7 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt trzy

Layla
Podejrzewała, kogo zobaczy. Poniekąd liczyła na to od chwili, w której zorientowała się, do czego doszło. Chciała przynajmniej upewnić się, że Jocelyne i Claire były całe, dlatego przez krótką chwilę poczuła wręcz niewysłowioną ulgę, widząc co prawda zdezorientowane, ale sprawiające wrażenie zdrowych pół-wampirzyce. Jedynie Joce wyglądała blado, niespokojnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, i dosłownie chwiejąc się na nogach, ale to wydawało się w jej przypadku czymś normalnym. W zasadzie Layla miała wrażenie, że pod tym względem dziewczyna wdała się w ojca – wiecznie blada i sprawiająca wrażenie chorej, choć to niekoniecznie musiało być prawdą.
Wampirzyca nerwowo napięła mięśnie, muszą wręcz zmuszać się do zachowania obojętności i neutralnego wyraz twarzy. W porządku, były całe i zamierzała dopilnować, żeby tak pozostało.
– Więc? – zapytała cicho, w gruncie rzeczy ograniczając się do zaledwie poruszenia wargami. Nie miała pojęcia, czy Joce i Claire mogły ją usłyszeć. – Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś, Simon?
Miała złe skojarzenia z tym miejscem – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Tym razem przynajmniej nie widziała metalowego stołu i kogoś, kto umierałby na jej oczach. Pomieszczenie po drugiej stronie lustra weneckiego było puste, co w pierwszym odruchu wydało się Layli dziwne. Z drugiej strony, tak było lepiej, zwłaszcza że nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek zamierzał zbliżać się do wyraźnie zaniepokojonych nieśmiertelnych. Cóż, przynajmniej na razie, ale…
– Pomyślałem po prostu, że chciałabyś wiedzieć, że masz towarzystwo – wyjaśnił po chwili wahania Simon. Czuła, że uważnie ją obserwował, co jedynie potwierdziło, że powinna mieć się na baczności. – No i może one łatwiej nam zaufają, jeśli porozmawiają z tobą. Uznałem, że nadajesz się do tego bardziej niż Jaques, więc…
– Nawet nie waż się puścić do którejkolwiek z nich Jaquesa! – wyrzuciła z siebie na wydechu, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Przez twarz Simona przemknął cień.
– O tym mówię. Wiedziałem, że nie byłabyś zachwycona… Ja zresztą też – dodał, po czym energicznie potrząsnął głową. – Nie chcę źle, Laylo. Mówiłem ci o tym.
– A ja tłumaczyłam ci, dlaczego trudno mi zaufać – mruknęła w odpowiedzi.
Skinął głową, chociaż nie wyglądał na przekonanego. Mimo wszystko poczuła ulgę, przekonując się, że najpewniej nie dostrzegł w jej zachowaniu niczego podejrzanego. Troszczyła się i to wszystko, co zresztą zdążyła już zademonstrować mu w przypadku tamtej dziewczyny. Chciała przynajmniej wierzyć, że to faktycznie działało w ten sposób.
– Tak czy inaczej – odezwał się ponownie Simon – naprawdę lepiej, żebyśmy działali szybko. Póki nie ma Nicka – dodał, a Layla zesztywniała.
– Więc je wypuść – zasugerowała natychmiast. Zerknęła na towarzyszącego jej mężczyznę, nagle gotowa go błagać. – Proszę, Simon. Skoro mam uwierzyć, że nie chcesz niczyjej krzywdy…
– Nie mogę.
Zacisnęła usta.
– Więc po co wmawiasz mi coś, co nie jest prawdą? – zniecierpliwiła się. – Spójrz na mnie. Uważasz, że są niebezpieczne? – drążyła, ale kolejny raz doczekała się wyłącznie tego, że potrząsnął głową.
– One są… – zaczął, ale Layla nie pozwoliła mu dokończyć.
– Kimś o wiele bardziej ludzkim, niż ja kiedykolwiek będę – oznajmiła wprost. – Obie są po części ludźmi. W zasadzie młodszej bliżej do śmiertelnika niż bycia nieśmiertelną.
Poczuła na sobie jego zdezorientowane, pełne rezerwy spojrzenie. Zaskoczyła go, chociaż nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. W zasadzie nie chciała wiedzieć, w tamtej chwili skupiona przede wszystkim na próbie przemówienia Simonowi do rozsądku.
– Skąd wiesz? – drążył, a Layla przez krótką chwilę zapragnęła nim potrząsnąć.
– Jestem wampirem. Po prostu czuję.
Kolejny raz wyczuła jego wahanie, ale przynajmniej wprost nie zakwestionował jej słów. To zresztą brzmiało sensownie, a przynajmniej chciała w to wierzyć. Wciąż wiedział o nieśmiertelnych za mało, by móc jednoznacznie weryfikować informacje, które mu przekazywała.
– Więc… to są…? – zaczął z wahaniem, starannie dobierając słowa.
– Hybrydy – przyznała niechętnie. Miała wrażenie, że ten jeden raz musiała postawić na szczerość, by zachować kontrolę nad sytuacją. – Nie wampiry, Simon. Obie są śmiertelne, nawet jeśli przejawiają niektóre wampirze cechy. Po prostu… zaufaj mi, że pozwolisz je zabić, jeśli zdecydujesz się, żeby tutaj zostały.
Spojrzała na niego wyczekująco, przejęta przeciągającą się w nieskończoność ciszą. Starała się oddychać miarowo i powoli, by mieć szansę utrzymać nerwy na wodzy, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż była skłonna przyznać. Bała się i coraz trudniej było jej to ukrywać. Miała wręcz wrażenie, że strach paraliżuje ją od środka, a obręcz na szyi dosłownie pali, jakby chcąc przypomnieć o tym, jak bardzo mogła zaszkodzić – i to nie tyle jej, co komuś… zdecydowanie wrażliwszemu.
Nie myśl o tym!, warknęła na siebie w duchu, ale nie potrafiła ot tak odciąć się od tej myśli. Chodziło o osoby, które zbyt mocno kochała, a to…
– Więc powiedz mi więcej – zasugerował Simon, wyrywając ją z zamyślenia. – Wiem, że pół-wampiry, pół-ludzie istnieją. Ty jesteś czymś więcej, chociaż kiedyś najpewniej było inaczej… Mylę się? Sama mówiłaś, że wampirzej krwi nie powinno mieszać się z ludźmi. Jaques powiedział…
– Cokolwiek od niego usłyszałeś, przestań – jęknęła, w duchu bezskutecznie próbując przekonać samą siebie, że próba rozerwania temu mężczyźnie gardła, zdecydowanie nie skończyłaby się dobrze. – Słyszałeś, co powiedziałam? One mają w sobie człowieczeństwo. Żyją i są ludzkie, więc…
– Dlaczego wciąż mam wrażenie, że chodzi ci o coś więcej, Laylo?
Zamilkła po tym pytaniu, momentalnie czując potrzebę, by uciec wzrokiem gdzieś w bok. Nerwowo zacisnęła usta w wąską linijkę, ostatecznie ulegając i wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Czuła, że robi jej się gorąco, chociaż uczucie to wydawało się czymś abstrakcyjnym w przypadku kogoś, kto doświadczał wiecznej gorączki i kontrolował ogień. To, że nagle miała poważny problem z tym, by swobodnie oddychać, również niczego nie ułatwiało, jedynie podsycając targające Laylą wątpliwości.
– To… nie ma znaczenia – powiedziała w końcu, tak cicho, że Simon ledwo mógł ją usłyszeć. – Ja po prostu…
– Co robimy?
Aż podskoczyła, słysząc jeszcze jeden, obcy jej głos. Nie zauważyła, w którym momencie drzwi otworzyły się w bezceremonialny, przesadnie wręcz gwałtowny sposób. W efekcie dopiero po chwili zmierzyła wzrokiem nowoprzybyłego mężczyznę – uzbrojonego, a przy tym wyraźnie pobudzonego.
– Myślę – oznajmił w roztargnieniu Simon. – Co tutaj robisz? Miałeś pilnować, żeby…
– Nie będę siedział sam pod drzwiami wampirów – zniecierpliwił się. Krótko zerknął na Laylę, ale najwyraźniej nie uznawał ją za zagrożenie, co samo w sobie wydało jej się co najmniej niepokojące. To tak, jakby ta cholerna obroża i prąd załatwiały wszystko. – Nie wiem, co mogą zrobić, a nigdzie nie ma Franka. Pewnie znów poszedł chlać albo…
Być może mówił coś jeszcze, ale Layla już praktycznie nie słuchała – zwłaszcza, że w tym samym momencie odezwał się Simon.
– Frank jest dzisiaj… nieosiągalny.
Poczuła, że serce momentalnie zaczyna bić jej szybciej. Tych kilka słów wystarczyło, żeby zrozumiała przekaz, w zaledwie ułamek sekundy łącząc fakty. Oczywiście mogła się mylić, ale jeśli jednak było inaczej, wspomniany Frank… zdecydowanie nie nadawał się teraz do czegokolwiek.
Spuściła wzrok. Więc tak miał na imię? Ta wiadomość nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, chociaż być może powinna. Z drugiej strony, kiedy działała pod wpływem impulsu, próbując się bronić, zdecydowanie nie zastanawiała się nad tym, kim był ten mężczyzna. W chwilach takie jak to, co wydarzyło się w celi, liczyło się przede wszystkim to, że ktokolwiek chciał ją skrzywdzić.
– Z kolei ty zachowujesz się jak dzieciak. Nie mam kłów, ale jestem w stanie się założyć, że czuć od ciebie przerażenie na kilometr – podjął Simon, w między czasie wymownie spoglądając na Laylę. Jedynie wzruszyła ramionami, bynajmniej nie zamierzając weryfikować jego przypuszczeń.
– To, że ty najwyraźniej dobrze czujesz się dobrze przy potworach, o niczym nie świadczy – obruszył się strażnik. – Widziałeś tamte dwie? Ile mogą mieć lat? Moja bratanica mogłaby być w ich wieki, ale…
– To są dzieci – wtrąciła gniewnie Layla, nie mogąc się powstrzymać.
To była mocno naciągana teoria, przynajmniej w przypadku Claire, bo ta zdążyła już swoje przeżyć, ale to nie miało dla niej znaczenia. Zwłaszcza znając córkę tak krótko i wiedząc, jak wiele ta straciła przez życie w podziemiach, nie potrafiła patrzeć na nią inaczej. W jej oczach była krucha, delikatna i niedoświadczona, nawet jeśli zarazem dysponowała wiedzą, która najpewniej pobijała jej własną.
W tamtej chwili to nie miało znaczenia. Była matką i myślała takimi kategoriami. Tym trudniejsze wydawało się inne zachowanie wobec Jocelyne, którą z czystym sumieniem mogła uznać za dziecko. Patrząc na świat z perspektywy istoty nieśmiertelnej, Layla z łatwością mogła uznać obie pół-wampirzyce za zdecydowanie zbyt młode, co jedynie podsycało potrzebę, by pragnąć obie chronić.
– To też jesteś w stanie wyczuć? – zapytał z rezerwą Simon, ale puściła jego słowa mimo uszu.
– Jeśli ktoś tutaj jest przerażony, to one, a nie wy – oznajmiła z przekonaniem. – I tak, jestem w stanie to wyczuć. Tak jak i to, że jedna z nich jest praktycznie człowiekiem – dodała z naciskiem. – Słodka bogini, nie zmuszajcie mnie, bym uwierzyła, że jesteście bardziej nienormalni, niż do tej pory sądziłam. Mówicie o potworach… I jak jestem w stanie zrozumieć lęk przed nieznanym, tak krzywdzenia dzieci nie zamierzam – oznajmiła z naciskiem. Zdecydowanym ruchem machnęła ręką w stronę okna. – One – powtórzyła z naciskiem – nie powinny tutaj być. Skoro to wszystko dzieje się dla dobra ludzi, je również powinniście chronić.
Odpowiedziała jej długa, wymowna cisza, która po raz kolejny wystawiła nerwy Layli na próbę. Wampirzyca nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, za wszelką cenę starając się nad sobą zapanować. Wciąż czułą nieprzyjemne pieczenie w gardle, chociaż głód zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez zaczątki paniki, która towarzyszyła jej od chwili, w której wyczuła Jocelyne i Claire. Jeśli kiedykolwiek wcześniej miała wątpliwości, czy istniało cokolwiek, co w każdej sytuacji mogło przezwyciężyć pragnienie, teraz miała odpowiedź.
Chciała chronić swoje dziecko. Ba! Chciała chronić obie nieśmiertelne, łącznie z córką swojego brata, bo ta pozostawała dla niej równie ważna, co i Claire. Wystarczyło, że przez blisko wiek trwała w całkowitej niewiedzy, nie będąc w stanie wykazać się jako matka. Do tej pory miała do siebie pretensje o to, że zapomniała – i że tak późno pojawiła się w tamtym cholernym hotelu, gdzie Claire omal nie zginęła na jej oczach. Teraz była tu i teraz, na dodatek wystarczająco wcześnie, by zapobiec tragedii i zamierzała zrobić wszystko, byleby to wykorzystać.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Nerwy raz po raz wymykały jej się spod kontroli, dodatkowo podsycone przez zmęczenie i wciąż dający jej się we znaki głód. Co więcej, nagle poczuła się wyczerpana, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś nagle wcisnął jakiś istotny, odpowiadający za jej samopoczucie przycisk. Stała przed Simonem i tym strażnikiem, gotowa bronić najbliższych, chociaż przynajmniej tymczasowo sprowadzało się to do trwania w ciszy. To wystarczyło, by przynajmniej częściowo zeszło z niej napięcie, a dotychczas napędzająca ją, krążąca w krwi adrenalina zaczęła zanikać, pozostawiając po sobie wyłączne znużenie i coraz silniejszą niechęć.
– No cóż… – mruknął w zamyśleniu Simon.
Chciała się na nim skoncentrować, ale to okazało się trudne. Skrzywiła się, po czym energicznie potrząsnęła głową, w nadziei na to, że dzięki temu uda jej się odzyskać jasność myślenia. Wszystko już od dłuższego czasu zaczynało jej się plątać, co jak nic miało związek z niedoborem krwi. To wciąż regularnie dawało jej się we znaki, tym samym sprawiając, że czułą się jeszcze bardziej niestabilna niż zazwyczaj. Zawsze sądziła, że mimo wszystko była w stanie panować nad emocjami, zdecydowanie nie zmieniając nastrojów aż tak często i błyskawicznie, jak to było w przypadku Rufusa, ale najwyraźniej się myliła. Istniała granica, którą najwyraźniej przekroczyła, tym samym zaczynając wątpić w to, czy faktycznie powinna sobie ufać.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, mając wrażenie, że świat dookoła przysłoniła niepokojąca, czerwonawa mgiełka. Layla dobrze wiedziała, co to oznacza i jakie mogłoby nieść ze sobą konsekwencje, dlatego w pośpiechu spróbowała się wycofać. Zbyt łatwo mogła wszystko zepsuć, poza tym…
– Wciąż możesz mi pomóc, Laylo, zwłaszcza jeśli zależy ci na ich bezpieczeństwie – zauważył przytomnie Simon, zwracając się bezpośrednio do niej. Potrzebowała chwili, by skoncentrować na nim wzrok, ale i tak przyłapała się na tym, że przypatrywała mu się przede wszystkim pod kątem biegnących pod skórą żył. – Więc porozmawiasz z nimi czy nie? Będziesz spokojniejsza, mogąc kontrolować to, co się dzieje.
Przez krótką chwilę miała ochotę roześmiać mu się w twarz. Niby jak powinna rozumieć tę propozycję? Miał nadzieję, że pozwoli dyrygować sobą tak, jak robił to Jaques? Miałaby udawać, że ma cokolwiek do powiedzenia, podczas gdy w rzeczywistości grzecznie kiwałaby głową i ciągnęła w dół innych, byleby zapewnić sobie bezpieczeństwo? Co prawda Simon nie powiedział tego wprost, ale czuła, że to sprowadzało się właśnie do tego.
– Co planujesz? – zapytała cichym, zmęczonym głosem. Tego jednego nie była w stanie ukryć. – Po co ci one? Jestem tutaj ja, więc…
– Laylo… – rzucił niemalże urażonym Simon. – Tłumaczyłem ci, czego ja chcę. I skąd wszystko to, co się tutaj dzieje.
Jedynie potrząsnęła głową. Słyszała te gadki o potworach, strachu i chęci zrozumienia, ale to nie przekonywało jej ani trochę. Zwłaszcza patrząc na kogoś takiego jak Nick, wątpiła by komuś poza Simonem zależało na znajdowaniu odpowiedzi na dręczące go pytania. Może on chciał zrozumieć, faktycznie wierząc, że w zamknięciu byłaby „bezpieczna”, ale nie pozostali. Zachowanie strażnika i to, jak została potraktowana wcześniej…
Ci ludzie żywili do jej gatunku czystą nienawiść – czy to ze strachu, czy powodów osobistych. Mogła tylko zgadywać, w jaki sposób zostało to zapoczątkowane, ale to i tak nie było najistotniejsze. Ludzie od zawsze wierzyli w to, co było dla nich najwygodniejsze. Nie musiała pytać, by wiedzieć, jakie wyobrażenie mieli o istotach nieśmiertelnych – wszelakie podania i wierzenia nie bały się znikąd. Tu nie chodziło poznanie, ale…
Och, właściwie sama nie była pewna. Mogliby ją po prostu zabić, ale z jakiegoś powodu tego nie robili. Wbrew pozorom, najpewniej potrzebowali odpowiedzi, mierząc się z czymś, czego nie rozumieli – istotami, które mimo wszystko pozostawały od nich silniejsze. Layla miała wrażenie, że szukali broni, która pozwoliłaby im wyrównać szanse. Możliwe, że eksperymentowanie z wampirzą krwią było do tego kluczem. Co więcej, po niej i Jaquesie widzieli, że nieśmiertelnego dało się jednak okiełznać – o ile, oczywiście, wiedziało się, w jaki sposób należało się do tego zabrać.
Sęk w tym, że jej intencje, a tym bardziej życie, nie były tutaj istotne. Była niczym ofiara, którą należało ponieść, by osiągnąć cel. Żyła, bo to pozostawało komuś na rękę, zresztą szczerze wątpiła, by ktokolwiek szczególnie się przejął, gdyby w trakcie umarła. W końcu mieli Jaquesa, prawda? A teraz dodatkowo Jocelyne i Claire, choć te zdecydowanie nie mogły im pomóc tak, jak tego oczekiwali. Problem polegał na tym, że najpewniej nie zdawali sobie z tego sprawy, z rezerwą podchodząc do tego, co mówiła. Dla nich w pół-wampirach nie było nic ludzkiego – i właśnie to w tym wszystkim przerażało Laylę najbardziej.
Milczała, niezdolna ot tak odpowiedzieć na pytanie Simona. W gruncie rzeczy nie chciała, zbytnio obawiając się, że zbytnio ją poniesie, jeśli spróbuje mu odpowiedzieć. W głowie już i tak miała mętlik, poza tym chwiała się na nogach i bezskutecznie próbowała uporządkować niespójne myśli.
– Więc? – usłyszała po części zniecierpliwiony, ale zarazem zatroskany głos swojego rozmówcy. – Sama zauważyłaś, że tamte dziewczyny są wystraszone, więc dalsza zwłoka jedynie pogorszy sytuację – zauważył i choć zabrzmiało to sensownie, Layla pokręciła głową.
– Najpierw obiecaj mi, że żadnej nie skrzywdzisz. Powiedziałam już, że są śmiertelne – powtórzyła z naciskiem.
– Ale nie są ludźmi – doszedł ją inny, chociaż równie znajomy głos.
Bardziej wyczuła niż usłyszała, że drzwi otworzyły się po raz kolejny. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, po czym zwróciła w stronę wejścia, chyba jedynie cudem nie potykając o własne nogi. Niespokojne spojrzenie zwróciła ku wejściu, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy zauważyła Nicka.
Wyglądał inaczej niż ostatnim razem. Zwłaszcza w obecnym stanie nie była pewna, jak powinna sprecyzować różnicę, którą dostrzegała, ale o tym próbowała nie myśleć. Z drugiej strony, gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że ten mężczyzna również był wyczerpany, a przy tym… wyjątkowo roztargniony. Wrażenie było takie, jakby śpieszył się w zupełnie inne miejsce, wchodząc do laboratorium jedynie dlatego, że musiał i akurat przechodził obok.
Co więcej, choć to wcale nie musiało mieć znaczenia, Layla była gotowa przysiąc, że Nick miał lepsze samopoczucie niż ostatnim razem. To sugerowała jego postawa, czy nawet błysk w oczach – coś, czego zdecydowanie nie widziała wcześniej. Co prawda instynktownie spięła się i odsunęła na bok, zbytnio obawiając tego, że niepotrzebnie sprowokuje kogoś, kto nie tak dawno czerpał przyjemność z zadawana jej bólu, nic jednak nie wskazywało na to, by mężczyzna miał to w planach po raz kolejny.
– Do rzeczy – rzucił, zwracając się bezpośrednio do Simona. – Jeśli to coś innego niż wampiry, to powiedz mi, czy ci się przydadzą – powiedział, a Layla zesztywniała, bynajmniej nieusatysfakcjonowana sposobem, w jaki się wyrażał. To kolejny raz brzmiało tak, jakby traktował ją i jej podobnych jak rzeczy.
– Czas pokaże. Jeśli Layla ze mną porozmawia… – Simon wzruszył ramionami. – Skoro są niegroźne, to chyba żaden problem? Prosiłem cię o to kilka razy, więc spróbuję jeszcze raz: gdybyś dał mi wolną rękę…
– Tak, tak… – mruknął bez większego zainteresowania Nick. – Tak długo, jak masz wszystko pod kontrolą. – Zamilkł, po czym cicho westchnął. – Nie będzie mnie przez jakiś czas. Sprawy uległy zmianie, więc… Uznajmy, że ty za wszystko odpowiadasz. Może później podeślę Ninę – dodał i nie czekając na jakiegokolwiek pytania, protesty albo uwagi, wyszedł równie szybko, co wcześniej się pojawił.
Layla zamrugała nieco nieprzytomnie, co najmniej zaskoczona. Potrzebowała dłuższej chwili, by uświadomić sobie, że – przynajmniej tymczasowo – nie stała jej się krzywda. Co najważniejsze, nie ucierpiały również Claire i Jocelyne, a przecież to w tym wszystkim pozostawało dla niej najważniejsze.
Przez kilka następnych sekund panowała cisza, którą ostatecznie zdecydował się przerwać Simon:
– Cóż…
Drgnęła, po czym w pośpiechu przeniosła na niego wzrok.
– Proszę… – spróbowała raz jeszcze, tym razem z największą starannością dobierając kolejne słowa. – Simon, posłuchaj…
– Możemy współpracować – przerwał jej pośpiesznie. Uciekł wzrokiem gdzieś w bok, przez co z tym większą trudnością przyszło jej rozróżnienie targających nim emocji. – Od samego początku dawałem ci do zrozumienia, że wszystko tak naprawdę zależy od ciebie. Teraz też albo możesz ułatwić sprawę i sama z nimi porozmawiać, albo poczekać aż ja to zrobię.
Na samą myśl, by dopuścić do Joce i Claire nawet jego, momentalnie zrobiło jej się gorąco. Ogień wciąż czaił się w jej wnętrzu, chociaż usiłowała go kontrolować, aż nazbyt świadoma, że poddanie się emocjom, okazałoby się najgorszym posunięciem, na jakie tylko mogłaby się zdobyć.
– I naprawdę uważasz, że w tej chwili zachowujesz się lepiej od Nicka? – zapytała tak cicho, że równie dobrze mógł jej nie usłyszeć, ale po jego oczach poznała, że doskonale zrozumiał przekaz.
Cokolwiek o tym myślał, zbył jej słowa milczeniem. Layla zacisnęła usta, ale również powstrzymała się od komentarza, w zamian raz jeszcze spoglądając w stronę lustra weneckiego.
Musiała coś wymyślić… I to tak szybko, jak tylko mogła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa