
Layla
Wszystko poszło nie tak. W chwili,
w której zobaczyła rozhisteryzowaną, wyraźnie przerażoną Jocelyne,
wszelakie dotychczasowe plany zeszły gdzieś na dalszy plan. Zareagowała
instynktownie, w ułamku sekundy doskakując do bratanicy i jak gdyby
nigdy nic biorąc ją w ramiona. Tuliła Joce do siebie, raz po raz
przeczesując palcami jej włosy i szepcąc kojące słowa w nadziei, że
dzięki temu dziewczyna się uspokoi. Nie myślała ani o tym, gdzie obie się
znajdowały, a tym bardziej że ktokolwiek mógłby je obserwować. Nie
obchodziło ją nawet to, że w pierwszym odruchu wręcz oszołomił ją słodki
zapach krwi wtulonej w nią pół-wampirzycy, choć pragnienie w naturalny
sposób zaczęło dawać jej się we znaki.
Layla nie
była pewna, jak długo musiała czekać, aż dziewczyna zdoła się uspokoić. W pierwszym
momencie Joce po prostu znieruchomiała, pozwalając, żeby ciotka kołysała ją
miarowo, raz po raz powtarzając jakieś bliżej nieokreślone, pozbawione znaczenia
frazesy. Wiedziała, że najpewniej kłamała, zapewniając dziewczynę czy to o bezpieczeństwie,
czy też o tym, że wszystko wróciło do normy, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.
Ważne, że pomagało i to niemalże za każdym razem; w końcu podobną
taktykę zwykle obierała za każdym razem, kiedy próbowała wpłynąć na wytrąconego
z równowagi Rufusa.
Szlag, nie
tak to sobie wyobrażała. Chciała trzymać się na dystans, mając nadzieję, że w ten
sposób łatwiej będzie jej ochronić Jocelyne i Claire. Bez wątpienia tak by
było, ale nie potrafiła pozostać obojętna na bratanicę w sytuacji, w której
ta wyraźnie jej potrzebowała. Mogła tylko zgadywać, co takiego mogła zobaczyć w tym
pokoju osoba, która widziała o wiele więcej niż inni, ale biorąc pod uwagę
fakt, że sama nie tak dawno temu miała okazję zaobserwować, jak ktoś w tym
miejscu umiera…
– Hm… –
usłyszała, ale nawet nie drgnęła, z uporem ignorując obecność Simona.
Podejrzewała,
że zastygł gdzieś w drzwiach, ograniczając się do biernego obserwowania
tego, co się działo. Uznała, że z dwojga złego tak jest lepiej, tym
bardziej że nie chciała, by ktokolwiek zbliżał się do Joce, kiedy ta była w takim
stanie. Tym razem mała przynajmniej nie straciła kontroli nad mocą, chociaż
Layla nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Fakt, że pół-wampirzyca
dosłownie przelewała jej się w rękach, wyraźnie zmęczona, również niczego
nie ułatwiał.
– Nie śpij,
Joce – szepnęła dziewczynie do ucha. – To nie jest najlepszy moment.
To brzmiało
jak niedopowiedzenie stulecia, ale co innego miałaby powiedzieć? Uważała z doborem
słów, woląc nie ryzykować, że przypadkiem zaprzepaści wszystko, co zdołała
osiągnąć. Jocelyne wciąż wydawała się bardzo krucha i niespokojna, poza
tym wyraźnie ociągała się z podniesieniem głowy i rozejrzeniem się
dookoła.
– Layla…
– Jestem
tutaj – zapewniła pośpieszne. – A tobie nic nie grozi… Nic tutaj nie ma? –
dodała i choć z założenia miało być to stwierdzeniem, ostatecznie i tak
zabrzmiało jak pytanie.
Joce
wzdrygnęła się, ale koniec końców skinęła głową.
– Tak… Już w porządku
– przyznała, a Layla poczuła, że kamień spada jej z serca.
Chwilę
trwały w ciszy, co wydawało się dobre. Czuła, że wtulona w nią
dziewczyna potrzebowała więcej czasu, by spróbować doprowadzić się do porządku.
Przynajmniej oddech wyraźnie jej zwolnił i już nie sprawiał wrażenia
kogoś, kto w każdej chwili mógłby stracić przytomność przez nadmiar
emocji. Layla uznała to za dobry znak, choć zarazem to w żaden sposób nie
poprawiało sytuacji, w której się znajdowały.
Jakby tego
było mało, w miarę jak wszystko zaczęło wracać do normy, kolejny raz do
głosu doszedł głód. Wyraźnie poczuła znajomy już ból, przejawiający się nie
tylko pieczeniem w gardle, ale również nieprzyjemnym pulsowaniem nadwrażliwych
kłów. To, że Joce kurczowo się do niej tuliła, jednocześnie ułożona w taki
sposób, że jej szyja znalazła się niebezpiecznie blisko ust Layli, również nie
pomagało. W pewnym momencie wręcz przyłapała się na tym, że siedziała
wyprostowana niczym struna, uważnie śledząc rysujące się pod bladą skórą
bratanicy żyły, a to zdecydowane nie było dobre.
– Mamo?
Aż wzdrygnęła
się, skutecznie wyrwana z zamyślenia tym jednym słowem. Jakimś cudem
zdążyła prawie zapomnieć o Claire, zwłaszcza że tej z założenia nic
nie groziło – przynajmniej na razie. W efekcie w niejakim
roztargnieniu spojrzała na córkę, tym samym przekonując się, że ta przystanęła
tuż obok niej. To wystarczyło, by coś w niej pękło i – pomimo tego,
że to zdecydowanie mogło okazać się ryzykowne – wyciągnęła rękę ku dziewczynie.
– Chodź tu
do mnie – rzuciła tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć.
Tych kilka
słów wystarczyło Claire, by zmaterializować się tuż obok. Layla z wolna
wypuściła powietrze, mimowolnie spinając się jeszcze bardziej, kiedy drugie
ciepłe ciało znalazło się tuż przy niej. Skrzywiła się, ale choć pragnienie wciąż
dawało jej się we znaki, gotowa była przysiąc, że prędzej zrobiłaby krzywdę
sobie, niż pozwoliła na to, żeby stracić kontrolę. Nie, kiedy w grę
wchodziło skrzywdzenie kogoś, kogo kochała.
– Jesteś
tutaj… I… Dobrze się czujesz? – Claire brzmiała na bardziej roztrzęsioną niż w chwili,
w której próbowały rozmawiać telepatycznie. – Wyglądasz…
– Wiem –
przerwała pośpiesznie.
Przynajmniej
podejrzewała, że prezentowała się marnie. Trudno, by było inaczej po czasie,
który spędziła w tym miejscu, rażeniu prądem i odczuwając pragnienie
tak silne, że aż zaczęła się zastanawiać, jakim cudem do tej pory nie
postradała zmysłów.
Jęknęła, po
czym odsunęła się w popłochu, uświadamiając sobie, że w którymś
momencie znalazła się naprawdę blisko jakiejś bliżej nieokreślonej, łatwiej do
przekroczenia granicy. Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, dosłownie
odskoczyła od Jocelyne i Claire, dosłownie materializując się pod jedną ze
ścian pomieszczenia. Machinalnie uniosła dłoń do gardła, ignorując gładką
powierzchnię przylegającej do niej obręczy. Liczyło się wyłączne podsycane
zapachem krwi palenie i to, że przez krótką chwilę naprawdę mogła sobie
wyobrazić, że…
Nie, nie
chciała o tym myśleć.
Nie mogła.
– Mamo…?
Zacisnęła
powieki, po czym energicznie potrząsnęła głową. Słyszała, że Claire próbowała
coś do niej mówić, ale nie potrafiła skupić się na poszczególnych słowach,
zbytnio skupiona na wkładaniu całej energii w to, by nie popełnić
największego błędu w życiu. Słodka bogini, do tej pory udawało jej się
ignorować pragnienie, więc nie mogła ot tak ustąpić akurat teraz.
Zacisnęła
zęby i – starając się ograniczyć nabieranie przesyconego słodyczą pół-wampirzej
krwi powietrza – z wolna uniosła głowę, by spojrzeć na Claire. Dziewczyna
kucała przy Jocelyne, trzymając kuzynkę w ramionach i najwyraźniej próbując
pomóc stanąć małej na nogi.
– Po
prostu… dajcie mi chwilę – wyrzuciła z siebie z trudem, bezskutecznie
próbując zabrzmieć tak, jakby nie działo się nic wartego uwagi. – Z Joce
wszystko w porządku? – dodała, chcąc zmienić temat.
Claire
wyglądała na chętną, by zaprotestować, ale ostatecznie tego nie zrobiła.
– Chyba…
Chyba tak – przyznała, zerkając na kuzynkę. – Joce…?
– Boli mnie
głowa – mruknęła sama zainteresowana.
Wciąż wyglądała
źle, chorobliwie blada i ze śladami łez na policzkach. Nadal kuliła się do
Claire, niemalże kurczowo zaciskając palce na przedramionach kuzynki. Co prawda
jasne włosy częściowo przysłoniły jej twarz, przez co Layla nie była w stanie
jednoznacznie określić malującego się nań wyrazu, ale nawet mimo tego
zauważyła, że Joce zaciskała powieki, wyraźnie bojąc rozejrzeć się dookoła.
Nie
przypominała sobie, by kiedykolwiek widziała bratanicę w takim stanie. Co
prawda Jocelyne wielokrotnie zrywała się z płaczem albo wyglądała na
przestraszoną, zwłaszcza przed odkryciem pełni daru potrafiąc całymi dniami
przesiadywać w pokoju, ale to nie było to samo. W tamtej chwili Layla
mogła co najwyżej zgadywać, co takiego widziała ta dziewczyna, kiedy krzyczała,
płakała i wyglądała na chętną, by uciec. Histeria nie brała się znikąd,
wampirzyca zaś z miejsca pomyślała o incydencie ze szkoły, kiedy to
Jocelyne z jakiegoś powodu weszła na dach, później zapewniając wszystkich
wokół, że wcale nie zamierzała zrobić sobie krzywdy. Wtedy również coś
widziała, co zwłaszcza po poznaniu prawdy o nekromancji wydawało się
oczywiste, jednak to nadal niczego nie tłumaczyło. Dziewczyna również nie
chciała o tym mówić i to nawet Layli, chociaż już próbowała nakłonić
ją do zwierzeń.
To
wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej bezradna niż do tej pory. Wolała nawet
nie zastanawiać się nad tym, co takiego musieli czuć w tym wypadku Gabriel
i Renesmee, mogąc córkę co najwyżej uspokajać, ale mimo tego nie będąc w stanie
zdziałać niczego więcej.
Milczenie
wydawało się przeciągać w nieskończoność. Było w tym wręcz coś
nienaturalnego, a przy tym równie absurdalnego, co i świadomość tego,
że jedynym prawdziwym zagrożeniem dla Jocelyne i Claire była ona sama.
Sytuacja zdecydowanie nie prezentowała się normalnie, skoro wręcz wciskała się w ścianę,
wkładając wszystkie dostępne siły w to, żeby przypadkiem nie zaatakować
bliskich jej osób. Jakby tego było mało…
– Ehm… Czy teraz
mogę w końcu o coś zapytać?
Wyprostowała
się, błyskawicznie przenosząc wzrok na Simona. Machinalnie napięła mięśnie,
przybierając pozycję obronną, czym skutecznie przekonała mężczyznę do dalszego
tkwienia w progu. Tak było bezpieczniej, o ile nie zamierzał zbliżać
się do którejkolwiek z obecnych w pomieszczeniu pół-wampirzyc.
Śmiertelnik
zawahał się, to jednak nie powstrzymało go przed decyzją, by raz jeszcze się
odezwać.
– Jestem tu
tylko ja i to wyłącznie dzięki cholernemu szczęściu. Już i tak
nakręciłaś przy Nicku, więc… – Zamilkł, po czym westchnął przeciągle. – Nie
ufaj mi, jeśli nie chcesz, ale prawda jest taka, że nadal jesteśmy skazani na
siebie, Laylo. Mogę ci albo pomóc, albo zaszkodzić, więc…
– Więc je
wypuść – zasugerowała mu natychmiast. – Tylko tego chcę.
Rzucił jej
bliżej nieokreślone spojrzenie.
– Twoją…
córkę – powiedział w końcu i to wystarczyło, by utwierdzić ją w przekonaniu,
że słyszał o wiele więcej niż chciała. – I…
– I bratanicę
– dopowiedziała chcąc nie chcąc. W tamtej chwili to już i tak nie
miało znaczenia.
– Tak
czułem, że wiedziałaś tyle nie tylko dlatego, że mogłabyś cokolwiek wyczuć… – mruknął, ale nie zwróciła
uwagi na to, że niemalże wprost zarzucał jej kłamstwo.
Mimo
wszystko zapragnęła na niego warknąć, nie pierwszy raz mając wątpliwości, dokąd
prowadziła ich rozmowa. Simon wydawał się chwiejny, a przez to bardziej
niebezpieczny, zwłaszcza że nawet nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy w jakiejkolwiek
kwestii mogła mu zaufać. Potrafił być sympatyczny, a chwilami wręcz się o nią
troszczył, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Nie, skoro jednocześnie
potrafił jak gdyby nigdy nic stać obok i biernie obserwować, przytakując
na wszystkie decyzje Nicka.
–
Powiedziałam ci prawdę – powiedziała w końcu. To, że zmuszał ją do
mówienia, zdecydowanie nie pomagało w ignorowaniu pragnienia. – Claire i Jocelyne
po części są ludźmi. Zwłaszcza Joce – powtórzyła z naciskiem.
Naprawdę
musiała mu to tłumaczyć? Nie był bez serca, do cholery! Chciała przynajmniej
wierzyć, że argument o ludzkiej cząstce cokolwiek zdziała. Z drugiej
strony, skoro z takim uporem pozwalał na kontynuowanie eksperymentów na
tych ludziach, być może oznaczało to, że naiwnie oszukiwała samą siebie.
– Co stało
się przed chwilą?
Nie
odpowiedziała, przez dłuższą chwilę wręcz niezdolna do wykrztuszenia z siebie
słowa. To jedno pytanie wydawało się zawisnąć gdzieś w pomieszczeniu,
ciążąc tak bardzo, że doświadczenie to okazało się niemalże bolesne. Layla
uciekła wzrokiem w bok, mimochodem zerkając na nieruchomą, wtuloną w Claire
Jocelyne. Wyraźnie słyszała, że ta oddychała szybko i płytko, wciąż
zaciskając powieki, co skłoniło wampirzycę do zastanowienia się nad tym, czy
jej bratanica faktycznie doszła do siebie…
I czy poza
tymi, których mogła dostrzec, w pomieszczeniu znajdował się ktoś więcej.
– Okej, jak
wolicie. – Simon nie brzmiał na szczególne zaskoczonego przeciągającym się
milczeniem. – Nie wiem czy już to zauważyłaś, ale nie jestem głupi… I doświadczyłem
o wiele więcej, niż mogłabyś się spodziewać, Laylo. Nie tylko wampiry
przewinęły się przez to miejsce.
Wciąż z uporem
milczała, nie mając pojęcia, jak powinna zareagować na te słowa. Owszem, wiedziała
o tym. Przynajmniej podejrzewała, że ci ludzie wiedzieli coś więcej,
zwłaszcza jeśli chodziło o istoty mroku. Już wcześniej spotykała na swojej
drodze śmiertelników, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak
wyglądał świat i co takiego kryło się w mroku, jednak żadna grupa nie
okazała się przy tym aż tak niebezpieczna.
Z wolna
odsunęła się od ściany, pod wpływem impulsu robiąc krok naprzód. Czuła, że
Simon uważnie ją obserwuje, kontrolując każdy kolejny ruch. Zignorowała to,
woląc być w gotowości i w razie potrzeby stanąć pomiędzy nim a obejmującą
Jocelyne Claire.
– Nie patrz
na mnie w ten sposób – zniecierpliwił się mężczyzna. – Tłumaczyłem ci to i owo,
pamiętasz? Zaobserwowaliśmy więcej, niż mogłoby ci się wydawać… No i może
potrafię pomóc twojej bratanicy, ale musisz mi powiedzieć, co się stało – dodał
i coś w tych słowach wydało się Layli podejrzane.
– Joce się
wystraszyła – zapewniła natychmiast. W gruncie rzeczy wcale nie kłamała,
zwłaszcza że dziewczyna dopiero co była bliska histerii. – To jest dziecko. Po
prostu… – zaczęła raz jeszcze, ale nie było jej dane dokończyć.
– O nekromancji
też słyszałem.
Zesztywniała,
przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. W pierwszym
odruchu otworzyła usta, tylko po to, żeby zaraz je zamknąć i z niedowierzaniem
potrząsnąć głową.
– Ona nie…
– Tylko
zgaduję, ale chyba całkiem trafnie, prawda? – Simon zachowywał się tak, jakby
nie zauważył jej reakcji. – Może to tylko moje wrażenie, poza tym to byłby
ciekawy zbieg okoliczności, ale… Wiesz, mieliśmy taki jeden projekt i to
całkiem niedawno. Ludzie też czasami przejawiają wyjątkowe zdolności, chociaż
to prawdziwa rzadkość. No i naturalnie mało kiedy zdają sobie z tego
sprawę – przyznał po chwili zastanowienia. – Tak czy inaczej, wiem, że trafiły
nam się nekromantki. Nekromancja to…
– Projekt Beta…?
Mężczyzna
momentalnie zamilkł, wyraźnie zaskoczony. Layla również momentalnie przeniosła
wzrok na Jocelyne, zaniepokojona przede wszystkim tym, jak słaby i drżący
wydawał się jej głos. Dziewczyna wydawała się utrzymywać w pionie
wyłącznie dzięki podtrzymującej ją Claire, niemniej w końcu wydała się
pobudzona. Co więcej, uważnie wpatrywała się w Simona, zupełnie jakby już
wtedy wiedziała, jaka będzie odpowiedź.
– Nieudany –
przyznał w końcu mężczyzna, wydając się zwracać bardziej do siebie niż
kogokolwiek innego. Brzmiał na zaskoczonego, ale i bardziej zaintrygowanego
niż do tej pory. – Zginęła cała ekipa i kilkoro uczestników. W pożarze,
ale…
– W pożarze…
– powtórzyła Joce, a potem parsknęła nieco histerycznym, pozbawionym
wesołości śmiechem.
Wciąż wyglądała
marnie, poza tym jakimś cudem pobladła jeszcze bardziej. W jej oczach jak
na zawołanie zabłysły łzy, chociaż tym razem nie pozwoliła sobie na płacz.
Joce
dłuższą chwilę milczała, jak gdyby nigdy nic lustrując Simona wzrokiem, zanim
ponownie zdecydowała się odezwać.
– I jest
mi pan w stanie pomóc? – zapytała wprost. Wyprostowała się w ramionach
Claire, po czym nachyliła do przodu, by lepiej widzieć swojego rozmówcę. – Tak
jak ludzie w tamtym miejscu? – dodała, a Layla z zaskoczeniem
przekonała się, że w głosie dziewczyny pobrzmiewała wyraźna gorycz.
– Och… Więc
byłaś tam? – Simon po raz pierwszy zabrzmiał na kogoś skutecznie wytrąconego z równowagi.
Jocelyne z niedowierzaniem
pokręciła głową.
– Czy
byłam? – zapytała z niedowierzaniem. – Oczywiście. I widziałam dość.
Wiedział pan, że we własnym ośrodku trzymaliście demona?
Mniej
więcej w tamtej chwili Layla zapragnęła zaprotestować. Wręcz niedowierzała
temu, jaki kierunek przybrała rozmowa, nie wspominając o zachowaniu
Jocelyne, która wciąż wydawała się być w szoku. To, w jaki sposób
mówiła, tak nagle wracając pamięcią co niedawnych wydarzeń, jednoznacznie o tym
świadczyło.
– To wcale
nie… – zaczął z wahaniem Simon, ale dziewczyna nie pozwoliła mu dokończyć.
– Sama
wypuściłam Within – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji głosem Jocelyne.
Jasne oczy wydawały się wręcz nienaturalnie duże i tak puste, że Layla aż
się wzdrygnęła. – A potem królowały już tylko krew i śmierć.
Zdecydowanie
nie brzmiała tak, jak zazwyczaj. Ba! Nie wyglądała tak, zwłaszcza blada,
przerażona i na swój sposób… nienaturalnie pusta. Layla zawahała się,
zaniepokojona bardziej niż do tej pory. Czuła, że powinna Joce stąd zabrać i to
tak szybko, jak tylko było to możliwe. Problem polegał na tym, że nie była w stanie
– i to nie tylko przez wzgląd na Simona, który zdecydowanie nie palił się
do tego, by pozwolić którejkolwiek z nich uciec.
Kiedy w pomieszczeniu
po raz kolejny zapanowała cisza, Layla poczuła się naprawdę nieswojo. Wszystko
było nie tak, a wciąż mogło okazać się, że sytuacja skomplikuje się
jeszcze bardziej. Wystarczyło, że sama już i tak odchodziła od zmysłów,
martwiąc się o córkę, Jocelyne i wciąż dający jej się we znaki głód.
Co więcej, musiała coś zrobić, a dalsze trwanie w ciszy i bezmyślne
wodzenie wzrokiem dookoła zdecydowanie nie miało jej w tym pomóc.
– Joce… –
wyszeptała, jednak zmuszając się do tego, żeby się odezwać. Przesunęła się
bliżej bratanicy, jednocześnie próbując trzymać nerwy na wodzy. Nie mogła
pozwolić sobie na to, by kogokolwiek skrzywdzić. – Kochana, dobrze się czujesz?
Czy…?
– Ja… Muszę
stąd wyjść. – Dziewczyna westchnęła, po czym spuściła wzrok. – Boli mnie głowa –
powtórzyła i tym razem dało się wyczuć, że w tym stwierdzeniu
chodziło o coś więcej. – Już nikogo nie widzę, ale… słyszę. Ktoś do mnie
szepce. Cały czas.
To
wystarczyło, by Layla aż się wzdrygnęła. Takich słów zdecydowanie nie słyszało
się na co dzień i to nawet będąc wampirem. Nigdy nie bała się umarłych,
zwłaszcza że sama była zmuszona wielokrotnie zabijać, jednak coś w sposobnie
i zachowaniu Jocelyne wystarczyło, żeby ją zaniepokoić.
– Dobrze –
zapewniła pośpiesznie, w tamtej chwili nie zastanawiając się nad tym, czy
miała cokolwiek do powiedzenia w obecnej sytuacji. Zamierzała zapewnić
dziewczynie choć chwilę wytchnienia, nawet gdyby miała w ten sposób
doprowadzić do tego, że ktoś jednak spróbuje porazić ją prądem. – Dobrze… –
powtórzyła, po czym nerwowo rozejrzała się dookoła. – Tylko tyle. Simon?
Mężczyzna
drgnął, ostatecznie przenosząc wzrok w jej stronę. Zaskoczyła go, zresztą
tak jak i Jocelyne, przez co myślami wydawał się być gdzieś daleko. Layla
mogła tylko zgadywać, co takiego sobie myślał, ostatecznie jednak doszła do
wniosku, że tak naprawdę wcale nie chciała tego wiedzieć. Ta kwestia wydawała
się mało istotna, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy dla niej liczyły się
przede wszystkim Jocelyne i Claire.
– Tak… Tak,
tyle mogę.
Mimo
wszystko kamień spadł jej z serca, kiedy usłyszała te słowa. Nie ufała
Simonowi, ale z dwojga złego wolała zwrócić się do niego, niż czekać aż
ktokolwiek inny zwróci na nich uwagę. W tamtej chwili błogosławiła fakt,
że chwilę przed wybuchem paniki Simon jednak odprawił już i tak wystraszonego
strażnika. Dodatkowe tłumaczenie się przed kimś, kto już i tak miał swoje
wyobrażenie o nieśmiertelnych, zdecydowanie nie było jej na rękę, nie
wspominając o tym, że ktoś w każdej chwili mógł zaalarmować Nicka. W gruncie
rzeczy wolała zgodzić się na cokolwiek innego, niż dopuścić do sytuacji, w której
jej córka i bratanica znalazłby się w prawdziwym niebezpieczeństwie.
– W porządku…
– odetchnęła, chociaż wciąż miała wątpliwości. Wiedziała, że wyprowadzenie Joce
z tego pokoju w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało
podstawowego problemu. – Dasz radę iść? – dodała, nagle zaczynając mieć co do
tego wątpliwości.
Jocelyne w milczeniu
skinęła głową. Wciąż opierała się o Claire, ale przynajmniej nie wyglądała
przy tym tak, jakby w każdej chwili mogła zemdleć.
– Chodźcie.
Mam pewien pomysł – oznajmił jak gdyby nigdy nic Simon. Spojrzała na niego z powątpiewaniem,
ale nie skomentowała jego słów nawet słowem. – I coś, co może
pomóc.
Z jakiegoś powodu
Layla szczerze w to wątpiła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz