
Jocelyne
Och, nie…
Już kiedy usłyszała mentalny
głos Layli wiedziała, że sprawy mają się o wiele gorzej, niż początkowo
mogłaby zakładać. W pierwszym odruchu serce zabiło jej szybciej ze
zdenerwowania, ale i swego rodzaju ulgi. Zwłaszcza ta druga okazała się
czymś nie do powstrzymania, Joce zresztą uznała ją za coś najzupełniej
naturalnego. A więc nic jej nie było… Przynajmniej teoretycznie, bo jeśli
nawet uzdolnionej Layli nie udało się stąd przez tyle czasu uciec, coś
zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Drgnęła, przez krótką chwilę
chcąc poinformować Claire. To było niczym trudny do zignorowania impuls,
którego nade wszystko chciała się poddać. Równie mocno zapragnęła zobaczyć
ciotkę, upewnić się, że ta była cała, a potem mocno ją uściskać – i to
nie tylko z tęsknoty. Tak bardzo się bała, a teraz…
Joce,
nie, usłyszała i to
wystarczyło, żeby skutecznie sprowadzić ją na ziemię. Dawno nie słyszała Layli
aż tak spanikowanej i podenerwowanej zarazem. Tutaj nie jest bezpiecznie. Ty i Claire…
Cokolwiek miała do powiedzenia,
urwała równie nagle, co wcześniej się odezwała. Co prawda Jocelyne nadal czuła
mentalną obecność wampirzycy, ale w o wiele mniej intensywny sposób.
Wrażenie było takie, jakby Layla zdecydowała się od niej odciąć, budując wokół
siebie staranny, niemożliwy do przebicia mur. To skutecznie wytrąciło
dziewczynę z równowagi, zwłaszcza że nie miała pojęcia, dlaczego ciotka
zareagowała w ten sposób. W pierwszym odruchu chciała zaprotestować,
gotowa nawoływać i walczyć, by jednak na powrót połączyć się z Laylą,
jednak w ostatniej zrezygnowała, uświadamiając sobie, że to najpewniej w pełni
świadoma, kontrolowane działanie wampirzycy. Co więcej, wciąż wyraźnie czuła
jej strach – odległy i przytłumiony, ale jednak obecny. Skoro nawet ona
się bała, a do tego wszystkiego wydawała się wkładać cały wysiłek w to,
by utrzymać osłonę wokół swojego umysłu, coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jocelyne nieznacznie potrząsnęła
głową, wciąż oszołomiona. Wiedziała, że działo się coś niedobrego, chociaż to
akurat wydawało się oczywiste od chwili, w której wpadły z Claire w kłopoty.
Gdyby sytuacja była normalna, zdecydowanie nie podążałaby teraz za przewrażliwionym,
uzbrojonym strażnikiem, który w każdej chwili mógłby zdecydować się
zastrzelić ją albo jej kuzynkę. To nawet brzmiało abstrakcyjnie, a jednak…
Chociaż sobie tego nie
wyobrażała, najwyraźniej wciąż mogło być jeszcze gorzej.
Spróbowała odrzucić od siebie
niechciane myśli, bezskutecznie próbując zachować spokój. Powiodła wzrokiem
dookoła, w końcu zwracając uwagę na miejsce, w którym się znalazła.
Skrzywiła się nieznacznie, kolejny raz mając wrażenie, że wylądowała pośrodku
pustki. Sala co prawda była duża, ale przy tym pozostawała równie pusta i niemalże
sterylna, co i korytarz, którym dopiero co podążała. Trudno jej było
jakkolwiek opisać to miejsce, skoro w zasięgu jej wzroku nie znajdowało się
absolutnie nic – jakichkolwiek mebli albo czegoś, co zdobiłoby puste, szare
ściany. Były tylko drzwi, przez które przeszły i które ostatecznie
zamknęły się z hukiem, wzbudzając w Jocelyne jeszcze więcej
wątpliwości.
Bała się. Nie chciała się do
tego przyznawać, raz po raz powtarzając sobie, że powinna okazać choć odrobinę
siły, to jednak nie działało w ten sposób. Chciała czy też nie, nie
potrafiła kontrolować emocji – i to zwłaszcza tak skrajnych, a przy
tym absolutnie niezależnych od niej. W zasadzie już nawet nie chciała
wiedzieć, w jaki sposób jej bliscy radzili sobie w takich sytuacjach.
– Zaczekajcie tutaj.
Zamrugała nieco nieprzytomne,
zaskoczona nie tyle słowami strażnika, co tym, że ten w takim pośpiechu
się oddalił. Zaraz po tym aż podskoczyła, kiedy drzwi otworzyły i zamknęły
się po raz kolejny – i to w zdecydowanie niedelikatny sposób, co
jedynie pokreśliło niechęć mężczyzny do tego, by przebywać z nimi w jednym
pomieszczeniu.
Joce zawahała się, po czym z wolna
wypuściła powietrze. Nie miała pojęcia, co powinna o tym wszystkim myśleć,
ale nie podobało jej się to. Dlaczego wciąż miała poczucie, że zarówno ten
mężczyzna, jak i najpewniej inni obecni tutaj ludzie, traktowali ją jak
potencjalne zagrożenie? Jasne, od zawsze wiedziała, że śmiertelnicy w naturalny
sposób obawiali się istot nocy. Ba! Instynktownie spinali się, kiedy zdarzało
im się obcować z którąkolwiek z nich, nawet jeśli nie byli tego
świadomi. Sęk w tym, że tym razem wyraźnie czuła tę niechęć – i to od
osoby w pełni świadomej tego, kim była. To w jakimś stopniu wydało
jej się przerażające, sprawiając, że z miejsca poczuła się jak zamknięte w klatce
zwierzę.
– Claire… – W pośpiechu
przesunęła się bliżej kuzynki. – Zostawił nas same? – zapytała, nie kryjąc
zaskoczenia.
– Od początku pokazywał, że się
boi – zauważyła z wahaniem dziewczyna. – Dla mnie to też dziwne, ale… –
Urwała, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła. – Dlatego wątpię, byśmy
były same. Mówiłam ci o kamerach.
– No tak, ale… tutaj nic nie ma –
przypomniała z rezerwą Joce, raz jeszcze wodząc wzrokiem dookoła. –
Dosłownie.
O dziwo, Claire jedynie potrząsnęła
głową. Zaraz po tym zwróciła się ku jednej ze ścian, tym samym uświadamiając
Joce, że ta wyglądała inaczej przez wzgląd na pokaźnych rozmiarów, ciągnące się
niemalże na całą szerokość lustro. To też wyjaśniało, dlaczego pokój w pierwszej
chwili wydał jej się o wiele większy, niż okazał się w rzeczywistości.
– Nie rozumiem… – przyznała,
krzywiąc się mimowolnie. Wciąż dający jej się we znaki ból głowy jedynie
pogarszał sytuację.
– To lustro fenickie –
uświadomiła ją ze spokojem kuzynka. Przynajmniej na taką brzmiała, choć Joce
szczerze wątpiła, by faktycznie była rozluźniona. – Tak przynajmniej zakładam,
bo to miałoby sens… Po drugiej stronie albo ktoś na nas patrz, albo będzie
patrzył – dodała, a Joce mimowolnie zadrżała, wręcz porażona taką
możliwością. – Nieważne… Wszystko w porządku?
To pytanie jej nie zaskoczyło,
zwłaszcza że zdecydowanie nie czuła się najlepiej. Co więcej, wciąż myślała o Layli,
co najmniej zaniepokojona perspektywą tego, co dopiero mogło się wydarzyć. Wciąż
mogła ochotę poinformować kuzynkę, że jej matka znajdowała się gdzieś w pobliżu,
ale zmusiła się do milczenia, próbując dostosować się do tego, o co
prosiła ją ciotka. Chciała udawać, że sytuacja mimo wszystko była pod kontrolą,
a obecność Layli zmieniała wszystko, dając im szansę na ucieczkę, ale… nie
potrafiła.
Drgnęła, kiedy Claire bez
jakiegokolwiek ostrzeżenia znalazła się przy niej. Zaraz po tym kuzynka jak
gdyby nigdy nic otoczyła ją ramionami, stanowczo przyciągając do siebie.
– Nie pozwolimy cię skrzywdzić –
oznajmiła tak cicho, że nawet mimo wyostrzonych zmysłów Joce miała problem z tym,
by ją usłyszeć.
Zamrugała nieco nieprzytomnie,
oszołomiona. My…?

Layla
Powiedzieć, że ją nosiło, byłoby niedopowiedzeniem stulecia.
Prawda była taka, że wciąż trzęsła się na samo wspomnienie tego, co wydarzyło
się chwilę wcześniej, zanim Simon zabrał ją z tej cholernej celi. Teraz
szła tuż obok niego, chcąc nie chcąc pozwalając, by prowadził ją za rękę,
chociaż to wciąż wydawało się idiotyczne. Podejrzewała, że pozostali ludzie w tym
miejscu w większości przypadków spoglądali na niego tak, jakby postradał
zmysły, zwłaszcza że przecież wciąż ryzykował. Jasne, nie miała zamiaru go
zabić, zresztą obręcz na szyi skutecznie powstrzymywała ją przed jakąkolwiek
zbyt pochopną reakcją, nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby tylko zechciała,
mogłaby – chociażby – urwać swojemu towarzyszowi rękę.
Nerwowo zacisnęła usta. Nie,
zdecydowanie nie miała takiego zamiaru. Simon mógł ją drażnić zarówno
podejściem, jak i zachowaniem, ale wciąż pozostawał jedyną życzliwą osobą,
którą tutaj miała. Podejrzewała, że myślenie nad tym, w jaki sposób mogła
wykorzystać tę przychylność, by przetrwać, nie świadczyło o niej
najlepiej, zwłaszcza po rozmowie z Jaquesem, ale jaki tak naprawdę miała
wybór? Co więcej, wciąż miała do Simona żal za to, że jedynie biernie
obserwował poczynania Nicka, kiedy ten robił jej krzywdę. Być może faktycznie
nie miał do powiedzenia aż tak dużo, by się sprzeciwić, ale…
Wszelakie myśli uleciały z jej
głowy w chwili, gdy gdzieś na krawędzi jej świadomości zamajaczyła aż
nazbyt znajoma aura. W zasadzie w tym samym momencie wyczuła dwie
osóbki, chociaż to energia bijąca od Jocelyne uderzyła w nią jako
pierwsza. Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi, przez
krótką chwilę czując się tak, jakby zderzyła się z betonową ścianą.
Och,
nie…
Przerażenie, które w tamtej
chwili poczuła, było czymś nie do opisania. Już w chwili, w której
zrozumiała, co się stało, zaczął towarzyszyć jej strach, to jednak okazało się
niczym w porównaniu do tego, co poczuła, kiedy w końcu dotarło do
niej, kto znajdował się w pobliżu. Już sama obecność Jocelyne wystarczyła,
by Layla zapragnęła kogoś zabić, kiedy zaś do tego wszystkiego rozpoznała
Claire…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza
do płuc, bezskutecznie próbując się uspokoić. Emocje już od dłuższego czasu
kumulowały się w jej wnętrzu, zwłaszcza po niedoszłym incydencie będąc w stanie
przebić się nawet przez głód i wszechogarniające zmęczenie. To
wystarczyło, żeby ją pobudzić i sprawić, że nagle znalazła się na
krawędzi, gotowa ochronić jakże ważne dla niej osoby. Dla Claire mogłaby zabić,
co zresztą było jasne, skoro ta pozostawała jej jedyną córką – i to na
dodatek taką, o którą musiała walczyć i którą utraciła na blisko
wiek. Nie wyobrażała sobie, że ktokolwiek miałby spróbować tknąć tę dziewczynę,
niezależnie od intencji, które by nim kierowały.
Podobnie sprawy miały się z Jocelyne.
Kochała ją niemal równie mocno, od samego początku traktując wyjątkowo. Jej
bratanica była zdecydowanie zbyt krucha i ludzka, by pozwolić ją
skrzywdzić. W efekcie Layla aż rwała się do tego, by porządnie komuś
przyłożyć, niezależnie od możliwych konsekwencji.
Musiała wręcz zmusić się do
zachowania spokoju. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak, co jeszcze mogłaby
znieść, gdyby w grę wchodziło wyłącznie jej bezpieczeństwo, ale nie w tym
wypadku. Gorączkowo próbowała zebrać myśli, by podjąć jakąkolwiek sensowną
decyzję, ale i to okazało się problematyczne.
Wyczuła wahanie, ale też swego
rodzaju ulgę, bijące od Jocelyne. Natychmiast zareagowała, próbując przekazać
bratanicy, by nie dawała niczego po sobie poznać. Kamień spadł jej z serca,
kiedy dziewczyna usłuchała, nawet pomimo tego, że taka prośba wyraźnie
wzbudziła w niej konsternację. Layla westchnęła w duchu, po czym z pewnym
wysiłkiem spróbowała odciąć się od Joce, nie chcąc niepotrzebnie obciążać jej
swoimi emocjami. Potrzebowała chwili, żeby odetchnąć i zebrać myśli, co
już samo w sobie okazało się wystarczająco wymagającym zadaniem.
Słodka bogini, na samą myśl o tym,
co mogłoby spotkać Jocelyne albo Claire, robiło jej się słabo. Sama jako
wampirzyca znosiła wiele – od bólu rażenia prądem, po nawet przebicie kołkiem,
bo i to zdarzało się w przeszłości. Mogła cierpieć, ale to wciąż nie
równało się jej śmierci, co na swój sposób wydawało się pocieszające. Problem
polegał na tym, że ani Claire, ani tym bardziej Joce, nie miały tej odporności.
To oznaczało, że za wszelką cenę musiała je ochronić, nawet jeśli tak naprawdę
nie wiedziała jak. Obawiała się, że nikt nie posłucha, jeśli zacznie mówi i ostrzegać
– w końcu zignorowali ją, kiedy z uporem powtarzała, że eksperymenty z wampirzą
krwią nie miały sensu. Gdyby do tego wszystkiego ktoś dowiedział się, że te
dwie były z nią jakkolwiek spokrewnione i miały dla niej aż tak
wielkie znaczenie…
Nie, nie chciała sobie tego
wyobrażać.
Zerknęła na Simona, ale
ostatecznie nie zdobyła się na to, by o cokolwiek go prosić. Chciał dobrze
czy też nie, to nie miało znaczenia. Nie mogła ufać nikomu prócz sobie, a to
znaczyło, że musiała rozwiązać sprawy inaczej. Nie podobało jej się to, ale w obecnej
sytuacji wszystko wydawało się lepsze niż nic. Gdyby jeszcze do tego
wszystkiego wiedziała, czego tak naprawdę powinna się spodziewać…
Odrzuciła od siebie niechciane
myśli, próbując skupić się na tym, co najistotniejsze. Po chwili wahania
skupiła się na Claire, przez krótką chwilę zastanawiając nad tym, czy
przypadkiem nie upadła na głowę, kiedy ostatecznie zdecydowała się zwrócić do
córki. Claire…, pomyślała, próbując
jak najłagodniej zniknąć do umysłu dziewczyny, ale i tak wyraźnie wyczuła
kolejno konsternację, a ostatecznie szok, którego ta doświadczyła. Przez
krótką chwilę nawet zaczęła dochodzić do wniosku, że popełniła błąd, a pół-wampirzyca
jednak zareaguje zbyt gwałtownie, tym samym zwracając na siebie niepotrzebną
uwagę.
M-mamo…?!
Layla ledwo powstrzymała się od
westchnienia ulgi. Poczuła przyjemne ciepło, które błyskawicznie rozeszło się po
całym jej ciele w odpowiedzi na to jedno, jedyne słowo. Przez krótką
chwilę poczuła się naprawdę spokojna, zupełnie jakby wszystkie złe rzeczy,
które miały miejsce w ostatnim czasie, odeszły w zapomnienie.
Jestem
tutaj,
zapewniła pośpiesznie. Musiała wziąć się w garść i skoncentrować na
tym, co najważniejsze. Cii, Claire… Po
prostu spokojnie, okej? Niedobrze byłoby, gdyby ktokolwiek zorientował się, że
rozmawiamy.
Dziewczyna nie odpowiedziała,
ale Layla wyraźnie wyczuła bijące od niej zrozumienie. W porządku, więc tę
jedną kwestie miały ustaloną. Na dobry początek musiało wystarczyć, zwłaszcza
że sprawy już i tak miały się w absolutnie nieciekawy, wręcz
niepokojący sposób.
Okej, zaczęła raz jeszcze, próbując
starannie dobierać słowa. Nic wam nie
jest? Jesteście z Joce całe?, zapytała natychmiast, bo ta jedna rzecz
nie dawała jej spokoju.
Tak
sądzę… Na razie zostałyśmy same, przyznała Claire, ale coś w targających nią w tamtej
chwili emocjach, momentalnie dało Layli do myślenia.
Powstrzymała się przed drążeniem
tematu. Podejrzewała, że gdyby wydarzyło się coś naprawdę złego, dziewczyna
dałaby jej znać. Inna sprawa, że tak naprawdę wolała nie wnikać w szczegóły,
przynajmniej na razie. Głód sprawiał, że już i tak balansowała gdzieś na
krawędzi, gotowa w każdej chwili stracić nad sobą kontrolę. Już raz sobie
na to pozwoliła i to zaledwie kilka minut wcześniej, kiedy tak po prostu
ukróciła życie tamtego mężczyzny. Wiedziała, że nie byłoby dobrze, gdyby znów
sobie na to pozwoliła.
W
porządku,
odetchnęła, próbując przekonać samą siebie, że jest w porządku. Tutaj nie jest bezpiecznie, Claire, chociaż
raczej nie muszę ci tego tłumaczyć. Po prostu trzymaj się blisko Joce i… nie
róbcie niczego głupiego. Coś wymyślę, ale…
Co
z tobą?,
przerwała jej dziewczyna.
Layla zawahała się, bynajmniej
nie zaskoczona troską. Zwłaszcza lustrując umysł Claire, była w stanie
zorientować się, że ta wręcz odchodziła od zmysłów. Cóż, mogła się tego
spodziewać, aż nazbyt świadoma, że zniknęła na wystarczająco długo, by wszyscy
zaczęli się martwić.
Daję
sobie radę,
odpowiedziała lakonicznie. To nie była pora na takie rozmowy, nie chciała
zresztą uświadamiać córce w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazły. Wiesz, że nie tak łatwo się mnie pozbyć,
dodała, naiwnie licząc na to, że to wystarczy, by choć odrobinę rozluźnić
atmosferę.
Odpowiedziała jej przede
wszystkim jeszcze silniejsza niż do tej pory konsternacja Claire.
Ale
brzmisz na… zmęczoną,
zaoponowała dziewczyna. Layla zawahała się. Faktycznie była w stanie to
wyczuć…? Co się stało? Mamo…
Potem, przerwała pośpiesznie. Chciała
wierzyć, że w obecnej sytuacji faktycznie zdoła doznać na tyle istotnego
olśnienia, by coś wymyślić. Musiała, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwe
konsekwencje. Jesteście tu tylko z Joce,
prawda?
Tak,
ale…
Więc
pilnuj jej,
poprosiła, coraz bardzie podenerwowana. Trzymajcie
się razem. I… Po prostu mi zaufajcie, w porządku? Cokolwiek się wydarzy,
dodała, chociaż nie miała pojęcia, jaki tak naprawdę miała plan. Nie pierwszy
raz musiała improwizować, tym razem jednak podjęcie złych decyzji zdecydowanie
nie wchodziło w grę.
Nie
rozumiem…
Layla westchnęła w duchu.
Nie
mogę rozmawiać, przynajmniej na razie. Jest tutaj ktoś, kto może okazać się…
problematyczny,
przyznała i aż zagotowało się w niej na myśl o Jaquesie. Mógł
igrać z nią, ale zdecydowanie nie zamierzała pozwolić na to, by skrzywdził
jej córkę albo bratanicę. Staraj się
pilnować tego, co robisz i o czym myślisz. Wiem, że to może wydawać
się trudne, ale… dasz sobie radę, dodała z przekonaniem o wiele
silniejszym niż to, które odczuwała w rzeczywistości.
Był takie chwile, w których
naprawdę miała ochotę uściskać Kristin za to, że ta zaznajomiła Claire z możliwościami
telepatii. Może i dziewczyna nie dysponowała nadnaturalnymi zdolnościami,
ale przynajmniej znała ich znaczenie. Co więcej, dobrze wiedziała, jak wiele
potrafiła zdziałać odpowiednia manipulacja cudzym umysłem. Layla chciała
wierzyć, że to wystarczy, zwłaszcza że w innym wypadku Claire okazałaby
się całkowicie bezbronna.
Nie doczekała się protestu, nie
zamierzała zresztą czekać na kolejne pytania. Obawiała się zwłaszcza tych,
które miały jakikolwiek z jej samopoczuciem, tym bardziej że zdecydowanie
nie mogła ze spokojem opowiadać o tym, co się wydarzyło. To i tak nie
miało znaczenia, prawda? Teraz miała cel – dwie osoby, które pragnęła i po
prostu musiała ochronić, nawet
kosztem własnego życia. To była sprawa priorytetowa i tego zamierzała się trzymać.
– Dokąd idziemy? – zapytała
cicho, decydując się przerwać panującą ciszę. Wymownie zerknęła na Simona, w duchu
modląc się o to, by nie wyglądać na przesadnie pobudzoną.
– Zaraz zobaczysz – zapewnił
pośpiesznie mężczyzna. – Stało się coś istotnego, więc pomyślałem sobie, że…
– Kolejny eksperyment? –
przerwała mu cierpko. Grała na zwłokę, naiwnie licząc na to, że jednak uda jej
się coś wymyślić. – Bo jeśli znów mam patrzeć, jak ktoś umiera na moich oczach
albo znosić docinki Jaquesa… – zaczęła, jednak w odpowiedzi Simon
energicznie pokręcił głową.
– Nie – przerwał i zabrzmiało
to szczerze. Przez krótką chwilę miała wręcz wrażenie, że czuł się winny za
ostatni raz. – Wtedy sama mnie zmusiłaś, ale… W porządku, tak –
zreflektował się, widząc jej minę. – Nie powinienem zmuszać cię, żebyś tam
była. Zresztą nie zamierzam popełnić drugi raz tego samego błędu – stwierdził
po chwili zastanowienia.
– Więc dlaczego?
– Zaraz sama się przekonasz –
zapewnił, po czym wywrócił oczami. – Dobrze widzieć cię ożywioną, tak swoją
drogą. Po tym, co się stało…
– Nie chcę wracać do
przeszłości, więc sobie daruj – przerwała mu o wiele ostrzej niż
pierwotnie zamierzała. Szlag, więc jednak była pobudzona! Chciała przynajmniej
próbować wierzyć, że Simon uzna to za naturalną reakcję po tym, co się
wydarzyło. – Po prostu brak wyjaśnień jakoś niespecjalnie mnie satysfakcjonuje,
jeśli wiesz, co mam na myśli. Jeśli chodzi o niespodzianki, to wychodzą ci
gorzej niż mojemu mężowi – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
O dziwo, jej towarzysz jedynie
parsknął śmiechem, po czym spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Opowiesz mi w końcu coś
więcej? – zapytał, a Layla skrzywiła się nieznacznie.
– Nie zamierzam.
Westchnął, ale przynajmniej nie
próbował drążyć. Mimo wszystko kamień spadł jej z serca, bo rozmawianie z kimkolwiek
tutaj o sprawach prywatnych nie mogło skończyć się dobrze. Właśnie dlatego
tak bała się o Joce i Claire – to zaś tłumaczyło, dlaczego zamierzała
zrobić wszystko, byleby udawać, że obie dziewczyny są je obce. To był jeden z tych
momentów, kiedy kierowanie się emocjami mogło okazać się zgubne, a Layla
chcąc nie chcąc musiała przyznać, że rozumiała, dlaczego Rufusowi zdarzało się
ich unikać. Nie popierała tego, oczywiście, ale naprawdę pojmowała – i to o wiele
lepiej, niż mogłaby sobie tego życzyć.
– Jak sobie chcesz – mruknął
Simon. Aż wzdrygnęła się, przez krótką chwilę ogarnięta idiotyczna myślą o tym,
że jakimś cudem zdołał wychwycić jej myśli. – A teraz chodź tutaj. Przedstawię
ci kogoś – zaproponował, bardziej stanowczo chwytając ją za rękę.
Wypuściła powietrze ze świstem,
kiedy wprowadził ją do znajomego już, przypominającego laboratorium
pomieszczenie. Przynajmniej miała wrażenie, że to ten sam duży, przedzielony
ścianą z lustrem weneckim pokój, w którym była ostatnim razem,
obserwując co działo się z tamtą dziewczyną. To wystarczyło, by
przystanęła na środku, niezdolna ruszyć się z miejsca. Potrzebowała kilka
następnych sekund, by uspokoić się na tyle, by podjąć jakąkolwiek decyzję.
Zaraz po tym – poruszając się
trochę jak w transie – odwróciła się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz