9 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt pięć

Layla
Wszystko poszło nie tak. W chwili, w której zobaczyła rozhisteryzowaną, wyraźnie przerażoną Jocelyne, wszelakie dotychczasowe plany zeszły gdzieś na dalszy plan. Zareagowała instynktownie, w ułamku sekundy doskakując do bratanicy i jak gdyby nigdy nic biorąc ją w ramiona. Tuliła Joce do siebie, raz po raz przeczesując palcami jej włosy i szepcąc kojące słowa w nadziei, że dzięki temu dziewczyna się uspokoi. Nie myślała ani o tym, gdzie obie się znajdowały, a tym bardziej że ktokolwiek mógłby je obserwować. Nie obchodziło ją nawet to, że w pierwszym odruchu wręcz oszołomił ją słodki zapach krwi wtulonej w nią pół-wampirzycy, choć pragnienie w naturalny sposób zaczęło dawać jej się we znaki.
Layla nie była pewna, jak długo musiała czekać, aż dziewczyna zdoła się uspokoić. W pierwszym momencie Joce po prostu znieruchomiała, pozwalając, żeby ciotka kołysała ją miarowo, raz po raz powtarzając jakieś bliżej nieokreślone, pozbawione znaczenia frazesy. Wiedziała, że najpewniej kłamała, zapewniając dziewczynę czy to o bezpieczeństwie, czy też o tym, że wszystko wróciło do normy, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Ważne, że pomagało i to niemalże za każdym razem; w końcu podobną taktykę zwykle obierała za każdym razem, kiedy próbowała wpłynąć na wytrąconego z równowagi Rufusa.
Szlag, nie tak to sobie wyobrażała. Chciała trzymać się na dystans, mając nadzieję, że w ten sposób łatwiej będzie jej ochronić Jocelyne i Claire. Bez wątpienia tak by było, ale nie potrafiła pozostać obojętna na bratanicę w sytuacji, w której ta wyraźnie jej potrzebowała. Mogła tylko zgadywać, co takiego mogła zobaczyć w tym pokoju osoba, która widziała o wiele więcej niż inni, ale biorąc pod uwagę fakt, że sama nie tak dawno temu miała okazję zaobserwować, jak ktoś w tym miejscu umiera…
– Hm… – usłyszała, ale nawet nie drgnęła, z uporem ignorując obecność Simona.
Podejrzewała, że zastygł gdzieś w drzwiach, ograniczając się do biernego obserwowania tego, co się działo. Uznała, że z dwojga złego tak jest lepiej, tym bardziej że nie chciała, by ktokolwiek zbliżał się do Joce, kiedy ta była w takim stanie. Tym razem mała przynajmniej nie straciła kontroli nad mocą, chociaż Layla nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Fakt, że pół-wampirzyca dosłownie przelewała jej się w rękach, wyraźnie zmęczona, również niczego nie ułatwiał.
– Nie śpij, Joce – szepnęła dziewczynie do ucha. – To nie jest najlepszy moment.
To brzmiało jak niedopowiedzenie stulecia, ale co innego miałaby powiedzieć? Uważała z doborem słów, woląc nie ryzykować, że przypadkiem zaprzepaści wszystko, co zdołała osiągnąć. Jocelyne wciąż wydawała się bardzo krucha i niespokojna, poza tym wyraźnie ociągała się z podniesieniem głowy i rozejrzeniem się dookoła.
– Layla…
– Jestem tutaj – zapewniła pośpieszne. – A tobie nic nie grozi… Nic tutaj nie ma? – dodała i choć z założenia miało być to stwierdzeniem, ostatecznie i tak zabrzmiało jak pytanie.
Joce wzdrygnęła się, ale koniec końców skinęła głową.
– Tak… Już w porządku – przyznała, a Layla poczuła, że kamień spada jej z serca.
Chwilę trwały w ciszy, co wydawało się dobre. Czuła, że wtulona w nią dziewczyna potrzebowała więcej czasu, by spróbować doprowadzić się do porządku. Przynajmniej oddech wyraźnie jej zwolnił i już nie sprawiał wrażenia kogoś, kto w każdej chwili mógłby stracić przytomność przez nadmiar emocji. Layla uznała to za dobry znak, choć zarazem to w żaden sposób nie poprawiało sytuacji, w której się znajdowały.
Jakby tego było mało, w miarę jak wszystko zaczęło wracać do normy, kolejny raz do głosu doszedł głód. Wyraźnie poczuła znajomy już ból, przejawiający się nie tylko pieczeniem w gardle, ale również nieprzyjemnym pulsowaniem nadwrażliwych kłów. To, że Joce kurczowo się do niej tuliła, jednocześnie ułożona w taki sposób, że jej szyja znalazła się niebezpiecznie blisko ust Layli, również nie pomagało. W pewnym momencie wręcz przyłapała się na tym, że siedziała wyprostowana niczym struna, uważnie śledząc rysujące się pod bladą skórą bratanicy żyły, a to zdecydowane nie było dobre.
– Mamo?
Aż wzdrygnęła się, skutecznie wyrwana z zamyślenia tym jednym słowem. Jakimś cudem zdążyła prawie zapomnieć o Claire, zwłaszcza że tej z założenia nic nie groziło – przynajmniej na razie. W efekcie w niejakim roztargnieniu spojrzała na córkę, tym samym przekonując się, że ta przystanęła tuż obok niej. To wystarczyło, by coś w niej pękło i – pomimo tego, że to zdecydowanie mogło okazać się ryzykowne – wyciągnęła rękę ku dziewczynie.
– Chodź tu do mnie – rzuciła tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć.
Tych kilka słów wystarczyło Claire, by zmaterializować się tuż obok. Layla z wolna wypuściła powietrze, mimowolnie spinając się jeszcze bardziej, kiedy drugie ciepłe ciało znalazło się tuż przy niej. Skrzywiła się, ale choć pragnienie wciąż dawało jej się we znaki, gotowa była przysiąc, że prędzej zrobiłaby krzywdę sobie, niż pozwoliła na to, żeby stracić kontrolę. Nie, kiedy w grę wchodziło skrzywdzenie kogoś, kogo kochała.
– Jesteś tutaj… I… Dobrze się czujesz? – Claire brzmiała na bardziej roztrzęsioną niż w chwili, w której próbowały rozmawiać telepatycznie. – Wyglądasz…
– Wiem – przerwała pośpiesznie.
Przynajmniej podejrzewała, że prezentowała się marnie. Trudno, by było inaczej po czasie, który spędziła w tym miejscu, rażeniu prądem i odczuwając pragnienie tak silne, że aż zaczęła się zastanawiać, jakim cudem do tej pory nie postradała zmysłów.
Jęknęła, po czym odsunęła się w popłochu, uświadamiając sobie, że w którymś momencie znalazła się naprawdę blisko jakiejś bliżej nieokreślonej, łatwiej do przekroczenia granicy. Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, dosłownie odskoczyła od Jocelyne i Claire, dosłownie materializując się pod jedną ze ścian pomieszczenia. Machinalnie uniosła dłoń do gardła, ignorując gładką powierzchnię przylegającej do niej obręczy. Liczyło się wyłączne podsycane zapachem krwi palenie i to, że przez krótką chwilę naprawdę mogła sobie wyobrazić, że…
Nie, nie chciała o tym myśleć.
Nie mogła.
– Mamo…?
Zacisnęła powieki, po czym energicznie potrząsnęła głową. Słyszała, że Claire próbowała coś do niej mówić, ale nie potrafiła skupić się na poszczególnych słowach, zbytnio skupiona na wkładaniu całej energii w to, by nie popełnić największego błędu w życiu. Słodka bogini, do tej pory udawało jej się ignorować pragnienie, więc nie mogła ot tak ustąpić akurat teraz.
Zacisnęła zęby i – starając się ograniczyć nabieranie przesyconego słodyczą pół-wampirzej krwi powietrza – z wolna uniosła głowę, by spojrzeć na Claire. Dziewczyna kucała przy Jocelyne, trzymając kuzynkę w ramionach i najwyraźniej próbując pomóc stanąć małej na nogi.
– Po prostu… dajcie mi chwilę – wyrzuciła z siebie z trudem, bezskutecznie próbując zabrzmieć tak, jakby nie działo się nic wartego uwagi. – Z Joce wszystko w porządku? – dodała, chcąc zmienić temat.
Claire wyglądała na chętną, by zaprotestować, ale ostatecznie tego nie zrobiła.
– Chyba… Chyba tak – przyznała, zerkając na kuzynkę. – Joce…?
– Boli mnie głowa – mruknęła sama zainteresowana.
Wciąż wyglądała źle, chorobliwie blada i ze śladami łez na policzkach. Nadal kuliła się do Claire, niemalże kurczowo zaciskając palce na przedramionach kuzynki. Co prawda jasne włosy częściowo przysłoniły jej twarz, przez co Layla nie była w stanie jednoznacznie określić malującego się nań wyrazu, ale nawet mimo tego zauważyła, że Joce zaciskała powieki, wyraźnie bojąc rozejrzeć się dookoła.
Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek widziała bratanicę w takim stanie. Co prawda Jocelyne wielokrotnie zrywała się z płaczem albo wyglądała na przestraszoną, zwłaszcza przed odkryciem pełni daru potrafiąc całymi dniami przesiadywać w pokoju, ale to nie było to samo. W tamtej chwili Layla mogła co najwyżej zgadywać, co takiego widziała ta dziewczyna, kiedy krzyczała, płakała i wyglądała na chętną, by uciec. Histeria nie brała się znikąd, wampirzyca zaś z miejsca pomyślała o incydencie ze szkoły, kiedy to Jocelyne z jakiegoś powodu weszła na dach, później zapewniając wszystkich wokół, że wcale nie zamierzała zrobić sobie krzywdy. Wtedy również coś widziała, co zwłaszcza po poznaniu prawdy o nekromancji wydawało się oczywiste, jednak to nadal niczego nie tłumaczyło. Dziewczyna również nie chciała o tym mówić i to nawet Layli, chociaż już próbowała nakłonić ją do zwierzeń.
To wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej bezradna niż do tej pory. Wolała nawet nie zastanawiać się nad tym, co takiego musieli czuć w tym wypadku Gabriel i Renesmee, mogąc córkę co najwyżej uspokajać, ale mimo tego nie będąc w stanie zdziałać niczego więcej.
Milczenie wydawało się przeciągać w nieskończoność. Było w tym wręcz coś nienaturalnego, a przy tym równie absurdalnego, co i świadomość tego, że jedynym prawdziwym zagrożeniem dla Jocelyne i Claire była ona sama. Sytuacja zdecydowanie nie prezentowała się normalnie, skoro wręcz wciskała się w ścianę, wkładając wszystkie dostępne siły w to, żeby przypadkiem nie zaatakować bliskich jej osób. Jakby tego było mało…
– Ehm… Czy teraz mogę w końcu o coś zapytać?
Wyprostowała się, błyskawicznie przenosząc wzrok na Simona. Machinalnie napięła mięśnie, przybierając pozycję obronną, czym skutecznie przekonała mężczyznę do dalszego tkwienia w progu. Tak było bezpieczniej, o ile nie zamierzał zbliżać się do którejkolwiek z obecnych w pomieszczeniu pół-wampirzyc.
Śmiertelnik zawahał się, to jednak nie powstrzymało go przed decyzją, by raz jeszcze się odezwać.
– Jestem tu tylko ja i to wyłącznie dzięki cholernemu szczęściu. Już i tak nakręciłaś przy Nicku, więc… – Zamilkł, po czym westchnął przeciągle. – Nie ufaj mi, jeśli nie chcesz, ale prawda jest taka, że nadal jesteśmy skazani na siebie, Laylo. Mogę ci albo pomóc, albo zaszkodzić, więc…
– Więc je wypuść – zasugerowała mu natychmiast. – Tylko tego chcę.
Rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie.
– Twoją… córkę – powiedział w końcu i to wystarczyło, by utwierdzić ją w przekonaniu, że słyszał o wiele więcej niż chciała. – I…
– I bratanicę – dopowiedziała chcąc nie chcąc. W tamtej chwili to już i tak nie miało znaczenia.
– Tak czułem, że wiedziałaś tyle nie tylko dlatego, że mogłabyś cokolwiek wyczuć… – mruknął, ale nie zwróciła uwagi na to, że niemalże wprost zarzucał jej kłamstwo.
Mimo wszystko zapragnęła na niego warknąć, nie pierwszy raz mając wątpliwości, dokąd prowadziła ich rozmowa. Simon wydawał się chwiejny, a przez to bardziej niebezpieczny, zwłaszcza że nawet nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy w jakiejkolwiek kwestii mogła mu zaufać. Potrafił być sympatyczny, a chwilami wręcz się o nią troszczył, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Nie, skoro jednocześnie potrafił jak gdyby nigdy nic stać obok i biernie obserwować, przytakując na wszystkie decyzje Nicka.
– Powiedziałam ci prawdę – powiedziała w końcu. To, że zmuszał ją do mówienia, zdecydowanie nie pomagało w ignorowaniu pragnienia. – Claire i Jocelyne po części są ludźmi. Zwłaszcza Joce – powtórzyła z naciskiem.
Naprawdę musiała mu to tłumaczyć? Nie był bez serca, do cholery! Chciała przynajmniej wierzyć, że argument o ludzkiej cząstce cokolwiek zdziała. Z drugiej strony, skoro z takim uporem pozwalał na kontynuowanie eksperymentów na tych ludziach, być może oznaczało to, że naiwnie oszukiwała samą siebie.
– Co stało się przed chwilą?
Nie odpowiedziała, przez dłuższą chwilę wręcz niezdolna do wykrztuszenia z siebie słowa. To jedno pytanie wydawało się zawisnąć gdzieś w pomieszczeniu, ciążąc tak bardzo, że doświadczenie to okazało się niemalże bolesne. Layla uciekła wzrokiem w bok, mimochodem zerkając na nieruchomą, wtuloną w Claire Jocelyne. Wyraźnie słyszała, że ta oddychała szybko i płytko, wciąż zaciskając powieki, co skłoniło wampirzycę do zastanowienia się nad tym, czy jej bratanica faktycznie doszła do siebie…
I czy poza tymi, których mogła dostrzec, w pomieszczeniu znajdował się ktoś więcej.
– Okej, jak wolicie. – Simon nie brzmiał na szczególne zaskoczonego przeciągającym się milczeniem. – Nie wiem czy już to zauważyłaś, ale nie jestem głupi… I doświadczyłem o wiele więcej, niż mogłabyś się spodziewać, Laylo. Nie tylko wampiry przewinęły się przez to miejsce.
Wciąż z uporem milczała, nie mając pojęcia, jak powinna zareagować na te słowa. Owszem, wiedziała o tym. Przynajmniej podejrzewała, że ci ludzie wiedzieli coś więcej, zwłaszcza jeśli chodziło o istoty mroku. Już wcześniej spotykała na swojej drodze śmiertelników, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak wyglądał świat i co takiego kryło się w mroku, jednak żadna grupa nie okazała się przy tym aż tak niebezpieczna.
Z wolna odsunęła się od ściany, pod wpływem impulsu robiąc krok naprzód. Czuła, że Simon uważnie ją obserwuje, kontrolując każdy kolejny ruch. Zignorowała to, woląc być w gotowości i w razie potrzeby stanąć pomiędzy nim a obejmującą Jocelyne Claire.
– Nie patrz na mnie w ten sposób – zniecierpliwił się mężczyzna. – Tłumaczyłem ci to i owo, pamiętasz? Zaobserwowaliśmy więcej, niż mogłoby ci się wydawać… No i może potrafię pomóc twojej bratanicy, ale musisz mi powiedzieć, co się stało – dodał i coś w tych słowach wydało się Layli podejrzane.
– Joce się wystraszyła – zapewniła natychmiast. W gruncie rzeczy wcale nie kłamała, zwłaszcza że dziewczyna dopiero co była bliska histerii. – To jest dziecko. Po prostu… – zaczęła raz jeszcze, ale nie było jej dane dokończyć.
– O nekromancji też słyszałem.
Zesztywniała, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś ją uderzył. W pierwszym odruchu otworzyła usta, tylko po to, żeby zaraz je zamknąć i z niedowierzaniem potrząsnąć głową.
– Ona nie…
– Tylko zgaduję, ale chyba całkiem trafnie, prawda? – Simon zachowywał się tak, jakby nie zauważył jej reakcji. – Może to tylko moje wrażenie, poza tym to byłby ciekawy zbieg okoliczności, ale… Wiesz, mieliśmy taki jeden projekt i to całkiem niedawno. Ludzie też czasami przejawiają wyjątkowe zdolności, chociaż to prawdziwa rzadkość. No i naturalnie mało kiedy zdają sobie z tego sprawę – przyznał po chwili zastanowienia. – Tak czy inaczej, wiem, że trafiły nam się nekromantki. Nekromancja to…
Projekt Beta…?
Mężczyzna momentalnie zamilkł, wyraźnie zaskoczony. Layla również momentalnie przeniosła wzrok na Jocelyne, zaniepokojona przede wszystkim tym, jak słaby i drżący wydawał się jej głos. Dziewczyna wydawała się utrzymywać w pionie wyłącznie dzięki podtrzymującej ją Claire, niemniej w końcu wydała się pobudzona. Co więcej, uważnie wpatrywała się w Simona, zupełnie jakby już wtedy wiedziała, jaka będzie odpowiedź.
– Nieudany – przyznał w końcu mężczyzna, wydając się zwracać bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Brzmiał na zaskoczonego, ale i bardziej zaintrygowanego niż do tej pory. – Zginęła cała ekipa i kilkoro uczestników. W pożarze, ale…
– W pożarze… – powtórzyła Joce, a potem parsknęła nieco histerycznym, pozbawionym wesołości śmiechem.
Wciąż wyglądała marnie, poza tym jakimś cudem pobladła jeszcze bardziej. W jej oczach jak na zawołanie zabłysły łzy, chociaż tym razem nie pozwoliła sobie na płacz.
Joce dłuższą chwilę milczała, jak gdyby nigdy nic lustrując Simona wzrokiem, zanim ponownie zdecydowała się odezwać.
– I jest mi pan w stanie pomóc? – zapytała wprost. Wyprostowała się w ramionach Claire, po czym nachyliła do przodu, by lepiej widzieć swojego rozmówcę. – Tak jak ludzie w tamtym miejscu? – dodała, a Layla z zaskoczeniem przekonała się, że w głosie dziewczyny pobrzmiewała wyraźna gorycz.
– Och… Więc byłaś tam? – Simon po raz pierwszy zabrzmiał na kogoś skutecznie wytrąconego z równowagi.
Jocelyne z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Czy byłam? – zapytała z niedowierzaniem. – Oczywiście. I widziałam dość. Wiedział pan, że we własnym ośrodku trzymaliście demona?
Mniej więcej w tamtej chwili Layla zapragnęła zaprotestować. Wręcz niedowierzała temu, jaki kierunek przybrała rozmowa, nie wspominając o zachowaniu Jocelyne, która wciąż wydawała się być w szoku. To, w jaki sposób mówiła, tak nagle wracając pamięcią co niedawnych wydarzeń, jednoznacznie o tym świadczyło.
– To wcale nie… – zaczął z wahaniem Simon, ale dziewczyna nie pozwoliła mu dokończyć.
– Sama wypuściłam Within – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji głosem Jocelyne. Jasne oczy wydawały się wręcz nienaturalnie duże i tak puste, że Layla aż się wzdrygnęła. – A potem królowały już tylko krew i śmierć.
Zdecydowanie nie brzmiała tak, jak zazwyczaj. Ba! Nie wyglądała tak, zwłaszcza blada, przerażona i na swój sposób… nienaturalnie pusta. Layla zawahała się, zaniepokojona bardziej niż do tej pory. Czuła, że powinna Joce stąd zabrać i to tak szybko, jak tylko było to możliwe. Problem polegał na tym, że nie była w stanie – i to nie tylko przez wzgląd na Simona, który zdecydowanie nie palił się do tego, by pozwolić którejkolwiek z nich uciec.
Kiedy w pomieszczeniu po raz kolejny zapanowała cisza, Layla poczuła się naprawdę nieswojo. Wszystko było nie tak, a wciąż mogło okazać się, że sytuacja skomplikuje się jeszcze bardziej. Wystarczyło, że sama już i tak odchodziła od zmysłów, martwiąc się o córkę, Jocelyne i wciąż dający jej się we znaki głód. Co więcej, musiała coś zrobić, a dalsze trwanie w ciszy i bezmyślne wodzenie wzrokiem dookoła zdecydowanie nie miało jej w tym pomóc.
– Joce… – wyszeptała, jednak zmuszając się do tego, żeby się odezwać. Przesunęła się bliżej bratanicy, jednocześnie próbując trzymać nerwy na wodzy. Nie mogła pozwolić sobie na to, by kogokolwiek skrzywdzić. – Kochana, dobrze się czujesz? Czy…?
– Ja… Muszę stąd wyjść. – Dziewczyna westchnęła, po czym spuściła wzrok. – Boli mnie głowa – powtórzyła i tym razem dało się wyczuć, że w tym stwierdzeniu chodziło o coś więcej. – Już nikogo nie widzę, ale… słyszę. Ktoś do mnie szepce. Cały czas.
To wystarczyło, by Layla aż się wzdrygnęła. Takich słów zdecydowanie nie słyszało się na co dzień i to nawet będąc wampirem. Nigdy nie bała się umarłych, zwłaszcza że sama była zmuszona wielokrotnie zabijać, jednak coś w sposobnie i zachowaniu Jocelyne wystarczyło, żeby ją zaniepokoić.
– Dobrze – zapewniła pośpiesznie, w tamtej chwili nie zastanawiając się nad tym, czy miała cokolwiek do powiedzenia w obecnej sytuacji. Zamierzała zapewnić dziewczynie choć chwilę wytchnienia, nawet gdyby miała w ten sposób doprowadzić do tego, że ktoś jednak spróbuje porazić ją prądem. – Dobrze… – powtórzyła, po czym nerwowo rozejrzała się dookoła. – Tylko tyle. Simon?
Mężczyzna drgnął, ostatecznie przenosząc wzrok w jej stronę. Zaskoczyła go, zresztą tak jak i Jocelyne, przez co myślami wydawał się być gdzieś daleko. Layla mogła tylko zgadywać, co takiego sobie myślał, ostatecznie jednak doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale nie chciała tego wiedzieć. Ta kwestia wydawała się mało istotna, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy dla niej liczyły się przede wszystkim Jocelyne i Claire.
– Tak… Tak, tyle mogę.
Mimo wszystko kamień spadł jej z serca, kiedy usłyszała te słowa. Nie ufała Simonowi, ale z dwojga złego wolała zwrócić się do niego, niż czekać aż ktokolwiek inny zwróci na nich uwagę. W tamtej chwili błogosławiła fakt, że chwilę przed wybuchem paniki Simon jednak odprawił już i tak wystraszonego strażnika. Dodatkowe tłumaczenie się przed kimś, kto już i tak miał swoje wyobrażenie o nieśmiertelnych, zdecydowanie nie było jej na rękę, nie wspominając o tym, że ktoś w każdej chwili mógł zaalarmować Nicka. W gruncie rzeczy wolała zgodzić się na cokolwiek innego, niż dopuścić do sytuacji, w której jej córka i bratanica znalazłby się w prawdziwym niebezpieczeństwie.
– W porządku… – odetchnęła, chociaż wciąż miała wątpliwości. Wiedziała, że wyprowadzenie Joce z tego pokoju w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało podstawowego problemu. – Dasz radę iść? – dodała, nagle zaczynając mieć co do tego wątpliwości.
Jocelyne w milczeniu skinęła głową. Wciąż opierała się o Claire, ale przynajmniej nie wyglądała przy tym tak, jakby w każdej chwili mogła zemdleć.
– Chodźcie. Mam pewien pomysł – oznajmił jak gdyby nigdy nic Simon. Spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale nie skomentowała jego słów nawet słowem. – I coś, co może pomóc.
Z jakiegoś powodu Layla szczerze w to wątpiła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa