
Layla
Podejrzewała, kogo zobaczy.
Poniekąd liczyła na to od chwili, w której zorientowała się, do czego
doszło. Chciała przynajmniej upewnić się, że Jocelyne i Claire były całe, dlatego
przez krótką chwilę poczuła wręcz niewysłowioną ulgę, widząc co prawda
zdezorientowane, ale sprawiające wrażenie zdrowych pół-wampirzyce. Jedynie Joce
wyglądała blado, niespokojnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, i dosłownie
chwiejąc się na nogach, ale to wydawało się w jej przypadku czymś
normalnym. W zasadzie Layla miała wrażenie, że pod tym względem dziewczyna
wdała się w ojca – wiecznie blada i sprawiająca wrażenie chorej, choć
to niekoniecznie musiało być prawdą.
Wampirzyca
nerwowo napięła mięśnie, muszą wręcz zmuszać się do zachowania obojętności i neutralnego
wyraz twarzy. W porządku, były całe i zamierzała dopilnować, żeby tak
pozostało.
– Więc? –
zapytała cicho, w gruncie rzeczy ograniczając się do zaledwie poruszenia
wargami. Nie miała pojęcia, czy Joce i Claire mogły ją usłyszeć. –
Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś, Simon?
Miała złe
skojarzenia z tym miejscem – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Tym
razem przynajmniej nie widziała metalowego stołu i kogoś, kto umierałby na
jej oczach. Pomieszczenie po drugiej stronie lustra weneckiego było puste, co w pierwszym
odruchu wydało się Layli dziwne. Z drugiej strony, tak było lepiej,
zwłaszcza że nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek zamierzał zbliżać się do
wyraźnie zaniepokojonych nieśmiertelnych. Cóż, przynajmniej na razie, ale…
–
Pomyślałem po prostu, że chciałabyś wiedzieć, że masz towarzystwo – wyjaśnił po
chwili wahania Simon. Czuła, że uważnie ją obserwował, co jedynie potwierdziło,
że powinna mieć się na baczności. – No i może one łatwiej nam zaufają,
jeśli porozmawiają z tobą. Uznałem, że nadajesz się do tego bardziej niż
Jaques, więc…
– Nawet nie
waż się puścić do którejkolwiek z nich Jaquesa! – wyrzuciła z siebie
na wydechu, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Przez twarz
Simona przemknął cień.
– O tym
mówię. Wiedziałem, że nie byłabyś zachwycona… Ja zresztą też – dodał, po czym
energicznie potrząsnął głową. – Nie chcę źle, Laylo. Mówiłem ci o tym.
– A ja
tłumaczyłam ci, dlaczego trudno mi zaufać – mruknęła w odpowiedzi.
Skinął
głową, chociaż nie wyglądał na przekonanego. Mimo wszystko poczuła ulgę,
przekonując się, że najpewniej nie dostrzegł w jej zachowaniu niczego
podejrzanego. Troszczyła się i to wszystko, co zresztą zdążyła już
zademonstrować mu w przypadku tamtej dziewczyny. Chciała przynajmniej
wierzyć, że to faktycznie działało w ten sposób.
– Tak czy
inaczej – odezwał się ponownie Simon – naprawdę lepiej, żebyśmy działali
szybko. Póki nie ma Nicka – dodał, a Layla zesztywniała.
– Więc je
wypuść – zasugerowała natychmiast. Zerknęła na towarzyszącego jej mężczyznę,
nagle gotowa go błagać. – Proszę, Simon. Skoro mam uwierzyć, że nie chcesz
niczyjej krzywdy…
– Nie mogę.
Zacisnęła
usta.
– Więc po
co wmawiasz mi coś, co nie jest prawdą? – zniecierpliwiła się. – Spójrz na
mnie. Uważasz, że są niebezpieczne? – drążyła, ale kolejny raz doczekała się
wyłącznie tego, że potrząsnął głową.
– One są… –
zaczął, ale Layla nie pozwoliła mu dokończyć.
– Kimś o wiele
bardziej ludzkim, niż ja kiedykolwiek będę – oznajmiła wprost. – Obie są po
części ludźmi. W zasadzie młodszej bliżej do śmiertelnika niż bycia
nieśmiertelną.
Poczuła na
sobie jego zdezorientowane, pełne rezerwy spojrzenie. Zaskoczyła go, chociaż
nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. W zasadzie nie
chciała wiedzieć, w tamtej chwili skupiona przede wszystkim na próbie
przemówienia Simonowi do rozsądku.
– Skąd
wiesz? – drążył, a Layla przez krótką chwilę zapragnęła nim potrząsnąć.
– Jestem
wampirem. Po prostu czuję.
Kolejny raz
wyczuła jego wahanie, ale przynajmniej wprost nie zakwestionował jej słów. To
zresztą brzmiało sensownie, a przynajmniej chciała w to wierzyć.
Wciąż wiedział o nieśmiertelnych za mało, by móc jednoznacznie weryfikować
informacje, które mu przekazywała.
– Więc… to
są…? – zaczął z wahaniem, starannie dobierając słowa.
– Hybrydy –
przyznała niechętnie. Miała wrażenie, że ten jeden raz musiała postawić na
szczerość, by zachować kontrolę nad sytuacją. – Nie wampiry, Simon. Obie są
śmiertelne, nawet jeśli przejawiają niektóre wampirze cechy. Po prostu… zaufaj
mi, że pozwolisz je zabić, jeśli zdecydujesz się, żeby tutaj zostały.
Spojrzała
na niego wyczekująco, przejęta przeciągającą się w nieskończoność ciszą.
Starała się oddychać miarowo i powoli, by mieć szansę utrzymać nerwy na
wodzy, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż była skłonna przyznać.
Bała się i coraz trudniej było jej to ukrywać. Miała wręcz wrażenie, że
strach paraliżuje ją od środka, a obręcz na szyi dosłownie pali, jakby
chcąc przypomnieć o tym, jak bardzo mogła zaszkodzić – i to nie tyle
jej, co komuś… zdecydowanie wrażliwszemu.
Nie myśl o tym!, warknęła na siebie
w duchu, ale nie potrafiła ot tak odciąć się od tej myśli. Chodziło o osoby,
które zbyt mocno kochała, a to…
– Więc
powiedz mi więcej – zasugerował Simon, wyrywając ją z zamyślenia. – Wiem,
że pół-wampiry, pół-ludzie istnieją. Ty jesteś czymś więcej, chociaż kiedyś
najpewniej było inaczej… Mylę się? Sama mówiłaś, że wampirzej krwi nie powinno
mieszać się z ludźmi. Jaques powiedział…
– Cokolwiek
od niego usłyszałeś, przestań – jęknęła, w duchu bezskutecznie próbując
przekonać samą siebie, że próba rozerwania temu mężczyźnie gardła, zdecydowanie
nie skończyłaby się dobrze. – Słyszałeś, co powiedziałam? One mają w sobie
człowieczeństwo. Żyją i są ludzkie, więc…
– Dlaczego
wciąż mam wrażenie, że chodzi ci o coś więcej, Laylo?
Zamilkła po
tym pytaniu, momentalnie czując potrzebę, by uciec wzrokiem gdzieś w bok.
Nerwowo zacisnęła usta w wąską linijkę, ostatecznie ulegając i wbijając
wzrok w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Czuła, że robi jej
się gorąco, chociaż uczucie to wydawało się czymś abstrakcyjnym w przypadku
kogoś, kto doświadczał wiecznej gorączki i kontrolował ogień. To, że nagle
miała poważny problem z tym, by swobodnie oddychać, również niczego nie
ułatwiało, jedynie podsycając targające Laylą wątpliwości.
– To… nie
ma znaczenia – powiedziała w końcu, tak cicho, że Simon ledwo mógł ją
usłyszeć. – Ja po prostu…
– Co
robimy?
Aż
podskoczyła, słysząc jeszcze jeden, obcy jej głos. Nie zauważyła, w którym
momencie drzwi otworzyły się w bezceremonialny, przesadnie wręcz gwałtowny
sposób. W efekcie dopiero po chwili zmierzyła wzrokiem nowoprzybyłego
mężczyznę – uzbrojonego, a przy tym wyraźnie pobudzonego.
– Myślę –
oznajmił w roztargnieniu Simon. – Co tutaj robisz? Miałeś pilnować, żeby…
– Nie będę siedział
sam pod drzwiami wampirów – zniecierpliwił się. Krótko zerknął na Laylę, ale
najwyraźniej nie uznawał ją za zagrożenie, co samo w sobie wydało jej się
co najmniej niepokojące. To tak, jakby ta cholerna obroża i prąd
załatwiały wszystko. – Nie wiem, co mogą zrobić, a nigdzie nie ma Franka.
Pewnie znów poszedł chlać albo…
Być może
mówił coś jeszcze, ale Layla już praktycznie nie słuchała – zwłaszcza, że w tym
samym momencie odezwał się Simon.
– Frank
jest dzisiaj… nieosiągalny.
Poczuła, że
serce momentalnie zaczyna bić jej szybciej. Tych kilka słów wystarczyło, żeby
zrozumiała przekaz, w zaledwie ułamek sekundy łącząc fakty. Oczywiście
mogła się mylić, ale jeśli jednak było inaczej, wspomniany Frank… zdecydowanie
nie nadawał się teraz do czegokolwiek.
Spuściła
wzrok. Więc tak miał na imię? Ta wiadomość nie zrobiła na niej szczególnego
wrażenia, chociaż być może powinna. Z drugiej strony, kiedy działała pod
wpływem impulsu, próbując się bronić, zdecydowanie nie zastanawiała się nad
tym, kim był ten mężczyzna. W chwilach takie jak to, co wydarzyło się w celi,
liczyło się przede wszystkim to, że ktokolwiek chciał ją skrzywdzić.
– Z kolei
ty zachowujesz się jak dzieciak. Nie mam kłów, ale jestem w stanie się
założyć, że czuć od ciebie przerażenie na kilometr – podjął Simon, w między
czasie wymownie spoglądając na Laylę. Jedynie wzruszyła ramionami, bynajmniej
nie zamierzając weryfikować jego przypuszczeń.
– To, że ty
najwyraźniej dobrze czujesz się dobrze przy potworach, o niczym nie
świadczy – obruszył się strażnik. – Widziałeś tamte dwie? Ile mogą mieć lat?
Moja bratanica mogłaby być w ich wieki, ale…
– To są
dzieci – wtrąciła gniewnie Layla, nie mogąc się powstrzymać.
To była
mocno naciągana teoria, przynajmniej w przypadku Claire, bo ta zdążyła już
swoje przeżyć, ale to nie miało dla niej znaczenia. Zwłaszcza znając córkę tak
krótko i wiedząc, jak wiele ta straciła przez życie w podziemiach,
nie potrafiła patrzeć na nią inaczej. W jej oczach była krucha, delikatna i niedoświadczona,
nawet jeśli zarazem dysponowała wiedzą, która najpewniej pobijała jej własną.
W tamtej
chwili to nie miało znaczenia. Była matką i myślała takimi kategoriami.
Tym trudniejsze wydawało się inne zachowanie wobec Jocelyne, którą z czystym
sumieniem mogła uznać za dziecko. Patrząc na świat z perspektywy istoty
nieśmiertelnej, Layla z łatwością mogła uznać obie pół-wampirzyce za
zdecydowanie zbyt młode, co jedynie podsycało potrzebę, by pragnąć obie
chronić.
– To też
jesteś w stanie wyczuć? – zapytał z rezerwą Simon, ale puściła jego
słowa mimo uszu.
– Jeśli
ktoś tutaj jest przerażony, to one, a nie wy – oznajmiła z przekonaniem.
– I tak, jestem w stanie to wyczuć. Tak jak i to, że jedna z nich
jest praktycznie człowiekiem – dodała z naciskiem. – Słodka bogini, nie
zmuszajcie mnie, bym uwierzyła, że jesteście bardziej nienormalni, niż do tej
pory sądziłam. Mówicie o potworach… I jak jestem w stanie
zrozumieć lęk przed nieznanym, tak krzywdzenia dzieci nie zamierzam – oznajmiła
z naciskiem. Zdecydowanym ruchem machnęła ręką w stronę okna. – One –
powtórzyła z naciskiem – nie powinny tutaj być. Skoro to wszystko dzieje
się dla dobra ludzi, je również powinniście chronić.
Odpowiedziała
jej długa, wymowna cisza, która po raz kolejny wystawiła nerwy Layli na próbę.
Wampirzyca nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, za wszelką cenę starając się
nad sobą zapanować. Wciąż czułą nieprzyjemne pieczenie w gardle, chociaż
głód zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez zaczątki paniki, która
towarzyszyła jej od chwili, w której wyczuła Jocelyne i Claire. Jeśli
kiedykolwiek wcześniej miała wątpliwości, czy istniało cokolwiek, co w każdej
sytuacji mogło przezwyciężyć pragnienie, teraz miała odpowiedź.
Chciała
chronić swoje dziecko. Ba! Chciała chronić obie nieśmiertelne, łącznie z córką
swojego brata, bo ta pozostawała dla niej równie ważna, co i Claire.
Wystarczyło, że przez blisko wiek trwała w całkowitej niewiedzy, nie będąc
w stanie wykazać się jako matka. Do tej pory miała do siebie pretensje o to,
że zapomniała – i że tak późno pojawiła się w tamtym cholernym
hotelu, gdzie Claire omal nie zginęła na jej oczach. Teraz była tu i teraz,
na dodatek wystarczająco wcześnie, by zapobiec tragedii i zamierzała
zrobić wszystko, byleby to wykorzystać.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Nerwy raz po raz wymykały jej
się spod kontroli, dodatkowo podsycone przez zmęczenie i wciąż dający jej
się we znaki głód. Co więcej, nagle poczuła się wyczerpana, przez krótką chwilę
czując się tak, jakby ktoś nagle wcisnął jakiś istotny, odpowiadający za jej
samopoczucie przycisk. Stała przed Simonem i tym strażnikiem, gotowa
bronić najbliższych, chociaż przynajmniej tymczasowo sprowadzało się to do
trwania w ciszy. To wystarczyło, by przynajmniej częściowo zeszło z niej
napięcie, a dotychczas napędzająca ją, krążąca w krwi adrenalina
zaczęła zanikać, pozostawiając po sobie wyłączne znużenie i coraz
silniejszą niechęć.
– No cóż… –
mruknął w zamyśleniu Simon.
Chciała się
na nim skoncentrować, ale to okazało się trudne. Skrzywiła się, po czym
energicznie potrząsnęła głową, w nadziei na to, że dzięki temu uda jej się
odzyskać jasność myślenia. Wszystko już od dłuższego czasu zaczynało jej się
plątać, co jak nic miało związek z niedoborem krwi. To wciąż regularnie
dawało jej się we znaki, tym samym sprawiając, że czułą się jeszcze bardziej
niestabilna niż zazwyczaj. Zawsze sądziła, że mimo wszystko była w stanie
panować nad emocjami, zdecydowanie nie zmieniając nastrojów aż tak często i błyskawicznie,
jak to było w przypadku Rufusa, ale najwyraźniej się myliła. Istniała
granica, którą najwyraźniej przekroczyła, tym samym zaczynając wątpić w to,
czy faktycznie powinna sobie ufać.
Zamrugała nieco
nieprzytomnie, mając wrażenie, że świat dookoła przysłoniła niepokojąca,
czerwonawa mgiełka. Layla dobrze wiedziała, co to oznacza i jakie mogłoby
nieść ze sobą konsekwencje, dlatego w pośpiechu spróbowała się wycofać.
Zbyt łatwo mogła wszystko zepsuć, poza tym…
– Wciąż
możesz mi pomóc, Laylo, zwłaszcza jeśli zależy ci na ich bezpieczeństwie –
zauważył przytomnie Simon, zwracając się bezpośrednio do niej. Potrzebowała
chwili, by skoncentrować na nim wzrok, ale i tak przyłapała się na tym, że
przypatrywała mu się przede wszystkim pod kątem biegnących pod skórą żył. –
Więc porozmawiasz z nimi czy nie? Będziesz spokojniejsza, mogąc
kontrolować to, co się dzieje.
Przez
krótką chwilę miała ochotę roześmiać mu się w twarz. Niby jak powinna
rozumieć tę propozycję? Miał nadzieję, że pozwoli dyrygować sobą tak, jak robił
to Jaques? Miałaby udawać, że ma cokolwiek do powiedzenia, podczas gdy w rzeczywistości
grzecznie kiwałaby głową i ciągnęła w dół innych, byleby zapewnić
sobie bezpieczeństwo? Co prawda Simon nie powiedział tego wprost, ale czuła, że
to sprowadzało się właśnie do tego.
– Co planujesz?
– zapytała cichym, zmęczonym głosem. Tego jednego nie była w stanie ukryć.
– Po co ci one? Jestem tutaj ja, więc…
– Laylo… –
rzucił niemalże urażonym Simon. – Tłumaczyłem ci, czego ja chcę. I skąd
wszystko to, co się tutaj dzieje.
Jedynie
potrząsnęła głową. Słyszała te gadki o potworach, strachu i chęci
zrozumienia, ale to nie przekonywało jej ani trochę. Zwłaszcza patrząc na kogoś
takiego jak Nick, wątpiła by komuś poza Simonem zależało na znajdowaniu
odpowiedzi na dręczące go pytania. Może on chciał zrozumieć, faktycznie
wierząc, że w zamknięciu byłaby „bezpieczna”, ale nie pozostali.
Zachowanie strażnika i to, jak została potraktowana wcześniej…
Ci ludzie
żywili do jej gatunku czystą nienawiść – czy to ze strachu, czy powodów
osobistych. Mogła tylko zgadywać, w jaki sposób zostało to zapoczątkowane,
ale to i tak nie było najistotniejsze. Ludzie od zawsze wierzyli w to,
co było dla nich najwygodniejsze. Nie musiała pytać, by wiedzieć, jakie
wyobrażenie mieli o istotach nieśmiertelnych – wszelakie podania i wierzenia
nie bały się znikąd. Tu nie chodziło poznanie, ale…
Och,
właściwie sama nie była pewna. Mogliby ją po prostu zabić, ale z jakiegoś
powodu tego nie robili. Wbrew pozorom, najpewniej potrzebowali odpowiedzi,
mierząc się z czymś, czego nie rozumieli – istotami, które mimo wszystko
pozostawały od nich silniejsze. Layla miała wrażenie, że szukali broni, która
pozwoliłaby im wyrównać szanse. Możliwe, że eksperymentowanie z wampirzą
krwią było do tego kluczem. Co więcej, po niej i Jaquesie widzieli, że
nieśmiertelnego dało się jednak okiełznać – o ile, oczywiście, wiedziało
się, w jaki sposób należało się do tego zabrać.
Sęk w tym,
że jej intencje, a tym bardziej życie, nie były tutaj istotne. Była niczym
ofiara, którą należało ponieść, by osiągnąć cel. Żyła, bo to pozostawało komuś
na rękę, zresztą szczerze wątpiła, by ktokolwiek szczególnie się przejął, gdyby
w trakcie umarła. W końcu mieli Jaquesa, prawda? A teraz
dodatkowo Jocelyne i Claire, choć te zdecydowanie nie mogły im pomóc tak,
jak tego oczekiwali. Problem polegał na tym, że najpewniej nie zdawali sobie z tego
sprawy, z rezerwą podchodząc do tego, co mówiła. Dla nich w pół-wampirach
nie było nic ludzkiego – i właśnie to w tym wszystkim przerażało
Laylę najbardziej.
Milczała,
niezdolna ot tak odpowiedzieć na pytanie Simona. W gruncie rzeczy nie
chciała, zbytnio obawiając się, że zbytnio ją poniesie, jeśli spróbuje mu
odpowiedzieć. W głowie już i tak miała mętlik, poza tym chwiała się
na nogach i bezskutecznie próbowała uporządkować niespójne myśli.
– Więc? –
usłyszała po części zniecierpliwiony, ale zarazem zatroskany głos swojego
rozmówcy. – Sama zauważyłaś, że tamte dziewczyny są wystraszone, więc dalsza
zwłoka jedynie pogorszy sytuację – zauważył i choć zabrzmiało to
sensownie, Layla pokręciła głową.
– Najpierw
obiecaj mi, że żadnej nie skrzywdzisz. Powiedziałam już, że są śmiertelne –
powtórzyła z naciskiem.
– Ale nie
są ludźmi – doszedł ją inny, chociaż równie znajomy głos.
Bardziej
wyczuła niż usłyszała, że drzwi otworzyły się po raz kolejny. Natychmiast
wyprostowała się niczym struna, po czym zwróciła w stronę wejścia, chyba
jedynie cudem nie potykając o własne nogi. Niespokojne spojrzenie zwróciła
ku wejściu, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy zauważyła
Nicka.
Wyglądał
inaczej niż ostatnim razem. Zwłaszcza w obecnym stanie nie była pewna, jak
powinna sprecyzować różnicę, którą dostrzegała, ale o tym próbowała nie
myśleć. Z drugiej strony, gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że ten
mężczyzna również był wyczerpany, a przy tym… wyjątkowo roztargniony.
Wrażenie było takie, jakby śpieszył się w zupełnie inne miejsce, wchodząc
do laboratorium jedynie dlatego, że musiał i akurat przechodził obok.
Co więcej,
choć to wcale nie musiało mieć znaczenia, Layla była gotowa przysiąc, że Nick
miał lepsze samopoczucie niż ostatnim razem. To sugerowała jego postawa, czy
nawet błysk w oczach – coś, czego zdecydowanie nie widziała wcześniej. Co
prawda instynktownie spięła się i odsunęła na bok, zbytnio obawiając tego,
że niepotrzebnie sprowokuje kogoś, kto nie tak dawno czerpał przyjemność z zadawana
jej bólu, nic jednak nie wskazywało na to, by mężczyzna miał to w planach
po raz kolejny.
– Do rzeczy
– rzucił, zwracając się bezpośrednio do Simona. – Jeśli to coś innego niż
wampiry, to powiedz mi, czy ci się przydadzą – powiedział, a Layla
zesztywniała, bynajmniej nieusatysfakcjonowana sposobem, w jaki się
wyrażał. To kolejny raz brzmiało tak, jakby traktował ją i jej podobnych
jak rzeczy.
– Czas
pokaże. Jeśli Layla ze mną porozmawia… – Simon wzruszył ramionami. – Skoro są
niegroźne, to chyba żaden problem? Prosiłem cię o to kilka razy, więc
spróbuję jeszcze raz: gdybyś dał mi wolną rękę…
– Tak, tak…
– mruknął bez większego zainteresowania Nick. – Tak długo, jak masz wszystko
pod kontrolą. – Zamilkł, po czym cicho westchnął. – Nie będzie mnie przez jakiś
czas. Sprawy uległy zmianie, więc… Uznajmy, że ty za wszystko odpowiadasz. Może
później podeślę Ninę – dodał i nie czekając na jakiegokolwiek pytania,
protesty albo uwagi, wyszedł równie szybko, co wcześniej się pojawił.
Layla
zamrugała nieco nieprzytomnie, co najmniej zaskoczona. Potrzebowała dłuższej
chwili, by uświadomić sobie, że – przynajmniej tymczasowo – nie stała jej się
krzywda. Co najważniejsze, nie ucierpiały również Claire i Jocelyne, a przecież
to w tym wszystkim pozostawało dla niej najważniejsze.
Przez kilka
następnych sekund panowała cisza, którą ostatecznie zdecydował się przerwać
Simon:
– Cóż…
Drgnęła, po
czym w pośpiechu przeniosła na niego wzrok.
– Proszę… –
spróbowała raz jeszcze, tym razem z największą starannością dobierając
kolejne słowa. – Simon, posłuchaj…
– Możemy
współpracować – przerwał jej pośpiesznie. Uciekł wzrokiem gdzieś w bok,
przez co z tym większą trudnością przyszło jej rozróżnienie targających
nim emocji. – Od samego początku dawałem ci do zrozumienia, że wszystko tak
naprawdę zależy od ciebie. Teraz też albo możesz ułatwić sprawę i sama z nimi
porozmawiać, albo poczekać aż ja to zrobię.
Na samą
myśl, by dopuścić do Joce i Claire nawet jego, momentalnie zrobiło jej się
gorąco. Ogień wciąż czaił się w jej wnętrzu, chociaż usiłowała go kontrolować,
aż nazbyt świadoma, że poddanie się emocjom, okazałoby się najgorszym
posunięciem, na jakie tylko mogłaby się zdobyć.
– I naprawdę
uważasz, że w tej chwili zachowujesz się lepiej od Nicka? – zapytała tak
cicho, że równie dobrze mógł jej nie usłyszeć, ale po jego oczach poznała, że
doskonale zrozumiał przekaz.
Cokolwiek o tym
myślał, zbył jej słowa milczeniem. Layla zacisnęła usta, ale również
powstrzymała się od komentarza, w zamian raz jeszcze spoglądając w stronę
lustra weneckiego.
Musiała coś
wymyślić… I to tak szybko, jak tylko mogła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz