
Renesmee
Poczułam wręcz niewysłowioną
ulgę, kiedy podjechaliśmy pod dom. Przez całą drogę siedziałam niemalże jak na
szpilkach, tym bardziej że towarzyszył mi przesadnie wręcz milczący Rufus. Po
nim zdecydowanie nie miałam co spodziewać się rozmowy, a przynajmniej nie
takiej, która pozwoliłaby mi przestać myśleć o Gabrielu i tym, że już
dawno powinien do mnie zadzwonić. Może przesadzałam, a cisza oznaczała, że
wszystko jest w porządku, a Jocelyne już dawno wróciła do domu, ale…
– Na litość
bogini, oddaj mi to! – obruszył się nagle Rufus, bezceremonialnie wyrywając mi
telefon, ledwo tylko zdecydowałam się po niego sięgnąć.
– Ej! –
zaoponowałam, gotowa wręcz się na niego rzucić, ale powstrzymało mnie
ostrzegawcze spojrzenie wampira.
– Co chwilę
sprawdzasz komórkę, wiesz? Zaraz szlag mnie trafi, więc…
– Czekam na
Gabriela – oznajmiłam zgodnie z prawdą. – Widziałbyś, gdybyś mnie słuchał.
Czuję, że wciąż nie wrócił, zresztą jak i Jocelyne i Claire, więc to
chyba oczywiste, że się martwię.
Wampir
jakby od niechcenia zmierzył mnie wzrokiem. Po wyrazie jego twarzy trudno było
mi stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał.
– Tak, słuchałem
cię – uświadomił mnie. Jego głos zabrzmiał dość cierpko, a przynajmniej
takie odniosłam wrażenie. – I dlatego drażnisz mnie tym, co robisz. Sam
zaczynam martwić się o Claire, a to ani trochę mi nie pomaga.
Ze świstem
wypuściłam powietrze z płuc. Och, więc do tego wszystkiego to była moja
wina? Cudownie! Chyba mogłam się tego po nim spodziewać, ale i tak coś w jego
słowach mnie rozdrażniło. On też nie był święty, w zasadzie przez całą
drogę myślami wydając się być gdzieś daleko, najpewniej wciąż zadręczając się
tym, co zdążył zaobserwować. Wiedziałam, że Rufusowi nadmiar emocji
zdecydowanie nie był na rękę, więc to, że podsycałam niepokój o Jocelyne i Claire
zdecydowanie mu nie odpowiadało, ale co innego miałabym zrobić?
– Oddaj mi
telefon – mruknęłam, naglącym ruchem wyciągając rękę.
Gdyby nie
to, że potrzebowałam komórki, już dawno wysiadłabym i popędziła do domu.
Co prawda to wydawało się bezsensu, skoro nawet będąc przed budynkiem, czułam,
że nie mam co spodziewać się obecności Jocelyne, ale to nie miało znaczenia.
Mogłabym przynajmniej zaszyć się w sypialni i raz jeszcze zacząć
wydzwaniać do Gabriela, skoro on sam nie raczył mnie poinformować, jak mają się
sprawy.
– Najpierw
się uspokój. Przypominam ci, że nadal mamy coś do zrobienia – powiedział Rufus,
a ja prychnęłam, nawet nie próbując się powstrzymywać.
– Pamiętam –
zapewniłam natychmiast. – Ale Cassandra i Ryan przynajmniej są w domu,
więc…
Chciałam
dodać coś jeszcze, ale w słowo wszedł mi dzwonek mojego własnego telefonu.
Zazwyczaj kojące dźwięki gitary wydały mi się wręcz nienaturalnie głośne w małym,
ciasnym samochodzie, przez co aż się wzdrygnęłam, jedynie cudem nie uderzając
głową w dach auta. Rufus równie drgnął, po czym spojrzał w roztargnieniu
na moją komórkę, a ja wykorzystałam chwilę jego nieuwagi, by wyrwać mu
urządzenie i w pośpiechu wyślizgnąć się na zewnątrz.
Nie
musiałam sprawdzać, kto dzwoni, zaraz też przycisnęłam aparat do ucha,
wcześniej zatwierdzając połączenie.
– Tak? –
zapytałam natychmiast, nie kryjąc zniecierpliwienia. Podejrzewałam, że zaczynam
powoli brzmieć niemalże jak histeryczka, ale to wydawało się silniejsze ode
mnie. – Gabrielu, co…?
– Posłuchaj
mnie uważnie, mi amore, bo to istotne
– przerwał mi. Cała zesztywniałam, słysząc wyraźne napięcie w jego głosie.
– Wracam do domu. Znajdź dla mnie przynajmniej Isabeau, dobrze? I spróbuj
obdzwonić resztę, zwłaszcza dzieciaki. Zobaczymy się na miejscu – oznajmił i nie
czekając na jakąkolwiek moją reakcję, najzwyczajniej w świecie się
rozłączył.
– Gabrielu!
– zaoponowałam, ale już wtedy widziałam, że odpowie mi wymowna cisza.
Moje palce
jeszcze mocniej zacisnęły się wokół telefonu, aż zaczęłam podejrzewać, że naprawdę
niewiele brakuje, bym najzwyczajniej w świecie urządzenie zmiażdżyła.
Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, po czym zadrżałam i to bynajmniej nie
dlatego, że na zewnątrz wciąż królował mróz. Obraz na krótką chwilę rozmazał mi
się przed oczami, więc zamrugałam kilkukrotnie, by przynajmniej pod tym
względem spróbować doprowadzić się do porządku. Jeśli do tej pory się bałam, po
tej krótkiej rozmowie mogłam wprost oznajmić, że czułam się naprawdę
przerażona.
Coś się
stało.
Gabriel nie
powiedział tego wprost, ale to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Co więcej,
znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że taki ton i zachowanie nie
zwiastowały niczego przyjemnego. Już raz doświadczyłam czegoś podobnego, całe
lata temu, kiedy zamartwialiśmy się o Alessię, a w trakcie
okazało się, że Marco pojawił się w Mieście Nocy. Myśląc o tym z perspektywy
czasu, byłam gotowa przysiąc, że tym razem w grę wchodziło coś po stokroć
gorszego, zwłaszcza że mój teść koniec końców okazał się kimś, kogo obecność
znosiliśmy do tej pory.
– Co się
stało? – usłyszałam tuż za plecami zaniepokojony głos Carlisle’a. Wiedziałam,
że jechał za nami, ale właściwie nie zarejestrowałam momentu, w którym
dziadek do nas dołączył. – Nessie…
– Dziewczyno,
do cholery! – rzucił w tym samym momencie Rufus i coś w jego
tonie wystarczyło, żebym jednak się otrząsnęła.
– Gabriel
wraca – oznajmiłam wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. Musiałam się
skoncentrować, co wcale nie było proste, skoro towarzyszyły mi dziesiątki
pytań. – Coś się stało, a przynajmniej tyle zrozumiałam. Ja… potrzebuję
Isabeau – dodałam, dopiero po dłuższej chwili decydując się obejrzeć na dwóch
wpatrzonych we mnie mężczyzn.
– Nie do
końca rozumiem… – przyznał Carlisle, a ja cicho westchnęłam. Mogłabym
powiedzieć dokładnie to samo.
– Joce i Claire
pojechały razem do biblioteki. Wysłałam go za nimi, kiedy zrobiło się późno, a teraz…
– Urwałam, po czym uciekłam wzrokiem gdzieś w bok. – Potrzebuję Isabeau. I wszystkich
innych – powtórzyłam z naciskiem.
Zerknęłam
na Rufusa, mając wrażenie, że zdenerwuje się, kiedy w końcu pojmie do
czego piłam. Już i tak zamartwiał się o Laylę, Claire zaś od samego
początku była jego oczkiem w głowie. Co prawda w skrajnych momentach
udawało mu się odsuwać uczucia na bok i udawać, że nic szczególnego się
nie dzieje. Chwilami wręcz mu tej umiejętności zazdrościłam, chociaż szczerze
wątpiłam, by zdołał zachować się spokojnie akurat w tej sytuacji.
Czekoladowe
oczy dosłownie przeszywały mnie na wylot. Poczułam się nieswojo, podświadomie
wypatrując jakichkolwiek oznak czerwieni, ostatecznie jednak doczekałam się
wyłącznie cienia, który przemknąć przez twarz wpatrzonego we mnie wampira.
– Rozejrzę
się – oznajmił. Brzmiał na bardziej skupionego niż do tej pory, zarazem wciąż
pozostając o wiele rozsądniejszym ode mnie. Cóż, przynajmniej na pierwszy
rzut oka. – Poszukam Isabeau i Allegry… A ty przydaj się na coś, skoro
już masz ten telefon.
Nie
odpowiedziałam, jedynie w milczeniu odprowadzając go wzrokiem, kiedy bez
słowa ruszył w stronę lasu. Wcale nie poczułam się spokojniejsza, kiedy
zniknął mi z oczu, aż nazbyt świadoma, że podenerwowany Rufus mógł podsunąć
się do zrobienia czegoś naprawdę głupiego. Czułam się nieswojo, poniekąd wciąż
nie dopuszczając do siebie tego, co najpewniej się wydarzyło. Wystarczyło, że
od chwili zniknięcia Layli byłam chodzącym kłębkiem nerwów, jednak teraz, kiedy
w grę mogły wchodzić Jocelyne i Claire…
– Wejdźmy
do środka, Renesmee. – Głos dziadka skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia.
Drgnęła, po czym przeniosłam na niego wzrok, bez trudu orientując się, że on
również był podenerwowany. – Mam dać znać pozostałym? Już wcześniej powinniśmy
porozmawiać, więc może lepiej by było, gdybyśmy spotkali się u nas, ale…
– Gabriel
prosił, bym zgromadziła wszystkich w domu – przypomniałam cicho.
Carlisle
skinął głową.
– W porządku.
Wiedziałam,
że te słowa tyczyły się przede wszystkim tego, że się ze mną zgadza, ale i tak
ledwo powstrzymałam grymas. Nie, zdecydowanie nie było w porządku.
Miałam
wrażenie, że sprawy zaszły o wiele za daleko, a nam powoli kończył
się czas.

Jocelyne
Czuła się niemalże jak we
śnie. Nawet nie potrafiła tego opisać, wciąż doświadczając tak różnorodnych,
skrajnych emocji, że to okazało się wręcz nienaturalne. Już przynajmniej nie
płakała, gotowa krzyczeć i broić się przed istotami, które może i nie
chciały zrobić jej krzywdy, ale też nie były kimś, z kim chciała mieć do
czynienia.
Z ulgą
przyjęła możliwość wyjścia z tego przerażającego pokoju. Wciąż czuła się
dziwnie roztrzęsiona, a przy tym niewyobrażalnie wręcz zmęczona. Co
więcej, wyraźnie czuła czyjąś obecność, nie wspominając o wciąż
towarzyszących jej, nienaturalnie odległych szeptach. To było tak, jakby nigdy
nie zostawała sama, bo gdzieś w ciemnościach zawsze czaił się ktoś…
Albo coś.
Zadrżała na
samą myśl o takiej możliwości. Nie chciała się nad tym zastanawiać, zbytnio
zaniepokojona perspektywą wyciągnięcia wniosków. Wystarczyło, że podejrzewała,
jak niepokojące mogły okazać się odpowiedzi na dręczące ją pytania. Już teraz
wszystko okazało się zbyt nienormalne, począwszy od tego, co zobaczyła, po
sytuację, w której ostatecznie się znalazła.
Raz po raz
ukradkiem zerkała na prowadzącego je mężczyznę. Simon, jak podobno miał na
imię, wzbudzał w niej wątpliwości, których nie potrafiła pojąć. Z drugiej
strony, być może chodziło przede wszystkim o wzmianki o Projekcie Beta i wspomnieniach,
które jak na zawołanie ożyły, kiedy uprzytomniła sobie, że kolejny raz mogłaby
mieć związek z tymi ludźmi, ale to absolutnie niczego nie zmieniało.
Nie
potrafiła opisać tego, w jaki sposób się czuła. To było tak, jakby jej
umysł bronił się przed przyjęciem do wiadomości wszystkich bodźców, które
podsuwały jej zmysły. Być może trwała w szoku, zachowując się tak, jakby
wciąż trwała we śnie. Dzięki temu czuła się bezpieczniejsza, choć przez moment
nie będąc w stanie przejąć się swoimi słowami i konsekwencjami podejmowanych
decyzji. Tak było, kiedy wprost mówiła o Within, gotowa wręcz roześmiać
się histerycznie, by lepiej podkreślić absurdalność tego, co wydarzyło się w ośrodku.
Skoro to właśnie krwiożercza demonica okazała się jej największym
sprzymierzeńcem, coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jakby tego
było mało, czuła się naprawdę dziwnie. Miała wrażenie, że nie jest sobą, chociaż
w żaden sposób nie potrafiła tego sprecyzować. O bogini, to
zdecydowanie musiał być szok; nic innego nie przychodziło jej do głowy,
zwłaszcza w obecnej sytuacji. Chwiała się na nogach, w gruncie rzeczy
marząc tylko o tym, żeby móc się gdzieś położyć i zasnąć, choć na
moment zapominając o wszystkim, co się działo. Innymi słowy, kolejny raz
zamierzała uciec, nawet jeśli to w najmniejszym stopniu nie poprawiało
sytuacji, w której się znajdowała.
Sęk w tym,
że nie mogła.
Claire wciąż
ją obejmowała, milcząca i wyraźnie spięta. W zasadzie Joce sama nie
była pewna, czy trzymała się blisko kuzynki wyłącznie pragnąć poczuć się
bezpieczniej, czy może dlatego, że w innym wypadku jak nic by upadła. To i tak
wydawało się najmniej istotne, przynajmniej na razie. Próbowała nadążyć za tym,
co działo się wokół niej, aż nazbyt świadoma, że zrozumienie, gdzie kryło się
potencjalne zagrożenie, mogło okazać się kluczowe, ale to okazało się o wiele
trudniejsze, niż mogłaby tego oczekiwać. Nie potrafiła się skupić, nie
wspominając o jakiejkolwiek próbie rozmowy, choć tak bardzo jej
potrzebowała. To, że Layla również trzymałą się na dystans, nienaturalne blada i wyraźnie
dręczona głodem, również nie ułatwiało.
Jocelyne
ledwo powstrzymała dziesiątki cisnących jej się na usta pytań. Mogła próbować
wymuszać odpowiedzi na Simonie, ale to wydawało się bez sensu, skoro absolutnie
mu nie ufała. Nie była w stanie wykrzesać jakiegokolwiek entuzjazmu
względem kogoś, kto miał choćby częściowy związek z Projektem Beta. Wciąż szukała powiązań, próbując stwierdzić, czego w takim
razie powinna spodziewać się po tym miejscu, jednak i to wydawało się z góry
skazane na niepowodzenie. Wszystko jej się mieszał, na pierwszy rzut oka
całkowicie pozbawione sensu, a może to po prostu Joce nie potrafiła go
dostrzec. Wiedziała jedynie, że pragnęła znaleźć się gdzieś daleko, byleby
kolejny raz nie przechodzić przez coś porównywalnego do tego, co miało miejsce w ośrodku
– z tym, że nie była w stanie ot tak uciec.
Och, do
tego wszystko wciąż słyszała te… szepty. Ktoś mówił, choć słowa wydawały się
zbyt odległe i przytłumione, by mogła rozróżnić poszczególne słowa.
Chwilami wręcz była gotowa przysiąc, że głos ją wzywa, raz po raz powtarzając
jej imię, ale i tego nie mogła być absolutnie pewna. W efekcie w pewnym
momencie zaczęła czuć się tak, jakby głowa w każdej chwili mogła jej
eksplodować, a to zdecydowanie nie było dobre.
Musiała
jęknąć albo w inny sposób dać Claire do zrozumienia, że coś jest nie tak,
bo kuzynka nagle się zatrzymała, spoglądając na nią z niepokojem.
– Joce?
Potrząsnęła
głową, nie od razu decydując się odpowiedzieć. Skupienie się na czymkolwiek
wydawało się wręcz nienaturalnie trudne.
– Jest… w porządku
– mruknęła z rezerwą. – Jedynie boli mnie głowa – powtórzyła po raz wtóry.
Co innego
miałaby im powiedzieć? Zresztą to i tak wydawało się lepsze od przebywania
w tamtym zamkniętym pomieszczeniu, miała zresztą wrażenie, że odkąd
znalazła się na korytarzu, mimo wszystko czuła się lepiej. Na pewno łatwiej
mogła ignorować szepty, choć zarazem wciąż była świadoma, że gdzieś poza
zasięgiem jej wzroku czaiło się coś, co mogło chcieć zwrócić na siebie jej
uwagę. W tym budynku od samego początku wyczuwała obecność czegoś, czego
zdecydowanie nie chciała spotkać na swojej drodze, a jakby tego było mało…
– Na pewno?
– zapytała z wahaniem Layla. Brzmiała na zatroskaną, ale przede wszystkim
wytrąconą z równowagi, całą energię wydając się wkładać w to, by nie
stracić nad sobą kontroli. – Dokąd idziemy? – dodała po chwili, zwracając się
do Simona. – Myślałam, że…
– Chwila –
przerwał jej sam zainteresowany. – Zaraz będzie mogła sobie usiąść.
Jocelyne
skrzywiła się, bynajmniej nieusatysfakcjonowana tym, że mówił o niej
trochę tak, jakby była nieobecna. Ostatecznie doszła do wniosku, że jest jej
wszystko jedno, zwłaszcza przy wciąż odczuwanym bólu głowy, ale poczucie bycia
ignorowaną mimo wszystko jej się nie podobało. Nie, skoro podświadomie czuła,
że Simon w rzeczywistości skupiał się na niej bardziej, niż był w stanie
przyznać. Nie miała pojęcia, co takiego planował, ale po oświadczeniach z ośrodka
zdecydowanie nie chciała tego sprawdzać.
Na dłuższą
chwilę przestała milczeć o czymkolwiek, próbując skupić się przede
wszystkim na tłumieniu bólu. Nie miała pojęcia, czy próba ignorowania
pulsowania w skroniach faktycznie miała jakiś sens, niemniej z jakiegoś
powodu poczuła się dzięki temu lepiej. Ignorowała szepty, w zamian woląc
udawać, że to wyłącznie wytwór jej wyobraźni – coś nad czym mogła zapanować i udawać,
że w rzeczywistości wcale nie miało miejsca. Nie pierwszy raz oszukiwała
samą siebie, ale i tego nie potrafiła żałować, zwłaszcza jeśli wydawało
się odnosić jakikolwiek skutek.
– Na razie
nikt nie zwraca na nas uwagi… – Głos Simona doszedł do niej jakby z oddali,
przez co nie od razu zdołała skupić się na poszczególnych słowach. – Ehm…
Jocelyne, tak? – dodał i sam fakt tego, że jednak wypowiedział jej imię,
zdołał wzbudzić jej zainteresowanie. – Tutaj już jest w porządku?
Z
powątpiewaniem spojrzała na tego mężczyznę. Przejmował się? Wątpiła, poza tym
wolała podchodzić do jego intencji z dystansem. Mimo wszystko poderwała
głowę, po czym z wahaniem powiodła wzrokiem po pomieszczeniu, które wydało
jej się bardziej przystępne niż tamten całkowicie opustoszały pokój. Miejsce, w którym
znalazła się tym razem, przypominało raczej coś na kształt sali konferencyjnej,
a przynajmniej do takiego wniosku doszła, widząc sporych rozmiarów stół i liczne
krzesła.
– Tak…
Chyba tak – mruknęła.
Najwyraźniej
to musiało wystarczyć, by przekonać pozostałych, bo nie doczekała się żadnej
odpowiedzi, a tym bardziej protestów. Ostatecznie Claire pomogła jej
usiąść na jednym z krzeseł, co przyjęła z ulgą, już z przyzwyczajenia
nachylając się do przodu i ukrywając twarz w dłoniach. Lekko potarła
skronie, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy powinna spodziewać się, że – tak
jak i ostatnim razem – z nosa znowu zacznie jej płynąc krew. Miała
wrażenie, że zwłaszcza przy osłabionej, wrażliwej Layli, taki incydent mógłby
skończyć się naprawdę niedobrze.
– Już ci lepiej?
– zapytała cicho Claire, kucając naprzeciwko niej. Jocelyne ograniczyła się do
zdawkowego kiwnięcia głową. – Na pewno? – drążyła dalej kuzynka, więc poderwała
głowę, by móc spojrzeć na dziewczynę przez rozstawione palce.
– Tak mi
się wydaje. Nie wyczuwam już niczego, co… mogłoby na mnie żerować – dodała po
chwili zastanowienia.
Nie miała
pewności czy takie określenie było sensowne, ale nie chciała się nad tym
zastanawiać. Wiedziała już, że igranie ze zmarłymi nigdy nie kończyło się
dobrze, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły zagniewane albo wyjątkowo
zagubione dusze. Jakby tego było mało, zdążyła przerazić się wystarczająco, by
ostatecznie poczuć się naprawdę wyczerpaną. Myśląc o tym w ten
sposób, ostatecznie doszła do wniosku, że mimo wszystko nie było aż tak źle – jakkolwiek powinna
wyobrazić sobie sytuację, w której sprawy przybierają jeszcze gorszy
obrót.
Przez kilka
następnych sekund panowała wymowna cisza. W jakimś stopniu przynosiło jej
to ulgę, nawet jeśli wciąż słyszała te głosy. Skrzywiła się, po czym wsparła
łokciami o blat stołu, dłońmi podpierając głowę. Czuła się senna, chociaż
nie mogła zasnąć, mimo wszystko nie mogąc pozbyć się wrażenia, że gdyby sobie
na to pozwoliła, wydarzyłoby się coś złego.
– Więc… Projekt Beta – usłyszała i to
wystarczyło, by się wzdrygnęła, chcąc nie chcąc spoglądając na Simona.
– Nie będę o tym
rozmawiać. Zresztą sami to tuszowaliście, prawda? – zauważyła mimochodem. – To
ja mogłabym pytać.
– Nie
pracowałem przy nim – obruszył się mężczyzna.
Wzruszyła
ramionami. Czy to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie? Wcześniej sądziła,
że ktoś próbował manipulować uzdolnionymi ludźmi, zwłaszcza że takie zdolności
zdecydowanie musiały wzbudzać zainteresowanie. Teraz zaczynała podejrzewać, że w grę
wchodziło coś więcej, w szczególności biorąc pod uwagę miejsce, w którym
się znalazła.
– Gdzie
jesteśmy? – zapytała nagle Claire, dosłownie wyciągając jej to pytanie z ust.
Brzmiała trochę tak, jakby zaczynała tracić cierpliwość, chociaż Jocelyne nie
przypuszczała, że to w ogóle możliwe. – I co tutaj się dzieje.
– To nie
jest…
– Simon, na
litość bogini, pomagasz nam czy nie? – przerwała mu Layla. Jej głos brzmiał
dziwnie, zdradzając nie tylko rozdrażnienie, ale przede wszystkim głód. –
Zabrałeś nas z tamtego pokoju. Próbuję za tobą nadążyć, ale mi nie
ułatwiasz.
Mężczyzna
wyraźnie się zawahał, przez dłuższą chwilę milcząc i wyraźnie się nad
czymś zastanawiając.
– Ja… sam
nie wiem – powiedział w końcu. – Mam wrażenie, że pierwszy raz możemy
porozmawiać. Poza tym mamy trochę czasu, ale…
– Więc do
rzeczy – ponagliła Layla. – Tym razem mogę ci odpowiadać, ale pod warunkiem, że
żadnej z nich nie stanie się krzywda. Tylko wtedy – dodała z naciskiem
i coś w tych słowach skutecznie przyprawiło Jocelyne o dreszcze.
Słodka
bogini, nie brała tego wcześniej pod uwagę, ale najwyraźniej mogła poważnie
Layli zaszkodzić – zresztą tak jak i Claire. Nie wiedziała, co działo się w tym
miejscu do tej pory, ale sądząc po stanie ciotki, nic dobrego. Nie zmieniało to
jednak faktu, że wampirzyca jakoś sobie radziła, przynajmniej do tej pory.
Teraz sytuacja mogła ulec zmianie i to w dość drastyczny sposób,
zwłaszcza że Layla zdecydowanie nie zamierzała pozwolić na to, by ktokolwiek
spróbował je skrzywdzić.
Nie
podobało jej się to. Nie po raz pierwszy miała wrażenie, że bardziej zawadza niż
pomaga, a jakby tego wszystkiego było mało…
Jocelyne…
Zacisnęła
powieki. Tym razem nikogo tutaj nie było, prawda? Nie tak, jak w tamtym
pomieszczeniu, nawet jeśli wciąż słyszała nawołujące ją głosy. Sęk w tym,
że jeden z nich był inny, a ona słyszała go już wcześniej, chociaż…
– Masz,
wypij to – usłyszała nagle i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Wyprostowała
się, a potem w końcu otworzyła oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz