10 lutego 2018

Dwieście siedemdziesiąt sześć

Renesmee
Poczułam wręcz niewysłowioną ulgę, kiedy podjechaliśmy pod dom. Przez całą drogę siedziałam niemalże jak na szpilkach, tym bardziej że towarzyszył mi przesadnie wręcz milczący Rufus. Po nim zdecydowanie nie miałam co spodziewać się rozmowy, a przynajmniej nie takiej, która pozwoliłaby mi przestać myśleć o Gabrielu i tym, że już dawno powinien do mnie zadzwonić. Może przesadzałam, a cisza oznaczała, że wszystko jest w porządku, a Jocelyne już dawno wróciła do domu, ale…
– Na litość bogini, oddaj mi to! – obruszył się nagle Rufus, bezceremonialnie wyrywając mi telefon, ledwo tylko zdecydowałam się po niego sięgnąć.
– Ej! – zaoponowałam, gotowa wręcz się na niego rzucić, ale powstrzymało mnie ostrzegawcze spojrzenie wampira.
– Co chwilę sprawdzasz komórkę, wiesz? Zaraz szlag mnie trafi, więc…
– Czekam na Gabriela – oznajmiłam zgodnie z prawdą. – Widziałbyś, gdybyś mnie słuchał. Czuję, że wciąż nie wrócił, zresztą jak i Jocelyne i Claire, więc to chyba oczywiste, że się martwię.
Wampir jakby od niechcenia zmierzył mnie wzrokiem. Po wyrazie jego twarzy trudno było mi stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał.
– Tak, słuchałem cię – uświadomił mnie. Jego głos zabrzmiał dość cierpko, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. – I dlatego drażnisz mnie tym, co robisz. Sam zaczynam martwić się o Claire, a to ani trochę mi nie pomaga.
Ze świstem wypuściłam powietrze z płuc. Och, więc do tego wszystkiego to była moja wina? Cudownie! Chyba mogłam się tego po nim spodziewać, ale i tak coś w jego słowach mnie rozdrażniło. On też nie był święty, w zasadzie przez całą drogę myślami wydając się być gdzieś daleko, najpewniej wciąż zadręczając się tym, co zdążył zaobserwować. Wiedziałam, że Rufusowi nadmiar emocji zdecydowanie nie był na rękę, więc to, że podsycałam niepokój o Jocelyne i Claire zdecydowanie mu nie odpowiadało, ale co innego miałabym zrobić?
– Oddaj mi telefon – mruknęłam, naglącym ruchem wyciągając rękę.
Gdyby nie to, że potrzebowałam komórki, już dawno wysiadłabym i popędziła do domu. Co prawda to wydawało się bezsensu, skoro nawet będąc przed budynkiem, czułam, że nie mam co spodziewać się obecności Jocelyne, ale to nie miało znaczenia. Mogłabym przynajmniej zaszyć się w sypialni i raz jeszcze zacząć wydzwaniać do Gabriela, skoro on sam nie raczył mnie poinformować, jak mają się sprawy.
– Najpierw się uspokój. Przypominam ci, że nadal mamy coś do zrobienia – powiedział Rufus, a ja prychnęłam, nawet nie próbując się powstrzymywać.
– Pamiętam – zapewniłam natychmiast. – Ale Cassandra i Ryan przynajmniej są w domu, więc…
Chciałam dodać coś jeszcze, ale w słowo wszedł mi dzwonek mojego własnego telefonu. Zazwyczaj kojące dźwięki gitary wydały mi się wręcz nienaturalnie głośne w małym, ciasnym samochodzie, przez co aż się wzdrygnęłam, jedynie cudem nie uderzając głową w dach auta. Rufus równie drgnął, po czym spojrzał w roztargnieniu na moją komórkę, a ja wykorzystałam chwilę jego nieuwagi, by wyrwać mu urządzenie i w pośpiechu wyślizgnąć się na zewnątrz.
Nie musiałam sprawdzać, kto dzwoni, zaraz też przycisnęłam aparat do ucha, wcześniej zatwierdzając połączenie.
– Tak? – zapytałam natychmiast, nie kryjąc zniecierpliwienia. Podejrzewałam, że zaczynam powoli brzmieć niemalże jak histeryczka, ale to wydawało się silniejsze ode mnie. – Gabrielu, co…?
– Posłuchaj mnie uważnie, mi amore, bo to istotne – przerwał mi. Cała zesztywniałam, słysząc wyraźne napięcie w jego głosie. – Wracam do domu. Znajdź dla mnie przynajmniej Isabeau, dobrze? I spróbuj obdzwonić resztę, zwłaszcza dzieciaki. Zobaczymy się na miejscu – oznajmił i nie czekając na jakąkolwiek moją reakcję, najzwyczajniej w świecie się rozłączył.
– Gabrielu! – zaoponowałam, ale już wtedy widziałam, że odpowie mi wymowna cisza.
Moje palce jeszcze mocniej zacisnęły się wokół telefonu, aż zaczęłam podejrzewać, że naprawdę niewiele brakuje, bym najzwyczajniej w świecie urządzenie zmiażdżyła. Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, po czym zadrżałam i to bynajmniej nie dlatego, że na zewnątrz wciąż królował mróz. Obraz na krótką chwilę rozmazał mi się przed oczami, więc zamrugałam kilkukrotnie, by przynajmniej pod tym względem spróbować doprowadzić się do porządku. Jeśli do tej pory się bałam, po tej krótkiej rozmowie mogłam wprost oznajmić, że czułam się naprawdę przerażona.
Coś się stało.
Gabriel nie powiedział tego wprost, ale to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Co więcej, znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że taki ton i zachowanie nie zwiastowały niczego przyjemnego. Już raz doświadczyłam czegoś podobnego, całe lata temu, kiedy zamartwialiśmy się o Alessię, a w trakcie okazało się, że Marco pojawił się w Mieście Nocy. Myśląc o tym z perspektywy czasu, byłam gotowa przysiąc, że tym razem w grę wchodziło coś po stokroć gorszego, zwłaszcza że mój teść koniec końców okazał się kimś, kogo obecność znosiliśmy do tej pory.
– Co się stało? – usłyszałam tuż za plecami zaniepokojony głos Carlisle’a. Wiedziałam, że jechał za nami, ale właściwie nie zarejestrowałam momentu, w którym dziadek do nas dołączył. – Nessie…
– Dziewczyno, do cholery! – rzucił w tym samym momencie Rufus i coś w jego tonie wystarczyło, żebym jednak się otrząsnęła.
– Gabriel wraca – oznajmiłam wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. Musiałam się skoncentrować, co wcale nie było proste, skoro towarzyszyły mi dziesiątki pytań. – Coś się stało, a przynajmniej tyle zrozumiałam. Ja… potrzebuję Isabeau – dodałam, dopiero po dłuższej chwili decydując się obejrzeć na dwóch wpatrzonych we mnie mężczyzn.
– Nie do końca rozumiem… – przyznał Carlisle, a ja cicho westchnęłam. Mogłabym powiedzieć dokładnie to samo.
– Joce i Claire pojechały razem do biblioteki. Wysłałam go za nimi, kiedy zrobiło się późno, a teraz… – Urwałam, po czym uciekłam wzrokiem gdzieś w bok. – Potrzebuję Isabeau. I wszystkich innych – powtórzyłam z naciskiem.
Zerknęłam na Rufusa, mając wrażenie, że zdenerwuje się, kiedy w końcu pojmie do czego piłam. Już i tak zamartwiał się o Laylę, Claire zaś od samego początku była jego oczkiem w głowie. Co prawda w skrajnych momentach udawało mu się odsuwać uczucia na bok i udawać, że nic szczególnego się nie dzieje. Chwilami wręcz mu tej umiejętności zazdrościłam, chociaż szczerze wątpiłam, by zdołał zachować się spokojnie akurat w tej sytuacji.
Czekoladowe oczy dosłownie przeszywały mnie na wylot. Poczułam się nieswojo, podświadomie wypatrując jakichkolwiek oznak czerwieni, ostatecznie jednak doczekałam się wyłącznie cienia, który przemknąć przez twarz wpatrzonego we mnie wampira.
– Rozejrzę się – oznajmił. Brzmiał na bardziej skupionego niż do tej pory, zarazem wciąż pozostając o wiele rozsądniejszym ode mnie. Cóż, przynajmniej na pierwszy rzut oka. – Poszukam Isabeau i Allegry… A ty przydaj się na coś, skoro już masz ten telefon.
Nie odpowiedziałam, jedynie w milczeniu odprowadzając go wzrokiem, kiedy bez słowa ruszył w stronę lasu. Wcale nie poczułam się spokojniejsza, kiedy zniknął mi z oczu, aż nazbyt świadoma, że podenerwowany Rufus mógł podsunąć się do zrobienia czegoś naprawdę głupiego. Czułam się nieswojo, poniekąd wciąż nie dopuszczając do siebie tego, co najpewniej się wydarzyło. Wystarczyło, że od chwili zniknięcia Layli byłam chodzącym kłębkiem nerwów, jednak teraz, kiedy w grę mogły wchodzić Jocelyne i Claire…
– Wejdźmy do środka, Renesmee. – Głos dziadka skutecznie wyrwał mnie z zamyślenia. Drgnęła, po czym przeniosłam na niego wzrok, bez trudu orientując się, że on również był podenerwowany. – Mam dać znać pozostałym? Już wcześniej powinniśmy porozmawiać, więc może lepiej by było, gdybyśmy spotkali się u nas, ale…
– Gabriel prosił, bym zgromadziła wszystkich w domu – przypomniałam cicho.
Carlisle skinął głową.
– W porządku.
Wiedziałam, że te słowa tyczyły się przede wszystkim tego, że się ze mną zgadza, ale i tak ledwo powstrzymałam grymas. Nie, zdecydowanie nie było w porządku.
Miałam wrażenie, że sprawy zaszły o wiele za daleko, a nam powoli kończył się czas.
Jocelyne
Czuła się niemalże jak we śnie. Nawet nie potrafiła tego opisać, wciąż doświadczając tak różnorodnych, skrajnych emocji, że to okazało się wręcz nienaturalne. Już przynajmniej nie płakała, gotowa krzyczeć i broić się przed istotami, które może i nie chciały zrobić jej krzywdy, ale też nie były kimś, z kim chciała mieć do czynienia.
Z ulgą przyjęła możliwość wyjścia z tego przerażającego pokoju. Wciąż czuła się dziwnie roztrzęsiona, a przy tym niewyobrażalnie wręcz zmęczona. Co więcej, wyraźnie czuła czyjąś obecność, nie wspominając o wciąż towarzyszących jej, nienaturalnie odległych szeptach. To było tak, jakby nigdy nie zostawała sama, bo gdzieś w ciemnościach zawsze czaił się ktoś…
Albo coś.
Zadrżała na samą myśl o takiej możliwości. Nie chciała się nad tym zastanawiać, zbytnio zaniepokojona perspektywą wyciągnięcia wniosków. Wystarczyło, że podejrzewała, jak niepokojące mogły okazać się odpowiedzi na dręczące ją pytania. Już teraz wszystko okazało się zbyt nienormalne, począwszy od tego, co zobaczyła, po sytuację, w której ostatecznie się znalazła.
Raz po raz ukradkiem zerkała na prowadzącego je mężczyznę. Simon, jak podobno miał na imię, wzbudzał w niej wątpliwości, których nie potrafiła pojąć. Z drugiej strony, być może chodziło przede wszystkim o wzmianki o Projekcie Beta i wspomnieniach, które jak na zawołanie ożyły, kiedy uprzytomniła sobie, że kolejny raz mogłaby mieć związek z tymi ludźmi, ale to absolutnie niczego nie zmieniało.
Nie potrafiła opisać tego, w jaki sposób się czuła. To było tak, jakby jej umysł bronił się przed przyjęciem do wiadomości wszystkich bodźców, które podsuwały jej zmysły. Być może trwała w szoku, zachowując się tak, jakby wciąż trwała we śnie. Dzięki temu czuła się bezpieczniejsza, choć przez moment nie będąc w stanie przejąć się swoimi słowami i konsekwencjami podejmowanych decyzji. Tak było, kiedy wprost mówiła o Within, gotowa wręcz roześmiać się histerycznie, by lepiej podkreślić absurdalność tego, co wydarzyło się w ośrodku. Skoro to właśnie krwiożercza demonica okazała się jej największym sprzymierzeńcem, coś zdecydowanie było na rzeczy.
Jakby tego było mało, czuła się naprawdę dziwnie. Miała wrażenie, że nie jest sobą, chociaż w żaden sposób nie potrafiła tego sprecyzować. O bogini, to zdecydowanie musiał być szok; nic innego nie przychodziło jej do głowy, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Chwiała się na nogach, w gruncie rzeczy marząc tylko o tym, żeby móc się gdzieś położyć i zasnąć, choć na moment zapominając o wszystkim, co się działo. Innymi słowy, kolejny raz zamierzała uciec, nawet jeśli to w najmniejszym stopniu nie poprawiało sytuacji, w której się znajdowała.
Sęk w tym, że nie mogła.
Claire wciąż ją obejmowała, milcząca i wyraźnie spięta. W zasadzie Joce sama nie była pewna, czy trzymała się blisko kuzynki wyłącznie pragnąć poczuć się bezpieczniej, czy może dlatego, że w innym wypadku jak nic by upadła. To i tak wydawało się najmniej istotne, przynajmniej na razie. Próbowała nadążyć za tym, co działo się wokół niej, aż nazbyt świadoma, że zrozumienie, gdzie kryło się potencjalne zagrożenie, mogło okazać się kluczowe, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby tego oczekiwać. Nie potrafiła się skupić, nie wspominając o jakiejkolwiek próbie rozmowy, choć tak bardzo jej potrzebowała. To, że Layla również trzymałą się na dystans, nienaturalne blada i wyraźnie dręczona głodem, również nie ułatwiało.
Jocelyne ledwo powstrzymała dziesiątki cisnących jej się na usta pytań. Mogła próbować wymuszać odpowiedzi na Simonie, ale to wydawało się bez sensu, skoro absolutnie mu nie ufała. Nie była w stanie wykrzesać jakiegokolwiek entuzjazmu względem kogoś, kto miał choćby częściowy związek z Projektem Beta. Wciąż szukała powiązań, próbując stwierdzić, czego w takim razie powinna spodziewać się po tym miejscu, jednak i to wydawało się z góry skazane na niepowodzenie. Wszystko jej się mieszał, na pierwszy rzut oka całkowicie pozbawione sensu, a może to po prostu Joce nie potrafiła go dostrzec. Wiedziała jedynie, że pragnęła znaleźć się gdzieś daleko, byleby kolejny raz nie przechodzić przez coś porównywalnego do tego, co miało miejsce w ośrodku – z tym, że nie była w stanie ot tak uciec.
Och, do tego wszystko wciąż słyszała te… szepty. Ktoś mówił, choć słowa wydawały się zbyt odległe i przytłumione, by mogła rozróżnić poszczególne słowa. Chwilami wręcz była gotowa przysiąc, że głos ją wzywa, raz po raz powtarzając jej imię, ale i tego nie mogła być absolutnie pewna. W efekcie w pewnym momencie zaczęła czuć się tak, jakby głowa w każdej chwili mogła jej eksplodować, a to zdecydowanie nie było dobre.
Musiała jęknąć albo w inny sposób dać Claire do zrozumienia, że coś jest nie tak, bo kuzynka nagle się zatrzymała, spoglądając na nią z niepokojem.
– Joce?
Potrząsnęła głową, nie od razu decydując się odpowiedzieć. Skupienie się na czymkolwiek wydawało się wręcz nienaturalnie trudne.
– Jest… w porządku – mruknęła z rezerwą. – Jedynie boli mnie głowa – powtórzyła po raz wtóry.
Co innego miałaby im powiedzieć? Zresztą to i tak wydawało się lepsze od przebywania w tamtym zamkniętym pomieszczeniu, miała zresztą wrażenie, że odkąd znalazła się na korytarzu, mimo wszystko czuła się lepiej. Na pewno łatwiej mogła ignorować szepty, choć zarazem wciąż była świadoma, że gdzieś poza zasięgiem jej wzroku czaiło się coś, co mogło chcieć zwrócić na siebie jej uwagę. W tym budynku od samego początku wyczuwała obecność czegoś, czego zdecydowanie nie chciała spotkać na swojej drodze, a jakby tego było mało…
– Na pewno? – zapytała z wahaniem Layla. Brzmiała na zatroskaną, ale przede wszystkim wytrąconą z równowagi, całą energię wydając się wkładać w to, by nie stracić nad sobą kontroli. – Dokąd idziemy? – dodała po chwili, zwracając się do Simona. – Myślałam, że…
– Chwila – przerwał jej sam zainteresowany. – Zaraz będzie mogła sobie usiąść.
Jocelyne skrzywiła się, bynajmniej nieusatysfakcjonowana tym, że mówił o niej trochę tak, jakby była nieobecna. Ostatecznie doszła do wniosku, że jest jej wszystko jedno, zwłaszcza przy wciąż odczuwanym bólu głowy, ale poczucie bycia ignorowaną mimo wszystko jej się nie podobało. Nie, skoro podświadomie czuła, że Simon w rzeczywistości skupiał się na niej bardziej, niż był w stanie przyznać. Nie miała pojęcia, co takiego planował, ale po oświadczeniach z ośrodka zdecydowanie nie chciała tego sprawdzać.
Na dłuższą chwilę przestała milczeć o czymkolwiek, próbując skupić się przede wszystkim na tłumieniu bólu. Nie miała pojęcia, czy próba ignorowania pulsowania w skroniach faktycznie miała jakiś sens, niemniej z jakiegoś powodu poczuła się dzięki temu lepiej. Ignorowała szepty, w zamian woląc udawać, że to wyłącznie wytwór jej wyobraźni – coś nad czym mogła zapanować i udawać, że w rzeczywistości wcale nie miało miejsca. Nie pierwszy raz oszukiwała samą siebie, ale i tego nie potrafiła żałować, zwłaszcza jeśli wydawało się odnosić jakikolwiek skutek.
– Na razie nikt nie zwraca na nas uwagi… – Głos Simona doszedł do niej jakby z oddali, przez co nie od razu zdołała skupić się na poszczególnych słowach. – Ehm… Jocelyne, tak? – dodał i sam fakt tego, że jednak wypowiedział jej imię, zdołał wzbudzić jej zainteresowanie. – Tutaj już jest w porządku?
Z powątpiewaniem spojrzała na tego mężczyznę. Przejmował się? Wątpiła, poza tym wolała podchodzić do jego intencji z dystansem. Mimo wszystko poderwała głowę, po czym z wahaniem powiodła wzrokiem po pomieszczeniu, które wydało jej się bardziej przystępne niż tamten całkowicie opustoszały pokój. Miejsce, w którym znalazła się tym razem, przypominało raczej coś na kształt sali konferencyjnej, a przynajmniej do takiego wniosku doszła, widząc sporych rozmiarów stół i liczne krzesła.
– Tak… Chyba tak – mruknęła.
Najwyraźniej to musiało wystarczyć, by przekonać pozostałych, bo nie doczekała się żadnej odpowiedzi, a tym bardziej protestów. Ostatecznie Claire pomogła jej usiąść na jednym z krzeseł, co przyjęła z ulgą, już z przyzwyczajenia nachylając się do przodu i ukrywając twarz w dłoniach. Lekko potarła skronie, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy powinna spodziewać się, że – tak jak i ostatnim razem – z nosa znowu zacznie jej płynąc krew. Miała wrażenie, że zwłaszcza przy osłabionej, wrażliwej Layli, taki incydent mógłby skończyć się naprawdę niedobrze.
– Już ci lepiej? – zapytała cicho Claire, kucając naprzeciwko niej. Jocelyne ograniczyła się do zdawkowego kiwnięcia głową. – Na pewno? – drążyła dalej kuzynka, więc poderwała głowę, by móc spojrzeć na dziewczynę przez rozstawione palce.
– Tak mi się wydaje. Nie wyczuwam już niczego, co… mogłoby na mnie żerować – dodała po chwili zastanowienia.
Nie miała pewności czy takie określenie było sensowne, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Wiedziała już, że igranie ze zmarłymi nigdy nie kończyło się dobrze, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły zagniewane albo wyjątkowo zagubione dusze. Jakby tego było mało, zdążyła przerazić się wystarczająco, by ostatecznie poczuć się naprawdę wyczerpaną. Myśląc o tym w ten sposób, ostatecznie doszła do wniosku, że mimo wszystko nie było aż tak źle – jakkolwiek powinna wyobrazić sobie sytuację, w której sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót.
Przez kilka następnych sekund panowała wymowna cisza. W jakimś stopniu przynosiło jej to ulgę, nawet jeśli wciąż słyszała te głosy. Skrzywiła się, po czym wsparła łokciami o blat stołu, dłońmi podpierając głowę. Czuła się senna, chociaż nie mogła zasnąć, mimo wszystko nie mogąc pozbyć się wrażenia, że gdyby sobie na to pozwoliła, wydarzyłoby się coś złego.
– Więc… Projekt Beta – usłyszała i to wystarczyło, by się wzdrygnęła, chcąc nie chcąc spoglądając na Simona.
– Nie będę o tym rozmawiać. Zresztą sami to tuszowaliście, prawda? – zauważyła mimochodem. – To ja mogłabym pytać.
– Nie pracowałem przy nim – obruszył się mężczyzna.
Wzruszyła ramionami. Czy to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie? Wcześniej sądziła, że ktoś próbował manipulować uzdolnionymi ludźmi, zwłaszcza że takie zdolności zdecydowanie musiały wzbudzać zainteresowanie. Teraz zaczynała podejrzewać, że w grę wchodziło coś więcej, w szczególności biorąc pod uwagę miejsce, w którym się znalazła.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała nagle Claire, dosłownie wyciągając jej to pytanie z ust. Brzmiała trochę tak, jakby zaczynała tracić cierpliwość, chociaż Jocelyne nie przypuszczała, że to w ogóle możliwe. – I co tutaj się dzieje.
– To nie jest…
– Simon, na litość bogini, pomagasz nam czy nie? – przerwała mu Layla. Jej głos brzmiał dziwnie, zdradzając nie tylko rozdrażnienie, ale przede wszystkim głód. – Zabrałeś nas z tamtego pokoju. Próbuję za tobą nadążyć, ale mi nie ułatwiasz.
Mężczyzna wyraźnie się zawahał, przez dłuższą chwilę milcząc i wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
– Ja… sam nie wiem – powiedział w końcu. – Mam wrażenie, że pierwszy raz możemy porozmawiać. Poza tym mamy trochę czasu, ale…
– Więc do rzeczy – ponagliła Layla. – Tym razem mogę ci odpowiadać, ale pod warunkiem, że żadnej z nich nie stanie się krzywda. Tylko wtedy – dodała z naciskiem i coś w tych słowach skutecznie przyprawiło Jocelyne o dreszcze.
Słodka bogini, nie brała tego wcześniej pod uwagę, ale najwyraźniej mogła poważnie Layli zaszkodzić – zresztą tak jak i Claire. Nie wiedziała, co działo się w tym miejscu do tej pory, ale sądząc po stanie ciotki, nic dobrego. Nie zmieniało to jednak faktu, że wampirzyca jakoś sobie radziła, przynajmniej do tej pory. Teraz sytuacja mogła ulec zmianie i to w dość drastyczny sposób, zwłaszcza że Layla zdecydowanie nie zamierzała pozwolić na to, by ktokolwiek spróbował je skrzywdzić.
Nie podobało jej się to. Nie po raz pierwszy miała wrażenie, że bardziej zawadza niż pomaga, a jakby tego wszystkiego było mało…
Jocelyne…
Zacisnęła powieki. Tym razem nikogo tutaj nie było, prawda? Nie tak, jak w tamtym pomieszczeniu, nawet jeśli wciąż słyszała nawołujące ją głosy. Sęk w tym, że jeden z nich był inny, a ona słyszała go już wcześniej, chociaż…
– Masz, wypij to – usłyszała nagle i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Wyprostowała się, a potem w końcu otworzyła oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa