
Jocelyne
Mimowolnie zadrżała w odpowiedzi
na te słowa. Miała przez to rozumieć, że to właśnie on był „komplikacjami”,
których spodziewała się już od dłuższego czasu, obserwując co dzieje się w domu?
Oczywiście wiedziała, że wujek Rufus miewał czasami nie do końca zrozumiałe
pomysły, za którymi (przynajmniej teoretycznie) krył się jakiś konkretny cel,
ale mimo wszystko… Cóż, nie spodziewała się tego.
Nie
odezwała się nawet słowem, dochodząc do wniosku, że milczenie będzie
najbezpieczniejszym wyjściem. Kimkolwiek był ten chłopak, zdecydowanie nie
powinna się do niego zbliżać. Co więcej, najpewniej nie miała do czynienia z człowiekiem,
a to również o czymś świadczyło. Już nawet nie chodziło o wyczuwalna
obecność srebra, na które co prawda nie była aż tak wrażliwa, jak reszta jej
bliskich, ale jednak potrafiło dawać się jej we znaki. To po prostu w nim
było, równie oczywiste, co i konieczność natychmiastowej ewakuacji.
Rufus mnie zabije, pomyślała mimochodem.
Jasne, do tej pory nie zrobiła niczego aż tak głupiego, jak – chociażby –
zbliżenie się do Ryana na tyle, by znaleźć się w zasięgu jego rąk, ale to
wydawało się najmniej istotne. Mocniej przywarła plecami do ściany, gorączkowo
zastanawiając nad tym, co powinna zrobić i czy mogła tak po prostu
odwrócić się na pięcie i ruszyć w stronę schodów. Co prawda nie
chciała zostawiać kota, ale dalsze szukanie go w ciemnościach i ze
świadomość, że w pobliżu miała kogoś najpewniej niebezpiecznego, również
nie wydawało się rozsądnym podejściem.
– Hm,
mówiłaś, że to twój dom… – zagaił Ryan, jednak decydując się przerwać
przeciągającą się ciszę. Drgnęła, po czym przeniosła na niego wzrok. – Rany, na
pewno? Ktoś tak strachliwy nie pasuje mi do obrania się w… takim środowisku –
przyznał, a Jocelyne prychnęła, co najmniej zaskoczona tym stwierdzeniem.
– Niby w jakim
środowisku? – obruszyła się.
Chłopak w milczeniu
zmierzył ją wzrokiem.
– W sumie
nie mam powodu, żeby kłamać, prawda? To ja tu jestem poszkodowany – stwierdził
po chwili wahania. Zaraz po tym nabrał powietrza, po czym przybrał taki wyraz
twarzy, jakby właśnie przymierzał się do zdradzenia jej wielkiej tajemnicy. –
Istot nadnaturalnych, malutka.
Zamilkł,
wpatrując się w nią z przesadną wręcz uwagą. To wystarczyło, by
poczuła się co najmniej nieswojo, mimowolne zastanawiając nad tym, jakiej
reakcji po niej oczekiwał. Sądził, że nagle zacznie krzyczeć, tak jak zrobiła
to w pierwszej chwili? Coś w tej myśli wydało się Jocelyne
niedorzeczne, póki nie uprzytomniła sobie, że najpewniej tak właśnie jest – i że
Ryan naprawdę myślał, że jego słowa zrobią na nim jakiekolwiek wrażenie.
– No i? –
zapytała w końcu, lekko przekrzywiając głowę.
Całe
dotychczasowe napięcie przynajmniej na chwilę zmalało, ustępując miejsca
kolejno zaskoczeniu, a ostatecznie wręcz rozbawieniu. W milczeniu
wpatrywała się w jego rozmówcę, czując się przy nim dużo swobodniej, choć
nie na tyle, by ot tak podejść bliżej.
Ryan wahał
się przez dłuższą chwilę, wyraźnie wytrącony z równowagi jej reakcją. Ostatecznie
energicznie potrząsnął głową, rozdrażniony.
– Co jest z tobą
nie tak?
Jocelyne
wydęła usta, co najmniej urażona. Więc w ten sposób zamierzał z nią
rozmawiać?
– Nic –
stwierdziła, chociaż teoretycznie można było się z tym stwierdzeniem
kłócić. Gdyby wiedział, co takiego potrafiła… – Po prostu nie powiedziałeś mi
niczego, co wydałoby mi się jakkolwiek zaskakujące.
– A w ogóle
słuchałaś, co do ciebie mówię? – obruszył się Ryan. – Właśnie ci oświadczyłem,
że nie jestem człowiekiem. Nie jako jedyny zresztą, więc… – zaczął, ale tym
razem zdecydował się mu przerwać.
– Tak.
Właśnie się zastanawiałam, czym jesteś – oznajmiła z rozbrajającą wręcz
szczerością.
Na pierwszy
rzut oka wydawał się kimś, kto mógłby być podobny do niej – w połowie
człowiekiem, choć to wcale nie musiało być takie oczywiste. Co więcej, Joce podświadomie
czuła, że chodziło o coś więcej. Nie miała pewności, w jaki sposób
powinna to opisać, ale Ryan po prostu miał w sobie coś, co przyprawiało o dreszcze.
Jakby tego było mało, dziewczyna mogła wręcz przysiąc, że do tej pory nie
spotkała kogoś takiego, a to… Cóż, mogło świadczyć dosłownie o wszystkim.
– Więc
wiesz… – Chłopak nieznacznie potrząsnął głową, Trudno było stwierdzić, co myślał
o całej sytuacji. – I nie przeraża cię to?
– Dlaczego
miałoby…?
Naprawdę nie
rozumiała jego toku myślenia. Powinna się obawiać, na dodatek we własnym domu?
Jasne, przestraszył ją, ale świadomość istnienia istot nieśmiertelnych
zdecydowanie pozostawała czymś, czego była świadoma od chwili narodzin.
– Serio? I nie
boisz się, że zostaniesz przekąską albo…? – rzucił z powątpiewaniem, tym
samym całkiem wytrącając ją z równowagi.
– Że co
proszę?
Ryan na
krótką chwilę zacisnął usta.
– Ja wiem,
że niektórzy mogą wydawać się sympatyczni… Wiesz, sam teraz jestem całkiem
niezły w manipulowaniu. – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Łatwo
omotać człowieka. W sumie nie tylko, bo jak pojawia się chociażby taka
ładna i ruda, obiecując pomoc… Sama rozumiesz.
Tym razem
spojrzała na niego tak, jakby ostatecznie postradał zmysły, zwłaszcza kiedy w końcu
pojęcia do czego zmierzał.
– Nie
jestem człowiekiem – oznajmiła z przesadną wręcz powagą. – A ta ładna i ruda to moja mama – dodała i to
wystarczyło, żeby Ryan zamilkł na kolejnych kilkanaście sekund, po prostu tępo
się w nią wpatrując.
– Ups?
Cicho
westchnęła, nie mogąc się powstrzymać. W tamtej chwili sama nie była pewna
czy powinna się śmiać, czy może jednak uznać, że chłopak próbował ją omotać i jednak
powinna jak najszybciej od niego uciekać. Cóż, na pewno mógł okazać się
niebezpieczny, zwłaszcza że nie był człowiekiem, ale mimo wszystko prowadząc tę
rozmowę nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie zamierzał jej skrzywdzić.
– Tak czy
inaczej – pojęła z wahaniem, nie mogąc znieść wciąż powracającego
milczenia – jeśli mama coś obiecała, to na pewno tak zrobi. Nie wiem, co
dokładnie się dzieje, ale o tym jednym mogę cię zapewnić.
– Trudno
wierzyć komukolwiek, jednocześnie będąc tutaj – zauważył przytomnie.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok. Jeśli w ten sposób chciał jej zasugerować, że
miałaby go uwolnić…
– Nie
wierzę, żeby nie było po temu powodów – stwierdziła tak cicho, że ledwo mogła
samą siebie zrozumieć. – Wiem, że moja kuzynka i wujek mieli niedawno
problemy, więc… To o ciebie chodziło? – zapytała wprost, decydując się
postawić sprawę jasno.
– Szlag… To
bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje.
Milczała,
licząc na to, że Ryan rozwinie tę myśl, ale nic podobnego nie miało. To okazało
się wystarczająco wymowne, by pojęła, że przynajmniej tymczasowo drążenie
tematu nie miało sensu.
– W porządku
– mruknęła, zwracając się bardziej do siebie niż jego. – Ostatnio tyle się
dzieje, że wszyscy chodzimy podenerwowani. Ale i tak ufam swojej rodzinę.
– Mógłbym przysiąc,
że jesteś człowiekiem – wypalił, a Joce wywróciła oczami.
– A czy
to – rzuciła, wymownie zerkając na wciąż unoszącą się w powietrzu kulę
mocy – wygląda ci na coś, co mógłby zrobić człowiek?
O dziwo,
Ryan nie wyglądał na jakkolwiek zmieszanego tym pytaniem.
– W ostatnim
czasie widziałem dość, by uwierzyć, że jak najbardziej – stwierdził, a Jocelyne
podejrzliwie zmarszczyła brwi.
– Co masz
na myśli?
Nie miała
pojęcia, co o tym sądzić, ale samo brzmienie jego słów wystarczyło, żeby
przyprawić ją o dreszcze. Nerwowo napięła mięśnie, zwłaszcza gdy jej myśli
same z siebie zwróciły się ku Projektowi
Beta i wszystkiemu, co stało się w ośrodku. W porządku, sama
mogła się przekonać, że niektórzy ludzie byli wyjątkowi i bez
nadnaturalnego pierwiastka. Skoro tak, mogła spodziewać się dosłownie
wszystkiego, ale…
– Nawet nie
wiem, co miałbym ci powiedzieć – przyznał z wahaniem Ryan. Zmierzył ją
wzrokiem, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Skoro twierdzisz, że nie
jesteś człowiekiem i wszystko, co mówię, jest takie oczywiste… Cóż, ile
wiesz o demonach?
– Ja… –
Zamilkła, w pierwszym odruchu wytrącona z równowagi na tyle, by nie
być w stanie zebrać myśli. – Poza tym, że naczelny niedawno ożenił się z moją
kuzynką? Naprawdę niewiele – oznajmiła w przypływie szczerości.
Ryan
spojrzał na nią tak, jakby dopiero w tamtej chwili uświadomił sobie, że w ogóle
przed nim stała.
– Ehm…
Mówiłaś mi już, co z tobą nie tak?
O wiele więcej, niż mogłoby ci się wydawać,
pomyślała mimochodem, ale nie powiedziała tego na głos. Cóż, jeśli próbował
rozmawiać z nią w ten sposób, zdecydowanie nie mieli co liczyć na to,
że zabrną daleko.
– Co z tymi
demonami? – zapytała, siląc się na cierpliwość. Ich obecność nigdy nie wróżyła
dobrze, więc tym bardziej lepiej było wiedzieć, co jest na rzeczy.
– Ty mi
powiedz – zasugerował z wyraźną rezerwą. – Jeśli masz z jakimkolwiek związek,
to lepiej zacznij uważać. Na wampiry zresztą też.
– Nie
rozumiem…
Przez twarz
chłopaka przemknął cień.
– Tak po
prawdzie, to nie powinienem mówić ci nic. Twoja matka mi coś obiecała, więc
niech się z tego wywiąże – oznajmił, a w Joce aż się zagotowało.
– Jeśli
powiedziała, że to zrobi, to tak będzie – zniecierpliwiła się. – Zresztą to ty
zacząłeś temat. Ja do niego cię nie zmuszam, więc…
– Więc nie
zmuszaj.
Rzuciła mu
rozdrażnione spojrzenie. Zaraz po tym wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu
zwracając w stronę schodów.
– Jak sobie
chcesz – mruknęła, nie kryjąc irytacji. – I tak nie mam do tego siły.
Wystarczy, że ktoś najwyraźniej poluje na mnie i moich bliskich, więc… –
Urwała, po czym krótko obejrzała się przez ramię. – Nie wiem dlaczego, ale mam
wrażenie, że mogłabym cię zrozumieć bardziej, niż ci się wydaje.
Nie
otrzymała odpowiedzi, chociaż po cichu na nią liczyła. Poczuła się dziwnie
rozczarowana, kiedy po raz kolejny zapanowała wymowna, przeciągająca się cisza.
Już nie czuła strachu, choć dziwne wrażenie, które towarzyszyło Joce od chwili
zejścia do piwnicy, wciąż dawało się jej we znaki. Nie pojmowała tego, poza tym
sama nie była pewna, jak powinna się tak naprawdę czuć, ale…
– Hej.
Natychmiast
przystanęła. Zmusiła się, by nie odwracać się tak od razu, nie chcąc zbyt
otwarcie okazywać tego, że mogłaby być jakkolwiek podekscytowana.
– Hm? – mruknęła,
bez pośpiechu zwracając w jego stronę.
– Dwie
sprawy – rzucił jakby od niechcenia Ryan. – Po pierwsze, jak masz na imię? –
zapytał, a ona prychnęła, gotowa jakkolwiek się wykręcić. – Ja ci
powiedziałem.
Zacisnęła
usta.
– Joce –
powiedziała w końcu. – Jocelyne.
Skinął
głową, wyraźnie usatysfakcjonowany tym, że ostatecznie udało mu się to ustalić.
– Okej.
Powiedziałbym, że miło poznać, ale aktualnie warunki mogłyby być lepsze –
stwierdził, wyraźnie próbując rozluźnić atmosferę, jej jednak absolutnie nie
było do śmiechu.
– A ta
druga sprawa? – ponagliła. Skoro nie zamierzał z nią rozmawiać, tym
bardziej chciała móc tak po prostu się oddalić.
– Ach… Twój
kot, jak mniemam.
Nie od razu
zrozumiała, co takiego miał na myśli. Dopiero gdy podążyła za jego wzrokiem,
dostrzegła skuloną w rogu pomieszczenia kuleczkę czarnego futra. W zasadzie
gdyby nie para dużych, lśniących oczu, pewnie nawet z wyostrzonymi
zmysłami miałaby problem, żeby dostrzec zwierzę.
– No tak –
zreflektowała się pośpiesznie. Potrzebowała zaledwie chwili, by ruszyć się z miejsca
i porwać kociaka na ręce. Tym razem przynajmniej nie próbował uciekać, pozwalając
żeby przygarnęła go do siebie. – Dzięki.
– Mhm…
Ryan nie dodał
niczego więcej, co jasno dało jej do zrozumienia, że powinna wyjść. Tym razem
już nikt nie zatrzymał jej, kiedy w pośpiechu ruszyła w stronę
schodów, by w końcu wrócić na górę. Wciąż dziwnie oszołomiona, poruszając
się trochę jak w transie, przystanęła dopiero przed drzwiami do swojego
pokoju. Potrzebowała kilku sekund, żeby uświadomić sobie, że nie powinna tam
wchodzić, skoro sypialnia tymczasowo nie nadawała się do użytku.
Westchnęła
cicho, po czym w zamyśleniu wsunęła palce w futerko mruczącego cicho,
wtulonego w jej pierś kota. Nie miała pojęcia, co sądzić o rozmowie z Ryanem,
ale z jakiegoś powodu była pewna jednego: cokolwiek przemilczał, mogło
okazać się naprawdę istotne.

Ryan
Szlag, szlag… Niech to szlag…! Co to w ogóle było?
Ryan nie
mógł się skoncentrować. To nie był pierwszy raz, kiedy w głowie miał
pustkę, a sama próba zebrania myśli okazała się prawdziwym,
przewyższającym jego możliwości wyzwaniem. Najpewniej nieprzyjemne wrażenia
dodatkowo potęgowało srebro, choć obecność kruszcu przynajmniej nie raniła go w taki
sposób, jak to bywało z wampirami. W zasadzie ograniczający
jakiekolwiek zdolności srebra sprawiało, że czuł się lepiej, choć sam nie miał
pewności, czy to miało jakikolwiek sens. Na pewno pozostawiał świadomy w o wiele
większym stopniu, niż przez ostatnie tygodnie, a to już chyba o czymś
znaczyło.
W pamięci
raz po raz odtwarzał rozmowę z Jocelyne, wciąż nie mogąc uwierzyć w jej
przebieg. Co więcej, nie mógł pozbyć się wrażenia, że zrobił z siebie
kretyna. Co prawda podejrzewał, że dziewczyna dokładnie to samo mogła
powiedzieć o sobie, ale to nie zmieniało faktu, że to spotkanie było…
naprawdę nietypowe. Podobno nieśmiertelna dziewczyna również, choć do Ryana
wciąż nie docierało to, że mógłby pomylić jakąkolwiek nadnaturalną istotę z człowiekiem.
Ktoś tak strachliwy i na pierwszy rzut oka kruchy, zdecydowanie nie
pasował do tego świata.
Och, tak… Bo przecież nagle stałeś się
ekspertem, pomyślał i przez krótką chwilę miał ochotę parsknąć
pozbawionym wesołości śmiechem. W zasadzie mógł sobie na to pozwolić,
skoro został sam, ale i tak zdecydował się powstrzymać. Próbował nad sobą zapanować,
raz po raz powtarzając sobie, że nie działo się nic wartego uwagi, jednak i to
okazało się problematyczne. Inna sprawa, że od dawna podczas rozmowy z kimkolwiek
nie miał aż takiej kontroli nad własnymi odruchami, czując się niemalże sobą.
To była przyjemna odmiana po wszystkim, czego doświadczył w ostatnim
czasie, a skoro tak…
Zacisnął
usta, wciąż podenerwowany. Niewiele brakowało, żeby zaczął się tej dziewczynie
zwierzać, gotowy powiedzieć rzeczy, które zdecydowanie powinien zachować dla
siebie. Co prawda Jocelyne wydawała się ręczyć za matkę (swoją drogą, to wciąż do
niego nie docierało – ruda ślicznotka prędzej mogłaby uchodzić za jej siostrę),
ale niby dlaczego miał jej ufać? Jak na tę chwilę to on miał powody do niepokoju,
trwając w zamknięciu i musząc się liczyć z tym, że w każdej
chwili ktoś mógł spróbować go zabić. Jeśli wampir, który już raz przebił go
kołkiem, był dla Joce „wujkiem”, to Ryan wolał nie wnikać w to, jaka była
reszta jej rodziny – i to zwłaszcza po tym, jak dziewczyna w przypływie
szczerości oznajmiła mu, że jej kuzynka poślubiła demona.
Szlag, co
jeszcze? Miała w rodzinie wariata, gadającego kota czy grającego na
fujarce fauna?
Najgorsze
jednak w tym wszystkim było to, że i tak jej ufał. Może dlatego, że
wyglądała na tak niepozorną i bezbronną – prawie jak mała dziewczynka,
którą chciało się chronić, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Zwłaszcza kiedy
zaczęła krzyczeć i wyglądała tak, jakby właśnie przeżywała atak paniki,
Ryanowi nawet do głowy nie przyszło, by próbować ją tknąć. Może i miewał
problemy ze sobą już od jakiegoś czasu, ale to nie znaczyło, że był bez serca. Z drugiej
strony, może właśnie ta rzekoma „niewinność” Jocelyne pozostawała największą
pułapką, w jaką mógłby wpaść. Biorąc pod uwagę to, że sam prawie się przed
nią otworzył, zdecydowanie musiał uważać.
Ale
przecież dziewczyna była nieśmiertelna, tak? To mu zasugerowała, a w trakcie
rozmowy faktycznie zachowywała się jak ktoś, kto pozostawał w pełni
świadom tego, co działo się wokół niej i w tym domu. Ba! Mieszkała
tu, a jedna z pół-wampirzyc była jej matką, co najpewniej świadczyło o tym,
że również Joce miała naturę hybrydy. Skoro tak, mogła okazać się równie
niebezpieczna, co każda inna istota jej pokroju. Ostrzegano go przed tym,
prawda? Teraz na dodatek sam potrafił manipulować innymi, dokładnie tak, jak
zdradził dziewczynie, więc tym bardziej nie powinien naiwnie wierzyć w to,
że nawet najbardziej urokliwy wygląd, szedł w parze z łagodnym
charakterem.
Wypuścił
powietrze ze świstem, coraz bardziej niepewny tego, w co powinien wierzyć.
Jakaś jego część naiwnie podsuwała mu, że Joce jednak była niewinna – i że
wcale nie próbowała owinąć go sobie wokół palca. Cóż, nie w świadomy
sposób. Nie wierzył w to, choć być może powinien, mimo wszystko będąc w stanie
wyobrazić sobie, że ktokolwiek mógłby przysłać do niego pozornie niewinną
dziewczynkę, by wyśpiewał wszystko to, co „tamci” chcieli wiedzieć. Czemu nie,
prawda? To i tak wydawało się lepsze, niż gdyby ktokolwiek spróbował
zmusić go siłą, a skoro tak…
Och, to nie ma sensu!
Warknął
cicho, coraz bardziej rozdrażniony tym, jak bardzo niespójne wydawały się jego
myśli. Przez krótką chwilę walczył ze sobą, próbując odepchnąć je od siebie,
ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mógłby się spodziewać. Ta
dziewczyna nie dawała mu spokoju. Tak po prostu tutaj weszła, wpadła w coś
na kształt paniki, a potem względnie spokojnie oznajmiła mu, że szukała
kota… I którego ostatecznie znalazła, co niejako potwierdzało jej wersję.
Co więcej, nie potrafił znaleźć żadnego wyjaśnienia na jej pierwszą reakcję,
zwłaszcza że miał wrażenie, że nie chodziło tylko o niego. Joce wydawała
się czegoś bać, najwyraźniej spodziewając się po zejściu do piwnicy kogoś o wiele
bardzie niebezpiecznego niż Ryan.
Zawahał
się, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, czy dobrze zrobił, zniechęcając
ją na tyle, żeby sobie poszła. Przynajmniej miał z kim porozmawiać, tym
bardziej że jako jedyna nie drażniła go na tyle, by chciał się na nią rzucić.
Co więcej, jeśli faktycznie miała dobre intencje, mogła okazać się kluczem do
wolności. Nie żeby uważał, że mogła okazać się na tyle głupia, by ot tak go
wypuścić, ale… zawsze warto było spróbować, prawda? Oczywiście, że
wykorzystanie niewinnego dziecka nie byłoby w tym wypadku uczciwe, ale
jaki tak naprawdę miał wybór? Podobno na wojnie i w miłości wszystkie
chwyty dozwolone, a on najwyraźniej przypadkiem znalazł się w samym
środku jakiegoś konfliktu.
Westchnął w duchu,
uświadamiając sobie, że być może miał się nawet tego nie dowiedzieć. Joce nawet
przez chwilę wydawała się chętna, by zdradzić mu, jak to wyglądało z perspektywy
jej rodziny, ale teraz już i tak nie mógł na nią liczyć – nie, skoro
znajdowała się poza jego zasięgiem. Do tej pory nie weryfikował tego, co
wiedział, działając instynktownie i podświadomie dostosowując się do tego,
czego wymagała sytuacja, ale teraz…
Doprawdy,
ktoś taki jak ta dziewczyna miał być niebezpieczny? Nawet jej matka brzmiała
tak, jakby faktycznie chciała i mogła pomóc. Myśląc o tym, co
wydarzyło się w domu, w którym zaatakował, uświadomił sobie, że
największy problem leżał w tym, że zaatakował czyjąkolwiek córkę, a to
jak najbardziej był powód do obrony. Gdzie w takim razie był sens
wszystkiego, co wmawiano mu do tej pory na temat bezduszności i bardzo
ludzkich odruchów, skoro…?
Nie, to nie
miało sensu.
Zwłaszcza
po rozmowie, którą odbył z Jocelyne, naprawdę zaczynał wątpić w coś,
co wcześniej wydawało mu się oczywiste.
Wystarczy, nakazał sobie stanowczo. To,
co wiedział i mógł im powiedzieć, było jego kartą przetargową i tego
zamierzał się trzymać. Jeśli faktycznie byli tacy dobrzy i chętni do
pomocy, najpewniej mieli wysłuchać jego prośby o dotarcie do Cassandry. Co
prawda nie miał pewności, czy tym samym nie pakował dziewczyny w niebezpieczeństwo,
ale – jakby nie patrzeć – ta i tak została wciągnięta w to na tyle,
by nie mieć odwrotu. Podejrzewał, że prędzej czy później stanie się taka jak
on, a skoro tak…
Cóż, przy
odrobinie szczęścia faktycznie mogli jej pomóc – i jeśli miał być szczery,
właśnie na to liczył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz