze… O ile to dobry moment.
Jakimś cudem udało mi się uśmiechnąć – w nieco wymuszony, gorzki sposób.
– Jasne… Ale chyba najpierw powinnam ci coś powiedzieć, dziadku – przyznałam z wahaniem. – Coś w związku z pomysłami Rufusa – dodałam, dochodząc do wniosku, że może nie byłoby źle, gdyby zobaczył Cassandrę. On przynajmniej miał przejąć się tym, że wyglądała jak siódme nieszczęście.
Westchnęłam cicho, bez pośpiechu ruszając w stronę drzwi. Zapowiadała się kolejna interesująca rozmowa.
Melanie
Jason był poirytowany. To stało się oczywiste już w momencie, w którym wrócił do samochodu, klnąc na czym świat stoi i sprawiając wrażenie chętnego, żeby kogoś zamordować. Melanie bez słowa zmierzyła go wzrokiem, jednocześnie prostując się na siedzeniu kradzionego samochodu, który z taką wprawą udało mu się odpalić. Cóż, to nie był pierwszy raz, kiedy zdarzało im się „pożyczyć” coś, co nie należało do nich, więc tym bardziej nie zamierzała prawić Jasonowi z tego powodu morałów.
– No i? – zapytała z wahaniem, ledwo tylko mężczyzna wślizgnął się do samochodu, zasiadając za kierownicą. Skrzywiła się, kiedy zatrzasnął drzwi na tyle gwałtownie, że aż zaczęła martwić się o karoserię. Nie żeby dbała o wygląd auta, ale szkoda byłoby już na wstępie uszkodzić dobrze prezentujący się pojazd. – Jason – ponagliła, próbując stwierdzić, co mogło się stać.
– Szlag by to trafi…
Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się od komentarza. Z doświadczenia wiedziała, że prościej było poczekać, żeby sam się uspokoił. Co prawda w ostatnim czasie znamienita większość tego, co wiedziała o swoim partnerze, na nic jej się nie zdawała, ale wolała się nad tym nie zastanawiać. Kwestia tego, co działo się między nimi, już od kilku tygodni była na tyle skomplikowana, że Melanie wolała nie wnikać w szczegóły.
– Wiec? – odezwała się raz jeszcze, kiedy wampir w końcu przestał mruczeć pod nosem. W zamian oparł się o kierownice, jednocześnie zaciskając na niej palce na tyle gwałtownie, że aż zaczęła się obawiać, czy przypadkiem nie miał w planach jej wyrwać. Uszkodzony układ sterowania zdecydowanie nie ułatwiłby odjechania z tego miejsca. – Jesteś sam, więc zakładam, że…
– Jakaś ty bystra, Mel – warknął, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. Mogła zrozumieć, że był wściekły, ale i tak skrzywiła się, kiedy tak po prostu dał jej do zrozumienia, że miał ją za głupią. Chyba powoli zaczynała przywykać, że ją obrażał, chociaż to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. – Oczywiście, że byli zainteresowani tym, że kogoś dla nich mam.
– Więc w czym problem – zniecierpliwiła się. – Nie było cię pół godziny, a teraz zachowujesz się tak, jakbyś zamierzał kogoś zabić. Nie dziw się, że próbuję cię wypytywać!
Miała wątpliwości co do tego, czy powinna podnosić głos, ale co innego mogła w obecnej sytuacji zrobić? Już i tak była cierpliwa, próbując ignorować jego zmienne nastroje i wspierać nawet największe z szaleństw, w które się angażował. Jakby nie patrzeć, wciąż tutaj była, chociaż dał jej dość powodów, by zapragnęła odwrócić się na pięcie i po prostu odejść.
– Nieważne.
Aż zagotowało się w niej odpowiedzi na to jedno, rzucone na odczepnego słowo. To było niemalże jak policzek, chociaż zarazem nie wyobrażała sobie tego, że mógłby ją uderzyć. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy gdyby zdecydowała się zdzielić go po głowie, oprzytomniałby, czy może odwzajemnił jej się tym samym.
Jeszcze jakiś czas temu potrafiłaby odpowiedzieć na to pytanie. Teraz… Cóż, nie była tego taka pewna.
– Tak zamierzasz ze mną rozmawiać? Jason, do cholery… – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Zaprowadziłeś im dziewczyny. Gdzie w takim razie problem, skoro…?
– W tym, że nie wpuścili mnie do środka – stwierdził, a Melanie spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Jesteś wampirem. Czego tak naprawdę się spodziewałeś?
Nie odpowiedział, to jednak wydawało się zbędne. Wciąż czuła jego wzburzenie i to tak intensywnie, jakby było jej własnym. Musiała wręcz walczyć ze sobą, by stłumić w sobie już odruchowe pragnienie, by otoczyć go ramionami i jakkolwiek uspokoić. Może kiedyś to by wystarczyło, ale obecnie szczerze wątpiła, by jej dotyk miał dla niego jakiekolwiek znaczenie. Chwilami była gotowa przysiąc, że byli sobie obcy, chociaż nie potrafiła stwierdzić kiedy i jakim cudem do tego doszło.
Oboje milczeli, co na dłuższą metę okazało się zadziwiająco niezręczne. Melanie odchrząknęła i poprawiwszy się na swoim miejscu, wymownie spojrzała w okno po swojej stronie. Łatwiej było bez zainteresowania pooglądać w ciemność za oknem, niż w jakikolwiek sposób walczyć o utrzymanie rozmowy, która od samego początku wydawała się pozbawiona sensu. Czegokolwiek chciał Jason, najwyraźniej poniósł porażkę, z którą nie zamierzał ot tak się pogodzić.
– Ja… Nie wiem, Mel – usłyszała. Jego głos ją zaskoczył, zwłaszcza że zabrzmiał niemalże przepraszająco i inaczej niż do tej pory. – Liczyłem, że… Ale może zbytnio się pośpieszyłem – przyznał po chwili wahania.
– To, co robisz, nie ma żadnego sensu, Jason – przypomniała mu cicho. – Mówiłam ci to już.
– Chcę tylko, żebyś mi zaufała – padło w odpowiedzi. – O nic więcej nie proszę – dodał, więc bez przekonania skinęła głową.
Prawda była taka, że już dawno straciła siłę, by w tym trwać. Miała wrażenie, że tkwi w samym środku koszmaru, nie potrafiąc podjąć decyzji, która w rzeczywistości była dziecinnie prosta. Naiwnie udawała, że wciąż wierzy, ale… to już dawno przestało mieć jakikolwiek związek z rzeczywistością.
Cholera, była głupia. Wiedziała o tym, a jednak nawet ta świadomość nie wystarczyła, by nakłonić ją do jakiejkolwiek zmiany.
– A później… wyjedziemy, tak? Prędzej czy później w końcu zaczniemy żyć tak jak do tej pory? – zapytała cicho, niemalże dziecinnie. Nie mogła powstrzymać się przed zadaniem tego pytania.
– Oczywiście, że tak. Przerabialiśmy to wielokrotnie, Melanie – przypomniał Jason.
Coś w tym, że użył jej pełnego imienia, wydało się wampirzycy co najmniej niewłaściwe.
Jeśli do tej pory miała wątpliwości co do tego, czy podczas każdej kolejnej rozmowy czuła bijący od niego chłód, w tamtej chwili ostatecznie wyzbyła się jakichkolwiek złudzeń. Niemalże czuła, że ze znudzeniem powtarzał jej te samej obietnice, już nawet nie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie zamierzał je spełnić.
– W porządku.
Nie dodała niczego więcej, nie chcąc prowokować kłótni. Skoro zabrnęli aż tak daleko, mogła jeszcze chwilę trwać w tej farsie, prawda? Co prawda teraz Jason był wzburzony tym, że jego plan nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Może w końcu miało do niego dotrzeć, że tracił czas, próbując zadzierać z osobami, z którymi nie miał najmniejszych nawet szans. Skoro nie zamierzał słuchać jej błagań, próśb i ostrzeżeń, być może powinna pozwolić mu odczuć na własnej skórze, że podejmował błędne decyzje.
Tylko może.
Nerwowo zacisnęła usta, nie pierwszy raz w ciągu zaledwie kilku godzin myśląc o tym, że właśnie pozwalała mu się pogrążyć. Wiedziała to już w chwili, w której zaatakowali tamte dziewczyny, tym samym definitywnie pozbawiając się możliwości poproszenia o pomoc Isabeau. Nie żeby sądziła, że jednak zdołałaby się przełamać i udać do wampirzycy, by o cokolwiek prosić, ale z jakiegoś powodu świadomość, że pozbawiła się tej alternatywy, wzbudziła w Melanie niemalże paniczny lęk. Już w tamtym magazynie czuła, że mogła zginać – wystarczyło, żeby Isabeau i towarzyszący jej wampir podjęli taką decyzję. To, że wciąż tutaj była, wydawało się jakimś cholernym łutem szczęścia, który z łatwością mogła zaprzepaścić.
Inna sprawa, że tamte dziewczyny nie zawiniły im niczym, zresztą jak cała ich rodzina. To od początku był zły pomysł, chociaż przynajmniej na początku mogła go jeszcze jakoś usprawiedliwić. Kiedy odnalazła ich Jane…
Ale teraz byli tutaj osobiście, a ona pozwalała na to, by Jason dalej zapędzał się, trwając w tym swoim szaleństwie.
Nie miała pojęcia, co miało stać się w następnej kolejności, ale naprawdę się bała – i nic nie wskazywało na to, by to miało ulec zmianie.
– Wrócimy tutaj później. Ja jeszcze nie skończyłem – oznajmił Jason, decydując się przerwać przeciągającą się ciszę.
Zaraz po tym po prostu odpalił silnik samochodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa