
Jocelyne
Jocelyne niespokojnie
rozejrzała się dookoła. To miejsce było dziwne – zimne i przerażające,
chociaż sama nie miała pewności, co powinna o tym sądzić. Chciała uciekać,
uczucie to zaś towarzyszyło jej niemalże na każdym kroku, poczynając od chwili,
w której ona i Claire tak po prostu znalazły się w potrzasku.
Teraz były
tutaj i choć nie miała pojęcia, dokąd to wszystko prowadzi. To nie był
pierwszy raz, kiedy się bała, pragnąć odwrócić się na pięcie i najzwyczajniej
w świecie rzucić się do ucieczki. W zasadzie nagle poczuła się tak,
jak w ostatni dzień swojego pobytu w ośrodku Projektu Beta – przytłoczona, zagubiona i absolutnie
przekonana, że za moment wydarzy się coś bardzo, ale to bardzo złego.
Co więcej,
słyszała szepty.
Podejrzewała,
co to oznacza, ale i tak za wszelką cenę próbowała odrzucić od siebie tę
myśl. Nikogo tutaj nie ma. Nikogo…,
pomyślała z uporem, przysuwając się bliżej Claire. Czuła, że kuzynka też
jest spięta, o ile to było najodpowiedniejszym słowem na opisanie tego,
czego obie doświadczały. Wiedziała, że ktoś na nich polował, od samego początku
świadoma niebezpieczeństwa, które czekało poza domem, jednak do tej pory nie
zastanawiała się nad tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pozwoliła się dopaść.
Teraz co prawda nic nie stało się jaśniejsze, ale Jocelyne czuła, że to
zaledwie kwestia czasu – i że wkrótce przyjdzie jej zrozumieć.
Każdy
kolejny krok wydawał się wręcz nienaturalnie głośny. Powstrzymała grymas,
czując nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, dodatkowo podsycane przez
wciąż czające się na granicy jej świadomości szepty. To nie ma znaczenia, oświadczyła samej sobie z przekonaniem,
którego nie odczuwała. Z drugiej strony, jaki tak naprawdę miała wybór?
Wiedziała, że nie może dać niczego po sobie poznać, nie chcąc nawet zastanawiać
się nad tym, co stałoby się, gdyby obecne w tym miejscu duchy zorientowały
się, że mogła je zobaczyć. Ba! Nie chciała wiedzieć, co mogłoby się wydarzyć,
gdyby taką wiedzę posiedli ludzie!
Spodziewała
się wielu rzeczy, ale nie udziału śmiertelników w tym szaleństwie.
Gorączkowo próbowała łączyć fakty, starając się dopasować dotychczasowe
wzmianki o Volturi, zdradzie Jane i polującej grupce wampirów, która
już raz zaatakowała jej kuzynostwo, ale to wciąż niczego nie tłumaczyło. Nie
spodziewała się, że ostatecznie wyląduje w tym miejscu – na pierwszy rzut
oka opustoszałym, chociaż jako nieśmiertelna mogła wyczuć, że jest inaczej. Tym
bardziej nie brała pod uwagę, że ostatecznie wyląduje w zimnym, ciągnącym
się w nieskończoność korytarzu, musząc podążać za ludźmi – i to na
dodatek uzbrojonymi w sposób, który do tej pory widywała w filmach.
Machinalnie
objęła się ramionami, bezskutecznie próbując się rozgrzać. Nie miała pojęcia,
co się działo, ale była pewna, że ona i Claire nie znalazły się w tym
miejscu przypadkowo. Zdążyła zaobserwować, że wampir, który zaskoczył je w tamtym
zaułku, nie był zadowolony z tego, że ostatecznie musiał je zostawić. Joce
mogła tylko zgadywać, jaki był pierwotny plan i co kryło się w tym
miejscu, jednak każda kolejna sekunda niepewności sprawiały, że zaczynała
wątpić w to, czy w ogóle chciała poznać odpowiedzi. Być może
niewiedza w tym wypadku była czymś o wiele prostszym i bardziej
pożądanym.
Miała
mętlik w głowie, co w połączeniu z bólem głowy skutecznie
utrudniało skupienie. Niespokojnie wodziła wzrokiem na prawo i lewo, sama
niepewna na czym powinna skoncentrować wzrok. W korytarzu panował półmrok,
więc i tak nie widziała szczegółów, zresztą spoglądanie w miejsca,
które znajdowały się poza zasięgiem jej wzroku, przyprawiało ją o dreszcze.
Wiedziała, co potrafiło kryć się w ciemnościach, więc tym bardziej wolała
nie czekać, aż przypadkiem uda jej się dostrzec coś, czego nie chciała.
Czymkolwiek
było to miejsce, Joce jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że ktoś kiedyś
tutaj zginął – i to może nawet całkiem niedawno. Nie potrafiła opisać,
skąd brała się ta świadomość, ale to wydawało się najmniej istotne. Po prostu
widziała, wrażenie zaś było takie, jakby sama śmierć naznaczyła to miejsce,
pozostawiając po sobie wyraźne ślady swojej bytności.
To nie był
pierwszy raz, kiedy Jocelyne doświadczała czegoś takiego. Podobne wrażenie
pojawiało się niemalże za każdym razem, kiedy znajdowała się w pobliżu
cmentarza czy choćby szpitala. Teraz już rozumiała, dlaczego za każdym razem
czuła się w takich miejscach nieswojo, podświadomie wyczuwając rzeczy, o których
istnieniu przez długi czas nie miała pojęcia. Również samo poczucie tego, że w pobliżu
mogłoby czaić się coś więcej, dopiero w ostatnim czasie zaczęło przybierać
na intensywności, tym samym uświadamiając dziewczynie, jak bardzo wrażliwa na
nadnaturalne byty się stała.
Zawahała się,
po czym dyskretnie spojrzała na Claire. Dziewczyna wyglądała blado i to o wiele
bardziej niż zazwyczaj, to jednak wcale nie wydawało się Jocelyne dziwne.
Zauważyła, że kuzynka z uwagą rozglądała się dookoła, nie tyle nie będąc w stanie
się skupić, co najzwyczajniej w świecie obserwując. Joce znała ten
skupiony wyraz twarzy i błysk w jasnych oczach, jednoznacznie
świadczące o tym, że Claire wręcz gorączkowo się nad czymś zastanawiała. W tamtej
chwili to ona wydawała się spokojniejsza i skłonna do tego, by wynaleźć
jakiekolwiek wyjście z sytuacji, w której się znalazły. Sęk w tym,
że Jocelyne szczerze wątpiła, by możliwość ucieczki pojawiła się szybko.
Joce… lyne…?
Zesztywniała,
słysząc swoje imię – odległe, niewyraźne i bardzo przytłumione, przez co
ledwo mogła je rozpoznać. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała
wątpliwości, że ktoś zwracał się bezpośrednio do niej, na dodatek po raz
kolejny w ciągu miniony dni. Przez krótką chwilę pomyślała nawet, że to
Dallas, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Rozpoznałaby
jego głos, zresztą…
Och, nie… Nie, nie, nie!
Zatrzymała
się gwałtownie, porażona wyraźnością, z jaką nagle usłyszała te słowa. Już
wcześniej serce zaczęło walić jej jak młotem, chyba jedynie cudem nie
wyskakując z piersi. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, przez krótką chwilę
mając problem z tym, by złapać oddech. Zaraz po tym się zatrzymała – i to
na tyle gwałtownie, że aż potknęła się o własne nogi, jak długa lądując na
posadzce.
Zabolało.
Co prawda w porę zdążyła wyrzucić przed siebie ręce, w nadziei na
zamortyzowanie upadku, ale i tak upadek okazał się nieprzyjemny. Na
dłuższą chwilę zamarła w bezruchu, świadoma przede wszystkim wciąż
tłukącego się w piersi serca i towarzyszącego jej, przejmującego
chłodu. Obraz na krótką chwilę zamazał jej się przed oczami, więc wbiła wzrok w posadzkę,
czekając aż wszystko wróci do normy.
Usłyszała
dziwny dźwięk, dopiero po chwili kojarząc go z momentem przeładowywania
broni. Kiedy w panice poderwała głowę, dostrzegła, wymierzoną w jej
stronę lufę. Po spojrzeniu celującego w nią, dotychczas milczącego
strażnika, pojęła, że najwyraźniej zdążyła go wystraszyć.
– Przestań w tej
chwili! – Głos Claire ją zaskoczył, zresztą jak i to, że dziewczyna
dosłownie zmaterializowała się przy niej. – Po prostu się przewróciła, więc…
– Ty też
się nie ruszaj – obruszył się mężczyzna, ale dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Gdyby
którakolwiek z nas chciała zaatakować, nie zrobiłybyśmy tego w tym
sposób – zauważyła i coś w tym tonie wydało się Joce co najmniej
niepokojące.
Claire
zazwyczaj wydawała się ludzka i delikatna. W tamtej chwili tak nie
było, a przynajmniej Jocelyne udało się dostrzec w dziewczynie
przejawy czegoś, o co zdecydowanie by jej nie podejrzewała. Być może w grę
wchodził przede wszystkim ostrzegawczy błysk w jasnych, skupionych oczach,
a może sam fakt tego, że Claire tak po prostu zignorowała obecność
wycelowanej broni, jak gdyby nigdy nic stając między nią, a uzbrojonym
strażnikiem.
– Claire… –
zaczęła z wahaniem, ale ta nawet na nią nie spojrzała. Spojrzenie nadal
skupiała na mężczyźnie, wyraźnie podenerwowana.
– Jeśli
chcesz wiedzieć, to jest dziecko – oznajmiła cichym, rzeczowym tonem. Mówiła
spokojnie, a przy tym z przekonaniem, które Joce czasami słyszała w głosie
Rufusa, kiedy ten akurat miał cierpliwość, by cokolwiek wyjaśniać. – Na dodatek
mające w sobie dość z człowieka, że jeden strzał z łatwością ją
zabije. Naprawdę chcesz mieć ją na sumieniu tylko dlatego, że się przewróciła? –
zapytała wprost Claire, starannie dobierając kolejne słowa.
Jocelyne
miała wrażenie, że to ryzykowne, zwłaszcza że żadna z nich nie miała
pewności, czego spodziewać się po tych ludziach i miejscu, w którym
się znalazły. Z drugiej strony, coś w zachowaniu i postawie
kuzynki wydało jej się właściwe, bo trzymający broń strażnik wyraźnie się
zawahał.
– To jest… –
zaczął, ale nie miał okazji, żeby choćby próbować dokończyć.
– Dziecko –
powtórzyła z naciskiem Claire. – Prawda jest taka, że w tej chwili
obie jesteśmy bardziej przerażone niż wy… A przynajmniej tak być powinno –
dodała, zerkając wymownie na wciąż spiętego mężczyznę.
Śmiertelnik
otworzył i zaraz zamknął usta, wyraźnie zdezorientowany. Wciąż trzymał
broń, ale przynajmniej obniżył ją, dla odmiany celując w posadzkę.
Jocelyne odetchnęła, mimochodem zauważając, że również Claire się rozluźniła.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że kuzynka wyraźnie drżała, najwyraźniej wcale
niepewna swoich słów w takim stopniu, jak początkowo mogłoby się wydawać.
– Więc
pomóż jej wstać i chodźcie.
Polecenie
zabrzmiało tak, jakby mężczyzna sam był na siebie zły za własną reakcję.
Możliwe, że tak właśnie było, chociaż Joce nie była pewna czy to dobrze, czy
może wręcz przeciwnie. Na pewno wiedział, że nie były zwykłymi ludźmi,
zwłaszcza że Claire nie wahała się przed poruszaniem w sposób w zdecydowanie
zbyt szybki, by wydał się naturalny. Sama reakcja strażnika sugerowała, że podejrzewał,
iż mógłby być zagrożony – z tym, że to wyglądało trochę tak, jakby nie
miał pewności, czego tak naprawdę powinien się po nich spodziewać.
Drgnęła, wyczuwając
ruch u swojego boku. Nie zaprotestowała, kiedy Claire zachęcająco
wyciągnęła rękę, ostatecznie pomagając jej stanąć na nogi. Na chwilę zawahała
się, niemalże spodziewając się tego, że ze swoim szczęściem zdołała upaść na
tyle niefortunnie, by zrobić sobie krzywdę, ale prawie natychmiast przekonała
się, że wszystko w porządku. Cóż, przynajmniej teoretycznie, bo
zdecydowanie nie mogła uznać sytuacji, w której się znalazła, za
jakkolwiek sprzyjającą.
Co robimy?, pomyślała, kątem oka
zerkając na Claire. Telepatia wciąż nie była jej najmocniejszą stroną,
zwłaszcza że moc lubiła wymykać się spod kontroli, ale umiejętność wnikania do
cudzych umysłów, zdążyła opanować już dawno temu. I gdzie jesteśmy,
skoro…?
Nie mam pojęcia, przyznała z wyraźnym
niepokojem Claire. Po prostu… na razie
chodźmy. Muszę pomyśleć, dodała niemalże przepraszającym tonem.
Joce nie
zaprotestowała, aż nazbyt świadoma, że tymczasowo i tak nie miały innego
wyboru. Co prawda pocieszającym wydawało się to, że towarzyszył im tylko jeden
strażnik, ale po jego zachowaniu i impulsywności jasnym stało się, że
próba ataku nie byłaby najrozsądniejszym posunięciem. Oczywiście, obie z Claire
poruszały się wystarczająco szybko i sprawnie, by mieć szansę obezwładnić
człowieka, ale to wydawało się zbyt ryzykowne, przynajmniej na razie. Nie,
skoro mężczyzna trzymał broń, która jednak mogła im zaszkodzić; nie były
odporne na strzały, Jocelyne zresztą miała wrażenie, że mogły spodziewać się
naboi innych od tych, którymi ładowano zwyczajny pistolet.
Tak. Poza tym naliczyłam już przynajmniej
pięć kamer, uświadomiła ją Claire. Dopiero wtedy do Joce dotarło, że nie
zerwała telepatycznego połączenia, dzięki czemu kuzynka wciąż była w stanie
wychwycić jej myśli. Nie ma sensu
ryzykować, póki nie wiemy, na czym stoimy… Zwłaszcza że ludzie kierowani
strachem są zdolni do naprawdę nieprzewidywalnych rzeczy, dodała po chwili
wahania.
A on się boi…?
Claire
ledwo zauważalnie skinęła głową.
Tak sądzę. Mam wrażenie, że nie ma pojęcia o niczym
ponadto, że możemy zrobić mu krzywdę, stwierdziła z wahaniem.
Jocelyne
wręcz zadziwiało to, jak wiele wniosków ta dziewczyna potrafiła wyciągnąć na
podstawie samej tylko obserwacji. Od zawsze wiedziała, że Claire była bystra,
pod wieloma względami zdecydowanie wdając się w ojca, ale nigdy dotąd nie
znalazły się w sytuacji na tyle niebezpiecznej, by te cechy się ujawniły.
Nawet podczas ucieczki z ośrodka kuzynka nie wyglądała na aż tak pewną, w gruncie
rzeczy zdając się na obecność bliźniaków i Setha. Teraz nie miały na co
liczyć, zdane na siebie, co najwyraźniej doprowadziło Claire do podjęcia
decyzji o działaniu.
Przez kilka
następnych sekund szły w milczeniu, Tym razem kuzynka trzymała się jeszcze
bliżej, aż Joce zaczęła mieć wrażenie, że ta byłaby w stanie ją osłonić,
gdyby zaszła taka potrzeba. Poczuła się dziwnie w tym miejscu, nie
pierwszy raz mając poczucie, że aż zanadto odbierała od reszty swojej rodziny.
Po pierwsze, była bardziej krucha i ludzka, tym samym stając się
potencjalnym celem. A po drugie, odkąd tylko sięgała pamięcią, wszyscy
próbowali ją chronić, co na dłuższą metę zaczynało być męczące.
Słodka
bogini, widziała umarłych, prawda? W takim wypadku w końcu sama
powinna o siebie zadbać – z tym, że najwyraźniej wciąż tego nie
potrafiła.
Joce… Rozmawiasz ze mną, usłyszała i musiała
wręcz powstrzymać się od wzdrygnięcia, słysząc kolejną niepewną, pełną wahania
myśl Claire. Miała wrażenie, że dziewczyna sprawdza, czy połączenie wciąż było
aktywne, zwłaszcza że sama nie posiadała telepatycznych zdolności. Skoro tak, mogłabyś spróbować skontaktować
się z kimś jeszcze? Mam wrażenie, że nie poradzimy sobie same.
Jasne.
To brzmiało
aż nadto sensownie, aż zaczęła się zastanawiać, dlaczego sama nie wpadła na
takie posunięcie. Nie miały co liczyć na skorzystanie z telefonu, bo te
straciły jeszcze w tamtej alejce, zanim Claire zdążyła dodzwonić się do
Aldero albo kogokolwiek innego. Co prawda prędzej czy później ktoś zdecydowanie
miał zacząć ich szukać, ale zwlekanie i bierne oczekiwanie na cud
zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Wzięła kilka
głębszych wdechów, próbując się uspokoić. To było coś, co potrafiła, prawda? W zasadzie
pierwszą rzeczą, jaką zdołała nauczyć się od rodziców, było komunikowanie się
na odległość. Pod tym względem panowanie nad mocą przychodziło jej z łatwością,
wszystko zaś tak naprawdę zależało od odległości i skupienia. Gdyby tylko
spróbowała sięgnąć gdzieś poza otaczające ją mury i poszukać znajomej aury
kogoś, kto miałby szansę im pomóc…
Spróbowała,
nawet nie musząc się zastanawiać nad tym, co i dlaczego chciała zrobić.
Pewne umiejętności były dla telepatów czymś równie naturalnym, co i oddychanie,
co zresztą dotyczyło również jej. Sama myśl o tym przyniosła Jocelyne
spokój, którego tak bardzo potrzebowała, choć na moment dając jej nadzieję na
to, że mogła się na coś przydać.
Aż do
momentu, w którym napotkała wyraźny opór.
Zamarła,
przez krótką chwilę czując się tak, jakby zderzyła się z niewidzialną
ścianą. Chociaż próbowała wydostać się na zewnątrz, coś z uporem spychało
ją na bok, zmuszając do trwania w wydzielonym obrębie mentalnej
rzeczywistości. To było tak, jakby jej umysł został uwięziony w konkretnym
obszarze – swego rodzaju klatce, poza którą nie była w stanie wyjść. To
odkrycie wytrąciło ją z równowagi, tak jak i świadomość, że budynek, w którym
się znajdowała, wydawał się zawieszony pośrodku nicości. Wrażenie było takie,
jakby poza otaczającymi ją ścianami, nie znajdowało się absolutnie nic.
Claire…
Kuzynka
nawet na nią nie spojrzała, ale wyraźnie się spięła, zaniepokojona paniką,
która zaczęła pobrzmiewać w mentalnym głosie Jocelyne. Dziewczyna
wiedziała, że powinna nad sobą zapanować i niepotrzebnie nie zwracać
uwagi, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza sprawy wydawały się
wymykać spod kontroli.
Z wolna
wypuściła powietrze, próbując wziąć się w garść. Musiała, zwłaszcza że
chwilowe niepowodzenie wcale nie musiało oznaczać, że…
Nie mogę wyjść poza budynek, oznajmiła
wprost. Starała się nie rozglądać w zbyt gwałtowny, zdradzający targające
nią emocje sposób. To miejsce… po prostu
zostało odcięte, dodała, tym samym wzbudzając w Claire jeszcze więcej
wątpliwości.
Co masz na myśli?, zaniepokoiła się
dziewczyna.
To, że moc jest tutaj uwięziona. Nas też
można ograniczyć, przyznała, choć podejrzewała, że Claire doskonale zdawała
sobie z tego sprawę. Co prawda sama nie była telepatką, ale przy Layli
zdecydowanie miała okazję, by sporo się dowiedzieć. To tak, jakbym była…
… w klatce Faradaya, dopowiedziała
dziewczyna i to wystarczyło, żeby potwierdzić przypuszczenia Joce.
Tak… Co robimy?, ponowiła pytanie,
chociaż szczerze wątpiła w to, by znalezienie odpowiedzi ot tak miało się
pojawić.
Wymowna
cisza okazała się wystarczającym przekazem. Jocelyne wzdrygnęła się, po czym
instynktownie przesunęła bliżej kuzynki, coraz bardziej wytrącona z równowagi
tym, co się działo. Jakby tego było mało, już w chwili, w której
odważyła się sięgnąć umysłem gdzieś dalej, szukając wyjścia, wyraźnie wyczuła
coś więcej – rodzaj energii, który wydawał się reagować na samą jej obecność.
Właśnie tego obawiała się od samego początku, podświadomie próbując bronić się
przed samą chociażby myślą, że gdzieś w pobliżu miałby znajdować się… Cóż,
ktokolwiek martwy. Od samego początku
robiła wszystko, żeby nie zwracać na siebie uwagi, teraz jednak to wydawało się
pozbawione jakiegokolwiek znaczenia.
Nie, skoro
obecne w tym miejscu dusze wyraźnie ją wyczuły.
Zarówno
Dallas, jak i Rosa, ostrzegali, że miała dość specyficzną aurę. W zasadzie
dla umarłych musiała być jak jakaś cholerna latarnia morska, przyciągająca
tych, którzy potrzebowali pomocy, nawet jeśli sami zainteresowani nie do końca
zdawali sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej, nekromanci byli
charakterystyczni i łatwi do namierzenia dla kogoś, kto był martwy. W końcu
z założenia po to istniała, prawda? Balansowała gdzieś na granicy życia i śmierci,
co samo w sobie wydawało się wystarczająco przerażającym doświadczeniem. W efekcie
zdecydowanie nie potrzebowała stałego kontaktu z umarłymi, zwłaszcza że ci
czerpali od niej o wiele więcej energii, niż mogłaby sobie tego życzyć.
Teraz zaś
ktoś tutaj wyraźnie ją wyczuł. Była tego świadoma, zresztą tak jak i zamieszania,
które nagle wywołała. Słyszała plączące się ze sobą głosy – całą mieszankę
odległych, niespójnych szeptów, których nie potrafiła uporządkować czy
zrozumieć. To wystarczyło, by z miejsca zaczęła boleć ją głowa, nie
wspominając o tym, że sama Jocelyne z miejsca zapragnęła uciec. Nie
chciała tutaj być i czekać, aż kolejny zmarły spróbuje się do niej
zbliżyć, najpewniej oczekując czegoś, czego w obecnych warunkach tak czy
siak nie była w stanie mu zapewnić.
– Joce…
Wszystko w porządku? – usłyszała pełen wahania szept Claire.
Poderwała
głowę, by móc w roztargnieniu spojrzeć na kuzynkę. Znów uderzyła ją jej
bladość, choć zarazem podejrzewała, że sama prezentowała się o wiele
gorzej. Takie przynajmniej miała wrażenie, już nie tylko przerażona, ale
poirytowana nieprzyjemnym łomotaniem w skroniach, które z wolna
zaczęło przybierać na sile. To nie był pierwszy raz, kiedy przez nadmiar bodźców
zaczynała boleć ją głowa, nie wspominając o tym, że w ostatnim czasie
doświadczyła dość, by wiedzieć, że jej zdolności potrafiły naprawdę
nieprzyjemnie wpływać na zdrowie.
– Tak…
Jasne – skłamała, z opóźnieniem decydując się odezwać. Miała wrażenie, że
kuzynka i tak już od dłuższej chwili próbowała zwrócić na siebie uwagę.
Claire
spojrzała na nią z powątpiewaniem, ale nie skomentowała tego nawet słowem.
Potem już tylko obie milczały, chcąc nie chcąc podążając w głąb korytarza.
Jocelyne nie miała pojęcia, dokąd to wszystko prowadziło, ale nie podobało jej
się – i to nie tylko przez wzgląd na ewentualną obecność istot, których
inni nie byli w stanie dostrzec.
– Tutaj –
padło z ust strażnika, kiedy nagle zatrzymał się przed jednymi z licznym
drzwi. To był pierwszy raz, kiedy odezwał się po tym, jak upadła.
Choć nie
miała wyboru, zawahała się. Zaraz po tym chcąc nie chcąc przekroczyła próg,
wciąż nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś było nie tak.
A potem w jej
głowie rozbrzmiał znajomy głos i zamarła.
Och, nie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz