
Renesmee
Starannie zamknęłam za sobą
drzwi do sypialni. Wciąż wyraźnie czułam zapach Joce, chociaż od jej wyjścia
minęło dość czasu, by przestał być aż tak intensywny. Westchnęłam cicho,
kolejny raz zaczynając myśleć o córce i tym, co powiedziała mi
Beatrycze. Musiałam z nią porozmawiać i coraz bardziej korciło mnie,
żeby to do niej w pierwszej kolejności zadzwonić i sprawdzić, kiedy
zamierzała wrócić do domu.
Usiadłam na
łóżku, próbując się uspokoić. Czułam się dziwnie roztrzęsiona, ale starałam się
o tym nie myśleć. W zasadzie po tym, co powiedział mi Rufus, trudno
było mi sobie wyobrazić, że mogłaby odczuwać cokolwiek innego, prócz wciąż
towarzyszącego mi napięcia.
Zaczęłam
nerwowo obracać telefon, przez kilka sekund bezmyślnie wpatrując się w wygaszony
ekran. Znów pomyślałam o Charliem i Sue, nie pierwszy raz zaczynając
mieć wyrzuty sumienia przez to, że zwlekałam z odwiedzeniem ich. To wciąż mnie
dręczyło, zresztą jak i wiele innych spraw, które przynajmniej tymczasowo
musiałam odłożyć na bok. W tamtej chwil tym bardziej zaczęłam żałować, że
nie było przy mnie Gabriela, bo sama jego obecność wystarczyłaby, bym mogła
łatwiej zebrać myśli.
– Coś się
stało, Nessie? – zapytał mnie już na wstępie Carlisle, odbierając telefon już
po drugim sygnale. To najpewniej oznaczało, że był w domu, co przyjęłam z ulgą.
– Nie –
zapewniłam pośpiesznie. Miałam wrażenie, że to dość naciągana teoria, ale
wolałam się nad tym nie zastanawiać. – Zresztą to chyba ja powinnam o to
pytać. Wszystko u was w porządku? – dodałam, nie mogąc się
powstrzymać. Gabriel opowiedział mi dość, bym miała powody martwić się o najbliższych.
– Ach…
Wierz mi, że już wszystko jest w porządku, kochanie. – Chociaż szczerze
wątpiłam, by dziadek próbował mnie okłamać, coś w jego tonie wzbudziło
moje wątpliwości. – Nikomu nic się nie stało. Mam nadzieję, że Gabriel cię nie
nastraszył.
Ledwo
powstrzymałam się od nieco histerycznego śmiechu.
– Gabriel
zwykle stara się uważać z mówieniem rzeczy, które mogłyby mnie wystraszyć –
zauważyłam zgodnie z prawdą. – Ale to i tak mi się nie podoba. To, co
stało się z Jane…
–
Najważniejsze, że wszyscy są cali – przypomniał mi, tym samym dając do zrozumienia,
że niekoniecznie było w nastroju, by o tym rozmawiać.
Westchnęłam
w duchu, ale nie próbowałam protestować. Carlisle rzadko kiedy dawał się
ponieść emocjom na tyle, by było to zauważalne, a jednak w tamtej
chwili wyraźnie czułam, że sytuacja zaczynała go przerastać. Cóż, biorąc pod
uwagę udział Eleny i to, co powiedział mi Gabriel, już nawet nie byłam
takim stanem rzeczy zaskoczona.
– Tak… –
rzuciłam z opóźnieniem. – Najważniejsze.
Może gdybym
do tego wszystkiego potrafiła w to uwierzyć, wszystko stałoby się
prostsze.
– Z Joce
wszystko w porządku? – usłyszałam i to wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia.
– Och, tak…
Damien też jej pomógł, więc szybko doszła do siebie – zapewniłam pośpiesznie. –
Dziękuję. Gdyby faktycznie stało się coś poważnego…
– Wiesz, że
zrobiłbym dla was wszystko – przypomniał, przerywając mi, zanim zdążyłabym
niepotrzebnie się zamartwiać. – Teraz też zaufaj mi, że sobie radzimy. Co
prawda wszyscy dalej są w szoku, ale damy sobie z tym radę.
Najważniejsze, żebyście też na siebie uważali, przynajmniej tak długo, jak nie
rozwiążemy sprawy z Jane.
Wyczułam,
że ta kwestia go martwiła, co zresztą wcale mnie nie dziwiło. Trudno bym nie
pamiętała, jak niebezpieczna potrafiła być Jane. Co więcej, wciąż nie mogłam
pozbyć się wrażenia, że byłam jedną z pierwszych osób, które te wampirzyca
by skrzywdził – ot tak dla zasady, byleby podkreślić swoją pozycję.
– Nie
podoba mi się, że uciekła – przyznałam zgodnie z prawdą. – Co zamierzamy z tym
zrobić?
Carlisle
wyraźnie się zawahał.
– Szczerze
mówiąc… Nie mam pojęcia – odezwał się po dłuższej chwili zastanowienia. Mało
kiedy miałam poczucie, że był bezradny, ale w tamtej chwili zdecydowanie właśnie
tego doświadczał. – Nikt nie ma pomysłu, co z nią zrobić. Nawet Alec był w szoku,
więc…
– Gabriel mówił,
że później postawiła się reszta – przerwałam mu, nie mogąc się powstrzymać.
Nawet nie próbowałam ukrywać sceptycyzmu. – Naprawdę ufamy Aro? Przecież gdyby
faktycznie chciał pomóc, oddelegowałby Demetriego – zauważyłam, starając się
myśleć jak najbardziej praktyczne. Nic nie mogłam poradzić na to, że
zabrzmiałam niemalże oskarżycielko, w pamięci wciąż mając to, jak często
Carlisle zachowywał się w przesadnie uprzejmy, niemalże naiwny sposób.
– Próbował –
uświadomił mnie niemalże łagodnym tonem dziadek. – Jane jakimś cudem przebiła
się przez osłonę Gabriela. Twoja mama też cały czas tam była, a jednak… –
Urwał, bo wnioski wydawały się oczywiste. – Zdaniem Demetriego, już od dłuższego
czasu nie był w stanie jej wyczuć. To samo zresztą tyczy się Isobel.
Zacisnęłam
usta, co najmniej zaniepokojona jego słowami. Zwłaszcza wzmianka o Isobel
wzbudziła moje wątpliwości, choć dość oczywistym wydawało się, że po akcji na
balu, Volturi mogliby poszukiwać królowej. Najbardziej jednak obawiałam się
tego, co tak naprawdę kryło się za ich intencjami – chęć pozbycia się problemu,
czy może to, co powiedział mi Gabriel. Kto jak kto, ale ta wampirzyca zdecydowanie
potrafiła owinąć sobie innych wokół palca, co zresztą zdążyła już wielokrotnie
udowodnić. Gdyby doszło do tego po raz kolejny…
– I tak
nie chcę ufać Aro. Niezależnie od tego, co mógłby powiedzieć – oznajmiłam
cicho, starannie dopierając słowa.
– Wierz mi,
że nie musisz się o to martwić, Nessie.
Coś w odpowiedzi
Carlisle’a sprawiło, że poczułam nieprzyjemny ucisk w gardle, jednocześnie
uświadamiając mi, że tak naprawdę nie musiałam mu o tym przypominać. Po tym,
jak wszyscy byliśmy świadkami śmierci Eleny, o jakimkolwiek zaufaniu do Włochów
zdecydowanie nie mogło być mowy.
Skinęłam
głową, chociaż Carlisle oczywiście nie mógł tego zobaczyć. Mimo wszystko
poczułam się spokojniejsza, chociaż zarazem wciąż dręczyło mnie wystarczająco
wiele wątpliwości, bym zaczęła czuć się nieswojo.
– Tak czy
inaczej, mam wrażenie, że nie zadzwoniłaś, żeby tylko porozmawiać – usłyszałam i to
wystarczyło, żeby sprowadzić mnie na ziemię. – Co się dzieje, Nessie?
Westchnęłam,
myślami wciąż przy Volturi, Jane i całym tym zamieszaniu. Nie miałam pojęcia
dokąd to prowadziło, ale nie podobało mi się.
– W zasadzie
to dzwonię dlatego, że Rufus ma prośbę – oznajmiłam wprost, decydując się
przejść do rzeczy.
– Rufus…
poprosił?
Prawie
udało mi się uśmiechnąć.
– W jego
mniemaniu najpewniej tak było – przyznałam, w następnej kolejności
przechodząc do sedna sprawy.
Pozostawało
mi mieć nadzieję, że przynajmniej trop Cassandry faktycznie miał zaprowadzić nas
gdzieś dalej niż do tej pory.
Nie lubiłam szpitali. Tak było
od samego początku i podejrzewałam, że mimo upływu czasu, taki stan rzeczy
nie miał ulec zmianie. Nieznacznie inaczej sprawy miały się z tym w Mieście
Nocy, nie zmieniało to jednak faktu, że niezależnie od sytuacji, która zmuszała
mnie do znalezienia się w takim miejscu, czułam się nieswojo. Parkując
przed tym, w którym obecnie pracował Carlisle, miałam jeszcze wątpliwości,
mimowolnie myśląc o Joce, jej zdolnościach i tym, że zwłaszcza w szpitalach
musiało znajdować się mnóstwo istot, o których obecności w normalnych
warunkach nie miało się zielonego pojęcia.
Och, może w końcu
rozumiałam, dlaczego mała właściwie nie dawała mi odpocząć po porodzie. Z kilku
dni, które na prośbę Carlisle’a spędziłyśmy z Joce w szpitalu,
pamiętałam przede wszystkim jej płacz i to, że przez większość czasu
próbowałam ją uspokajać, poprzez ciągłe noszenie na rękach.
Mimowolnie
zadrżałam, dziwnie zaniepokojona taką perspektywą. Jeśli już jako dziecko
zdarzało jej się widywać pewne rzeczy…
– Nie
musisz iść ze mną – stwierdził Rufus, tym samym uświadamiając mi, że od
dłuższej chwili siedziałam wyprostowana niczym struna, nerwowo zaciskając dłonie
na kierownicy.
– Myślałam o Jocelyne
– oznajmiłam zgodnie z prawdą.
Wampir
rzucił mi bliżej nieokreślone spojrzenie.
– Myślisz o niej
akurat teraz, bo…?
Westchnęłam
cicho. Być może zwłaszcza z jego perspektywy wyglądało to tak, jakbym
panikowała, ale przynajmniej miałam się komu wygadać.
– Bo
martwię się o to, że nie ma jej w domu. Minęło już trochę czasu i… –
Zamilkłam, po czym wzruszyłam ramionami. – Pocieszam się tym, że jest z Claire.
Podejrzewam, że potrafi siedzieć w bibliotece równie długo, co i ty,
więc…
– Coś w tym
jest. – Trudno było mi stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. – Tak czy
inaczej, nie musisz iść ze mną, zwłaszcza że szczerze wątpię, byś mi się
przydała – dodał, a ja prychnęłam.
– Uważasz,
że niczego nie zrozumiem?
O dziwo,
Rufus jedynie potrząsnął głową.
– Nie. Ale
wiem, jak uciążliwa potrafisz być, kiedy się zdenerwujesz. To dość… irytujące,
zwłaszcza że lubię pracować w ciszy.
– Poradzę
sobie.
Spojrzał na
mnie z powątpiewaniem, ale przynajmniej nawet słowem nie skomentował tego,
że również wysiadłam z auta, w pośpiechu ruszając za nim. W jakiś
sposób czułam, że powinnam się zaangażować, zwłaszcza że sprawa Cassandry od
samego początku była czymś, co nie dawało mi spokoju. Cóż, inna sprawa, że na
swój sposób też chciałam przypilnować Rufusa, zwłaszcza że pod ręką nie było
Layli, która mogłaby jakkolwiek wpłynąć na tego wampira. Byłam aż nazbyt
świadoma, że mimo wszystko potrzebował kogoś, kto by go hamował, ja zaś nie
pierwszy raz chcąc nie chcąc zmuszałam się do pełnienia tej roli.
Rufus bez
słowa ruszył w swoją stronę, ledwo tylko przekroczyliśmy próg budynku.
Zawahałam się, ale nie próbowałam go zatrzymywać, zwłaszcza że sprawiał
wrażenie kogoś, kto dobrze wiedział, gdzie powinien się udać. Pozostawiłam to
bez komentarza, woląc nie zastanawiać się nad tym, skąd w jakimkolwiek
stopniu mógłby w ogóle znać układ tego miejsca.
– Carlisle
powiedział, że uda mi się załatwić dostęp do laboratorium na jakąś godzinę –
wyjaśniłam pośpiesznie – więc…
– Wystarczy
mi – stwierdził z przekonaniem.
Skinęłam
głową, bynajmniej nie uspokojona. Miałam wrażenie, że tak naprawdę wcale nie
potrzebowaliśmy potwierdzenia co do tego, co znajdowało się w tych
pigułkach. Nawet jeśli, szczerze wątpiłam, by w ten sposób którekolwiek z nas
doznało olśnienia. Jeśli już, o wiele pewniejszym tropem wydawali się
łowcy, o których wspomniała Cassandra. Wciąż miałam wrażenie, że
powinniśmy spróbować porozmawiać z Liz albo Damienem, chociaż zarazem nie
mogłam zaprzeczyć, że kolejny raz to właśnie Rufus mógł mieć najwięcej do
powiedzenia. To nie był pierwszy raz, kiedy najbardziej problematyczne
okazywały się konsekwencje tego, co wampirowi zdarzało się robić w przeszłości.
Carlisle
czekał na nas przy swoim gabinecie. Jeden rzut oka na dziadka wystarczył mi,
żebym doszła do wniosku, że wyglądał na zmęczonego, co w przypadku wampira
było nie lada wyczynem. Wysiliłam się na blady uśmiech, próbując przynajmniej
udawać, że wszystko było w absolutnym porządku, obawiałam się jednak, że
to wcale nie miało być takie proste.
– Mamy mało
czasu, więc najlepiej od razu chodźcie… Zresztą wolałbym teraz być w domu –
przyznał Carlisle. – Cóż, Elena… – dodał, podchwyciwszy moje pytające
spojrzenie.
– Jak
podejrzewam, nie zachowuje się dziwniej niż zazwyczaj – zasugerował jakby od
niechcenia Rufus.
Przez twarz
doktora przemknął cień.
– Zaczęła
spędzać sporo czasu z Miriam – wyjaśnił i jasnym stało się dla mnie
to, że miał co do takiego stanu rzeczy wątpliwości.
– Mówiłem –
stwierdził Rufus takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
– Tak czy
inaczej – odezwałam się pośpiesznie, nie zamierzając czekać aż rozmowa
przybierze niewłaściwy kierunek – powinniśmy się pośpieszyć, tak? Swoją drogą,
zajrzę do was później – dodałam.
Chciałam to
zrobić już od chwili, w której dowiedziałam się, jak mają się sprawy. To
nie tak, że nie wierzyłam w zapewnienia, że wszyscy byli cali, ale i tak
wolałam się upewnić. Wiedziałam, że powinniśmy trzymać się razem, zwłaszcza w obecnej
sytuacji.
– Pamiętam,
że mam zabrać Beatrycze. Przynajmniej ona nie musiała się w to mieszać –
mruknął w zamyśleniu doktor.
– Z tego
co wiem, ona też się martwi.
Jakoś nie
miałam co do tego wątpliwości, zwłaszcza po rozmowie o Jocelyne. Może i nie
rozmawialiśmy z nią na bieżąco, ale to nie miało znaczenia – nie, skoro
kobieta okazała się zadziwiająco wręcz dobrym obserwatorem. Inna sprawa, że
atmosfera w domu była na tyle napięta, że niemożliwym wręcz wydawało się
zignorować fakt, że działo się coś niedobrego.
Nie
rozmawialiśmy więcej, co przyjęłam z ulgą. W milczeniu obserwowałam
otoczenie, wciąż spięta i pełna wątpliwości. Carlisle poprowadził nas do
bardziej odludnej, zamkniętej dla przypadkowych osób części budynku, gdzie
mieściły się laboratoria. Poczułam się dziwnie, zwłaszcza że uporządkowane i niemalże
sterylnie czyste pomieszczenie w niczym nie przypominało tego, w którym
zazwyczaj pracował Rufus. Nie byłam pewna czy to dobrze, zresztą sam
zainteresowany wydawał się skupiony przede wszystkim na możliwości ustalenia
tego, co interesowało go najbardziej.
– Będę w pobliżu
– zapowiedział Carlisle. – Jeśli chcesz, możesz się ze mną przejść, Nessie –
dodał, spoglądając na mnie z powątpiewaniem.
– Mam
wrażenie, że uparła się mnie pilnować – rzucił Rufus, zanim zdążyłabym
odpowiedzieć. – Jej decyzja, o ile nie zamierza być uciążliwa.
Zacisnęłam
usta, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś złośliwego. Jakby nie
patrzeć, nie mogłam zaprzeczyć, że tak właśnie było – pilnowałam go.
– Poradzimy
sobie.
Powiodłam
wzrokiem dookoła, raz jeszcze rozglądając się po laboratorium. Rufus
najwyraźniej nie miał wątpliwości co do działania obecnego w tym miejscu
sprzętu, bo prawie natychmiast zniknął mi z oczu, bez słowa wyjaśnienia przemieszczając
się niemalże na drugą stronę pomieszczenia. Wywróciłam oczami, bynajmniej nie
zaskoczona jego zachowaniem i tym, że zdecydował się na najbardziej oddalone
od drzwi stanowisko. Sam jeszcze w samochodzie przypominał mi, że woli
pracować w spokoju, więc obecne warunki najpewniej mu odpowiadały.
Milczałam,
chociaż wciąż miałam dziesiątki pytań, które chciałam zadać. Chwilę jeszcze
obserwowałam całkowicie zajętego swoimi sprawami wampira, nim ostatecznie
doszłam do wniosku, że najrozsądniej byłoby mu nie przeszkadzać. Pod jedną ze
ścian znalazłam leżankę, więc przysiadłam na skraju, po czym wyjęłam telefon,
nie pierwszy raz spoglądając na wyświetlacz. Serce zabiło mi szybciej, kiedy
zauważyłam informację o otrzymaniu nowej wiadomości, podekscytowanie
jednak zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, kiedy zorientowałam
się, że to Gabriel.
Gdzie jesteś?
Westchnęłam.
Mogłam się tego spodziewać, zwłaszcza że mijaliśmy się praktycznie od samego
rana. W zasadzie nawet nie byłam zdziwiona tym, że się przejmował, skoro
sama wypatrywałam jakichkolwiek oznak życia ze strony Jocelyne.
Pilnuję, żeby Rufus nie zrobił
czegoś głupiego. Joce wróciła?
Miałam złe
przeczucia, które stopniowo przybierały na sile. Musiałam się upewnić, które
niezmiennie nie dawały mi spokoju. Chciałam przekonać samą siebie, że panikuję,
zwłaszcza po ataku Jane obawiając się najgorszego, ale…
Nie. Coś jest nie tak, mi amore?
Zacisnęłam
usta. Gdybym tylko wiedziała, co powinnam mu odpowiedzieć…
Wystarczy, zadecydowałam, w pośpiechu
wybierając numer córki. Wolałam się upewnić, nawet gdybym jednak miała wyjść na
histeryczkę. Być może fakt, że przebywałam w szpitalu, a więc w miejscu,
które zazwyczaj instynktownie omijałam, jedynie pogarszał sytuację, sprawiając,
że przejmowałam się bardziej niż powinnam, ale nie dbałam o to. Zresztą
pojedynczy telefon mógł z łatwością rozwiązać problem, w końcu pozwalając
mi się rozluźnić.
Z tym, że
szybko przekonałam się, że nie mam na co liczyć. Przez pierwsze trzy sygnały
oczekiwania siedziałam jak na szpilkach, z kolei każdy kolejny sprawił, że
byłam coraz bliższa tego, żeby wyjść z siebie. Kiedy na sam koniec
odezwała się poczta głosowa, zaczęłam poważnie zastanawiać się nad ciśnięciem
telefonem o ścianę.
Fakt, że
przy próbie dodzwonienia się do Claire, doczekałam się informacji, że abonent
jest poza zasięgiem, jedynie wzmógł moje wątpliwości. Coraz bardziej
podenerwowana, w pośpiechu odpisałam Gabrielowi, po cichu licząc na to, że
przynajmniej on będzie w stanie zrobić coś, żeby mnie uspokoić.
Nie wiem. Mógłbyś po nią
pojechać? Miała spotkać się z Claire w bibliotece.
Odpisał mi
tak szybko, że nie miałam wątpliwości, że najpewniej siedział z telefonem,
czekając na jakąkolwiek informację z mojej strony.
Jasne. Daj mi znać, gdyby coś
się działo.
Coś w lakoniczności
tej odpowiedzi sprawiło, że poczułam się naprawdę zaniepokojona. Znałam
Gabriela na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy się martwił. Wszystko wskazywało
na to, że zdołałam go zdenerwować – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Mimo wszystko poczułam się pewniej na myśl o tym, że miałby sprawdzić, czy
z Joce wszystko w porządku. Wolałam przekonać się, że jednak
zaczynałam być przewrażliwiona, niż późnij zacząć żałować, że mimo obaw nie
zrobiłam niczego.
– Jeśli aż
tak źle się tutaj czujesz, nikt nie zabrania ci wyjść – usłyszałam niemalże
całkowicie obojętny głos Rufusa.
Wzdrygnęłam
się, w pośpiechu przenosząc na niego wzrok. Skupiona na telefonie,
zdążyłam niemalże zapomnieć o jego obecności.
– Co
takiego?
Wampir
spojrzał na mnie jakby od niechcenia.
– Masz tak
przyśpieszony puls, że słyszę aż tutaj. Jeśli chodzi o to miejsce…
– Wciąż
chodzi o Joce – przerwałam mu i to wystarczyło, by w końcu
spojrzał na mnie bardziej przytomnie.
– Przez
ciebie naprawdę zaczynam niepokoić się o Claire – stwierdził, a ja
cicho westchnęłam.
– Wybacz.
Pewnie jestem przewrażliwiona. – Wzruszyłam ramionami. – Tak czy inaczej,
wysłałam Gabriela, żeby przywiózł je do domu. Już jest późno.
Czekałam na
jakąś złośliwą uwagę, która najpewniej potwierdziłaby to, że niepotrzebnie aż
tak się przejmowałam, ale nic podobnego nie miało miejsca. W zamian Rufus
po prostu skinął głową, zupełnie jakby takie posunięcie z mojej strony
było mu na rękę.
– W porządku
– powiedział po chwili zastanowienia. – A skoro utrzymujesz, że wszystko w porządku,
to bądź taka dobra i chodź tutaj. Możliwe, że będziesz w stanie mi
pomóc – stwierdził, a ja uniosłam brwi.
– Znalazłeś
coś? – zapytałam, podrywając się na równe nogi.
Rzucił mi
urażone spojrzenie, wyraźnie niezadowolony z tego, że w ogóle mogłabym
wątpić w powodzenie. Zignorowałam jego reakcję, w zamian w pośpiechu
pokonując dzielący nas dystans. Co prawda po Rufusie mogłam spodziewać się
wszystkiego, zwłaszcza że „pomoc” w jego mniemaniu potrafiła znaczyć
chociażby tyle, że potrzebował krwi. Co więcej, nie zawsze przychodziło mu do
głowy, żeby przynajmniej zapytać, czy ktokolwiek zechce mu jej udzielić.
– Możliwe –
stwierdził lakonicznie – ale i tak chciałbym coś sprawdzić. Opinia kogoś
innego może się przydać.
– Wiesz, że
się na tym nie znam – przypomniałam mu, wymownie spoglądając na mikroskop.
– Nie
oczekuję od ciebie niczego, czego nie byłabyś w stanie mi powiedzieć.
Wydaje mi się zresztą, że kiedyś pokazałem ci dość… Cóż, odrobina zaufania –
zasugerował i przez moment wyglądał na bliskiego tego, by zdołać się
uśmiechnąć.
Zawahałam się,
ale ostatecznie skinęłam głową. Wiedziałam do czego nawiązywał, aż za dobrze
pamiętając tamtą rozmowę w laboratorium.
Co prawda na samo wspomnienie miałam mętlik w głowie, nie tylko
oszołomiona tym, że próbował pokazać mi swój sposób patrzenia na świat, ale
przede wszystkim niechcianym incydentem, który nastąpił późnej, niemniej…
Zacisnęłam
usta. Nie chciałam tego rozpamiętywać, zwłaszcza po całych latach, skoro
doszliśmy do porozumienia. Miałam zresztą wrażenie, że gdyby Rufus miał w planach
zrobienie coś głupiego, już dawno by do tego doszło.
– Skoro tak
uważasz… – mruknęłam z opóźnieniem. – Ale jeśli zaczniesz mieć do mnie
pretensje o to, że znów cię nie rozumiem, przysięgam, że ci przyłożę –
zapowiedziałam, wampir jednak jedynie zbył moje groźby wywróceniem oczami.
– Postaram
się powstrzymać – rzucił jakby od niechcenia. Nie miałam pojęcia, czy mogę mu w tej
kwestii zaufać. – Po prostu spójrz i powiedz mi, co widzisz. Przyznam
szczerze, że mimo wszystko dostrzeżesz tutaj coś znajomego – dodał, tym samym
wzbudzając we mnie jeszcze więcej wątpliwości.
Bez słowa
przesunęłam się na tyle, by mieć swobodny dostęp do mikroskopu. W duchu
modląc się o to, żeby jednak nie zrobić z siebie idiotki, nachyliłam
się, żeby móc spojrzeć w okular. Rufus przynajmniej nie zmuszał mnie do
tego, bym sama musiała szukać odpowiednich ustawień ostrości, więc dostrzeżenie
tego, co najpewniej go intrygowało, okazało się dziecinnie proste.
– Och…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz