8 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt cztery

Jocelyne
Wiedziała, że coś jest nie tak. To było oczywiste – i to nie tylko przez wzgląd na przeciągająca się w nieskończoność ciszę. Czułą się obserwowana i zagubiona, raz po raz z niepokojem wodząc wzrokiem po odizolowanym pomieszczeniu. Jej spojrzenie raz po raz uciekało ku lustru za którym – jeśli wierzyć słowom Claire – mógł znajdować się dosłownie ktokolwiek. Nasłuchiwała, próbując wychwycić cokolwiek, co świadczyłoby o obecności jakiejkolwiek osoby, jednak nic nie wskazywało na to, by prócz jej kuzynki w pobliżu znajdował się ktokolwiek inny. Cóż, przynajmniej teoretycznie, bo myśląc o tym miejscu i wszystkim, co zdążyła zaobserwować, dość prawdopodobnym wydawało się, że ktoś zadbał o wygłuszenie poszczególnych pomieszczeń.
Mimowolnie zadrżała, ogarnięta przejmującym, przeszywającym ją chłodem. Miała wrażenie, że to coś więcej niż tylko strach, zwłaszcza że wrażenie, jakoby temperatura spadła o kilka znaczących stopni, pojawiło się nagle i już jakiś czas temu. Joce nawet spojrzała na Claire, po zachowaniu dziewczyny próbując stwierdzić, czy ta również zauważyła coś niepokojącego, nic jednak nie wskazywało na to, by coś podobnego miało miejsca. Kolejny raz doświadczała czegoś, co miało znaczenie wyłącznie dla niej, to zaś wystarczyło, by wzbudzić w Jocelyne jeszcze więcej wątpliwości.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, ostatecznie koncentrując się na bliżej nieokreślonym punkcie przestrzeni. Było coś przytłaczającego we wszechogarniającej pustce, dodatkowo podkreślonej przez optycznie powiększające pomieszczenie lustro. Z drugiej strony, być może wszystko sprowadzało się do szarości ścian i tego, że cela (czy jakkolwiek powinna określić to miejsce) wydawała się wręcz nienaturalnie sterylna.
Claire milczała, jedynie co jakiś czas niespokojnie krążąc i wciąż ograniczając się do obserwacji. Najwyraźniej kuzynka ostatecznie doszła do wniosku, że dla bezpieczeństwa lepiej będzie nie rozmawiać, co w gruncie rzeczy wydało się Jocelyne właściwe. Czuła się bezpieczniej, kiedy tak trwały w ciszy, przynajmniej mając siebie nawzajem. Podejrzewała, że gdyby wylądowała w pojedynkę w takich warunkach, prędzej by oszalała, niż zdołała zachować choćby pozorny spokój. Przy Claire to wydawało się prostsze, zresztą w pamięci wciąż miała to, że gdzieś w pobliżu znajdowała się Layla. Co prawda już nie potrafiła odszukać ciotki, mając wrażenie, że ta specjalnie się od niej odcinała, ale wcześniejsza rozmowa wydawała się lepsza niż nic.
Wciąż nie miała pewności, co powinna zrobić i to doprowadzało ją do szału. Chciała się na coś przydać, ale nie potrafiła, nie pierwszy raz mając wrażenie, że mogła co najwyżej zdać się na pomoc z zewnątrz. Nawet Claire wydawała się traktować ją jak dziecko, w tamtej chwili sprawiając wrażenie kogoś, kto gorączkowo myśli nad znalezieniem jakiegokolwiek rozwiązania. Wystarczająco dziwna wydawała się myśl o kuzynce jako o kimś, kto byłby w stanie przejąć kontrolę nad sytuacją, ale z drugiej strony…
Kto…?
Joce zesztywniała, mimowolnie wzdrygając się raz jeszcze. Natychmiast poderwała głowę, po czym odszukała wzrokiem Claire, przy okazji zauważając, że ta z przesadną wręcz dokładnością lustrowała wzrokiem podłogę na samym środku pomieszczenia.
– Mówiłaś coś? – zapytała cicho, siląc się na obojętność. Sęk w tym, że najbardziej obawiała się, że mogłaby usłyszeć odpowiedź przeczącą, bo to oznaczałoby…
Nie. Zdecydowanie nie chciała się nad tym zastanawiać.
– Hm…? – Claire w pośpiechu odwróciła się w jej stronę. Wyglądała na zdezorientowaną, co uświadomiło Joce, że najpewniej wyrwała kuzynkę z zamyślenia. – Niekoniecznie… Albo może? Czasami myślę na głos – przyznała, ale to ani trochę nie uspokoiło Jocelyne.
– Coś jest nie tak?
Kuzynka jedynie potrzasnęła głową.
– Podłoga jest porysowana. Mam wrażenie, że coś tutaj stało – przyznała, po czym wzruszyła ramionami. – Nie przejmuj się, zwłaszcza że teraz tak czy inaczej niczego tutaj nie ma. Chyba po prostu przywykłam do analizowania tego, co widzę.
Joce skinęła głową, nie do końca przekonana co do takich wyjaśnień. Co prawda brzmiały sensownie, zwłaszcza że Claire pod wieloma względami przypominała Rufusa, ale to wcale nie musiało być aż takie oczywiste.
– Nie podoba mi się tutaj – przyznała, na powrót wbijając wzrok w przestrzeń. – Czuję się… dziwnie.
– Co masz na myśli? – zapytała natychmiast Claire, ale Joce była w stanie co najwyżej wzruszyć ramionami.
– Po prostu jest mi zimno… Nie czujesz tego?
Nie otrzymała odpowiedzi – przynajmniej nie od razu – co z jakiegoś powodu wydało jej się jeszcze bardziej niepokojące. Westchnęła cicho, po czym na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach, energicznie pocierając skronie. Znów miała wrażenie, że ktoś próbuje zwrócić jej uwagę, choć zarazem bodźce okazały się tak odległe i niewyraźne, że nie była w stanie ich zinterpretować. W zasadzie bardziej czuła niż faktycznie słyszała cokolwiek, dzięki czemu mogła przynajmniej próbować udawać, że to wyłącznie jej wyobraźnia. Kto wie, może przynajmniej tym razem choć raz tak było, tym bardziej że już od jakiegoś czasu czuła się przewrażliwiona – i to zwłaszcza po tym, co usłyszała w bibliotece.
– W porządku? – Pytanie Claire wyrwało ją z zamyślenia. – Mam wrażenie, że jesteś bledsza niż wcześniej… Chcesz usiąść?
Potrząsnęła głową. Nie miała pojęcia, jak wyglądała, ale to wydawało się nieistotne. Chyba już zaczynała przywykać do tego, że wszyscy wokół mieli ją za chorą. Biorąc pod uwagę to, jak niewiele trzeba było, żeby kolejny raz złapała jakieś ludzkie cholerstwo albo po prostu osłabła przez to, co wiązało się z działaniem jej daru, sytuacja nie wydawała się aż tak dziwna.
Westchnęła, po czym otworzyła usta, chcąc zapewnić kuzynkę, że wszystko w porządku – i że ta wcale nie musiała się o nią martwić. Zwłaszcza teraz miały o wiele ważniejszy problem niż ból głowy albo osłabienie, ale…
Słodka bogini…
Zamarła, nagle czując się tak, jakby ktoś z całej siły ją uderzył. Chociaż w pierwszym odruchu zapragnęła krzyknąć, ostatecznie z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk – nawet najcichszy jęk, choć ten bez wątpienia byłby uzasadniony. Serce Jocelyne na moment się zatrzymało, bo po chwili zacząć niemalże spazmatycznie trzepotać się w piersi – i to tak szybko, że doświadczenie samo w sobie okazało się niemalże bolesne. Oczy dziewczyny rozszerzyły się do granic możliwości, a ona sama zachwiała się niebezpiecznie, instynktownie decydując się cofnąć.
– Joce…?
Jedynie jęknęła w odpowiedzi. Chciała zamrugać albo przynajmniej odwrócić wzrok a nadziei, że to wystarczy, żeby wszystko wróciło do normy, ale nie mogła się ruszyć.
Nie, kiedy ktoś na nią patrzył.
Oddech jeszcze bardziej jej przyśpieszył, aż w pewnym momencie zwątpiła w to, jakim cudem wciąż łapała oddech. Chociaż sądziła, że zdążyła oswoić się ze swoim darem na tyle, by przestać aż tak panicznie reagować na tych, którzy do niej przychodzili, to najwyraźniej miało okazać się o wiele trudniejsze. Mogła swobodnie rozmawiać z Dallasem czy Rosą, reagując na nich tak, jak na normalnych znajomych, ale to…
Och, nic nie zmieniło się od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyła tamtego mężczyznę w szkole. W zasadzie zdążyła zapomnieć, że nie wszystkie duchy były względem niej przyjazne, nie wspominając o tym, że nie zawsze dbały o to, żeby się ich nie przestraszyła. Jocelyne słyszała, że potrafiły zmieniać wygląd, co pozwoliło jej uniknąć oglądania ich w takim stanie, w jakim prezentowały się w chwili śmierci, ale to również nie tyczyło się wszystkich – być może dlatego, że nie znały tej możliwości, a może po prostu nie myślały o tym, by to zrobić.
Jakkolwiek miały się sprawy w rzeczywistości, Jocelyne zdecydowanie nie była gotowa na to, żeby znosić coś takiego.
– Z-za… za t-tobą… – wychrypiała z trudem. Nie pierwszy raz miała problem z tym, żeby się wysłowić.
Dotychczas zaniepokojona Claire, momentalnie wyprostowała się niczym struna. Jocelyne zauważyła, że kuzynka gwałtownie pobladła i drgnęła w taki sposób, jakby zamierzała się obejrzeć przez ramię. Ostatecznie tego nie zrobiła, po prostu zamierając w miejscu.
– Co takiego? – zapytała cicho. Po tonie Claire słychać było, że zaczynała się bać.
– Ja…
Jocelyne z jękiem urwała, niezdolna wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Jak urzeczona wpatrywała się w postać, która znikąd zmaterializowała się tuż za plecami Claire. Początkowo sylwetka była niewyraźna, z czasem jednak nabrała wystarczającej ostrości, by do pół-wampirzycy dotarło, że to kobieta… Albo raczej dziewczyna, bo zjawa wyglądała dość młodo. Tyle przynajmniej zdołała wywnioskować Joce, niespokojnie wodząc po bladej twarzy, częściowo przysłoniętej przez ciemne, splątane włosy. Momentalnie zwróciła uwagę na przekrwione białka oczu nieznajomej, a także głębokie cienie – jednoznaczny dowód na zmęczenie, choć to zdecydowanie nie powinno występować u kogoś, kto już był martwy.
Najgorsze jednak w tym wszystkim okazało się to, że dziewczyna była niemalże w całości pokryta krwią. To i tak wydawało się lepsze od dziury w głowie, ale Joce mimo wszystko poczuła, jak żołądek zaczyna jej się skręcać. Nie, to zdecydowanie nie tak, że brzydziła się krwi – wręcz przeciwnie. Prawdziwy problem polegał na tym, że ta wydawała się być dosłownie wszędzie.
Zesztywniała, kiedy dotarło do niej, co tak naprawdę widzi. Wyraźnie dopiero co powstałe, wciąż świeże ślady; ciepła krew, sklejająca włosy dziewczyny i znacząca jej ubranie. Posoka odcinała się na tle jej bladej skóry, skapywała na podłogę i znaczyła drogę, którą z wolna zaczęła pokonywać zjawa.
– Claire… – jęknęła Jocelyne, ale nawet gdyby zdołała znaleźć odpowiednie słowa na opisanie tego, czego była świadkiem, nie zdołałaby odpowiednio wcześni ostrzec kuzynki.
Wystarczyło zaledwie jedno mrugnięcie, by zakrwawiona dziewczyna wyrwała się naprzód, dosłownie przenikając przez niczego nieświadomą pół-wampirzycę. Claire drgnęła, po czym powiodła wzrokiem dookoła, ale nic nie wskazywało na to, by zdawała sobie sprawę z tego, że cokolwiek znajdowało się zaledwie pół metra od niej. Inaczej sprawy miały się z Jocelyne, która widziała wszystko aż nazbyt wyraźnie, w pewnym momencie uświadamiając sobie, że dodatkowo czuła słodki zapach krwi – odległy i jakby zniekształcony, ale przy tym wyjątkowo prawdziwy.
– Nie… Nie, nie, nie… – wyrzuciła z siebie na wydechu, w popłochu zaczynając się cofać.
Zatoczyła się, ostatecznie lądując pod ścianą. To ją oszołomiło, zwłaszcza że już od dłuższej chwili aż rwała się do tego, by spróbować rzucić się do ucieczki. W tamtej chwili wyraźniej niż wcześniej poczuła to, że została uwięziona – całkowicie odcięta od wyjścia, a tym samym możliwości, żeby opuścić miejsce, w którym nie chciała być. Od samego początku coś było nie tak z tym pomieszczeniem, teraz zaś nie miała złudzeń co do tego, że w przeszłości musiało się tutaj wydarzyć coś niedobrego – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Słodka bogini, nie chciała tutaj być! Nie w pomieszczeniu, które najwyraźniej zostało oznaczone przez śmierć. Już wcześniej czuła, że w pobliżu znajdował się ktoś, kto mógłby zwrócić na nią uwagę, ale wtedy zdecydowanie nie przypuszczała, że już na wstępie zostanie wrzucona do samego epicentrum.
– Joce… Jocelyne! – doszedł ją jakby z oddali wyraźnie spanikowany głos Claire, ale nawet nie zwróciła na to uwagi.
Przywarła do ściany, jednocześnie wplatając dłonie we włosy. Pociągnęła za loki, po cichu licząc na to, że ból pozwoli jej się otrząsnąć, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Wciąż trzęsła się ze strachu, zapędzona w kozi róg i zdolna spoglądać wyłącznie na powoli zmierzającą w jej stronę dziewczynę.
Zjawa przystanęła, po czym lekko przekrzywiła głowę. Włosy opadły jej na ramię, odsłaniając twarz. Tak, zdecydowanie była młoda – i to nawet bardzo – choć to w tamtej chwili nie miało dla Jocelyne żadnego wrażenia.
Ty… Słyszysz mnie?
Nie odpowiedziała, nawet nie próbując zmuszać się do sformułowania jakiegokolwiek, najmniej nawet sensownego zdania. Odejdź… Po prostu mnie zostaw, pomyślała, a obraz jak na zawołanie zaczął rozmazywać jej się przed oczami za sprawą gromadzących się pod powiekami łez. W tamtej chwili była gotowa wręcz o to błagać, wytrącona z równowagi bardziej niż wtedy, gdy w panice zwiększała dystans między sobą a Rayanem. Tamten chłopak przynajmniej był prawdziwy, poza tym nie wyglądał tak, jakby urwał się z horroru.
Zjawa przez kilka sekund trwała w ciszy, najwyraźniej czekając na odpowiedź. Nic nie wskazywało na to, by zamierzała kogokolwiek skrzywdzić, zresztą jakaś cząstka Jocelyne wiedziała, że duch z założenia nie miał takiego zamiaru, ale nawet to nie pozwoliło jej się uspokoić. W tamtej chwili nie myślała logicznie, zdolna co najwyżej spazmatycznie łapać oddech i marzyć o tym, by jakimś cudem przeniknąć przez ścianę albo zniknąć. Z drugiej strony, równie dobrze rozpłynąć mogło się wszystko wokół – cokolwiek, byleby dłużej nie musiała trwać w tym szaleństwie.
To nie tak… Prawda? Powinnam porozmawiać. Powinnam…, pomyślała w rozgorączkowaniu, ale to również okazało się zbyt mało. Nie miała wpływu ani na targające nią emocje, ani na własne ciało. W którymś momencie straciła kontrolę, przytłoczona przez paraliżujący wręcz strach. Miała wrażenie, że balansuje gdzieś na granicy histerii, mogąc co najwyżej pogorszyć sytuację, niż zachować się właściwie. Niby jak miałaby tego dokonać, skoro tak naprawdę czułą się tak, jakby właśnie traciła zmysły…?
Czegokolwiek chciała ta dziewczyna, Jocelyne pragnęła, żeby zostawiła ją w spokoju. Słodka bogini, nie prosiła się o to! Nie widziała tych istot dlatego, że chciała, a tym bardziej nie chciała im pomagać. Wiedziała, że to samolubne, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Wystarczyło, że sytuacja niezmiennie ją przerastała – i że widzenie rzeczy i osób, których tak naprawdę nie było, w najmniejszym nawet stopniu nie sprawiało, że rozumiała swój dar jakkolwiek lepiej.
Słyszysz…?
Potrzebowała kilku sekund, by uprzytomnić sobie, że nie słyszała głosu tamtej dziewczyny. Tym razem pytanie zadał ktoś inny, co więcej… wydający się szeptać jej wprost do ucha. To wystarczyło, żeby włosy na karku stanęły jej dęba, a serce omal nie wyskoczyło w piersi, udowadniając, że jednak potrafiło uderzać w jeszcze bardziej znaczącym tempie.
Nie chciała się odwracać. Nie mogła, a już na pewno nie czuła potrzeby, żeby sprawdzać, czy ktokolwiek…
A jednak spojrzała.
Odwróciła głowę tylko po to, by w następnej sekundzie zacząć krzyczeć, dostrzegając tuż obok siebie kolejną postać. W ogólnym zamieszaniu nawet nie zarejestrowała tego, czy tym razem miała do czynienia z mężczyzną, czy może znów kobietą. Liczyło się wyłącznie to, że intruz znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki, niemalże się o nią ocierając.
Odsunęła się tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Spróbowała podeprzeć się na rękach, ale w roztrzęsieniu wyszło jej to na tyle marnie, że ostatecznie wylądowała na podłodze. Natychmiast spróbowała się podnieść, ale była przy tym na tyle niespokojna i rozdygotana, że sama próba tego, żeby usiąść, okazała się wyzwaniem. Fakt, że kątem oka zarejestrowała, że ktoś wyciąga do niej rękę, również nie pomógł, w zamian prowokując ją do kolejnych krzyków i tego, by rozszlochać się na dobre.
– Jocelyne!
Nie miała pojęcia, jak wiele razy ktoś musiał wykrzyczeć jej imię, by w końcu zwróciła na to uwagę. W pierwszym odruchu była gotowa walczyć, byleby uniknąć wyciągniętych ku niej dłoni, te jednak mimo wszystko zdołały ją pochwycić, bezceremonialnie owijając się wokół niej. Dopiero wtedy zrozumiała, że obejmujące ją ramiona są w pełni materialne i w charakterystyczny sposób ciepłe. Co więcej, przecież dobrze znała głos przemawiającej do niej osoby, kiedy zaś otoczył ją aż nazbyt znajomy zapach…
Znieruchomiała, co najmniej oszołomiona. Jakimś cudem zdołała poderwać głowę i niemalże z przerażeniem spojrzeć na tulącą ją do siebie Laylę. Nie miała pojęcia, skąd wampirzyca wzięła się tuż obok, ale to nie było istotne, przynajmniej w tamtej chwili. Liczyło się wyłącznie to, że siedziała tuż obok, jak najbardziej prawdziwa i wciąż żywa. Jej obecność, dotyk i zapach zwiastowały bezpieczeństwo, prawie tak jak w dzieciństwie, kiedy bliskość któregoś z rodziców albo ukochanej ciotki wystarczyła, by przynieść jej ukojenie.
– Lay…? – bardziej wychrypiała niż wyszeptała, zwłaszcza że gardło wciąż miała tak ściśnięte, że mówienie okazało się czymś nieprawdopodobnie trudnym.
Nawet nie czekała na odpowiedź, ta zresztą była jej całkowicie zbędna. Choć nie miała pewności, czy jej podejrzenia są słuszne, nie zamierzała sprawdzać, gdzie podziała się krew, tamte istoty i szepty, które słyszała. To było tak, jakby pojawienie się Layli zmieniło wszystko, zapewniając jej choćby chwilowy spokój. Nawet jeśli nie, zamierzała oszukiwać samą siebie, raz po raz powtarzając sobie w myślach, że była bezpieczna.
Nie minęła chwila, jak wszelakie myśli i wątpliwości zeszły gdzieś na dalszy plan, a Jocelyne po prostu się popłakała – czy to ze strachu, czy nieopisanej wręcz ulgi. W zasadzie doświadczała obu tych rzeczy na raz, jakkolwiek paradoksalne by się to nie wydawało. Nie zwróciła nawet uwagi na to, że Layla zesztywniała, kiedy tak po prostu rzuciła jej się na szyję, wtulając się w pierś ciotki i zanosząc trudnym do pohamowania płaczem.
– Joce… Hej, malutka, cii… Już dobrze – usłyszała i chociaż brzmiało to jak puste frazesy, coś w tych słowach i kojącym brzmieniu głos obejmującej ją wampirzycy, wystarczyło, żeby poczuła się lepiej. Mocniej przywarła do ciotki, szukając w jej ramionach poczucia bezpieczeństwa i pragnąc zrobić cokolwiek, byleby wampirzycy nie przyszło do głowy ją zostawić. – Proszę…Niczego tutaj nie ma. Niczego.
To zdecydowanie było kłamstwo, zwłaszcza że Layla do tej pory nie miała wątpliwości co do przejawianych przez bratanicę umiejętności, Jocelyne jednak nie zamierzała protestować. Chciała wierzyć w te zapewnienia. Co prawda w ten sposób oszukiwała samą siebie, ale to wydawało się właściwe, skoro dzięki temu mogła się uspokoić. Wciąż wtulona w ciotkę, wzięła kilka głębszych wdechów, próbując wyrównać oddech i jakkolwiek zapanować nad wymykającym się spod kontroli ciałem. Wciąż trzęsła się niemalże jak przy febrze, z wolna jednak zaczynała dochodzić do siebie.
W porządku… Była bezpieczna, przynajmniej na razie. Wiedziała przecież, że kto jak kto, ale Layla zdecydowanie nie pozwoliłaby jej skrzywdzić.
– Ciociu… – zaczęła z wahaniem. Wyczuła, że Layla w odpowiedzi drgnęła, ale przynajmniej nie próbowała jej odsuwać, w zamian wręcz wzmagając uścisk.
– Nic nie mów, tylko oddychaj – zasugerowała spiętym tonem.
Joce wyczuła, że coś było nie tak, ale zdecydowała się tego nie komentować. Layla już wcześniej brzmiała na podenerwowaną i zmęczoną, więc pobrzmiewające w jej głosie znużenie nie wydawało się niczym dziwnym. Troska również, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się chwilę wcześniej.
Nie zaprotestowała, kiedy ciepłe palce zaczęły przeczesywać jej włosy. Zamknęła oczy, w końcu będąc w stanie się rozluźnić, choć to mimo wszystko przyszło jej z trudem. Wciąż czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach, choć ból głowy mimo wszystko wydawał się lepszy od tego, co jeszcze mogłaby zobaczyć, gdyby odważyła się rozejrzeć. Co prawda miała wrażenie, że zjawy zniknęły, w końcu decydując się dopuścić, ale zdecydowanie nie zamierzała tego sprawdzać. Czuła się otępiała i zmęczona, wręcz marząc o tym, żeby móc zwinąć się w kłębek i najzwyczajniej w świecie położyć spać, ale wszystko w niej aż krzyczało, że to zdecydowanie nie byłoby dobrym pomysłem – nie w miejscu, w którym się znajdowała.
– Ja… Już w p-porządku – wymamrotała, sama niepewna, czy to faktycznie mogło okazać się aż takie proste. Dla pewności wzięła kilka głębszych wdechów, zwłaszcza kiedy głos zadrżał jej niekontrolowanie. Ilekroć zaczynała się jąkać, rodzice powtarzali, żeby się nie śpieszyła i spróbowała uspokoić, więc i tym razem machinalnie spróbowała się do tego dostosować. Tym bardziej zaskoczył ją fakt, że była w stanie, zwłaszcza że wciąż czuła się co najmniej fatalnie. – Tutaj… nic nie ma – powtórzyła, próbując przekonać samą siebie, że tak jest w istocie. – Nic…
– Właśnie… Nic a nic.
Słuchając tych kojących zapewnień, naprawdę była skłonna Layli uwierzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa