3 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt jeden

Jocelyne
Jocelyne niespokojnie rozejrzała się dookoła. To miejsce było dziwne – zimne i przerażające, chociaż sama nie miała pewności, co powinna o tym sądzić. Chciała uciekać, uczucie to zaś towarzyszyło jej niemalże na każdym kroku, poczynając od chwili, w której ona i Claire tak po prostu znalazły się w potrzasku.
Teraz były tutaj i choć nie miała pojęcia, dokąd to wszystko prowadzi. To nie był pierwszy raz, kiedy się bała, pragnąć odwrócić się na pięcie i najzwyczajniej w świecie rzucić się do ucieczki. W zasadzie nagle poczuła się tak, jak w ostatni dzień swojego pobytu w ośrodku Projektu Beta – przytłoczona, zagubiona i absolutnie przekonana, że za moment wydarzy się coś bardzo, ale to bardzo złego.
Co więcej, słyszała szepty.
Podejrzewała, co to oznacza, ale i tak za wszelką cenę próbowała odrzucić od siebie tę myśl. Nikogo tutaj nie ma. Nikogo…, pomyślała z uporem, przysuwając się bliżej Claire. Czuła, że kuzynka też jest spięta, o ile to było najodpowiedniejszym słowem na opisanie tego, czego obie doświadczały. Wiedziała, że ktoś na nich polował, od samego początku świadoma niebezpieczeństwa, które czekało poza domem, jednak do tej pory nie zastanawiała się nad tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pozwoliła się dopaść. Teraz co prawda nic nie stało się jaśniejsze, ale Jocelyne czuła, że to zaledwie kwestia czasu – i że wkrótce przyjdzie jej zrozumieć.
Każdy kolejny krok wydawał się wręcz nienaturalnie głośny. Powstrzymała grymas, czując nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, dodatkowo podsycane przez wciąż czające się na granicy jej świadomości szepty. To nie ma znaczenia, oświadczyła samej sobie z przekonaniem, którego nie odczuwała. Z drugiej strony, jaki tak naprawdę miała wybór? Wiedziała, że nie może dać niczego po sobie poznać, nie chcąc nawet zastanawiać się nad tym, co stałoby się, gdyby obecne w tym miejscu duchy zorientowały się, że mogła je zobaczyć. Ba! Nie chciała wiedzieć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby taką wiedzę posiedli ludzie!
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie udziału śmiertelników w tym szaleństwie. Gorączkowo próbowała łączyć fakty, starając się dopasować dotychczasowe wzmianki o Volturi, zdradzie Jane i polującej grupce wampirów, która już raz zaatakowała jej kuzynostwo, ale to wciąż niczego nie tłumaczyło. Nie spodziewała się, że ostatecznie wyląduje w tym miejscu – na pierwszy rzut oka opustoszałym, chociaż jako nieśmiertelna mogła wyczuć, że jest inaczej. Tym bardziej nie brała pod uwagę, że ostatecznie wyląduje w zimnym, ciągnącym się w nieskończoność korytarzu, musząc podążać za ludźmi – i to na dodatek uzbrojonymi w sposób, który do tej pory widywała w filmach.
Machinalnie objęła się ramionami, bezskutecznie próbując się rozgrzać. Nie miała pojęcia, co się działo, ale była pewna, że ona i Claire nie znalazły się w tym miejscu przypadkowo. Zdążyła zaobserwować, że wampir, który zaskoczył je w tamtym zaułku, nie był zadowolony z tego, że ostatecznie musiał je zostawić. Joce mogła tylko zgadywać, jaki był pierwotny plan i co kryło się w tym miejscu, jednak każda kolejna sekunda niepewności sprawiały, że zaczynała wątpić w to, czy w ogóle chciała poznać odpowiedzi. Być może niewiedza w tym wypadku była czymś o wiele prostszym i bardziej pożądanym.
Miała mętlik w głowie, co w połączeniu z bólem głowy skutecznie utrudniało skupienie. Niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, sama niepewna na czym powinna skoncentrować wzrok. W korytarzu panował półmrok, więc i tak nie widziała szczegółów, zresztą spoglądanie w miejsca, które znajdowały się poza zasięgiem jej wzroku, przyprawiało ją o dreszcze. Wiedziała, co potrafiło kryć się w ciemnościach, więc tym bardziej wolała nie czekać, aż przypadkiem uda jej się dostrzec coś, czego nie chciała.
Czymkolwiek było to miejsce, Joce jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że ktoś kiedyś tutaj zginął – i to może nawet całkiem niedawno. Nie potrafiła opisać, skąd brała się ta świadomość, ale to wydawało się najmniej istotne. Po prostu widziała, wrażenie zaś było takie, jakby sama śmierć naznaczyła to miejsce, pozostawiając po sobie wyraźne ślady swojej bytności.
To nie był pierwszy raz, kiedy Jocelyne doświadczała czegoś takiego. Podobne wrażenie pojawiało się niemalże za każdym razem, kiedy znajdowała się w pobliżu cmentarza czy choćby szpitala. Teraz już rozumiała, dlaczego za każdym razem czuła się w takich miejscach nieswojo, podświadomie wyczuwając rzeczy, o których istnieniu przez długi czas nie miała pojęcia. Również samo poczucie tego, że w pobliżu mogłoby czaić się coś więcej, dopiero w ostatnim czasie zaczęło przybierać na intensywności, tym samym uświadamiając dziewczynie, jak bardzo wrażliwa na nadnaturalne byty się stała.
Zawahała się, po czym dyskretnie spojrzała na Claire. Dziewczyna wyglądała blado i to o wiele bardziej niż zazwyczaj, to jednak wcale nie wydawało się Jocelyne dziwne. Zauważyła, że kuzynka z uwagą rozglądała się dookoła, nie tyle nie będąc w stanie się skupić, co najzwyczajniej w świecie obserwując. Joce znała ten skupiony wyraz twarzy i błysk w jasnych oczach, jednoznacznie świadczące o tym, że Claire wręcz gorączkowo się nad czymś zastanawiała. W tamtej chwili to ona wydawała się spokojniejsza i skłonna do tego, by wynaleźć jakiekolwiek wyjście z sytuacji, w której się znalazły. Sęk w tym, że Jocelyne szczerze wątpiła, by możliwość ucieczki pojawiła się szybko.
Joce… lyne…?
Zesztywniała, słysząc swoje imię – odległe, niewyraźne i bardzo przytłumione, przez co ledwo mogła je rozpoznać. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała wątpliwości, że ktoś zwracał się bezpośrednio do niej, na dodatek po raz kolejny w ciągu miniony dni. Przez krótką chwilę pomyślała nawet, że to Dallas, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Rozpoznałaby jego głos, zresztą…
Och, nie… Nie, nie, nie!
Zatrzymała się gwałtownie, porażona wyraźnością, z jaką nagle usłyszała te słowa. Już wcześniej serce zaczęło walić jej jak młotem, chyba jedynie cudem nie wyskakując z piersi. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, przez krótką chwilę mając problem z tym, by złapać oddech. Zaraz po tym się zatrzymała – i to na tyle gwałtownie, że aż potknęła się o własne nogi, jak długa lądując na posadzce.
Zabolało. Co prawda w porę zdążyła wyrzucić przed siebie ręce, w nadziei na zamortyzowanie upadku, ale i tak upadek okazał się nieprzyjemny. Na dłuższą chwilę zamarła w bezruchu, świadoma przede wszystkim wciąż tłukącego się w piersi serca i towarzyszącego jej, przejmującego chłodu. Obraz na krótką chwilę zamazał jej się przed oczami, więc wbiła wzrok w posadzkę, czekając aż wszystko wróci do normy.
Usłyszała dziwny dźwięk, dopiero po chwili kojarząc go z momentem przeładowywania broni. Kiedy w panice poderwała głowę, dostrzegła, wymierzoną w jej stronę lufę. Po spojrzeniu celującego w nią, dotychczas milczącego strażnika, pojęła, że najwyraźniej zdążyła go wystraszyć.
– Przestań w tej chwili! – Głos Claire ją zaskoczył, zresztą jak i to, że dziewczyna dosłownie zmaterializowała się przy niej. – Po prostu się przewróciła, więc…
– Ty też się nie ruszaj – obruszył się mężczyzna, ale dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Gdyby którakolwiek z nas chciała zaatakować, nie zrobiłybyśmy tego w tym sposób – zauważyła i coś w tym tonie wydało się Joce co najmniej niepokojące.
Claire zazwyczaj wydawała się ludzka i delikatna. W tamtej chwili tak nie było, a przynajmniej Jocelyne udało się dostrzec w dziewczynie przejawy czegoś, o co zdecydowanie by jej nie podejrzewała. Być może w grę wchodził przede wszystkim ostrzegawczy błysk w jasnych, skupionych oczach, a może sam fakt tego, że Claire tak po prostu zignorowała obecność wycelowanej broni, jak gdyby nigdy nic stając między nią, a uzbrojonym strażnikiem.
– Claire… – zaczęła z wahaniem, ale ta nawet na nią nie spojrzała. Spojrzenie nadal skupiała na mężczyźnie, wyraźnie podenerwowana.
– Jeśli chcesz wiedzieć, to jest dziecko – oznajmiła cichym, rzeczowym tonem. Mówiła spokojnie, a przy tym z przekonaniem, które Joce czasami słyszała w głosie Rufusa, kiedy ten akurat miał cierpliwość, by cokolwiek wyjaśniać. – Na dodatek mające w sobie dość z człowieka, że jeden strzał z łatwością ją zabije. Naprawdę chcesz mieć ją na sumieniu tylko dlatego, że się przewróciła? – zapytała wprost Claire, starannie dobierając kolejne słowa.
Jocelyne miała wrażenie, że to ryzykowne, zwłaszcza że żadna z nich nie miała pewności, czego spodziewać się po tych ludziach i miejscu, w którym się znalazły. Z drugiej strony, coś w zachowaniu i postawie kuzynki wydało jej się właściwe, bo trzymający broń strażnik wyraźnie się zawahał.
– To jest… – zaczął, ale nie miał okazji, żeby choćby próbować dokończyć.
– Dziecko – powtórzyła z naciskiem Claire. – Prawda jest taka, że w tej chwili obie jesteśmy bardziej przerażone niż wy… A przynajmniej tak być powinno – dodała, zerkając wymownie na wciąż spiętego mężczyznę.
Śmiertelnik otworzył i zaraz zamknął usta, wyraźnie zdezorientowany. Wciąż trzymał broń, ale przynajmniej obniżył ją, dla odmiany celując w posadzkę. Jocelyne odetchnęła, mimochodem zauważając, że również Claire się rozluźniła. Dopiero wtedy dotarło do niej, że kuzynka wyraźnie drżała, najwyraźniej wcale niepewna swoich słów w takim stopniu, jak początkowo mogłoby się wydawać.
– Więc pomóż jej wstać i chodźcie.
Polecenie zabrzmiało tak, jakby mężczyzna sam był na siebie zły za własną reakcję. Możliwe, że tak właśnie było, chociaż Joce nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Na pewno wiedział, że nie były zwykłymi ludźmi, zwłaszcza że Claire nie wahała się przed poruszaniem w sposób w zdecydowanie zbyt szybki, by wydał się naturalny. Sama reakcja strażnika sugerowała, że podejrzewał, iż mógłby być zagrożony – z tym, że to wyglądało trochę tak, jakby nie miał pewności, czego tak naprawdę powinien się po nich spodziewać.
Drgnęła, wyczuwając ruch u swojego boku. Nie zaprotestowała, kiedy Claire zachęcająco wyciągnęła rękę, ostatecznie pomagając jej stanąć na nogi. Na chwilę zawahała się, niemalże spodziewając się tego, że ze swoim szczęściem zdołała upaść na tyle niefortunnie, by zrobić sobie krzywdę, ale prawie natychmiast przekonała się, że wszystko w porządku. Cóż, przynajmniej teoretycznie, bo zdecydowanie nie mogła uznać sytuacji, w której się znalazła, za jakkolwiek sprzyjającą.
Co robimy?, pomyślała, kątem oka zerkając na Claire. Telepatia wciąż nie była jej najmocniejszą stroną, zwłaszcza że moc lubiła wymykać się spod kontroli, ale umiejętność wnikania do cudzych umysłów, zdążyła opanować już dawno temu. I gdzie jesteśmy, skoro…?
Nie mam pojęcia, przyznała z wyraźnym niepokojem Claire. Po prostu… na razie chodźmy. Muszę pomyśleć, dodała niemalże przepraszającym tonem.
Joce nie zaprotestowała, aż nazbyt świadoma, że tymczasowo i tak nie miały innego wyboru. Co prawda pocieszającym wydawało się to, że towarzyszył im tylko jeden strażnik, ale po jego zachowaniu i impulsywności jasnym stało się, że próba ataku nie byłaby najrozsądniejszym posunięciem. Oczywiście, obie z Claire poruszały się wystarczająco szybko i sprawnie, by mieć szansę obezwładnić człowieka, ale to wydawało się zbyt ryzykowne, przynajmniej na razie. Nie, skoro mężczyzna trzymał broń, która jednak mogła im zaszkodzić; nie były odporne na strzały, Jocelyne zresztą miała wrażenie, że mogły spodziewać się naboi innych od tych, którymi ładowano zwyczajny pistolet.
Tak. Poza tym naliczyłam już przynajmniej pięć kamer, uświadomiła ją Claire. Dopiero wtedy do Joce dotarło, że nie zerwała telepatycznego połączenia, dzięki czemu kuzynka wciąż była w stanie wychwycić jej myśli. Nie ma sensu ryzykować, póki nie wiemy, na czym stoimy… Zwłaszcza że ludzie kierowani strachem są zdolni do naprawdę nieprzewidywalnych rzeczy, dodała po chwili wahania.
A on się boi…?
Claire ledwo zauważalnie skinęła głową.
Tak sądzę. Mam wrażenie, że nie ma pojęcia o niczym ponadto, że możemy zrobić mu krzywdę, stwierdziła z wahaniem.
Jocelyne wręcz zadziwiało to, jak wiele wniosków ta dziewczyna potrafiła wyciągnąć na podstawie samej tylko obserwacji. Od zawsze wiedziała, że Claire była bystra, pod wieloma względami zdecydowanie wdając się w ojca, ale nigdy dotąd nie znalazły się w sytuacji na tyle niebezpiecznej, by te cechy się ujawniły. Nawet podczas ucieczki z ośrodka kuzynka nie wyglądała na aż tak pewną, w gruncie rzeczy zdając się na obecność bliźniaków i Setha. Teraz nie miały na co liczyć, zdane na siebie, co najwyraźniej doprowadziło Claire do podjęcia decyzji o działaniu.
Przez kilka następnych sekund szły w milczeniu, Tym razem kuzynka trzymała się jeszcze bliżej, aż Joce zaczęła mieć wrażenie, że ta byłaby w stanie ją osłonić, gdyby zaszła taka potrzeba. Poczuła się dziwnie w tym miejscu, nie pierwszy raz mając poczucie, że aż zanadto odbierała od reszty swojej rodziny. Po pierwsze, była bardziej krucha i ludzka, tym samym stając się potencjalnym celem. A po drugie, odkąd tylko sięgała pamięcią, wszyscy próbowali ją chronić, co na dłuższą metę zaczynało być męczące.
Słodka bogini, widziała umarłych, prawda? W takim wypadku w końcu sama powinna o siebie zadbać – z tym, że najwyraźniej wciąż tego nie potrafiła.
Joce… Rozmawiasz ze mną, usłyszała i musiała wręcz powstrzymać się od wzdrygnięcia, słysząc kolejną niepewną, pełną wahania myśl Claire. Miała wrażenie, że dziewczyna sprawdza, czy połączenie wciąż było aktywne, zwłaszcza że sama nie posiadała telepatycznych zdolności. Skoro tak, mogłabyś spróbować skontaktować się z kimś jeszcze? Mam wrażenie, że nie poradzimy sobie same.
Jasne.
To brzmiało aż nadto sensownie, aż zaczęła się zastanawiać, dlaczego sama nie wpadła na takie posunięcie. Nie miały co liczyć na skorzystanie z telefonu, bo te straciły jeszcze w tamtej alejce, zanim Claire zdążyła dodzwonić się do Aldero albo kogokolwiek innego. Co prawda prędzej czy później ktoś zdecydowanie miał zacząć ich szukać, ale zwlekanie i bierne oczekiwanie na cud zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. To było coś, co potrafiła, prawda? W zasadzie pierwszą rzeczą, jaką zdołała nauczyć się od rodziców, było komunikowanie się na odległość. Pod tym względem panowanie nad mocą przychodziło jej z łatwością, wszystko zaś tak naprawdę zależało od odległości i skupienia. Gdyby tylko spróbowała sięgnąć gdzieś poza otaczające ją mury i poszukać znajomej aury kogoś, kto miałby szansę im pomóc…
Spróbowała, nawet nie musząc się zastanawiać nad tym, co i dlaczego chciała zrobić. Pewne umiejętności były dla telepatów czymś równie naturalnym, co i oddychanie, co zresztą dotyczyło również jej. Sama myśl o tym przyniosła Jocelyne spokój, którego tak bardzo potrzebowała, choć na moment dając jej nadzieję na to, że mogła się na coś przydać.
Aż do momentu, w którym napotkała wyraźny opór.
Zamarła, przez krótką chwilę czując się tak, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Chociaż próbowała wydostać się na zewnątrz, coś z uporem spychało ją na bok, zmuszając do trwania w wydzielonym obrębie mentalnej rzeczywistości. To było tak, jakby jej umysł został uwięziony w konkretnym obszarze – swego rodzaju klatce, poza którą nie była w stanie wyjść. To odkrycie wytrąciło ją z równowagi, tak jak i świadomość, że budynek, w którym się znajdowała, wydawał się zawieszony pośrodku nicości. Wrażenie było takie, jakby poza otaczającymi ją ścianami, nie znajdowało się absolutnie nic.
 Claire…
Kuzynka nawet na nią nie spojrzała, ale wyraźnie się spięła, zaniepokojona paniką, która zaczęła pobrzmiewać w mentalnym głosie Jocelyne. Dziewczyna wiedziała, że powinna nad sobą zapanować i niepotrzebnie nie zwracać uwagi, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza sprawy wydawały się wymykać spod kontroli.
Z wolna wypuściła powietrze, próbując wziąć się w garść. Musiała, zwłaszcza że chwilowe niepowodzenie wcale nie musiało oznaczać, że…
Nie mogę wyjść poza budynek, oznajmiła wprost. Starała się nie rozglądać w zbyt gwałtowny, zdradzający targające nią emocje sposób. To miejsce… po prostu zostało odcięte, dodała, tym samym wzbudzając w Claire jeszcze więcej wątpliwości.
Co masz na myśli?, zaniepokoiła się dziewczyna.
To, że moc jest tutaj uwięziona. Nas też można ograniczyć, przyznała, choć podejrzewała, że Claire doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Co prawda sama nie była telepatką, ale przy Layli zdecydowanie miała okazję, by sporo się dowiedzieć. To tak, jakbym była…
… w klatce Faradaya, dopowiedziała dziewczyna i to wystarczyło, żeby potwierdzić przypuszczenia Joce.
Tak… Co robimy?, ponowiła pytanie, chociaż szczerze wątpiła w to, by znalezienie odpowiedzi ot tak miało się pojawić.
Wymowna cisza okazała się wystarczającym przekazem. Jocelyne wzdrygnęła się, po czym instynktownie przesunęła bliżej kuzynki, coraz bardziej wytrącona z równowagi tym, co się działo. Jakby tego było mało, już w chwili, w której odważyła się sięgnąć umysłem gdzieś dalej, szukając wyjścia, wyraźnie wyczuła coś więcej – rodzaj energii, który wydawał się reagować na samą jej obecność. Właśnie tego obawiała się od samego początku, podświadomie próbując bronić się przed samą chociażby myślą, że gdzieś w pobliżu miałby znajdować się… Cóż, ktokolwiek martwy. Od samego początku robiła wszystko, żeby nie zwracać na siebie uwagi, teraz jednak to wydawało się pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.
Nie, skoro obecne w tym miejscu dusze wyraźnie ją wyczuły.
Zarówno Dallas, jak i Rosa, ostrzegali, że miała dość specyficzną aurę. W zasadzie dla umarłych musiała być jak jakaś cholerna latarnia morska, przyciągająca tych, którzy potrzebowali pomocy, nawet jeśli sami zainteresowani nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej, nekromanci byli charakterystyczni i łatwi do namierzenia dla kogoś, kto był martwy. W końcu z założenia po to istniała, prawda? Balansowała gdzieś na granicy życia i śmierci, co samo w sobie wydawało się wystarczająco przerażającym doświadczeniem. W efekcie zdecydowanie nie potrzebowała stałego kontaktu z umarłymi, zwłaszcza że ci czerpali od niej o wiele więcej energii, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Teraz zaś ktoś tutaj wyraźnie ją wyczuł. Była tego świadoma, zresztą tak jak i zamieszania, które nagle wywołała. Słyszała plączące się ze sobą głosy – całą mieszankę odległych, niespójnych szeptów, których nie potrafiła uporządkować czy zrozumieć. To wystarczyło, by z miejsca zaczęła boleć ją głowa, nie wspominając o tym, że sama Jocelyne z miejsca zapragnęła uciec. Nie chciała tutaj być i czekać, aż kolejny zmarły spróbuje się do niej zbliżyć, najpewniej oczekując czegoś, czego w obecnych warunkach tak czy siak nie była w stanie mu zapewnić.
– Joce… Wszystko w porządku? – usłyszała pełen wahania szept Claire.
Poderwała głowę, by móc w roztargnieniu spojrzeć na kuzynkę. Znów uderzyła ją jej bladość, choć zarazem podejrzewała, że sama prezentowała się o wiele gorzej. Takie przynajmniej miała wrażenie, już nie tylko przerażona, ale poirytowana nieprzyjemnym łomotaniem w skroniach, które z wolna zaczęło przybierać na sile. To nie był pierwszy raz, kiedy przez nadmiar bodźców zaczynała boleć ją głowa, nie wspominając o tym, że w ostatnim czasie doświadczyła dość, by wiedzieć, że jej zdolności potrafiły naprawdę nieprzyjemnie wpływać na zdrowie.
– Tak… Jasne – skłamała, z opóźnieniem decydując się odezwać. Miała wrażenie, że kuzynka i tak już od dłuższej chwili próbowała zwrócić na siebie uwagę.
Claire spojrzała na nią z powątpiewaniem, ale nie skomentowała tego nawet słowem. Potem już tylko obie milczały, chcąc nie chcąc podążając w głąb korytarza. Jocelyne nie miała pojęcia, dokąd to wszystko prowadziło, ale nie podobało jej się – i to nie tylko przez wzgląd na ewentualną obecność istot, których inni nie byli w stanie dostrzec.
– Tutaj – padło z ust strażnika, kiedy nagle zatrzymał się przed jednymi z licznym drzwi. To był pierwszy raz, kiedy odezwał się po tym, jak upadła.
Choć nie miała wyboru, zawahała się. Zaraz po tym chcąc nie chcąc przekroczyła próg, wciąż nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś było nie tak.
A potem w jej głowie rozbrzmiał znajomy głos i zamarła.
Och, nie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa