
Renesmee
Jak przez mgłę pamiętałam,
czego próbował nauczyć mnie Rufus, kiedy ostatnim razem dałam mu po temu
okazję. W zasadzie z tego jednego razu, kiedy to spoglądałam na świat
jego oczami, w pamięci zachował mi się wyłącznie cały kalejdoskop kolorów,
kształtów i bodźców odbieranych w tak intensywny sposób, że na samo
wspomnienie aż wirowało mi w głowie. Nie zmieniało to jednak faktu, że z miejsca
zorientowałam się, na co miałam zwrócić uwagę, obserwując powiększoną przez
mikroskop próbkę.
– Więc? –
rzucił nagląco wampir. Bynajmniej nie zabrzmiał tak, jakby chciał mnie
popędzić.
– To
wygląda… znajomo – przyznałam, wciąż nachylając się nad urządzeniem. Chwilę
jeszcze wpatrywałam się w kolorowe drobinki, które miałam okazję
zaobserwować. – Trochę jak wasza krew, prawda? – zauważyłam przytomnie. – To
znaczy… te dziwne plamki…
– Tak,
dobrze zapamiętałaś – stwierdził, ale trudno było mi stwierdzić, czy był z takiego
stanu rzeczy zadowolony. – Coś jeszcze?
W tamtej
chwili niemalże jęknęłam, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy przypadkiem
nie próbował mnie pogrążyć. Jakby nie patrzeć, z naszej dwójki to on był
ekspertem, zwłaszcza jeśli chodzi o wszystko, czego tyczył się Syndrom
Agresji. Cóż, przynajmniej do tej pory miałam okazję usłyszeć dość, by dojść do
wniosku, że w przeszłości zdarzyło mu się przeanalizować więcej przypadków
zastosowania tego wirusa, niż mogłabym podejrzewać.
Westchnęłam,
po czym chcąc nie chcąc na powrót skoncentrowałam się na obrazie.
– Nie wiem –
rzuciłam przepraszającym tonem. – Nie jestem Claire. Może ona… – Urwałam, nagle
coś sobie uświadamiając. – Chociaż – podjęłam z wahaniem, raptownie poważniejąc
– wydaje mi się, że wyglądają trochę inaczej. Dawno nie widziałam tych plamek,
ale coś w ich kształcie…
– To była
najmniej profesjonalna odpowiedź, jaką przyszło mi słyszeć. Zwłaszcza kiedy
mówisz o plamkach – przerwał mi, po czym westchnął przeciągle. – Ale tak,
właśnie to mam na myśli. W tych lekach jest coś… – Zamilkł i potrząsnął
z niedowierzaniem głową. – Podstawowe pytanie brzmi: co to, do cholery, jest?
Coś w jego
słowach sprawiło, że poczułam się naprawdę nieswojo. Natychmiast wyprostowałam się
niczym struna, odsuwając od mikroskopu i spoglądając na wampira z powątpiewaniem.
– Nie
wiesz?
Jeśli
akurat Rufus zadawał takie pytania, tym samym niejako przyznając mi się do
niewiedzy w jakiejkolwiek materii, zdecydowanie nie było dobrze. Co
więcej, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta kwestia była istotna. Co jak co,
ale jakiekolwiek zabawy z genami czy czymkolwiek innym, nigdy nie kończyły
się dobrze.
– Nie –
warknął w odpowiedzi, wyraźnie niezadowolony z konieczności
odpowiedzenia na moje pytanie. – Jestem naukowcem, nie jasnowidzem. Miło, że
tak wierzysz w moją wiedzę, ale nawet ja na podstawie słabego obrazu nie
sprecyzuję ci listy składników przypadkowej mieszanki chemicznej.
Puściłam
jego słowa mimo uszu, aż nazbyt świadoma, że był sfrustrowany. Zdążyłam
przywyknąć, że w nerwach szybciej mówił, niż zastanawiał się nad doborem
słów. Inna sprawa, że i tak nie byłam mu w stanie pomóc w kwestii,
która przerastała mnie pod każdym możliwym względem. Z nauką było mi nie
po drodze i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
– W porządku
– powiedziałam w końcu, próbując go uspokoić. Chciałam, by przestał
niespokojnie krążyć i w końcu skupił się na mnie. – Więc co teraz?
Carlisle powiedział, że nie mamy zbyt wiele czasu – przypomniałam z wahaniem.
– Nawet
gdybym chciał, nie dowiedziałbym się niczego tutaj. Potrzebowałbym swojego laboratorium – oznajmił z naciskiem.
– Sam
mówiłeś, że nie zamierzasz wracać do Miasta Nocy, przynajmniej na razie –
zauważyłam, co najmniej zaskoczona jego słowami. Zdecydowanie nie wyobrażałam
sobie tego, by zostawił nas z całym tym bałaganem, zwłaszcza nie mając
pojęcia, co działo się z Laylą.
Rufus
zacisnął usta, po czym rzucił mi co najmniej urażone spojrzenie. W gruncie
rzeczy to wystarczyło, żebym w pełni pojęła, że najpewniej nie zamierzał
się nigdzie ruszać.
– Nie
wybieram się do Miasta Nocy – powiedział w końcu, chociaż tego zdążyłam
się już domyślić.
– Więc co
zamierzasz? – drążyłam, ale w odpowiedzi jedynie potrząsnął głową.
– Nie wiem.
– Przez jego twarz przemknął cień. Dobrze wiedziałam, że szczerze nie znosił sytuacji,
w których podjęcie jakiejkolwiek decyzji wydawało się czymś niemożliwym.
Kto jak kto, ale Rufus przywykł do tego, żeby wiedzieć, niezależnie od tego,
jakie mogło to nieść ze sobą konsekwencje. – Na razie skupimy się na tym, co
mamy. Skoro ta dziewczyna z nami przyjechała, raz jeszcze spróbujemy
porozmawiać z tym dzieciakiem… No, ty spróbujesz – poprawił się po chwili
wahania. Zorientowałam się, że był w nastroju na tyle podłym, by w innym
przypadku pokusić się o zrobienie czegoś głupiego. – Mamy jeszcze trop tej
organizacji, ale to wolałbym najpierw potwierdzić. Tyle na dobry początek –
stwierdził, a ja mimowolnie doszłam do wniosku, że to i tak brzmiało
lepiej, niż konieczność dalszego tkwienia w martwym punkcie.
– A Volturi
i Jane…?
Spojrzał na
mnie w roztargnieniu, bynajmniej nie sprawiając wrażenia szczególnie
zainteresowanego tym tematem.
– Jeden
priorytet na raz – powiedział w końcu. – Jeśli masz ochotę biegać bez celu
po mieście, nie bronię ci. Ja zamierzam skupić się na tym, co mamy na tę
chwilę.
Musiałam
przyznać, że to brzmiało sensownie, przynajmniej teoretycznie. Chcąc nie chcąc
skinęłam głową, ostatecznie dochodząc do wniosku, że i tak najistotniejszą
kwestią pozostawało to, że mieliśmy szybko wrócić do domu. Chciałam upewnić się
co z Joce, chociaż po wysłaniu po nią Gabriela teoretycznie nie powinnam
już dłużej się niepokoić. W końcu musiała być bezpieczna, prawda? Gdyby
było inaczej, najpewniej już bym o tym widziała.
– Świetnie.
– Sama nie byłam pewna czy w mojej wypowiedzi było więcej powagi, czy może
mimo wszystko cisnącego mi się na usta sarkazmu. Dręczyło mnie dość obaw, by
obie możliwości wydawały się równie prawdopodobne. – Potrzebujesz jeszcze czasu
tutaj, czy mogę powiedzieć Carlisle’owi, że skończyliśmy?
– Nie
wydaje mi się, żebym miał coś jeszcze do roboty – stwierdził w zamyśleniu.
Myślami wydawał się być gdzieś daleko, choć to równie dobrze mogło okazać się
wyłącznie moim wrażeniem.
– Więc
zobaczymy się przy samochodzie. Daj mi chwilę – poprosiłam, a kiedy skinął
głową, po prostu wyszłam, zostawiając go samego.
Z wolna
wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić. Teoretycznie nic się nie działo,
tak? Przynajmniej to próbowałam sobie wmówić, chociaż to wcale nie było takie
proste w przypadku Rufusa, który wyraźnie niepokoił się czymś, co
zaobserwował. To nigdy nie wróżyło dobrze, a przynajmniej dotychczasowe
doświadczenia nauczyły mnie, by podchodzić do zachowania wampira z rezerwą
– i to zwłaszcza w przypadkach, gdy trudno było mi jednoznaczne
stwierdzić, co takiego chodziło mojemu szwagrowi po głowie.
Wyjęłam
telefon, krzywiąc się mimowolnie, gdy przekonałam się, że wciąż nie miałam
żadnej odpowiedzi od Gabriela i Jocelyne. Ostatecznie zdecydowałam się dać
mężowi czas, zwłaszcza że minęło raptem kilkanaście minut, odkąd wysłałam go po
naszą córkę. Pewnie nawet nie dotarł na
miejsce, pomyślałam i z tym przekonaniem ruszyłam w stronę gabinetu
Carlisle’a. Chciałam przy okazji upewnić się, czy wracał do domu, zwłaszcza że w szpitalu
pojawił się przez wzgląd na mnie i Rufusa. Mogłam zresztą założyć się o to,
że również się martwił, woląc upewnić się, co takiego zdołaliśmy do tej pory
ustalić.
Czułam się
dziwnie, przechadzając się zaludnionymi korytarzami. Zapach ludzkiej krwi dawał
mi się we znaki, chociaż nie na tyle, bym zaczęła martwić się o samokontrolę.
Prawda była taka, że wciąż nie przywykłam do obecności aż tylko śmiertelników,
mimo wszystko przyzwyczajona do warunków, które panowały w Mieście Nocy. Miałam
wrażenie, że od chwili naszego wyjazdu wszystko było nie takie, jak być
powinno. Naprawdę zaczynałam wahać się nad tym, czy postąpiliśmy słusznie,
decydując się na przeprowadzkę. Oczywiście, że chciałam czegoś więcej zarówno
dla Jocelyne, jak i całej swojej rodziny, w tym również samej siebie,
ale…
Westchnęłam
w duchu. Kiedyś Isabeau stwierdziła, że Miasto Nocy miało w sobie
coś, przez co zawsze się do niego wracało. Teraz zaczynałam zastanawiać się,
czy przypadkiem nie było w tym stwierdzeniu czegoś więcej – zwiastuna
swoistego fatum, które prędzej czy później zagoniłoby nas do miejsca, które
wszyscy nazywaliśmy domem.
Przystanęłam
przed gabinetem Carlisle’a, gotowa zapukać, nim jednak podjęłam jakąkolwiek
decyzję, ubiegł mnie spokojny głos dziadka.
– Wejdź,
Nessie.
Nie miałam
pojęcia, jakim cudem zauważył moją obecność w budynku wypełnionymi
najróżniejszymi osobami, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Natychmiast wślizgnęłam się do gabinetu, starannie zamykając za sobą drzwi i opierając
się nań plecami. Mimo wszystko czułam się pewniej w gabinecie, który
wyglądał bardziej jak przytulny pokój i na każdym kroku nie przypominał mi
o tym, gdzie się znajdowałam.
– Już
skończyliśmy… A przynajmniej tak twierdzi Rufus – powiedziałam zgodnie z prawdą,
po czym zawahałam się, uważnie przypatrując Carlisle’owi. Siedział za biurkiem,
zaś po wyrazie jego twarzy i sposobie, w jaki obracał w palcach
telefon, bez trudu zorientowałam się, że był podenerwowany. – Coś nie tak?
Jedynie
potrząsnął głową.
–
Próbowałem dodzwonić się do Lawrence’a. Znowu
– dodał z naciskiem i zrozumiałam, że od czasu, w którym
Beatrycze znów znalazła się pod opieką moich bliskich, niewiele się zmieniło.
– Może w końcu
mamy szczęście i coś go pożarło – mruknęłam, nie mogąc się uśmiechnąć.
Miałam dość powodów, by wciąż być na tego wampira zła.
– Nessie…
–
Przepraszam – zreflektowałam się pośpiesznie. – Wiesz, że trudno mi życzyć mu
dobrze.
Carlisle
jedynie potrząsnął głową. Miałam wrażenie, że gdyby nie sytuacja, udałoby mu
się powstrzymać.
– Nie o to
chodzi. Po prostu tym razem odebrał – wyjaśnił, a ja prychnęłam.
A niech to szlag…
Powstrzymałam
się od komentarza, wręcz zmuszając do tego, żeby zachować powagę. Gdyby nie
było jakiegokolwiek problemu, Carlisle najpewniej mimo wszystko byłby
zadowolony, mogąc dodzwonić się do ojca. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć,
że mimo całej frustracji, wciąż się Lawrence’m przejmował.
– To już
coś – zauważyłam, próbując zrozumieć, co w takim razie go martwiło. –
Powiedział coś sensownego czy…? – Urwałam, po minie dziadka domyślając się,
jaka będzie odpowiedź.
–
Stwierdził, że potrzebuje czasu, bo nad czymś pracuje. Cokolwiek powinienem
przez to rozumieć. – Carlisle z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Nie
chcę niepotrzebnie się przejmować, ale… Cóż, to Lawrence. W przeszłości
zdarzało mu się namieszać dość, bym jednak się martwił – dodał, chociaż to było
dla mnie aż nazbyt oczywiste.
– Sam prosił
się o to, żebyśmy mu nie ufali – zauważyłam przytomnie. – Beatrycze też
się martwi. Może dla niego to nie ma znaczenia, ale skoro tak bardzo mu na niej
zależy, nie powinien zostawiać jej bez wyjaśnienia.
Być może
byłam wręcz okrutna, decydując się nazwać rzeczy po imieniu, ale właśnie w ten
sposób to widziałam. Co więcej, nie podobało mi się to, że Carlisle mógłby
zamartwiać się przez tego wampira. L. od samego początku był trudny i choć
pod wieloma kwestiami sama zawdzięczałam mu wiele, jednocześnie dał mi dość
powodów, bym chciała go zabić. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że zachowywał
się jak duże dziecko, przy działaniach nawet nie zastanawiając się nad tym,
czego mogliby oczekiwać pozostali.
– To teraz
nie ma znaczenia – stwierdził cicho Carlisle. Błyskawicznie udało mu się nad
sobą zapanować, chociaż ja i tak wiedziałam, że wciąż był podenerwowany. –
Zresztą mam wrażenie, że gdybym zaczął rozumieć własnego ojca, zaczęłoby być
naprawdę źle… Wracamy do domu? – zasugerował mi, pośpiesznie zmieniając temat.
Nie miałam nawet okazji zastanowić się nad tym, w jaki sposób skomentować
jego słowa. – Pojadę za wami i od razu zobaczę się z Beatrycze… O ile
to dobry moment.
Jakimś
cudem udało mi się uśmiechnąć – w nieco wymuszony, gorzki sposób.
– Jasne…
Ale chyba najpierw powinnam ci coś powiedzieć, dziadku – przyznałam z wahaniem.
– Coś w związku z pomysłami Rufusa – dodałam, dochodząc do wniosku,
że może nie byłoby źle, gdyby zobaczył Cassandrę. On przynajmniej miał przejąć
się tym, że wyglądała jak siódme nieszczęście.
Westchnęłam
cicho, bez pośpiechu ruszając w stronę drzwi. Zapowiadała się kolejna
interesująca rozmowa.

Melanie
Jason był poirytowany. To
stało się oczywiste już w momencie, w którym wrócił do samochodu,
klnąc na czym świat stoi i sprawiając wrażenie chętnego, żeby kogoś
zamordować. Melanie bez słowa zmierzyła go wzrokiem, jednocześnie prostując się
na siedzeniu kradzionego samochodu, który z taką wprawą udało mu się
odpalić. Cóż, to nie był pierwszy raz, kiedy zdarzało im się „pożyczyć” coś, co
nie należało do nich, więc tym bardziej nie zamierzała prawić Jasonowi z tego
powodu morałów.
– No i? –
zapytała z wahaniem, ledwo tylko mężczyzna wślizgnął się do samochodu, zasiadając
za kierownicą. Skrzywiła się, kiedy zatrzasnął drzwi na tyle gwałtownie, że aż
zaczęła martwić się o karoserię. Nie żeby dbała o wygląd auta, ale
szkoda byłoby już na wstępie uszkodzić dobrze prezentujący się pojazd. – Jason –
ponagliła, próbując stwierdzić, co mogło się stać.
– Szlag by
to trafi…
Zacisnęła
usta, ledwo powstrzymując się od komentarza. Z doświadczenia wiedziała, że
prościej było poczekać, żeby sam się uspokoił. Co prawda w ostatnim czasie
znamienita większość tego, co wiedziała o swoim partnerze, na nic jej się
nie zdawała, ale wolała się nad tym nie zastanawiać. Kwestia tego, co działo
się między nimi, już od kilku tygodni była na tyle skomplikowana, że Melanie
wolała nie wnikać w szczegóły.
– Wiec? –
odezwała się raz jeszcze, kiedy wampir w końcu przestał mruczeć pod nosem.
W zamian oparł się o kierownice, jednocześnie zaciskając na niej
palce na tyle gwałtownie, że aż zaczęła się obawiać, czy przypadkiem nie miał w planach
jej wyrwać. Uszkodzony układ sterowania zdecydowanie nie ułatwiłby odjechania z tego
miejsca. – Jesteś sam, więc zakładam, że…
– Jakaś ty
bystra, Mel – warknął, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. Mogła
zrozumieć, że był wściekły, ale i tak skrzywiła się, kiedy tak po prostu
dał jej do zrozumienia, że miał ją za głupią. Chyba powoli zaczynała przywykać,
że ją obrażał, chociaż to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. – Oczywiście,
że byli zainteresowani tym, że kogoś dla nich mam.
– Więc w czym
problem – zniecierpliwiła się. – Nie było cię pół godziny, a teraz
zachowujesz się tak, jakbyś zamierzał kogoś zabić. Nie dziw się, że próbuję cię
wypytywać!
Miała
wątpliwości co do tego, czy powinna podnosić głos, ale co innego mogła w obecnej
sytuacji zrobić? Już i tak była cierpliwa, próbując ignorować jego zmienne
nastroje i wspierać nawet największe z szaleństw, w które się
angażował. Jakby nie patrzeć, wciąż tutaj była, chociaż dał jej dość powodów,
by zapragnęła odwrócić się na pięcie i po prostu odejść.
– Nieważne.
Aż
zagotowało się w niej odpowiedzi na to jedno, rzucone na odczepnego słowo.
To było niemalże jak policzek, chociaż zarazem nie wyobrażała sobie tego, że
mógłby ją uderzyć. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, mimowolnie zastanawiając
się nad tym, czy gdyby zdecydowała się zdzielić go po głowie, oprzytomniałby,
czy może odwzajemnił jej się tym samym.
Jeszcze
jakiś czas temu potrafiłaby odpowiedzieć na to pytanie. Teraz… Cóż, nie była
tego taka pewna.
– Tak
zamierzasz ze mną rozmawiać? Jason, do cholery… – wycedziła przez zaciśnięte
zęby. – Zaprowadziłeś im dziewczyny. Gdzie w takim razie problem, skoro…?
– W tym,
że nie wpuścili mnie do środka – stwierdził, a Melanie spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Jesteś
wampirem. Czego tak naprawdę się spodziewałeś?
Nie
odpowiedział, to jednak wydawało się zbędne. Wciąż czuła jego wzburzenie i to
tak intensywnie, jakby było jej własnym. Musiała wręcz walczyć ze sobą, by
stłumić w sobie już odruchowe pragnienie, by otoczyć go ramionami i jakkolwiek
uspokoić. Może kiedyś to by wystarczyło, ale obecnie szczerze wątpiła, by jej
dotyk miał dla niego jakiekolwiek znaczenie. Chwilami była gotowa przysiąc, że
byli sobie obcy, chociaż nie potrafiła stwierdzić kiedy i jakim cudem do
tego doszło.
Oboje
milczeli, co na dłuższą metę okazało się zadziwiająco niezręczne. Melanie
odchrząknęła i poprawiwszy się na swoim miejscu, wymownie spojrzała w okno
po swojej stronie. Łatwiej było bez zainteresowania pooglądać w ciemność
za oknem, niż w jakikolwiek sposób walczyć o utrzymanie rozmowy,
która od samego początku wydawała się pozbawiona sensu. Czegokolwiek chciał
Jason, najwyraźniej poniósł porażkę, z którą nie zamierzał ot tak się pogodzić.
– Ja… Nie
wiem, Mel – usłyszała. Jego głos ją zaskoczył, zwłaszcza że zabrzmiał niemalże
przepraszająco i inaczej niż do tej pory. – Liczyłem, że… Ale może zbytnio
się pośpieszyłem – przyznał po chwili wahania.
– To, co
robisz, nie ma żadnego sensu, Jason – przypomniała mu cicho. – Mówiłam ci to
już.
– Chcę
tylko, żebyś mi zaufała – padło w odpowiedzi. – O nic więcej nie
proszę – dodał, więc bez przekonania skinęła głową.
Prawda była
taka, że już dawno straciła siłę, by w tym trwać. Miała wrażenie, że tkwi w samym
środku koszmaru, nie potrafiąc podjąć decyzji, która w rzeczywistości była
dziecinnie prosta. Naiwnie udawała, że wciąż wierzy, ale… to już dawno
przestało mieć jakikolwiek związek z rzeczywistością.
Cholera,
była głupia. Wiedziała o tym, a jednak nawet ta świadomość nie
wystarczyła, by nakłonić ją do jakiejkolwiek zmiany.
– A później…
wyjedziemy, tak? Prędzej czy później w końcu zaczniemy żyć tak jak do tej
pory? – zapytała cicho, niemalże dziecinnie. Nie mogła powstrzymać się przed
zadaniem tego pytania.
–
Oczywiście, że tak. Przerabialiśmy to wielokrotnie, Melanie – przypomniał
Jason.
Coś w tym,
że użył jej pełnego imienia, wydało się wampirzycy co najmniej niewłaściwe.
Jeśli do
tej pory miała wątpliwości co do tego, czy podczas każdej kolejnej rozmowy
czuła bijący od niego chłód, w tamtej chwili ostatecznie wyzbyła się
jakichkolwiek złudzeń. Niemalże czuła, że ze znudzeniem powtarzał jej te samej
obietnice, już nawet nie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie zamierzał je
spełnić.
– W porządku.
Nie dodała
niczego więcej, nie chcąc prowokować kłótni. Skoro zabrnęli aż tak daleko,
mogła jeszcze chwilę trwać w tej farsie, prawda? Co prawda teraz Jason był
wzburzony tym, że jego plan nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, ale to w gruncie
rzeczy nie miało znaczenia. Może w końcu miało do niego dotrzeć, że tracił
czas, próbując zadzierać z osobami, z którymi nie miał najmniejszych nawet
szans. Skoro nie zamierzał słuchać jej błagań, próśb i ostrzeżeń, być może
powinna pozwolić mu odczuć na własnej skórze, że podejmował błędne decyzje.
Tylko może.
Nerwowo
zacisnęła usta, nie pierwszy raz w ciągu zaledwie kilku godzin myśląc o tym,
że właśnie pozwalała mu się pogrążyć. Wiedziała to już w chwili, w której
zaatakowali tamte dziewczyny, tym samym definitywnie pozbawiając się możliwości
poproszenia o pomoc Isabeau. Nie żeby sądziła, że jednak zdołałaby się
przełamać i udać do wampirzycy, by o cokolwiek prosić, ale z jakiegoś
powodu świadomość, że pozbawiła się tej alternatywy, wzbudziła w Melanie
niemalże paniczny lęk. Już w tamtym magazynie czuła, że mogła zginać –
wystarczyło, żeby Isabeau i towarzyszący jej wampir podjęli taką decyzję.
To, że wciąż tutaj była, wydawało się jakimś cholernym łutem szczęścia, który z łatwością
mogła zaprzepaścić.
Inna
sprawa, że tamte dziewczyny nie zawiniły im niczym, zresztą jak cała ich
rodzina. To od początku był zły pomysł, chociaż przynajmniej na początku mogła
go jeszcze jakoś usprawiedliwić. Kiedy odnalazła ich Jane…
Ale teraz
byli tutaj osobiście, a ona pozwalała na to, by Jason dalej zapędzał się, trwając
w tym swoim szaleństwie.
Nie miała
pojęcia, co miało stać się w następnej kolejności, ale naprawdę się bała –
i nic nie wskazywało na to, by to miało ulec zmianie.
– Wrócimy
tutaj później. Ja jeszcze nie skończyłem – oznajmił Jason, decydując się
przerwać przeciągającą się ciszę.
Zaraz po
tym po prostu odpalił silnik samochodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz