5 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt dwa

Jocelyne
Och, nie…
Już kiedy usłyszała mentalny głos Layli wiedziała, że sprawy mają się o wiele gorzej, niż początkowo mogłaby zakładać. W pierwszym odruchu serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania, ale i swego rodzaju ulgi. Zwłaszcza ta druga okazała się czymś nie do powstrzymania, Joce zresztą uznała ją za coś najzupełniej naturalnego. A więc nic jej nie było… Przynajmniej teoretycznie, bo jeśli nawet uzdolnionej Layli nie udało się stąd przez tyle czasu uciec, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
Drgnęła, przez krótką chwilę chcąc poinformować Claire. To było niczym trudny do zignorowania impuls, którego nade wszystko chciała się poddać. Równie mocno zapragnęła zobaczyć ciotkę, upewnić się, że ta była cała, a potem mocno ją uściskać – i to nie tylko z tęsknoty. Tak bardzo się bała, a teraz…
Joce, nie, usłyszała i to wystarczyło, żeby skutecznie sprowadzić ją na ziemię. Dawno nie słyszała Layli aż tak spanikowanej i podenerwowanej zarazem. Tutaj nie jest bezpiecznie. Ty i Claire…
Cokolwiek miała do powiedzenia, urwała równie nagle, co wcześniej się odezwała. Co prawda Jocelyne nadal czuła mentalną obecność wampirzycy, ale w o wiele mniej intensywny sposób. Wrażenie było takie, jakby Layla zdecydowała się od niej odciąć, budując wokół siebie staranny, niemożliwy do przebicia mur. To skutecznie wytrąciło dziewczynę z równowagi, zwłaszcza że nie miała pojęcia, dlaczego ciotka zareagowała w ten sposób. W pierwszym odruchu chciała zaprotestować, gotowa nawoływać i walczyć, by jednak na powrót połączyć się z Laylą, jednak w ostatniej zrezygnowała, uświadamiając sobie, że to najpewniej w pełni świadoma, kontrolowane działanie wampirzycy. Co więcej, wciąż wyraźnie czuła jej strach – odległy i przytłumiony, ale jednak obecny. Skoro nawet ona się bała, a do tego wszystkiego wydawała się wkładać cały wysiłek w to, by utrzymać osłonę wokół swojego umysłu, coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jocelyne nieznacznie potrząsnęła głową, wciąż oszołomiona. Wiedziała, że działo się coś niedobrego, chociaż to akurat wydawało się oczywiste od chwili, w której wpadły z Claire w kłopoty. Gdyby sytuacja była normalna, zdecydowanie nie podążałaby teraz za przewrażliwionym, uzbrojonym strażnikiem, który w każdej chwili mógłby zdecydować się zastrzelić ją albo jej kuzynkę. To nawet brzmiało abstrakcyjnie, a jednak…
Chociaż sobie tego nie wyobrażała, najwyraźniej wciąż mogło być jeszcze gorzej.
Spróbowała odrzucić od siebie niechciane myśli, bezskutecznie próbując zachować spokój. Powiodła wzrokiem dookoła, w końcu zwracając uwagę na miejsce, w którym się znalazła. Skrzywiła się nieznacznie, kolejny raz mając wrażenie, że wylądowała pośrodku pustki. Sala co prawda była duża, ale przy tym pozostawała równie pusta i niemalże sterylna, co i korytarz, którym dopiero co podążała. Trudno jej było jakkolwiek opisać to miejsce, skoro w zasięgu jej wzroku nie znajdowało się absolutnie nic – jakichkolwiek mebli albo czegoś, co zdobiłoby puste, szare ściany. Były tylko drzwi, przez które przeszły i które ostatecznie zamknęły się z hukiem, wzbudzając w Jocelyne jeszcze więcej wątpliwości.
Bała się. Nie chciała się do tego przyznawać, raz po raz powtarzając sobie, że powinna okazać choć odrobinę siły, to jednak nie działało w ten sposób. Chciała czy też nie, nie potrafiła kontrolować emocji – i to zwłaszcza tak skrajnych, a przy tym absolutnie niezależnych od niej. W zasadzie już nawet nie chciała wiedzieć, w jaki sposób jej bliscy radzili sobie w takich sytuacjach.
– Zaczekajcie tutaj.
Zamrugała nieco nieprzytomne, zaskoczona nie tyle słowami strażnika, co tym, że ten w takim pośpiechu się oddalił. Zaraz po tym aż podskoczyła, kiedy drzwi otworzyły i zamknęły się po raz kolejny – i to w zdecydowanie niedelikatny sposób, co jedynie pokreśliło niechęć mężczyzny do tego, by przebywać z nimi w jednym pomieszczeniu.
Joce zawahała się, po czym z wolna wypuściła powietrze. Nie miała pojęcia, co powinna o tym wszystkim myśleć, ale nie podobało jej się to. Dlaczego wciąż miała poczucie, że zarówno ten mężczyzna, jak i najpewniej inni obecni tutaj ludzie, traktowali ją jak potencjalne zagrożenie? Jasne, od zawsze wiedziała, że śmiertelnicy w naturalny sposób obawiali się istot nocy. Ba! Instynktownie spinali się, kiedy zdarzało im się obcować z którąkolwiek z nich, nawet jeśli nie byli tego świadomi. Sęk w tym, że tym razem wyraźnie czuła tę niechęć – i to od osoby w pełni świadomej tego, kim była. To w jakimś stopniu wydało jej się przerażające, sprawiając, że z miejsca poczuła się jak zamknięte w klatce zwierzę.
– Claire… – W pośpiechu przesunęła się bliżej kuzynki. – Zostawił nas same? – zapytała, nie kryjąc zaskoczenia.
– Od początku pokazywał, że się boi – zauważyła z wahaniem dziewczyna. – Dla mnie to też dziwne, ale… – Urwała, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła. – Dlatego wątpię, byśmy były same. Mówiłam ci o kamerach.
– No tak, ale… tutaj nic nie ma – przypomniała z rezerwą Joce, raz jeszcze wodząc wzrokiem dookoła. – Dosłownie.
O dziwo, Claire jedynie potrząsnęła głową. Zaraz po tym zwróciła się ku jednej ze ścian, tym samym uświadamiając Joce, że ta wyglądała inaczej przez wzgląd na pokaźnych rozmiarów, ciągnące się niemalże na całą szerokość lustro. To też wyjaśniało, dlaczego pokój w pierwszej chwili wydał jej się o wiele większy, niż okazał się w rzeczywistości.
– Nie rozumiem… – przyznała, krzywiąc się mimowolnie. Wciąż dający jej się we znaki ból głowy jedynie pogarszał sytuację.
– To lustro fenickie – uświadomiła ją ze spokojem kuzynka. Przynajmniej na taką brzmiała, choć Joce szczerze wątpiła, by faktycznie była rozluźniona. – Tak przynajmniej zakładam, bo to miałoby sens… Po drugiej stronie albo ktoś na nas patrz, albo będzie patrzył – dodała, a Joce mimowolnie zadrżała, wręcz porażona taką możliwością. – Nieważne… Wszystko w porządku?
To pytanie jej nie zaskoczyło, zwłaszcza że zdecydowanie nie czuła się najlepiej. Co więcej, wciąż myślała o Layli, co najmniej zaniepokojona perspektywą tego, co dopiero mogło się wydarzyć. Wciąż mogła ochotę poinformować kuzynkę, że jej matka znajdowała się gdzieś w pobliżu, ale zmusiła się do milczenia, próbując dostosować się do tego, o co prosiła ją ciotka. Chciała udawać, że sytuacja mimo wszystko była pod kontrolą, a obecność Layli zmieniała wszystko, dając im szansę na ucieczkę, ale… nie potrafiła.
Drgnęła, kiedy Claire bez jakiegokolwiek ostrzeżenia znalazła się przy niej. Zaraz po tym kuzynka jak gdyby nigdy nic otoczyła ją ramionami, stanowczo przyciągając do siebie.
– Nie pozwolimy cię skrzywdzić – oznajmiła tak cicho, że nawet mimo wyostrzonych zmysłów Joce miała problem z tym, by ją usłyszeć.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, oszołomiona. My…?
Layla
Powiedzieć, że ją nosiło, byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Prawda była taka, że wciąż trzęsła się na samo wspomnienie tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej, zanim Simon zabrał ją z tej cholernej celi. Teraz szła tuż obok niego, chcąc nie chcąc pozwalając, by prowadził ją za rękę, chociaż to wciąż wydawało się idiotyczne. Podejrzewała, że pozostali ludzie w tym miejscu w większości przypadków spoglądali na niego tak, jakby postradał zmysły, zwłaszcza że przecież wciąż ryzykował. Jasne, nie miała zamiaru go zabić, zresztą obręcz na szyi skutecznie powstrzymywała ją przed jakąkolwiek zbyt pochopną reakcją, nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby tylko zechciała, mogłaby – chociażby – urwać swojemu towarzyszowi rękę.
Nerwowo zacisnęła usta. Nie, zdecydowanie nie miała takiego zamiaru. Simon mógł ją drażnić zarówno podejściem, jak i zachowaniem, ale wciąż pozostawał jedyną życzliwą osobą, którą tutaj miała. Podejrzewała, że myślenie nad tym, w jaki sposób mogła wykorzystać tę przychylność, by przetrwać, nie świadczyło o niej najlepiej, zwłaszcza po rozmowie z Jaquesem, ale jaki tak naprawdę miała wybór? Co więcej, wciąż miała do Simona żal za to, że jedynie biernie obserwował poczynania Nicka, kiedy ten robił jej krzywdę. Być może faktycznie nie miał do powiedzenia aż tak dużo, by się sprzeciwić, ale…
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, gdy gdzieś na krawędzi jej świadomości zamajaczyła aż nazbyt znajoma aura. W zasadzie w tym samym momencie wyczuła dwie osóbki, chociaż to energia bijąca od Jocelyne uderzyła w nią jako pierwsza. Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi, przez krótką chwilę czując się tak, jakby zderzyła się z betonową ścianą.
Och, nie…
Przerażenie, które w tamtej chwili poczuła, było czymś nie do opisania. Już w chwili, w której zrozumiała, co się stało, zaczął towarzyszyć jej strach, to jednak okazało się niczym w porównaniu do tego, co poczuła, kiedy w końcu dotarło do niej, kto znajdował się w pobliżu. Już sama obecność Jocelyne wystarczyła, by Layla zapragnęła kogoś zabić, kiedy zaś do tego wszystkiego rozpoznała Claire…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, bezskutecznie próbując się uspokoić. Emocje już od dłuższego czasu kumulowały się w jej wnętrzu, zwłaszcza po niedoszłym incydencie będąc w stanie przebić się nawet przez głód i wszechogarniające zmęczenie. To wystarczyło, żeby ją pobudzić i sprawić, że nagle znalazła się na krawędzi, gotowa ochronić jakże ważne dla niej osoby. Dla Claire mogłaby zabić, co zresztą było jasne, skoro ta pozostawała jej jedyną córką – i to na dodatek taką, o którą musiała walczyć i którą utraciła na blisko wiek. Nie wyobrażała sobie, że ktokolwiek miałby spróbować tknąć tę dziewczynę, niezależnie od intencji, które by nim kierowały.
Podobnie sprawy miały się z Jocelyne. Kochała ją niemal równie mocno, od samego początku traktując wyjątkowo. Jej bratanica była zdecydowanie zbyt krucha i ludzka, by pozwolić ją skrzywdzić. W efekcie Layla aż rwała się do tego, by porządnie komuś przyłożyć, niezależnie od możliwych konsekwencji.
Musiała wręcz zmusić się do zachowania spokoju. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak, co jeszcze mogłaby znieść, gdyby w grę wchodziło wyłącznie jej bezpieczeństwo, ale nie w tym wypadku. Gorączkowo próbowała zebrać myśli, by podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję, ale i to okazało się problematyczne.
Wyczuła wahanie, ale też swego rodzaju ulgę, bijące od Jocelyne. Natychmiast zareagowała, próbując przekazać bratanicy, by nie dawała niczego po sobie poznać. Kamień spadł jej z serca, kiedy dziewczyna usłuchała, nawet pomimo tego, że taka prośba wyraźnie wzbudziła w niej konsternację. Layla westchnęła w duchu, po czym z pewnym wysiłkiem spróbowała odciąć się od Joce, nie chcąc niepotrzebnie obciążać jej swoimi emocjami. Potrzebowała chwili, żeby odetchnąć i zebrać myśli, co już samo w sobie okazało się wystarczająco wymagającym zadaniem.
Słodka bogini, na samą myśl o tym, co mogłoby spotkać Jocelyne albo Claire, robiło jej się słabo. Sama jako wampirzyca znosiła wiele – od bólu rażenia prądem, po nawet przebicie kołkiem, bo i to zdarzało się w przeszłości. Mogła cierpieć, ale to wciąż nie równało się jej śmierci, co na swój sposób wydawało się pocieszające. Problem polegał na tym, że ani Claire, ani tym bardziej Joce, nie miały tej odporności. To oznaczało, że za wszelką cenę musiała je ochronić, nawet jeśli tak naprawdę nie wiedziała jak. Obawiała się, że nikt nie posłucha, jeśli zacznie mówi i ostrzegać – w końcu zignorowali ją, kiedy z uporem powtarzała, że eksperymenty z wampirzą krwią nie miały sensu. Gdyby do tego wszystkiego ktoś dowiedział się, że te dwie były z nią jakkolwiek spokrewnione i miały dla niej aż tak wielkie znaczenie…
Nie, nie chciała sobie tego wyobrażać.
Zerknęła na Simona, ale ostatecznie nie zdobyła się na to, by o cokolwiek go prosić. Chciał dobrze czy też nie, to nie miało znaczenia. Nie mogła ufać nikomu prócz sobie, a to znaczyło, że musiała rozwiązać sprawy inaczej. Nie podobało jej się to, ale w obecnej sytuacji wszystko wydawało się lepsze niż nic. Gdyby jeszcze do tego wszystkiego wiedziała, czego tak naprawdę powinna się spodziewać…
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, próbując skupić się na tym, co najistotniejsze. Po chwili wahania skupiła się na Claire, przez krótką chwilę zastanawiając nad tym, czy przypadkiem nie upadła na głowę, kiedy ostatecznie zdecydowała się zwrócić do córki. Claire…, pomyślała, próbując jak najłagodniej zniknąć do umysłu dziewczyny, ale i tak wyraźnie wyczuła kolejno konsternację, a ostatecznie szok, którego ta doświadczyła. Przez krótką chwilę nawet zaczęła dochodzić do wniosku, że popełniła błąd, a pół-wampirzyca jednak zareaguje zbyt gwałtownie, tym samym zwracając na siebie niepotrzebną uwagę.
M-mamo…?!
Layla ledwo powstrzymała się od westchnienia ulgi. Poczuła przyjemne ciepło, które błyskawicznie rozeszło się po całym jej ciele w odpowiedzi na to jedno, jedyne słowo. Przez krótką chwilę poczuła się naprawdę spokojna, zupełnie jakby wszystkie złe rzeczy, które miały miejsce w ostatnim czasie, odeszły w zapomnienie.
Jestem tutaj, zapewniła pośpiesznie. Musiała wziąć się w garść i skoncentrować na tym, co najważniejsze. Cii, Claire… Po prostu spokojnie, okej? Niedobrze byłoby, gdyby ktokolwiek zorientował się, że rozmawiamy.
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale Layla wyraźnie wyczuła bijące od niej zrozumienie. W porządku, więc tę jedną kwestie miały ustaloną. Na dobry początek musiało wystarczyć, zwłaszcza że sprawy już i tak miały się w absolutnie nieciekawy, wręcz niepokojący sposób.
Okej, zaczęła raz jeszcze, próbując starannie dobierać słowa. Nic wam nie jest? Jesteście z Joce całe?, zapytała natychmiast, bo ta jedna rzecz nie dawała jej spokoju.
Tak sądzę… Na razie zostałyśmy same, przyznała Claire, ale coś w targających nią w tamtej chwili emocjach, momentalnie dało Layli do myślenia.
Powstrzymała się przed drążeniem tematu. Podejrzewała, że gdyby wydarzyło się coś naprawdę złego, dziewczyna dałaby jej znać. Inna sprawa, że tak naprawdę wolała nie wnikać w szczegóły, przynajmniej na razie. Głód sprawiał, że już i tak balansowała gdzieś na krawędzi, gotowa w każdej chwili stracić nad sobą kontrolę. Już raz sobie na to pozwoliła i to zaledwie kilka minut wcześniej, kiedy tak po prostu ukróciła życie tamtego mężczyzny. Wiedziała, że nie byłoby dobrze, gdyby znów sobie na to pozwoliła.
W porządku, odetchnęła, próbując przekonać samą siebie, że jest w porządku. Tutaj nie jest bezpiecznie, Claire, chociaż raczej nie muszę ci tego tłumaczyć. Po prostu trzymaj się blisko Joce i… nie róbcie niczego głupiego. Coś wymyślę, ale…
Co z tobą?, przerwała jej dziewczyna.
Layla zawahała się, bynajmniej nie zaskoczona troską. Zwłaszcza lustrując umysł Claire, była w stanie zorientować się, że ta wręcz odchodziła od zmysłów. Cóż, mogła się tego spodziewać, aż nazbyt świadoma, że zniknęła na wystarczająco długo, by wszyscy zaczęli się martwić.
Daję sobie radę, odpowiedziała lakonicznie. To nie była pora na takie rozmowy, nie chciała zresztą uświadamiać córce w jak wielkim niebezpieczeństwie się znalazły. Wiesz, że nie tak łatwo się mnie pozbyć, dodała, naiwnie licząc na to, że to wystarczy, by choć odrobinę rozluźnić atmosferę.
Odpowiedziała jej przede wszystkim jeszcze silniejsza niż do tej pory konsternacja Claire.
Ale brzmisz na… zmęczoną, zaoponowała dziewczyna. Layla zawahała się. Faktycznie była w stanie to wyczuć…? Co się stało? Mamo…
Potem, przerwała pośpiesznie. Chciała wierzyć, że w obecnej sytuacji faktycznie zdoła doznać na tyle istotnego olśnienia, by coś wymyślić. Musiała, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwe konsekwencje. Jesteście tu tylko z Joce, prawda?
Tak, ale…
Więc pilnuj jej, poprosiła, coraz bardzie podenerwowana. Trzymajcie się razem. I… Po prostu mi zaufajcie, w porządku? Cokolwiek się wydarzy, dodała, chociaż nie miała pojęcia, jaki tak naprawdę miała plan. Nie pierwszy raz musiała improwizować, tym razem jednak podjęcie złych decyzji zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Nie rozumiem…
Layla westchnęła w duchu.
Nie mogę rozmawiać, przynajmniej na razie. Jest tutaj ktoś, kto może okazać się… problematyczny, przyznała i aż zagotowało się w niej na myśl o Jaquesie. Mógł igrać z nią, ale zdecydowanie nie zamierzała pozwolić na to, by skrzywdził jej córkę albo bratanicę. Staraj się pilnować tego, co robisz i o czym myślisz. Wiem, że to może wydawać się trudne, ale… dasz sobie radę, dodała z przekonaniem o wiele silniejszym niż to, które odczuwała w rzeczywistości.
Był takie chwile, w których naprawdę miała ochotę uściskać Kristin za to, że ta zaznajomiła Claire z możliwościami telepatii. Może i dziewczyna nie dysponowała nadnaturalnymi zdolnościami, ale przynajmniej znała ich znaczenie. Co więcej, dobrze wiedziała, jak wiele potrafiła zdziałać odpowiednia manipulacja cudzym umysłem. Layla chciała wierzyć, że to wystarczy, zwłaszcza że w innym wypadku Claire okazałaby się całkowicie bezbronna.
Nie doczekała się protestu, nie zamierzała zresztą czekać na kolejne pytania. Obawiała się zwłaszcza tych, które miały jakikolwiek z jej samopoczuciem, tym bardziej że zdecydowanie nie mogła ze spokojem opowiadać o tym, co się wydarzyło. To i tak nie miało znaczenia, prawda? Teraz miała cel – dwie osoby, które pragnęła i po prostu musiała ochronić, nawet kosztem własnego życia. To była sprawa priorytetowa i tego zamierzała się trzymać.
– Dokąd idziemy? – zapytała cicho, decydując się przerwać panującą ciszę. Wymownie zerknęła na Simona, w duchu modląc się o to, by nie wyglądać na przesadnie pobudzoną.
– Zaraz zobaczysz – zapewnił pośpiesznie mężczyzna. – Stało się coś istotnego, więc pomyślałem sobie, że…
– Kolejny eksperyment? – przerwała mu cierpko. Grała na zwłokę, naiwnie licząc na to, że jednak uda jej się coś wymyślić. – Bo jeśli znów mam patrzeć, jak ktoś umiera na moich oczach albo znosić docinki Jaquesa… – zaczęła, jednak w odpowiedzi Simon energicznie pokręcił głową.
– Nie – przerwał i zabrzmiało to szczerze. Przez krótką chwilę miała wręcz wrażenie, że czuł się winny za ostatni raz. – Wtedy sama mnie zmusiłaś, ale… W porządku, tak – zreflektował się, widząc jej minę. – Nie powinienem zmuszać cię, żebyś tam była. Zresztą nie zamierzam popełnić drugi raz tego samego błędu – stwierdził po chwili zastanowienia.
– Więc dlaczego?
– Zaraz sama się przekonasz – zapewnił, po czym wywrócił oczami. – Dobrze widzieć cię ożywioną, tak swoją drogą. Po tym, co się stało…
– Nie chcę wracać do przeszłości, więc sobie daruj – przerwała mu o wiele ostrzej niż pierwotnie zamierzała. Szlag, więc jednak była pobudzona! Chciała przynajmniej próbować wierzyć, że Simon uzna to za naturalną reakcję po tym, co się wydarzyło. – Po prostu brak wyjaśnień jakoś niespecjalnie mnie satysfakcjonuje, jeśli wiesz, co mam na myśli. Jeśli chodzi o niespodzianki, to wychodzą ci gorzej niż mojemu mężowi – dodała, nie mogąc się powstrzymać.
O dziwo, jej towarzysz jedynie parsknął śmiechem, po czym spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Opowiesz mi w końcu coś więcej? – zapytał, a Layla skrzywiła się nieznacznie.
– Nie zamierzam.
Westchnął, ale przynajmniej nie próbował drążyć. Mimo wszystko kamień spadł jej z serca, bo rozmawianie z kimkolwiek tutaj o sprawach prywatnych nie mogło skończyć się dobrze. Właśnie dlatego tak bała się o Joce i Claire – to zaś tłumaczyło, dlaczego zamierzała zrobić wszystko, byleby udawać, że obie dziewczyny są je obce. To był jeden z tych momentów, kiedy kierowanie się emocjami mogło okazać się zgubne, a Layla chcąc nie chcąc musiała przyznać, że rozumiała, dlaczego Rufusowi zdarzało się ich unikać. Nie popierała tego, oczywiście, ale naprawdę pojmowała – i to o wiele lepiej, niż mogłaby sobie tego życzyć.
– Jak sobie chcesz – mruknął Simon. Aż wzdrygnęła się, przez krótką chwilę ogarnięta idiotyczna myślą o tym, że jakimś cudem zdołał wychwycić jej myśli. – A teraz chodź tutaj. Przedstawię ci kogoś – zaproponował, bardziej stanowczo chwytając ją za rękę.
Wypuściła powietrze ze świstem, kiedy wprowadził ją do znajomego już, przypominającego laboratorium pomieszczenie. Przynajmniej miała wrażenie, że to ten sam duży, przedzielony ścianą z lustrem weneckim pokój, w którym była ostatnim razem, obserwując co działo się z tamtą dziewczyną. To wystarczyło, by przystanęła na środku, niezdolna ruszyć się z miejsca. Potrzebowała kilka następnych sekund, by uspokoić się na tyle, by podjąć jakąkolwiek decyzję.
Zaraz po tym – poruszając się trochę jak w transie – odwróciła się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa