12 stycznia 2018

Dwieście sześćdziesiąt

Jocelyne
Mimowolnie zadrżała w odpowiedzi na te słowa. Miała przez to rozumieć, że to właśnie on był „komplikacjami”, których spodziewała się już od dłuższego czasu, obserwując co dzieje się w domu? Oczywiście wiedziała, że wujek Rufus miewał czasami nie do końca zrozumiałe pomysły, za którymi (przynajmniej teoretycznie) krył się jakiś konkretny cel, ale mimo wszystko… Cóż, nie spodziewała się tego.
Nie odezwała się nawet słowem, dochodząc do wniosku, że milczenie będzie najbezpieczniejszym wyjściem. Kimkolwiek był ten chłopak, zdecydowanie nie powinna się do niego zbliżać. Co więcej, najpewniej nie miała do czynienia z człowiekiem, a to również o czymś świadczyło. Już nawet nie chodziło o wyczuwalna obecność srebra, na które co prawda nie była aż tak wrażliwa, jak reszta jej bliskich, ale jednak potrafiło dawać się jej we znaki. To po prostu w nim było, równie oczywiste, co i konieczność natychmiastowej ewakuacji.
Rufus mnie zabije, pomyślała mimochodem. Jasne, do tej pory nie zrobiła niczego aż tak głupiego, jak – chociażby – zbliżenie się do Ryana na tyle, by znaleźć się w zasięgu jego rąk, ale to wydawało się najmniej istotne. Mocniej przywarła plecami do ściany, gorączkowo zastanawiając nad tym, co powinna zrobić i czy mogła tak po prostu odwrócić się na pięcie i ruszyć w stronę schodów. Co prawda nie chciała zostawiać kota, ale dalsze szukanie go w ciemnościach i ze świadomość, że w pobliżu miała kogoś najpewniej niebezpiecznego, również nie wydawało się rozsądnym podejściem.
– Hm, mówiłaś, że to twój dom… – zagaił Ryan, jednak decydując się przerwać przeciągającą się ciszę. Drgnęła, po czym przeniosła na niego wzrok. – Rany, na pewno? Ktoś tak strachliwy nie pasuje mi do obrania się w… takim środowisku – przyznał, a Jocelyne prychnęła, co najmniej zaskoczona tym stwierdzeniem.
– Niby w jakim środowisku? – obruszyła się.
Chłopak w milczeniu zmierzył ją wzrokiem.
– W sumie nie mam powodu, żeby kłamać, prawda? To ja tu jestem poszkodowany – stwierdził po chwili wahania. Zaraz po tym nabrał powietrza, po czym przybrał taki wyraz twarzy, jakby właśnie przymierzał się do zdradzenia jej wielkiej tajemnicy. – Istot nadnaturalnych, malutka.
Zamilkł, wpatrując się w nią z przesadną wręcz uwagą. To wystarczyło, by poczuła się co najmniej nieswojo, mimowolne zastanawiając nad tym, jakiej reakcji po niej oczekiwał. Sądził, że nagle zacznie krzyczeć, tak jak zrobiła to w pierwszej chwili? Coś w tej myśli wydało się Jocelyne niedorzeczne, póki nie uprzytomniła sobie, że najpewniej tak właśnie jest – i że Ryan naprawdę myślał, że jego słowa zrobią na nim jakiekolwiek wrażenie.
– No i? – zapytała w końcu, lekko przekrzywiając głowę.
Całe dotychczasowe napięcie przynajmniej na chwilę zmalało, ustępując miejsca kolejno zaskoczeniu, a ostatecznie wręcz rozbawieniu. W milczeniu wpatrywała się w jego rozmówcę, czując się przy nim dużo swobodniej, choć nie na tyle, by ot tak podejść bliżej.
Ryan wahał się przez dłuższą chwilę, wyraźnie wytrącony z równowagi jej reakcją. Ostatecznie energicznie potrząsnął głową, rozdrażniony.
– Co jest z tobą nie tak?
Jocelyne wydęła usta, co najmniej urażona. Więc w ten sposób zamierzał z nią rozmawiać?
– Nic – stwierdziła, chociaż teoretycznie można było się z tym stwierdzeniem kłócić. Gdyby wiedział, co takiego potrafiła… – Po prostu nie powiedziałeś mi niczego, co wydałoby mi się jakkolwiek zaskakujące.
– A w ogóle słuchałaś, co do ciebie mówię? – obruszył się Ryan. – Właśnie ci oświadczyłem, że nie jestem człowiekiem. Nie jako jedyny zresztą, więc… – zaczął, ale tym razem zdecydował się mu przerwać.
– Tak. Właśnie się zastanawiałam, czym jesteś – oznajmiła z rozbrajającą wręcz szczerością.
Na pierwszy rzut oka wydawał się kimś, kto mógłby być podobny do niej – w połowie człowiekiem, choć to wcale nie musiało być takie oczywiste. Co więcej, Joce podświadomie czuła, że chodziło o coś więcej. Nie miała pewności, w jaki sposób powinna to opisać, ale Ryan po prostu miał w sobie coś, co przyprawiało o dreszcze. Jakby tego było mało, dziewczyna mogła wręcz przysiąc, że do tej pory nie spotkała kogoś takiego, a to… Cóż, mogło świadczyć dosłownie o wszystkim.
– Więc wiesz… – Chłopak nieznacznie potrząsnął głową, Trudno było stwierdzić, co myślał o całej sytuacji. – I nie przeraża cię to?
– Dlaczego miałoby…?
Naprawdę nie rozumiała jego toku myślenia. Powinna się obawiać, na dodatek we własnym domu? Jasne, przestraszył ją, ale świadomość istnienia istot nieśmiertelnych zdecydowanie pozostawała czymś, czego była świadoma od chwili narodzin.
– Serio? I nie boisz się, że zostaniesz przekąską albo…? – rzucił z powątpiewaniem, tym samym całkiem wytrącając ją z równowagi.
– Że co proszę?
Ryan na krótką chwilę zacisnął usta.
– Ja wiem, że niektórzy mogą wydawać się sympatyczni… Wiesz, sam teraz jestem całkiem niezły w manipulowaniu. – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Łatwo omotać człowieka. W sumie nie tylko, bo jak pojawia się chociażby taka ładna i ruda, obiecując pomoc… Sama rozumiesz.
Tym razem spojrzała na niego tak, jakby ostatecznie postradał zmysły, zwłaszcza kiedy w końcu pojęcia do czego zmierzał.
– Nie jestem człowiekiem – oznajmiła z przesadną wręcz powagą. – A ta ładna i ruda to moja mama – dodała i to wystarczyło, żeby Ryan zamilkł na kolejnych kilkanaście sekund, po prostu tępo się w nią wpatrując.
– Ups?
Cicho westchnęła, nie mogąc się powstrzymać. W tamtej chwili sama nie była pewna czy powinna się śmiać, czy może jednak uznać, że chłopak próbował ją omotać i jednak powinna jak najszybciej od niego uciekać. Cóż, na pewno mógł okazać się niebezpieczny, zwłaszcza że nie był człowiekiem, ale mimo wszystko prowadząc tę rozmowę nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie zamierzał jej skrzywdzić.
– Tak czy inaczej – pojęła z wahaniem, nie mogąc znieść wciąż powracającego milczenia – jeśli mama coś obiecała, to na pewno tak zrobi. Nie wiem, co dokładnie się dzieje, ale o tym jednym mogę cię zapewnić.
– Trudno wierzyć komukolwiek, jednocześnie będąc tutaj – zauważył przytomnie.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Jeśli w ten sposób chciał jej zasugerować, że miałaby go uwolnić…
– Nie wierzę, żeby nie było po temu powodów – stwierdziła tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. – Wiem, że moja kuzynka i wujek mieli niedawno problemy, więc… To o ciebie chodziło? – zapytała wprost, decydując się postawić sprawę jasno.
– Szlag… To bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje.
Milczała, licząc na to, że Ryan rozwinie tę myśl, ale nic podobnego nie miało. To okazało się wystarczająco wymowne, by pojęła, że przynajmniej tymczasowo drążenie tematu nie miało sensu.
– W porządku – mruknęła, zwracając się bardziej do siebie niż jego. – Ostatnio tyle się dzieje, że wszyscy chodzimy podenerwowani. Ale i tak ufam swojej rodzinę.
– Mógłbym przysiąc, że jesteś człowiekiem – wypalił, a Joce wywróciła oczami.
– A czy to – rzuciła, wymownie zerkając na wciąż unoszącą się w powietrzu kulę mocy – wygląda ci na coś, co mógłby zrobić człowiek?
O dziwo, Ryan nie wyglądał na jakkolwiek zmieszanego tym pytaniem.
– W ostatnim czasie widziałem dość, by uwierzyć, że jak najbardziej – stwierdził, a Jocelyne podejrzliwie zmarszczyła brwi.
– Co masz na myśli?
Nie miała pojęcia, co o tym sądzić, ale samo brzmienie jego słów wystarczyło, żeby przyprawić ją o dreszcze. Nerwowo napięła mięśnie, zwłaszcza gdy jej myśli same z siebie zwróciły się ku Projektowi Beta i wszystkiemu, co stało się w ośrodku. W porządku, sama mogła się przekonać, że niektórzy ludzie byli wyjątkowi i bez nadnaturalnego pierwiastka. Skoro tak, mogła spodziewać się dosłownie wszystkiego, ale…
– Nawet nie wiem, co miałbym ci powiedzieć – przyznał z wahaniem Ryan. Zmierzył ją wzrokiem, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Skoro twierdzisz, że nie jesteś człowiekiem i wszystko, co mówię, jest takie oczywiste… Cóż, ile wiesz o demonach?
– Ja… – Zamilkła, w pierwszym odruchu wytrącona z równowagi na tyle, by nie być w stanie zebrać myśli. – Poza tym, że naczelny niedawno ożenił się z moją kuzynką? Naprawdę niewiele – oznajmiła w przypływie szczerości.
Ryan spojrzał na nią tak, jakby dopiero w tamtej chwili uświadomił sobie, że w ogóle przed nim stała.
– Ehm… Mówiłaś mi już, co z tobą nie tak?
O wiele więcej, niż mogłoby ci się wydawać, pomyślała mimochodem, ale nie powiedziała tego na głos. Cóż, jeśli próbował rozmawiać z nią w ten sposób, zdecydowanie nie mieli co liczyć na to, że zabrną daleko.
– Co z tymi demonami? – zapytała, siląc się na cierpliwość. Ich obecność nigdy nie wróżyła dobrze, więc tym bardziej lepiej było wiedzieć, co jest na rzeczy.
– Ty mi powiedz – zasugerował z wyraźną rezerwą. – Jeśli masz z jakimkolwiek związek, to lepiej zacznij uważać. Na wampiry zresztą też.
– Nie rozumiem…
Przez twarz chłopaka przemknął cień.
– Tak po prawdzie, to nie powinienem mówić ci nic. Twoja matka mi coś obiecała, więc niech się z tego wywiąże – oznajmił, a w Joce aż się zagotowało.
– Jeśli powiedziała, że to zrobi, to tak będzie – zniecierpliwiła się. – Zresztą to ty zacząłeś temat. Ja do niego cię nie zmuszam, więc…
– Więc nie zmuszaj.
Rzuciła mu rozdrażnione spojrzenie. Zaraz po tym wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu zwracając w stronę schodów.
– Jak sobie chcesz – mruknęła, nie kryjąc irytacji. – I tak nie mam do tego siły. Wystarczy, że ktoś najwyraźniej poluje na mnie i moich bliskich, więc… – Urwała, po czym krótko obejrzała się przez ramię. – Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że mogłabym cię zrozumieć bardziej, niż ci się wydaje.
Nie otrzymała odpowiedzi, chociaż po cichu na nią liczyła. Poczuła się dziwnie rozczarowana, kiedy po raz kolejny zapanowała wymowna, przeciągająca się cisza. Już nie czuła strachu, choć dziwne wrażenie, które towarzyszyło Joce od chwili zejścia do piwnicy, wciąż dawało się jej we znaki. Nie pojmowała tego, poza tym sama nie była pewna, jak powinna się tak naprawdę czuć, ale…
– Hej.
Natychmiast przystanęła. Zmusiła się, by nie odwracać się tak od razu, nie chcąc zbyt otwarcie okazywać tego, że mogłaby być jakkolwiek podekscytowana.
– Hm? – mruknęła, bez pośpiechu zwracając w jego stronę.
– Dwie sprawy – rzucił jakby od niechcenia Ryan. – Po pierwsze, jak masz na imię? – zapytał, a ona prychnęła, gotowa jakkolwiek się wykręcić. – Ja ci powiedziałem.
Zacisnęła usta.
– Joce – powiedziała w końcu. – Jocelyne.
Skinął głową, wyraźnie usatysfakcjonowany tym, że ostatecznie udało mu się to ustalić.
– Okej. Powiedziałbym, że miło poznać, ale aktualnie warunki mogłyby być lepsze – stwierdził, wyraźnie próbując rozluźnić atmosferę, jej jednak absolutnie nie było do śmiechu.
– A ta druga sprawa? – ponagliła. Skoro nie zamierzał z nią rozmawiać, tym bardziej chciała móc tak po prostu się oddalić.
– Ach… Twój kot, jak mniemam.
Nie od razu zrozumiała, co takiego miał na myśli. Dopiero gdy podążyła za jego wzrokiem, dostrzegła skuloną w rogu pomieszczenia kuleczkę czarnego futra. W zasadzie gdyby nie para dużych, lśniących oczu, pewnie nawet z wyostrzonymi zmysłami miałaby problem, żeby dostrzec zwierzę.
– No tak – zreflektowała się pośpiesznie. Potrzebowała zaledwie chwili, by ruszyć się z miejsca i porwać kociaka na ręce. Tym razem przynajmniej nie próbował uciekać, pozwalając żeby przygarnęła go do siebie. – Dzięki.
– Mhm…
Ryan nie dodał niczego więcej, co jasno dało jej do zrozumienia, że powinna wyjść. Tym razem już nikt nie zatrzymał jej, kiedy w pośpiechu ruszyła w stronę schodów, by w końcu wrócić na górę. Wciąż dziwnie oszołomiona, poruszając się trochę jak w transie, przystanęła dopiero przed drzwiami do swojego pokoju. Potrzebowała kilku sekund, żeby uświadomić sobie, że nie powinna tam wchodzić, skoro sypialnia tymczasowo nie nadawała się do użytku.
Westchnęła cicho, po czym w zamyśleniu wsunęła palce w futerko mruczącego cicho, wtulonego w jej pierś kota. Nie miała pojęcia, co sądzić o rozmowie z Ryanem, ale z jakiegoś powodu była pewna jednego: cokolwiek przemilczał, mogło okazać się naprawdę istotne.
Ryan
Szlag, szlag… Niech to szlag…! Co to w ogóle było?
Ryan nie mógł się skoncentrować. To nie był pierwszy raz, kiedy w głowie miał pustkę, a sama próba zebrania myśli okazała się prawdziwym, przewyższającym jego możliwości wyzwaniem. Najpewniej nieprzyjemne wrażenia dodatkowo potęgowało srebro, choć obecność kruszcu przynajmniej nie raniła go w taki sposób, jak to bywało z wampirami. W zasadzie ograniczający jakiekolwiek zdolności srebra sprawiało, że czuł się lepiej, choć sam nie miał pewności, czy to miało jakikolwiek sens. Na pewno pozostawiał świadomy w o wiele większym stopniu, niż przez ostatnie tygodnie, a to już chyba o czymś znaczyło.
W pamięci raz po raz odtwarzał rozmowę z Jocelyne, wciąż nie mogąc uwierzyć w jej przebieg. Co więcej, nie mógł pozbyć się wrażenia, że zrobił z siebie kretyna. Co prawda podejrzewał, że dziewczyna dokładnie to samo mogła powiedzieć o sobie, ale to nie zmieniało faktu, że to spotkanie było… naprawdę nietypowe. Podobno nieśmiertelna dziewczyna również, choć do Ryana wciąż nie docierało to, że mógłby pomylić jakąkolwiek nadnaturalną istotę z człowiekiem. Ktoś tak strachliwy i na pierwszy rzut oka kruchy, zdecydowanie nie pasował do tego świata.
Och, tak… Bo przecież nagle stałeś się ekspertem, pomyślał i przez krótką chwilę miał ochotę parsknąć pozbawionym wesołości śmiechem. W zasadzie mógł sobie na to pozwolić, skoro został sam, ale i tak zdecydował się powstrzymać. Próbował nad sobą zapanować, raz po raz powtarzając sobie, że nie działo się nic wartego uwagi, jednak i to okazało się problematyczne. Inna sprawa, że od dawna podczas rozmowy z kimkolwiek nie miał aż takiej kontroli nad własnymi odruchami, czując się niemalże sobą. To była przyjemna odmiana po wszystkim, czego doświadczył w ostatnim czasie, a skoro tak…
Zacisnął usta, wciąż podenerwowany. Niewiele brakowało, żeby zaczął się tej dziewczynie zwierzać, gotowy powiedzieć rzeczy, które zdecydowanie powinien zachować dla siebie. Co prawda Jocelyne wydawała się ręczyć za matkę (swoją drogą, to wciąż do niego nie docierało – ruda ślicznotka prędzej mogłaby uchodzić za jej siostrę), ale niby dlaczego miał jej ufać? Jak na tę chwilę to on miał powody do niepokoju, trwając w zamknięciu i musząc się liczyć z tym, że w każdej chwili ktoś mógł spróbować go zabić. Jeśli wampir, który już raz przebił go kołkiem, był dla Joce „wujkiem”, to Ryan wolał nie wnikać w to, jaka była reszta jej rodziny – i to zwłaszcza po tym, jak dziewczyna w przypływie szczerości oznajmiła mu, że jej kuzynka poślubiła demona.
Szlag, co jeszcze? Miała w rodzinie wariata, gadającego kota czy grającego na fujarce fauna?
Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że i tak jej ufał. Może dlatego, że wyglądała na tak niepozorną i bezbronną – prawie jak mała dziewczynka, którą chciało się chronić, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Zwłaszcza kiedy zaczęła krzyczeć i wyglądała tak, jakby właśnie przeżywała atak paniki, Ryanowi nawet do głowy nie przyszło, by próbować ją tknąć. Może i miewał problemy ze sobą już od jakiegoś czasu, ale to nie znaczyło, że był bez serca. Z drugiej strony, może właśnie ta rzekoma „niewinność” Jocelyne pozostawała największą pułapką, w jaką mógłby wpaść. Biorąc pod uwagę to, że sam prawie się przed nią otworzył, zdecydowanie musiał uważać.
Ale przecież dziewczyna była nieśmiertelna, tak? To mu zasugerowała, a w trakcie rozmowy faktycznie zachowywała się jak ktoś, kto pozostawał w pełni świadom tego, co działo się wokół niej i w tym domu. Ba! Mieszkała tu, a jedna z pół-wampirzyc była jej matką, co najpewniej świadczyło o tym, że również Joce miała naturę hybrydy. Skoro tak, mogła okazać się równie niebezpieczna, co każda inna istota jej pokroju. Ostrzegano go przed tym, prawda? Teraz na dodatek sam potrafił manipulować innymi, dokładnie tak, jak zdradził dziewczynie, więc tym bardziej nie powinien naiwnie wierzyć w to, że nawet najbardziej urokliwy wygląd, szedł w parze z łagodnym charakterem.
Wypuścił powietrze ze świstem, coraz bardziej niepewny tego, w co powinien wierzyć. Jakaś jego część naiwnie podsuwała mu, że Joce jednak była niewinna – i że wcale nie próbowała owinąć go sobie wokół palca. Cóż, nie w świadomy sposób. Nie wierzył w to, choć być może powinien, mimo wszystko będąc w stanie wyobrazić sobie, że ktokolwiek mógłby przysłać do niego pozornie niewinną dziewczynkę, by wyśpiewał wszystko to, co „tamci” chcieli wiedzieć. Czemu nie, prawda? To i tak wydawało się lepsze, niż gdyby ktokolwiek spróbował zmusić go siłą, a skoro tak…
Och, to nie ma sensu!
Warknął cicho, coraz bardziej rozdrażniony tym, jak bardzo niespójne wydawały się jego myśli. Przez krótką chwilę walczył ze sobą, próbując odepchnąć je od siebie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mógłby się spodziewać. Ta dziewczyna nie dawała mu spokoju. Tak po prostu tutaj weszła, wpadła w coś na kształt paniki, a potem względnie spokojnie oznajmiła mu, że szukała kota… I którego ostatecznie znalazła, co niejako potwierdzało jej wersję. Co więcej, nie potrafił znaleźć żadnego wyjaśnienia na jej pierwszą reakcję, zwłaszcza że miał wrażenie, że nie chodziło tylko o niego. Joce wydawała się czegoś bać, najwyraźniej spodziewając się po zejściu do piwnicy kogoś o wiele bardzie niebezpiecznego niż Ryan.
Zawahał się, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, czy dobrze zrobił, zniechęcając ją na tyle, żeby sobie poszła. Przynajmniej miał z kim porozmawiać, tym bardziej że jako jedyna nie drażniła go na tyle, by chciał się na nią rzucić. Co więcej, jeśli faktycznie miała dobre intencje, mogła okazać się kluczem do wolności. Nie żeby uważał, że mogła okazać się na tyle głupia, by ot tak go wypuścić, ale… zawsze warto było spróbować, prawda? Oczywiście, że wykorzystanie niewinnego dziecka nie byłoby w tym wypadku uczciwe, ale jaki tak naprawdę miał wybór? Podobno na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone, a on najwyraźniej przypadkiem znalazł się w samym środku jakiegoś konfliktu.
Westchnął w duchu, uświadamiając sobie, że być może miał się nawet tego nie dowiedzieć. Joce nawet przez chwilę wydawała się chętna, by zdradzić mu, jak to wyglądało z perspektywy jej rodziny, ale teraz już i tak nie mógł na nią liczyć – nie, skoro znajdowała się poza jego zasięgiem. Do tej pory nie weryfikował tego, co wiedział, działając instynktownie i podświadomie dostosowując się do tego, czego wymagała sytuacja, ale teraz…
Doprawdy, ktoś taki jak ta dziewczyna miał być niebezpieczny? Nawet jej matka brzmiała tak, jakby faktycznie chciała i mogła pomóc. Myśląc o tym, co wydarzyło się w domu, w którym zaatakował, uświadomił sobie, że największy problem leżał w tym, że zaatakował czyjąkolwiek córkę, a to jak najbardziej był powód do obrony. Gdzie w takim razie był sens wszystkiego, co wmawiano mu do tej pory na temat bezduszności i bardzo ludzkich odruchów, skoro…?
Nie, to nie miało sensu.
Zwłaszcza po rozmowie, którą odbył z Jocelyne, naprawdę zaczynał wątpić w coś, co wcześniej wydawało mu się oczywiste.
Wystarczy, nakazał sobie stanowczo. To, co wiedział i mógł im powiedzieć, było jego kartą przetargową i tego zamierzał się trzymać. Jeśli faktycznie byli tacy dobrzy i chętni do pomocy, najpewniej mieli wysłuchać jego prośby o dotarcie do Cassandry. Co prawda nie miał pewności, czy tym samym nie pakował dziewczyny w niebezpieczeństwo, ale – jakby nie patrzeć – ta i tak została wciągnięta w to na tyle, by nie mieć odwrotu. Podejrzewał, że prędzej czy później stanie się taka jak on, a skoro tak…
Cóż, przy odrobinie szczęścia faktycznie mogli jej pomóc – i jeśli miał być szczery, właśnie na to liczył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa