
Jocelyne
Wiedziała, że coś jest nie
tak. To było oczywiste – i to nie tylko przez wzgląd na przeciągająca się w nieskończoność
ciszę. Czułą się obserwowana i zagubiona, raz po raz z niepokojem
wodząc wzrokiem po odizolowanym pomieszczeniu. Jej spojrzenie raz po raz
uciekało ku lustru za którym – jeśli wierzyć słowom Claire – mógł znajdować się
dosłownie ktokolwiek. Nasłuchiwała, próbując wychwycić cokolwiek, co
świadczyłoby o obecności jakiejkolwiek osoby, jednak nic nie wskazywało na
to, by prócz jej kuzynki w pobliżu znajdował się ktokolwiek inny. Cóż, przynajmniej
teoretycznie, bo myśląc o tym miejscu i wszystkim, co zdążyła
zaobserwować, dość prawdopodobnym wydawało się, że ktoś zadbał o wygłuszenie
poszczególnych pomieszczeń.
Mimowolnie
zadrżała, ogarnięta przejmującym, przeszywającym ją chłodem. Miała wrażenie, że
to coś więcej niż tylko strach, zwłaszcza że wrażenie, jakoby temperatura
spadła o kilka znaczących stopni, pojawiło się nagle i już jakiś czas
temu. Joce nawet spojrzała na Claire, po zachowaniu dziewczyny próbując
stwierdzić, czy ta również zauważyła coś niepokojącego, nic jednak nie
wskazywało na to, by coś podobnego miało miejsca. Kolejny raz doświadczała
czegoś, co miało znaczenie wyłącznie dla niej, to zaś wystarczyło, by wzbudzić w Jocelyne
jeszcze więcej wątpliwości.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, ostatecznie koncentrując się na bliżej
nieokreślonym punkcie przestrzeni. Było coś przytłaczającego we
wszechogarniającej pustce, dodatkowo podkreślonej przez optycznie powiększające
pomieszczenie lustro. Z drugiej strony, być może wszystko sprowadzało się
do szarości ścian i tego, że cela (czy jakkolwiek powinna określić to
miejsce) wydawała się wręcz nienaturalnie sterylna.
Claire
milczała, jedynie co jakiś czas niespokojnie krążąc i wciąż ograniczając
się do obserwacji. Najwyraźniej kuzynka ostatecznie doszła do wniosku, że dla
bezpieczeństwa lepiej będzie nie rozmawiać, co w gruncie rzeczy wydało się
Jocelyne właściwe. Czuła się bezpieczniej, kiedy tak trwały w ciszy,
przynajmniej mając siebie nawzajem. Podejrzewała, że gdyby wylądowała w pojedynkę
w takich warunkach, prędzej by oszalała, niż zdołała zachować choćby
pozorny spokój. Przy Claire to wydawało się prostsze, zresztą w pamięci
wciąż miała to, że gdzieś w pobliżu znajdowała się Layla. Co prawda już
nie potrafiła odszukać ciotki, mając wrażenie, że ta specjalnie się od niej
odcinała, ale wcześniejsza rozmowa wydawała się lepsza niż nic.
Wciąż nie
miała pewności, co powinna zrobić i to doprowadzało ją do szału. Chciała
się na coś przydać, ale nie potrafiła, nie pierwszy raz mając wrażenie, że
mogła co najwyżej zdać się na pomoc z zewnątrz. Nawet Claire wydawała się
traktować ją jak dziecko, w tamtej chwili sprawiając wrażenie kogoś, kto
gorączkowo myśli nad znalezieniem jakiegokolwiek rozwiązania. Wystarczająco
dziwna wydawała się myśl o kuzynce jako o kimś, kto byłby w stanie
przejąć kontrolę nad sytuacją, ale z drugiej strony…
Kto…?
Joce
zesztywniała, mimowolnie wzdrygając się raz jeszcze. Natychmiast poderwała
głowę, po czym odszukała wzrokiem Claire, przy okazji zauważając, że ta z przesadną
wręcz dokładnością lustrowała wzrokiem podłogę na samym środku pomieszczenia.
– Mówiłaś
coś? – zapytała cicho, siląc się na obojętność. Sęk w tym, że najbardziej
obawiała się, że mogłaby usłyszeć odpowiedź przeczącą, bo to oznaczałoby…
Nie.
Zdecydowanie nie chciała się nad tym zastanawiać.
– Hm…? –
Claire w pośpiechu odwróciła się w jej stronę. Wyglądała na
zdezorientowaną, co uświadomiło Joce, że najpewniej wyrwała kuzynkę z zamyślenia.
– Niekoniecznie… Albo może? Czasami myślę na głos – przyznała, ale to ani
trochę nie uspokoiło Jocelyne.
– Coś jest
nie tak?
Kuzynka
jedynie potrzasnęła głową.
– Podłoga
jest porysowana. Mam wrażenie, że coś tutaj stało – przyznała, po czym
wzruszyła ramionami. – Nie przejmuj się, zwłaszcza że teraz tak czy inaczej
niczego tutaj nie ma. Chyba po prostu przywykłam do analizowania tego, co
widzę.
Joce
skinęła głową, nie do końca przekonana co do takich wyjaśnień. Co prawda
brzmiały sensownie, zwłaszcza że Claire pod wieloma względami przypominała
Rufusa, ale to wcale nie musiało być aż takie oczywiste.
– Nie
podoba mi się tutaj – przyznała, na powrót wbijając wzrok w przestrzeń. –
Czuję się… dziwnie.
– Co masz
na myśli? – zapytała natychmiast Claire, ale Joce była w stanie co
najwyżej wzruszyć ramionami.
– Po prostu
jest mi zimno… Nie czujesz tego?
Nie
otrzymała odpowiedzi – przynajmniej nie od razu – co z jakiegoś powodu
wydało jej się jeszcze bardziej niepokojące. Westchnęła cicho, po czym na
krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach, energicznie pocierając skronie.
Znów miała wrażenie, że ktoś próbuje zwrócić jej uwagę, choć zarazem bodźce
okazały się tak odległe i niewyraźne, że nie była w stanie ich
zinterpretować. W zasadzie bardziej czuła niż faktycznie słyszała
cokolwiek, dzięki czemu mogła przynajmniej próbować udawać, że to wyłącznie jej
wyobraźnia. Kto wie, może przynajmniej tym razem choć raz tak było, tym bardziej
że już od jakiegoś czasu czuła się przewrażliwiona – i to zwłaszcza po
tym, co usłyszała w bibliotece.
– W porządku?
– Pytanie Claire wyrwało ją z zamyślenia. – Mam wrażenie, że jesteś
bledsza niż wcześniej… Chcesz usiąść?
Potrząsnęła
głową. Nie miała pojęcia, jak wyglądała, ale to wydawało się nieistotne. Chyba
już zaczynała przywykać do tego, że wszyscy wokół mieli ją za chorą. Biorąc pod
uwagę to, jak niewiele trzeba było, żeby kolejny raz złapała jakieś ludzkie
cholerstwo albo po prostu osłabła przez to, co wiązało się z działaniem
jej daru, sytuacja nie wydawała się aż tak dziwna.
Westchnęła,
po czym otworzyła usta, chcąc zapewnić kuzynkę, że wszystko w porządku – i że
ta wcale nie musiała się o nią martwić. Zwłaszcza teraz miały o wiele
ważniejszy problem niż ból głowy albo osłabienie, ale…
Słodka bogini…
Zamarła,
nagle czując się tak, jakby ktoś z całej siły ją uderzył. Chociaż w pierwszym
odruchu zapragnęła krzyknąć, ostatecznie z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk
– nawet najcichszy jęk, choć ten bez wątpienia byłby uzasadniony. Serce
Jocelyne na moment się zatrzymało, bo po chwili zacząć niemalże spazmatycznie
trzepotać się w piersi – i to tak szybko, że doświadczenie samo w sobie
okazało się niemalże bolesne. Oczy dziewczyny rozszerzyły się do granic możliwości,
a ona sama zachwiała się niebezpiecznie, instynktownie decydując się
cofnąć.
– Joce…?
Jedynie
jęknęła w odpowiedzi. Chciała zamrugać albo przynajmniej odwrócić wzrok a nadziei,
że to wystarczy, żeby wszystko wróciło do normy, ale nie mogła się ruszyć.
Nie, kiedy
ktoś na nią patrzył.
Oddech
jeszcze bardziej jej przyśpieszył, aż w pewnym momencie zwątpiła w to,
jakim cudem wciąż łapała oddech. Chociaż sądziła, że zdążyła oswoić się ze
swoim darem na tyle, by przestać aż tak panicznie reagować na tych, którzy do
niej przychodzili, to najwyraźniej miało okazać się o wiele trudniejsze.
Mogła swobodnie rozmawiać z Dallasem czy Rosą, reagując na nich tak, jak
na normalnych znajomych, ale to…
Och, nic
nie zmieniło się od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyła tamtego mężczyznę w szkole.
W zasadzie zdążyła zapomnieć, że nie wszystkie duchy były względem niej
przyjazne, nie wspominając o tym, że nie zawsze dbały o to, żeby się
ich nie przestraszyła. Jocelyne słyszała, że potrafiły zmieniać wygląd, co
pozwoliło jej uniknąć oglądania ich w takim stanie, w jakim
prezentowały się w chwili śmierci, ale to również nie tyczyło się
wszystkich – być może dlatego, że nie znały tej możliwości, a może po
prostu nie myślały o tym, by to zrobić.
Jakkolwiek
miały się sprawy w rzeczywistości, Jocelyne zdecydowanie nie była gotowa
na to, żeby znosić coś takiego.
– Z-za… za
t-tobą… – wychrypiała z trudem. Nie pierwszy raz miała problem z tym,
żeby się wysłowić.
Dotychczas
zaniepokojona Claire, momentalnie wyprostowała się niczym struna. Jocelyne
zauważyła, że kuzynka gwałtownie pobladła i drgnęła w taki sposób,
jakby zamierzała się obejrzeć przez ramię. Ostatecznie tego nie zrobiła, po
prostu zamierając w miejscu.
– Co
takiego? – zapytała cicho. Po tonie Claire słychać było, że zaczynała się bać.
– Ja…
Jocelyne z jękiem
urwała, niezdolna wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowo. Jak urzeczona
wpatrywała się w postać, która znikąd zmaterializowała się tuż za plecami
Claire. Początkowo sylwetka była niewyraźna, z czasem jednak nabrała
wystarczającej ostrości, by do pół-wampirzycy dotarło, że to kobieta… Albo
raczej dziewczyna, bo zjawa wyglądała dość młodo. Tyle przynajmniej zdołała
wywnioskować Joce, niespokojnie wodząc po bladej twarzy, częściowo przysłoniętej
przez ciemne, splątane włosy. Momentalnie zwróciła uwagę na przekrwione białka
oczu nieznajomej, a także głębokie cienie – jednoznaczny dowód na
zmęczenie, choć to zdecydowanie nie powinno występować u kogoś, kto już
był martwy.
Najgorsze
jednak w tym wszystkim okazało się to, że dziewczyna była niemalże w całości
pokryta krwią. To i tak wydawało się lepsze od dziury w głowie, ale
Joce mimo wszystko poczuła, jak żołądek zaczyna jej się skręcać. Nie, to
zdecydowanie nie tak, że brzydziła się krwi – wręcz przeciwnie. Prawdziwy
problem polegał na tym, że ta wydawała się być dosłownie wszędzie.
Zesztywniała,
kiedy dotarło do niej, co tak naprawdę widzi. Wyraźnie dopiero co powstałe, wciąż
świeże ślady; ciepła krew, sklejająca włosy dziewczyny i znacząca jej
ubranie. Posoka odcinała się na tle jej bladej skóry, skapywała na podłogę i znaczyła
drogę, którą z wolna zaczęła pokonywać zjawa.
– Claire… –
jęknęła Jocelyne, ale nawet gdyby zdołała znaleźć odpowiednie słowa na opisanie
tego, czego była świadkiem, nie zdołałaby odpowiednio wcześni ostrzec kuzynki.
Wystarczyło
zaledwie jedno mrugnięcie, by zakrwawiona dziewczyna wyrwała się naprzód,
dosłownie przenikając przez niczego nieświadomą pół-wampirzycę. Claire drgnęła,
po czym powiodła wzrokiem dookoła, ale nic nie wskazywało na to, by zdawała
sobie sprawę z tego, że cokolwiek znajdowało się zaledwie pół metra od
niej. Inaczej sprawy miały się z Jocelyne, która widziała wszystko aż
nazbyt wyraźnie, w pewnym momencie uświadamiając sobie, że dodatkowo czuła
słodki zapach krwi – odległy i jakby zniekształcony, ale przy tym wyjątkowo
prawdziwy.
– Nie… Nie,
nie, nie… – wyrzuciła z siebie na wydechu, w popłochu zaczynając się
cofać.
Zatoczyła
się, ostatecznie lądując pod ścianą. To ją oszołomiło, zwłaszcza że już od
dłuższej chwili aż rwała się do tego, by spróbować rzucić się do ucieczki. W tamtej
chwili wyraźniej niż wcześniej poczuła to, że została uwięziona – całkowicie
odcięta od wyjścia, a tym samym możliwości, żeby opuścić miejsce, w którym
nie chciała być. Od samego początku coś było nie tak z tym pomieszczeniem,
teraz zaś nie miała złudzeń co do tego, że w przeszłości musiało się tutaj
wydarzyć coś niedobrego – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Słodka
bogini, nie chciała tutaj być! Nie w pomieszczeniu, które najwyraźniej
zostało oznaczone przez śmierć. Już wcześniej czuła, że w pobliżu
znajdował się ktoś, kto mógłby zwrócić na nią uwagę, ale wtedy zdecydowanie nie
przypuszczała, że już na wstępie zostanie wrzucona do samego epicentrum.
– Joce…
Jocelyne! – doszedł ją jakby z oddali wyraźnie spanikowany głos Claire,
ale nawet nie zwróciła na to uwagi.
Przywarła
do ściany, jednocześnie wplatając dłonie we włosy. Pociągnęła za loki, po cichu
licząc na to, że ból pozwoli jej się otrząsnąć, jednak nic podobnego nie miało
miejsca. Wciąż trzęsła się ze strachu, zapędzona w kozi róg i zdolna
spoglądać wyłącznie na powoli zmierzającą w jej stronę dziewczynę.
Zjawa
przystanęła, po czym lekko przekrzywiła głowę. Włosy opadły jej na ramię,
odsłaniając twarz. Tak, zdecydowanie była młoda – i to nawet bardzo – choć
to w tamtej chwili nie miało dla Jocelyne żadnego wrażenia.
– Ty… Słyszysz mnie?
Nie
odpowiedziała, nawet nie próbując zmuszać się do sformułowania jakiegokolwiek,
najmniej nawet sensownego zdania. Odejdź…
Po prostu mnie zostaw, pomyślała, a obraz jak na zawołanie zaczął
rozmazywać jej się przed oczami za sprawą gromadzących się pod powiekami łez. W tamtej
chwili była gotowa wręcz o to błagać, wytrącona z równowagi bardziej
niż wtedy, gdy w panice zwiększała dystans między sobą a Rayanem.
Tamten chłopak przynajmniej był prawdziwy, poza tym nie wyglądał tak, jakby
urwał się z horroru.
Zjawa przez
kilka sekund trwała w ciszy, najwyraźniej czekając na odpowiedź. Nic nie
wskazywało na to, by zamierzała kogokolwiek skrzywdzić, zresztą jakaś cząstka
Jocelyne wiedziała, że duch z założenia nie miał takiego zamiaru, ale
nawet to nie pozwoliło jej się uspokoić. W tamtej chwili nie myślała
logicznie, zdolna co najwyżej spazmatycznie łapać oddech i marzyć o tym,
by jakimś cudem przeniknąć przez ścianę albo zniknąć. Z drugiej strony,
równie dobrze rozpłynąć mogło się wszystko wokół – cokolwiek, byleby dłużej nie
musiała trwać w tym szaleństwie.
To nie tak… Prawda? Powinnam porozmawiać.
Powinnam…, pomyślała w rozgorączkowaniu, ale to również okazało się
zbyt mało. Nie miała wpływu ani na targające nią emocje, ani na własne ciało. W którymś
momencie straciła kontrolę, przytłoczona przez paraliżujący wręcz strach. Miała
wrażenie, że balansuje gdzieś na granicy histerii, mogąc co najwyżej pogorszyć
sytuację, niż zachować się właściwie. Niby jak miałaby tego dokonać, skoro tak
naprawdę czułą się tak, jakby właśnie traciła zmysły…?
Czegokolwiek
chciała ta dziewczyna, Jocelyne pragnęła, żeby zostawiła ją w spokoju.
Słodka bogini, nie prosiła się o to! Nie widziała tych istot dlatego, że
chciała, a tym bardziej nie chciała im pomagać. Wiedziała, że to
samolubne, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Wystarczyło, że sytuacja
niezmiennie ją przerastała – i że widzenie rzeczy i osób, których tak
naprawdę nie było, w najmniejszym nawet stopniu nie sprawiało, że
rozumiała swój dar jakkolwiek lepiej.
– Słyszysz…?
Potrzebowała
kilku sekund, by uprzytomnić sobie, że nie słyszała głosu tamtej dziewczyny.
Tym razem pytanie zadał ktoś inny, co więcej… wydający się szeptać jej wprost
do ucha. To wystarczyło, żeby włosy na karku stanęły jej dęba, a serce
omal nie wyskoczyło w piersi, udowadniając, że jednak potrafiło uderzać w jeszcze
bardziej znaczącym tempie.
Nie chciała
się odwracać. Nie mogła, a już na pewno nie czuła potrzeby, żeby
sprawdzać, czy ktokolwiek…
A jednak
spojrzała.
Odwróciła
głowę tylko po to, by w następnej sekundzie zacząć krzyczeć, dostrzegając
tuż obok siebie kolejną postać. W ogólnym zamieszaniu nawet nie
zarejestrowała tego, czy tym razem miała do czynienia z mężczyzną, czy
może znów kobietą. Liczyło się wyłącznie to, że intruz znajdował się dosłownie
na wyciągnięcie ręki, niemalże się o nią ocierając.
Odsunęła
się tak gwałtownie, że aż pociemniało jej przed oczami. Spróbowała podeprzeć
się na rękach, ale w roztrzęsieniu wyszło jej to na tyle marnie, że
ostatecznie wylądowała na podłodze. Natychmiast spróbowała się podnieść, ale
była przy tym na tyle niespokojna i rozdygotana, że sama próba tego, żeby
usiąść, okazała się wyzwaniem. Fakt, że kątem oka zarejestrowała, że ktoś
wyciąga do niej rękę, również nie pomógł, w zamian prowokując ją do
kolejnych krzyków i tego, by rozszlochać się na dobre.
– Jocelyne!
Nie miała
pojęcia, jak wiele razy ktoś musiał wykrzyczeć jej imię, by w końcu zwróciła
na to uwagę. W pierwszym odruchu była gotowa walczyć, byleby uniknąć wyciągniętych
ku niej dłoni, te jednak mimo wszystko zdołały ją pochwycić, bezceremonialnie
owijając się wokół niej. Dopiero wtedy zrozumiała, że obejmujące ją ramiona są w pełni
materialne i w charakterystyczny sposób ciepłe. Co więcej, przecież
dobrze znała głos przemawiającej do niej osoby, kiedy zaś otoczył ją aż nazbyt
znajomy zapach…
Znieruchomiała,
co najmniej oszołomiona. Jakimś cudem zdołała poderwać głowę i niemalże z przerażeniem
spojrzeć na tulącą ją do siebie Laylę. Nie miała pojęcia, skąd wampirzyca wzięła
się tuż obok, ale to nie było istotne, przynajmniej w tamtej chwili.
Liczyło się wyłącznie to, że siedziała tuż obok, jak najbardziej prawdziwa i wciąż
żywa. Jej obecność, dotyk i zapach zwiastowały bezpieczeństwo, prawie tak
jak w dzieciństwie, kiedy bliskość któregoś z rodziców albo ukochanej
ciotki wystarczyła, by przynieść jej ukojenie.
– Lay…? – bardziej
wychrypiała niż wyszeptała, zwłaszcza że gardło wciąż miała tak ściśnięte, że
mówienie okazało się czymś nieprawdopodobnie trudnym.
Nawet nie
czekała na odpowiedź, ta zresztą była jej całkowicie zbędna. Choć nie miała
pewności, czy jej podejrzenia są słuszne, nie zamierzała sprawdzać, gdzie
podziała się krew, tamte istoty i szepty, które słyszała. To było tak,
jakby pojawienie się Layli zmieniło wszystko, zapewniając jej choćby chwilowy
spokój. Nawet jeśli nie, zamierzała oszukiwać samą siebie, raz po raz powtarzając
sobie w myślach, że była bezpieczna.
Nie minęła
chwila, jak wszelakie myśli i wątpliwości zeszły gdzieś na dalszy plan, a Jocelyne
po prostu się popłakała – czy to ze strachu, czy nieopisanej wręcz ulgi. W zasadzie
doświadczała obu tych rzeczy na raz, jakkolwiek paradoksalne by się to nie
wydawało. Nie zwróciła nawet uwagi na to, że Layla zesztywniała, kiedy tak po
prostu rzuciła jej się na szyję, wtulając się w pierś ciotki i zanosząc
trudnym do pohamowania płaczem.
– Joce…
Hej, malutka, cii… Już dobrze – usłyszała i chociaż brzmiało to jak puste
frazesy, coś w tych słowach i kojącym brzmieniu głos obejmującej ją
wampirzycy, wystarczyło, żeby poczuła się lepiej. Mocniej przywarła do ciotki,
szukając w jej ramionach poczucia bezpieczeństwa i pragnąc zrobić
cokolwiek, byleby wampirzycy nie przyszło do głowy ją zostawić. – Proszę…Niczego
tutaj nie ma. Niczego.
To zdecydowanie
było kłamstwo, zwłaszcza że Layla do tej pory nie miała wątpliwości co do
przejawianych przez bratanicę umiejętności, Jocelyne jednak nie zamierzała
protestować. Chciała wierzyć w te zapewnienia. Co prawda w ten sposób
oszukiwała samą siebie, ale to wydawało się właściwe, skoro dzięki temu mogła
się uspokoić. Wciąż wtulona w ciotkę, wzięła kilka głębszych wdechów,
próbując wyrównać oddech i jakkolwiek zapanować nad wymykającym się spod
kontroli ciałem. Wciąż trzęsła się niemalże jak przy febrze, z wolna
jednak zaczynała dochodzić do siebie.
W porządku…
Była bezpieczna, przynajmniej na razie. Wiedziała przecież, że kto jak kto, ale
Layla zdecydowanie nie pozwoliłaby jej skrzywdzić.
– Ciociu… –
zaczęła z wahaniem. Wyczuła, że Layla w odpowiedzi drgnęła, ale przynajmniej
nie próbowała jej odsuwać, w zamian wręcz wzmagając uścisk.
– Nic nie
mów, tylko oddychaj – zasugerowała spiętym tonem.
Joce wyczuła,
że coś było nie tak, ale zdecydowała się tego nie komentować. Layla już
wcześniej brzmiała na podenerwowaną i zmęczoną, więc pobrzmiewające w jej
głosie znużenie nie wydawało się niczym dziwnym. Troska również, zwłaszcza po
tym, co wydarzyło się chwilę wcześniej.
Nie
zaprotestowała, kiedy ciepłe palce zaczęły przeczesywać jej włosy. Zamknęła
oczy, w końcu będąc w stanie się rozluźnić, choć to mimo wszystko
przyszło jej z trudem. Wciąż czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach,
choć ból głowy mimo wszystko wydawał się lepszy od tego, co jeszcze mogłaby
zobaczyć, gdyby odważyła się rozejrzeć. Co prawda miała wrażenie, że zjawy
zniknęły, w końcu decydując się dopuścić, ale zdecydowanie nie zamierzała
tego sprawdzać. Czuła się otępiała i zmęczona, wręcz marząc o tym,
żeby móc zwinąć się w kłębek i najzwyczajniej w świecie położyć
spać, ale wszystko w niej aż krzyczało, że to zdecydowanie nie byłoby
dobrym pomysłem – nie w miejscu, w którym się znajdowała.
– Ja… Już w p-porządku
– wymamrotała, sama niepewna, czy to faktycznie mogło okazać się aż takie
proste. Dla pewności wzięła kilka głębszych wdechów, zwłaszcza kiedy głos
zadrżał jej niekontrolowanie. Ilekroć zaczynała się jąkać, rodzice powtarzali,
żeby się nie śpieszyła i spróbowała uspokoić, więc i tym razem
machinalnie spróbowała się do tego dostosować. Tym bardziej zaskoczył ją fakt,
że była w stanie, zwłaszcza że wciąż czuła się co najmniej fatalnie. –
Tutaj… nic nie ma – powtórzyła, próbując przekonać samą siebie, że tak jest w istocie.
– Nic…
– Właśnie…
Nic a nic.
Słuchając tych
kojących zapewnień, naprawdę była skłonna Layli uwierzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz