28 stycznia 2018

Dwieście sześćdziesiąt siedem

Renesmee
Starannie zamknęłam za sobą drzwi do sypialni. Wciąż wyraźnie czułam zapach Joce, chociaż od jej wyjścia minęło dość czasu, by przestał być aż tak intensywny. Westchnęłam cicho, kolejny raz zaczynając myśleć o córce i tym, co powiedziała mi Beatrycze. Musiałam z nią porozmawiać i coraz bardziej korciło mnie, żeby to do niej w pierwszej kolejności zadzwonić i sprawdzić, kiedy zamierzała wrócić do domu.
Usiadłam na łóżku, próbując się uspokoić. Czułam się dziwnie roztrzęsiona, ale starałam się o tym nie myśleć. W zasadzie po tym, co powiedział mi Rufus, trudno było mi sobie wyobrazić, że mogłaby odczuwać cokolwiek innego, prócz wciąż towarzyszącego mi napięcia.
Zaczęłam nerwowo obracać telefon, przez kilka sekund bezmyślnie wpatrując się w wygaszony ekran. Znów pomyślałam o Charliem i Sue, nie pierwszy raz zaczynając mieć wyrzuty sumienia przez to, że zwlekałam z odwiedzeniem ich. To wciąż mnie dręczyło, zresztą jak i wiele innych spraw, które przynajmniej tymczasowo musiałam odłożyć na bok. W tamtej chwil tym bardziej zaczęłam żałować, że nie było przy mnie Gabriela, bo sama jego obecność wystarczyłaby, bym mogła łatwiej zebrać myśli.
– Coś się stało, Nessie? – zapytał mnie już na wstępie Carlisle, odbierając telefon już po drugim sygnale. To najpewniej oznaczało, że był w domu, co przyjęłam z ulgą.
– Nie – zapewniłam pośpiesznie. Miałam wrażenie, że to dość naciągana teoria, ale wolałam się nad tym nie zastanawiać. – Zresztą to chyba ja powinnam o to pytać. Wszystko u was w porządku? – dodałam, nie mogąc się powstrzymać. Gabriel opowiedział mi dość, bym miała powody martwić się o najbliższych.
– Ach… Wierz mi, że już wszystko jest w porządku, kochanie. – Chociaż szczerze wątpiłam, by dziadek próbował mnie okłamać, coś w jego tonie wzbudziło moje wątpliwości. – Nikomu nic się nie stało. Mam nadzieję, że Gabriel cię nie nastraszył.
Ledwo powstrzymałam się od nieco histerycznego śmiechu.
– Gabriel zwykle stara się uważać z mówieniem rzeczy, które mogłyby mnie wystraszyć – zauważyłam zgodnie z prawdą. – Ale to i tak mi się nie podoba. To, co stało się z Jane…
– Najważniejsze, że wszyscy są cali – przypomniał mi, tym samym dając do zrozumienia, że niekoniecznie było w nastroju, by o tym rozmawiać.
Westchnęłam w duchu, ale nie próbowałam protestować. Carlisle rzadko kiedy dawał się ponieść emocjom na tyle, by było to zauważalne, a jednak w tamtej chwili wyraźnie czułam, że sytuacja zaczynała go przerastać. Cóż, biorąc pod uwagę udział Eleny i to, co powiedział mi Gabriel, już nawet nie byłam takim stanem rzeczy zaskoczona.
– Tak… – rzuciłam z opóźnieniem. – Najważniejsze.
Może gdybym do tego wszystkiego potrafiła w to uwierzyć, wszystko stałoby się prostsze.
– Z Joce wszystko w porządku? – usłyszałam i to wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia.
– Och, tak… Damien też jej pomógł, więc szybko doszła do siebie – zapewniłam pośpiesznie. – Dziękuję. Gdyby faktycznie stało się coś poważnego…
– Wiesz, że zrobiłbym dla was wszystko – przypomniał, przerywając mi, zanim zdążyłabym niepotrzebnie się zamartwiać. – Teraz też zaufaj mi, że sobie radzimy. Co prawda wszyscy dalej są w szoku, ale damy sobie z tym radę. Najważniejsze, żebyście też na siebie uważali, przynajmniej tak długo, jak nie rozwiążemy sprawy z Jane.
Wyczułam, że ta kwestia go martwiła, co zresztą wcale mnie nie dziwiło. Trudno bym nie pamiętała, jak niebezpieczna potrafiła być Jane. Co więcej, wciąż nie mogłam pozbyć się wrażenia, że byłam jedną z pierwszych osób, które te wampirzyca by skrzywdził – ot tak dla zasady, byleby podkreślić swoją pozycję.
– Nie podoba mi się, że uciekła – przyznałam zgodnie z prawdą. – Co zamierzamy z tym zrobić?
Carlisle wyraźnie się zawahał.
– Szczerze mówiąc… Nie mam pojęcia – odezwał się po dłuższej chwili zastanowienia. Mało kiedy miałam poczucie, że był bezradny, ale w tamtej chwili zdecydowanie właśnie tego doświadczał. – Nikt nie ma pomysłu, co z nią zrobić. Nawet Alec był w szoku, więc…
– Gabriel mówił, że później postawiła się reszta – przerwałam mu, nie mogąc się powstrzymać. Nawet nie próbowałam ukrywać sceptycyzmu. – Naprawdę ufamy Aro? Przecież gdyby faktycznie chciał pomóc, oddelegowałby Demetriego – zauważyłam, starając się myśleć jak najbardziej praktyczne. Nic nie mogłam poradzić na to, że zabrzmiałam niemalże oskarżycielko, w pamięci wciąż mając to, jak często Carlisle zachowywał się w przesadnie uprzejmy, niemalże naiwny sposób.
– Próbował – uświadomił mnie niemalże łagodnym tonem dziadek. – Jane jakimś cudem przebiła się przez osłonę Gabriela. Twoja mama też cały czas tam była, a jednak… – Urwał, bo wnioski wydawały się oczywiste. – Zdaniem Demetriego, już od dłuższego czasu nie był w stanie jej wyczuć. To samo zresztą tyczy się Isobel.
Zacisnęłam usta, co najmniej zaniepokojona jego słowami. Zwłaszcza wzmianka o Isobel wzbudziła moje wątpliwości, choć dość oczywistym wydawało się, że po akcji na balu, Volturi mogliby poszukiwać królowej. Najbardziej jednak obawiałam się tego, co tak naprawdę kryło się za ich intencjami – chęć pozbycia się problemu, czy może to, co powiedział mi Gabriel. Kto jak kto, ale ta wampirzyca zdecydowanie potrafiła owinąć sobie innych wokół palca, co zresztą zdążyła już wielokrotnie udowodnić. Gdyby doszło do tego po raz kolejny…
– I tak nie chcę ufać Aro. Niezależnie od tego, co mógłby powiedzieć – oznajmiłam cicho, starannie dopierając słowa.
– Wierz mi, że nie musisz się o to martwić, Nessie.
Coś w odpowiedzi Carlisle’a sprawiło, że poczułam nieprzyjemny ucisk w gardle, jednocześnie uświadamiając mi, że tak naprawdę nie musiałam mu o tym przypominać. Po tym, jak wszyscy byliśmy świadkami śmierci Eleny, o jakimkolwiek zaufaniu do Włochów zdecydowanie nie mogło być mowy.
Skinęłam głową, chociaż Carlisle oczywiście nie mógł tego zobaczyć. Mimo wszystko poczułam się spokojniejsza, chociaż zarazem wciąż dręczyło mnie wystarczająco wiele wątpliwości, bym zaczęła czuć się nieswojo.
– Tak czy inaczej, mam wrażenie, że nie zadzwoniłaś, żeby tylko porozmawiać – usłyszałam i to wystarczyło, żeby sprowadzić mnie na ziemię. – Co się dzieje, Nessie?
Westchnęłam, myślami wciąż przy Volturi, Jane i całym tym zamieszaniu. Nie miałam pojęcia dokąd to prowadziło, ale nie podobało mi się.
– W zasadzie to dzwonię dlatego, że Rufus ma prośbę – oznajmiłam wprost, decydując się przejść do rzeczy.
– Rufus… poprosił?
Prawie udało mi się uśmiechnąć.
– W jego mniemaniu najpewniej tak było – przyznałam, w następnej kolejności przechodząc do sedna sprawy.
Pozostawało mi mieć nadzieję, że przynajmniej trop Cassandry faktycznie miał zaprowadzić nas gdzieś dalej niż do tej pory.

Nie lubiłam szpitali. Tak było od samego początku i podejrzewałam, że mimo upływu czasu, taki stan rzeczy nie miał ulec zmianie. Nieznacznie inaczej sprawy miały się z tym w Mieście Nocy, nie zmieniało to jednak faktu, że niezależnie od sytuacji, która zmuszała mnie do znalezienia się w takim miejscu, czułam się nieswojo. Parkując przed tym, w którym obecnie pracował Carlisle, miałam jeszcze wątpliwości, mimowolnie myśląc o Joce, jej zdolnościach i tym, że zwłaszcza w szpitalach musiało znajdować się mnóstwo istot, o których obecności w normalnych warunkach nie miało się zielonego pojęcia.
Och, może w końcu rozumiałam, dlaczego mała właściwie nie dawała mi odpocząć po porodzie. Z kilku dni, które na prośbę Carlisle’a spędziłyśmy z Joce w szpitalu, pamiętałam przede wszystkim jej płacz i to, że przez większość czasu próbowałam ją uspokajać, poprzez ciągłe noszenie na rękach.
Mimowolnie zadrżałam, dziwnie zaniepokojona taką perspektywą. Jeśli już jako dziecko zdarzało jej się widywać pewne rzeczy…
– Nie musisz iść ze mną – stwierdził Rufus, tym samym uświadamiając mi, że od dłuższej chwili siedziałam wyprostowana niczym struna, nerwowo zaciskając dłonie na kierownicy.
– Myślałam o Jocelyne – oznajmiłam zgodnie z prawdą.
Wampir rzucił mi bliżej nieokreślone spojrzenie.
– Myślisz o niej akurat teraz, bo…?
Westchnęłam cicho. Być może zwłaszcza z jego perspektywy wyglądało to tak, jakbym panikowała, ale przynajmniej miałam się komu wygadać.
– Bo martwię się o to, że nie ma jej w domu. Minęło już trochę czasu i… – Zamilkłam, po czym wzruszyłam ramionami. – Pocieszam się tym, że jest z Claire. Podejrzewam, że potrafi siedzieć w bibliotece równie długo, co i ty, więc…
– Coś w tym jest. – Trudno było mi stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. – Tak czy inaczej, nie musisz iść ze mną, zwłaszcza że szczerze wątpię, byś mi się przydała – dodał, a ja prychnęłam.
– Uważasz, że niczego nie zrozumiem?
O dziwo, Rufus jedynie potrząsnął głową.
– Nie. Ale wiem, jak uciążliwa potrafisz być, kiedy się zdenerwujesz. To dość… irytujące, zwłaszcza że lubię pracować w ciszy.
– Poradzę sobie.
Spojrzał na mnie z powątpiewaniem, ale przynajmniej nawet słowem nie skomentował tego, że również wysiadłam z auta, w pośpiechu ruszając za nim. W jakiś sposób czułam, że powinnam się zaangażować, zwłaszcza że sprawa Cassandry od samego początku była czymś, co nie dawało mi spokoju. Cóż, inna sprawa, że na swój sposób też chciałam przypilnować Rufusa, zwłaszcza że pod ręką nie było Layli, która mogłaby jakkolwiek wpłynąć na tego wampira. Byłam aż nazbyt świadoma, że mimo wszystko potrzebował kogoś, kto by go hamował, ja zaś nie pierwszy raz chcąc nie chcąc zmuszałam się do pełnienia tej roli.
Rufus bez słowa ruszył w swoją stronę, ledwo tylko przekroczyliśmy próg budynku. Zawahałam się, ale nie próbowałam go zatrzymywać, zwłaszcza że sprawiał wrażenie kogoś, kto dobrze wiedział, gdzie powinien się udać. Pozostawiłam to bez komentarza, woląc nie zastanawiać się nad tym, skąd w jakimkolwiek stopniu mógłby w ogóle znać układ tego miejsca.
– Carlisle powiedział, że uda mi się załatwić dostęp do laboratorium na jakąś godzinę – wyjaśniłam pośpiesznie – więc…
– Wystarczy mi – stwierdził z przekonaniem.
Skinęłam głową, bynajmniej nie uspokojona. Miałam wrażenie, że tak naprawdę wcale nie potrzebowaliśmy potwierdzenia co do tego, co znajdowało się w tych pigułkach. Nawet jeśli, szczerze wątpiłam, by w ten sposób którekolwiek z nas doznało olśnienia. Jeśli już, o wiele pewniejszym tropem wydawali się łowcy, o których wspomniała Cassandra. Wciąż miałam wrażenie, że powinniśmy spróbować porozmawiać z Liz albo Damienem, chociaż zarazem nie mogłam zaprzeczyć, że kolejny raz to właśnie Rufus mógł mieć najwięcej do powiedzenia. To nie był pierwszy raz, kiedy najbardziej problematyczne okazywały się konsekwencje tego, co wampirowi zdarzało się robić w przeszłości.
Carlisle czekał na nas przy swoim gabinecie. Jeden rzut oka na dziadka wystarczył mi, żebym doszła do wniosku, że wyglądał na zmęczonego, co w przypadku wampira było nie lada wyczynem. Wysiliłam się na blady uśmiech, próbując przynajmniej udawać, że wszystko było w absolutnym porządku, obawiałam się jednak, że to wcale nie miało być takie proste.
– Mamy mało czasu, więc najlepiej od razu chodźcie… Zresztą wolałbym teraz być w domu – przyznał Carlisle. – Cóż, Elena… – dodał, podchwyciwszy moje pytające spojrzenie.
– Jak podejrzewam, nie zachowuje się dziwniej niż zazwyczaj – zasugerował jakby od niechcenia Rufus.
Przez twarz doktora przemknął cień.
– Zaczęła spędzać sporo czasu z Miriam – wyjaśnił i jasnym stało się dla mnie to, że miał co do takiego stanu rzeczy wątpliwości.
– Mówiłem – stwierdził Rufus takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
– Tak czy inaczej – odezwałam się pośpiesznie, nie zamierzając czekać aż rozmowa przybierze niewłaściwy kierunek – powinniśmy się pośpieszyć, tak? Swoją drogą, zajrzę do was później – dodałam.
Chciałam to zrobić już od chwili, w której dowiedziałam się, jak mają się sprawy. To nie tak, że nie wierzyłam w zapewnienia, że wszyscy byli cali, ale i tak wolałam się upewnić. Wiedziałam, że powinniśmy trzymać się razem, zwłaszcza w obecnej sytuacji.
– Pamiętam, że mam zabrać Beatrycze. Przynajmniej ona nie musiała się w to mieszać – mruknął w zamyśleniu doktor.
– Z tego co wiem, ona też się martwi.
Jakoś nie miałam co do tego wątpliwości, zwłaszcza po rozmowie o Jocelyne. Może i nie rozmawialiśmy z nią na bieżąco, ale to nie miało znaczenia – nie, skoro kobieta okazała się zadziwiająco wręcz dobrym obserwatorem. Inna sprawa, że atmosfera w domu była na tyle napięta, że niemożliwym wręcz wydawało się zignorować fakt, że działo się coś niedobrego.
Nie rozmawialiśmy więcej, co przyjęłam z ulgą. W milczeniu obserwowałam otoczenie, wciąż spięta i pełna wątpliwości. Carlisle poprowadził nas do bardziej odludnej, zamkniętej dla przypadkowych osób części budynku, gdzie mieściły się laboratoria. Poczułam się dziwnie, zwłaszcza że uporządkowane i niemalże sterylnie czyste pomieszczenie w niczym nie przypominało tego, w którym zazwyczaj pracował Rufus. Nie byłam pewna czy to dobrze, zresztą sam zainteresowany wydawał się skupiony przede wszystkim na możliwości ustalenia tego, co interesowało go najbardziej.
– Będę w pobliżu – zapowiedział Carlisle. – Jeśli chcesz, możesz się ze mną przejść, Nessie – dodał, spoglądając na mnie z powątpiewaniem.
– Mam wrażenie, że uparła się mnie pilnować – rzucił Rufus, zanim zdążyłabym odpowiedzieć. – Jej decyzja, o ile nie zamierza być uciążliwa.
Zacisnęłam usta, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś złośliwego. Jakby nie patrzeć, nie mogłam zaprzeczyć, że tak właśnie było – pilnowałam go.
– Poradzimy sobie.
Powiodłam wzrokiem dookoła, raz jeszcze rozglądając się po laboratorium. Rufus najwyraźniej nie miał wątpliwości co do działania obecnego w tym miejscu sprzętu, bo prawie natychmiast zniknął mi z oczu, bez słowa wyjaśnienia przemieszczając się niemalże na drugą stronę pomieszczenia. Wywróciłam oczami, bynajmniej nie zaskoczona jego zachowaniem i tym, że zdecydował się na najbardziej oddalone od drzwi stanowisko. Sam jeszcze w samochodzie przypominał mi, że woli pracować w spokoju, więc obecne warunki najpewniej mu odpowiadały.
Milczałam, chociaż wciąż miałam dziesiątki pytań, które chciałam zadać. Chwilę jeszcze obserwowałam całkowicie zajętego swoimi sprawami wampira, nim ostatecznie doszłam do wniosku, że najrozsądniej byłoby mu nie przeszkadzać. Pod jedną ze ścian znalazłam leżankę, więc przysiadłam na skraju, po czym wyjęłam telefon, nie pierwszy raz spoglądając na wyświetlacz. Serce zabiło mi szybciej, kiedy zauważyłam informację o otrzymaniu nowej wiadomości, podekscytowanie jednak zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, kiedy zorientowałam się, że to Gabriel.
Gdzie jesteś?
Westchnęłam. Mogłam się tego spodziewać, zwłaszcza że mijaliśmy się praktycznie od samego rana. W zasadzie nawet nie byłam zdziwiona tym, że się przejmował, skoro sama wypatrywałam jakichkolwiek oznak życia ze strony Jocelyne.
Pilnuję, żeby Rufus nie zrobił czegoś głupiego. Joce wróciła?
Miałam złe przeczucia, które stopniowo przybierały na sile. Musiałam się upewnić, które niezmiennie nie dawały mi spokoju. Chciałam przekonać samą siebie, że panikuję, zwłaszcza po ataku Jane obawiając się najgorszego, ale…
Nie. Coś jest nie tak, mi amore?
Zacisnęłam usta. Gdybym tylko wiedziała, co powinnam mu odpowiedzieć…
Wystarczy, zadecydowałam, w pośpiechu wybierając numer córki. Wolałam się upewnić, nawet gdybym jednak miała wyjść na histeryczkę. Być może fakt, że przebywałam w szpitalu, a więc w miejscu, które zazwyczaj instynktownie omijałam, jedynie pogarszał sytuację, sprawiając, że przejmowałam się bardziej niż powinnam, ale nie dbałam o to. Zresztą pojedynczy telefon mógł z łatwością rozwiązać problem, w końcu pozwalając mi się rozluźnić.
Z tym, że szybko przekonałam się, że nie mam na co liczyć. Przez pierwsze trzy sygnały oczekiwania siedziałam jak na szpilkach, z kolei każdy kolejny sprawił, że byłam coraz bliższa tego, żeby wyjść z siebie. Kiedy na sam koniec odezwała się poczta głosowa, zaczęłam poważnie zastanawiać się nad ciśnięciem telefonem o ścianę.
Fakt, że przy próbie dodzwonienia się do Claire, doczekałam się informacji, że abonent jest poza zasięgiem, jedynie wzmógł moje wątpliwości. Coraz bardziej podenerwowana, w pośpiechu odpisałam Gabrielowi, po cichu licząc na to, że przynajmniej on będzie w stanie zrobić coś, żeby mnie uspokoić.
Nie wiem. Mógłbyś po nią pojechać? Miała spotkać się z Claire w bibliotece.
Odpisał mi tak szybko, że nie miałam wątpliwości, że najpewniej siedział z telefonem, czekając na jakąkolwiek informację z mojej strony.
Jasne. Daj mi znać, gdyby coś się działo.
Coś w lakoniczności tej odpowiedzi sprawiło, że poczułam się naprawdę zaniepokojona. Znałam Gabriela na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy się martwił. Wszystko wskazywało na to, że zdołałam go zdenerwować – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Mimo wszystko poczułam się pewniej na myśl o tym, że miałby sprawdzić, czy z Joce wszystko w porządku. Wolałam przekonać się, że jednak zaczynałam być przewrażliwiona, niż późnij zacząć żałować, że mimo obaw nie zrobiłam niczego.
– Jeśli aż tak źle się tutaj czujesz, nikt nie zabrania ci wyjść – usłyszałam niemalże całkowicie obojętny głos Rufusa.
Wzdrygnęłam się, w pośpiechu przenosząc na niego wzrok. Skupiona na telefonie, zdążyłam niemalże zapomnieć o jego obecności.
– Co takiego?
Wampir spojrzał na mnie jakby od niechcenia.
– Masz tak przyśpieszony puls, że słyszę aż tutaj. Jeśli chodzi o to miejsce…
– Wciąż chodzi o Joce – przerwałam mu i to wystarczyło, by w końcu spojrzał na mnie bardziej przytomnie.
– Przez ciebie naprawdę zaczynam niepokoić się o Claire – stwierdził, a ja cicho westchnęłam.
– Wybacz. Pewnie jestem przewrażliwiona. – Wzruszyłam ramionami. – Tak czy inaczej, wysłałam Gabriela, żeby przywiózł je do domu. Już jest późno.
Czekałam na jakąś złośliwą uwagę, która najpewniej potwierdziłaby to, że niepotrzebnie aż tak się przejmowałam, ale nic podobnego nie miało miejsca. W zamian Rufus po prostu skinął głową, zupełnie jakby takie posunięcie z mojej strony było mu na rękę.
– W porządku – powiedział po chwili zastanowienia. – A skoro utrzymujesz, że wszystko w porządku, to bądź taka dobra i chodź tutaj. Możliwe, że będziesz w stanie mi pomóc – stwierdził, a ja uniosłam brwi.
– Znalazłeś coś? – zapytałam, podrywając się na równe nogi.
Rzucił mi urażone spojrzenie, wyraźnie niezadowolony z tego, że w ogóle mogłabym wątpić w powodzenie. Zignorowałam jego reakcję, w zamian w pośpiechu pokonując dzielący nas dystans. Co prawda po Rufusie mogłam spodziewać się wszystkiego, zwłaszcza że „pomoc” w jego mniemaniu potrafiła znaczyć chociażby tyle, że potrzebował krwi. Co więcej, nie zawsze przychodziło mu do głowy, żeby przynajmniej zapytać, czy ktokolwiek zechce mu jej udzielić.
– Możliwe – stwierdził lakonicznie – ale i tak chciałbym coś sprawdzić. Opinia kogoś innego może się przydać.
– Wiesz, że się na tym nie znam – przypomniałam mu, wymownie spoglądając na mikroskop.
– Nie oczekuję od ciebie niczego, czego nie byłabyś w stanie mi powiedzieć. Wydaje mi się zresztą, że kiedyś pokazałem ci dość… Cóż, odrobina zaufania – zasugerował i przez moment wyglądał na bliskiego tego, by zdołać się uśmiechnąć.
Zawahałam się, ale ostatecznie skinęłam głową. Wiedziałam do czego nawiązywał, aż za dobrze pamiętając tamtą rozmowę w laboratorium. Co prawda na samo wspomnienie miałam mętlik w głowie, nie tylko oszołomiona tym, że próbował pokazać mi swój sposób patrzenia na świat, ale przede wszystkim niechcianym incydentem, który nastąpił późnej, niemniej…
Zacisnęłam usta. Nie chciałam tego rozpamiętywać, zwłaszcza po całych latach, skoro doszliśmy do porozumienia. Miałam zresztą wrażenie, że gdyby Rufus miał w planach zrobienie coś głupiego, już dawno by do tego doszło.
– Skoro tak uważasz… – mruknęłam z opóźnieniem. – Ale jeśli zaczniesz mieć do mnie pretensje o to, że znów cię nie rozumiem, przysięgam, że ci przyłożę – zapowiedziałam, wampir jednak jedynie zbył moje groźby wywróceniem oczami.
– Postaram się powstrzymać – rzucił jakby od niechcenia. Nie miałam pojęcia, czy mogę mu w tej kwestii zaufać. – Po prostu spójrz i powiedz mi, co widzisz. Przyznam szczerze, że mimo wszystko dostrzeżesz tutaj coś znajomego – dodał, tym samym wzbudzając we mnie jeszcze więcej wątpliwości.
Bez słowa przesunęłam się na tyle, by mieć swobodny dostęp do mikroskopu. W duchu modląc się o to, żeby jednak nie zrobić z siebie idiotki, nachyliłam się, żeby móc spojrzeć w okular. Rufus przynajmniej nie zmuszał mnie do tego, bym sama musiała szukać odpowiednich ustawień ostrości, więc dostrzeżenie tego, co najpewniej go intrygowało, okazało się dziecinnie proste.
– Och…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa