
Jocelyne
Musiała przyznać, że czuła się
lepiej. Nie była pewna, co tak naprawdę zadziałało, ale rozmowa z Claire
przyniosła jej swego rodzaju ukojenie, którego potrzebowała. Co prawda to w najmniejszym
nawet stopniu nie rozwiązywało problemu Dallasa, ale sama świadomość tego, że
ktoś miał pomóc przy szukaniu informacji, wydała się Joce kojąca. Zwłaszcza
wzmianki kuzynki o tym, że przynajmniej podejrzewała, gdzie i czego
powinna zacząć szukać, wydawały się obiecujące, to zaś na dobry początek
musiało jej wystarczyć.
Nie
rozmawiały długo, w pewnym momencie znów ograniczając się do trwania w ciszy,
co ostatecznie przekonało Jocelyne, żeby się ewakuować. Była zmęczona, choć
zarazem wątpiła, by uczucie to jakkolwiek wiązało się z tym, czego
doświadczyła. To było coś innego, co towarzyszyło jej właściwie od chwili, w której
pomogła Beatrycze wrócić do świata żywych. Być może chodziło o to, że przez
cały czas balansowała gdzieś na granicy świata żywych i umarłych, chcąc
nie chcąc mając związek z istotami, których nawet nie widziała. Wcześniej
to aż do tego stopnia nie dawało jej się we znaki, ale odkąd Allegra wprost
zaczęła nazywać rzeczy po imieniu, dając Jocelyne do zrozumienia, że powinna liczyć
się z wysysaniem energii przez lgnące do niej duchy, ten stan rzeczy wydał
się dziewczynie aż nazbyt oczywisty.
Inna
sprawa, że musiała porozmawiać zarówno z ciotką, jak i z Marco.
Już nie chodziło tylko o to, co sugerowała Claire, mówiąc, że Allegra
mogłaby jej szukać. Sama Jocelyne tego potrzebowała, najzwyczajniej w świecie
pragnąć upewnić się, co zobaczyła. Jeśli Dallas faktycznie jakimś cudem stał się
materialny i to choćby na krótką chwilę…
Zadrżała,
nagle zaniepokojona taką możliwością. Nie zastanawiała się nad tym, jakie
możliwości dawały zdolności, którymi dysponowała. W zasadzie to było tak,
że z uporem odpychała od siebie prawdę, nie chcąc ot tak przyznać się do
tego, że mogłaby kogokolwiek wskrzesić. Oczywiście, udało jej się z Beatrycze,
ale to do tej pory brzmiało niczym sen albo czysta abstrakcja. Do tej pory
niewiele pamiętała z tego, co wydarzyło się na cmentarzu, świadoma
wyłącznie tego, że Within miała z tym jakikolwiek związek… A skoro w grę
wchodził udział jakiegokolwiek demona, sprawy zdecydowanie nie miały się
dobrze.
Nie
zmieniało to faktu, że potrafiła zrozumieć rozgoryczenie Dallasa. Ba! W obecnej
sytuacji mogłaby zrozumieć żal kogokolwiek innego na jego miejscu. Nie była
pewna, czy jakikolwiek duch był w stanie ot tak zaakceptować myśl o tym,
że był martwy – i że osoba, która teoretycznie mogła zapewnić mu powrót,
nie chciała się na to zdobyć. To z pewnością bolało, tym bardziej że w przypadku
jej i Dallasa w grę wchodziła jeszcze więź emocjonalna. Jakby tego
było mało, do pewnego stopnia wciąż obwiniała się o jego śmierć, z kolei
to…
Chwilami
naprawdę czuła, że to wszystko zaczynało ją przerastać.
Jakkolwiek
by nie było, sprawa przywrócenia Dallasa do życia wydawała się niemniej
abstrakcyjna, co i obecność Beatrycze. Co więcej, wszystko w Jocelyne
aż krzyczało, że nie mogła tego zrobić – nie po raz kolejny, nawet jeśli
faktycznie tego stała. Wiedziała czym jest strata, choć zdolność widzenia
umarłych z pewnością w znaczny sposób łagodziła świadomość, że
chłopak był martwy. Problem w tym, że to jedynie wszystko jeszcze bardziej
komplikowało, a Joce nie mogła pozbyć się wrażenia, że Dallas męczył się
tylko i wyłącznie przez wzgląd na nią. To ona przez tyle czasu trzymała go
przy sobie – z kolei teraz, kiedy w końcu odważyła się dać mu do
zrozumienia, że powinien odejść, spotkała się z odmową i jeszcze
silniejszym żalem.
Co działo
się z duszami po śmierci? Wiedziała, że musieli być też inni, którzy w przeciwieństwie
do Dallasa czy Rosy poszli gdzieś dalej, gdzie nawet ona nie potrafiła ich
dosięgnąć. Nie rozumiała tego, nie miała pojęcia jak to wszystko działało, ale instynkt
podpowiadał jej, że o to właśnie chodziło. Kiedy szukała wzmianek o nekromancji,
niemalże wszędzie wrzucały jej się informacje o niespokojnych duszach,
które szukały ukojenia. Ona mogła je poprowadzić – wskazać rzekome „światło” do
którego wszyscy dążyli, ale niby w jaki sposób mogła tego dokonać? Jak w ogóle
miałaby pomagać komukolwiek, skoro sama niezmiennie się w tym wszystkim
gubiła?
To ją
martwiło i w równym stopniu przerażała, zwłaszcza że doskonale
zdawała sobie sprawę z tego, że Rosa nie mogła jej chronić w nieskończoność.
Prędzej czy później ktoś jednak miał zwrócić na nią uwagę, a to… Cóż,
mogłoby się skończyć naprawdę różnie. Wystarczyło, by przypadkiem trafiła do
miejsca, w którym wydarzyło się coś niedobrego, tak jak w tamtym
domu, w którym zobaczyła tamtego martwego mężczyznę. Skoro on mógł za nią
podążyć, inni również byli do tego zdolni. Co więcej, w każdej chwili
mogła trafić na kogoś naprawdę zawziętego i absolutnie mniej subtelnego od
Rosy, a wtedy…
Sama
możliwość sprawiała, że robiło jej się niedobrze.
Bez słowa
przytuliła do siebie czarnego kociaka od Allegry. W końcu musiała nadać mu
jakieś imię, jednak przynajmniej tymczasowo nie miała do tego słowy. Liczyło
się przede wszystkim to, że czuła się przy nim lepiej, zaś możliwość skoncentrowania
się na tym, czego stworzenie mogłoby potrzebować, wydawało się miłą odskocznią.
To, że kotek niezmiennie się do niej łasił, najwyraźniej nie będąc jednym z tych
egzemplarzy, które z założenia miały cały świat gdzieś, wiele ułatwiało,
Jocelyne zaś miała wrażenie, że Allegrze udało się trafić w sedno.
– Allegra… –
mruknęła, wsuwając palce w czarne futerko. – Może tak cię nazwę, co? Jak
sądzisz, obrazi się za to na mnie? – rzuciła półżartem, półserio.
Nie
otrzymała jednoznacznej odpowiedzi, ale mimo wszystko uznała, że to dobrze –
ostatnim, czego potrzebowała, to odkryć, że prócz duchów, mogła porozumieć się
również z kotami. Z drugiej strony, gdyby miała wybierać,
zdecydowanie bardziej wolałaby rozmawiać ze zwierzętami, aniżeli mierzyć się z tym,
co potrafiła. Gdyby to faktycznie było takie proste, wtedy…
Kot w jej
ramionach poruszył się niespokojnie, po czym bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
wyślizgnął się z objęć Joce. Zaskoczona przystanęła, dla pewności
chwytając się poręczy schodów, by przypadkiem nie spaść.
– Hej! –
zaprotestowała, z powątpiewaniem spoglądając na czarną kulkę, która jak
gdyby nigdy nic zbiegła po stopniach, najwyraźniej nie zamierzając pozwolić zanieść
się z powrotem na piętro.
Joce
wywróciła oczami, po czym w pośpiechu ruszyła za kotem. Nie miała
pewności, jak bardzo młode i nieporadne było stworzenie, którym przyszło
jej się opiekować, ale w pamięci wciąż miała słowa Allegry – to, że
powinna być ostrożna. Zresztą puszczenie samotnego kociaka w domu, który
zamieszkiwali nieśmiertelni, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Podejrzewała,
że zwłaszcza przy nadnaturalnych umiejętnościach, dogonienie stworzenia nie
powinno być trudne, szybko jednak przekonała się, że nie ma racji. Zaklęła
cicho, kiedy w pośpiechu omal nie wpadła na framugę, nie pierwszy raz
mając problem z zachowaniem równowagi. Wciąż ironicznym wydawało jej się to,
że jako istota w połowie nieśmiertelna, mogłaby być jednocześnie zdolna do
potknięcia się o własne nogi, chociaż z biegiem czasu mimo wszystko
zdążyła się do tego przyzwyczaić.
– Bez
żartów… – obruszyła się, widząc jak kot ostatecznie zatrzymuje się przy
drzwiach do piwnicy, najwyraźniej uznając je za obiekt idealny, by zamienić go w drapak.
W pośpiechu
pokonała dzielącą ją od możliwe, że
Allegry odległość, kolejny raz próbując wziąć kociaka na ręce. Zamiauczał w odpowiedzi,
znów zaczynając zachowywać się w o wiele zbyt żywiołowy, zdradzający
podekscytowanie sposób. Jocelyne nie miała pojęcia, co powinna o tym
myśleć, zwłaszcza że do tej podobne zachowanie kończyło się tym, że kot w pośpiechu
uciekał, wyczuwając obecność któregoś z duchów. Tak przynajmniej reagował w przypadku
tych, które nie przypadły mu do gustu, niemniej tym razem…
Joce z powątpiewaniem
spojrzała na zamknięte drzwi.
– No co? –
zapytała cicho, chociaż zwracanie się do szamocącego się w jej uścisku
kota zdecydowanie nie było normalne. Z drugiej strony, już dawno doszła do
wniosku, że zdążyła się minąć z tym, co można by określić mianem „normy”. –
Co tam jest?
Oczywiście i tym
razem nie otrzymała odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Mogła odwrócić się
i odejść, wracając do pokoju, ale z jakiegoś powodu zawahała się,
przez krótką chwilę niezdolna do tego, żeby ruszyć się z miejsca. W milczeniu
wpatrywała się w zamknięte drzwi, nagle ogarnięta niezrozumiałym,
przejmującym chłodem i poczuciem, że w pobliżu znajdowało się coś…
nietypowego. Albo ktoś, chociaż ta druga myśl przynajmniej na pierwszy rzut oka
zdawała się mieć niewiele sensu.
Coś było
nie tak z piwnicą i zdawała sobie spraw z tego już od dłuższego
czasu. W zasadzie wiedziała, że coś poszło nie tak w dniu, w którym
zginął Seth. To była jedna z tych spraw, która tyczyła się Rufusa i w którą
wolała się nie mieszać, do tej pory podświadomie woląc trzymać się na dystans.
Inna sprawa, że już wtedy zadręczała się perspektywą rozmowy z Dallasem,
ale mimo wszystko…
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że w pewnym
momencie zdecydowała się zrobić krok naprzód, znacznie skracając dzielący ją od
drzwi dystans. Jej palce zupełnie machinalnie zacisnęły się na klamce, chociaż
nie od razu zdecydowała się ją nacisnąć. Właściwie sama nie była pewna, co
spodziewała się zobaczyć po zajrzeniu do środka, gwałtownie wypuszczając
powietrze ze świstem w chwili, w której powitała ją ciemność. W mroku
ledwo widziała zarys schodów, z jakiegoś powodu mając wrażenie, że prowadzące
w dół stopnie miały w sobie coś niepokojącego – albo ze właśnie na
dole mogła napotkać kogoś, z kim niekoniecznie chciała się spotkać.
Więc po co tam zaglądasz?, warknęła na
siebie w duchu, próbując wziąć się w garść. Energicznie potrząsnęła głową,
tym samym skutecznie wyrywając się z dziwnego letargu, w który
popadła. Natychmiast zdecydowała się wycofać, dziwnie wytrącona z równowagi
tym, że choć przez moment do głowy przyszło jej coś innego. Nie miała powodu,
żeby tam schodzić, zwłaszcza zdając sobie sprawę z tego, że wręcz nie
powinna sobie na to pozwolić. Cokolwiek się działo…
Kot w jej
ramionach bez jakiegokolwiek ostrzeżenia poruszył się niespokojnie, by w następnej
sekundzie po raz kolejny spróbować się oswobodzić. Zanim zdążyła choćby
zastanowić się nad tym, co powinna zrobić, stworzenie bezceremonialnie wbiegło
do piwnicy, chwilę później znikając w ciemnościach.
– Allegro!
Czy
naprawdę musiał jej to robić? Tym razem ledwo powstrzymała się przed powiedzeniem
czegoś, co w jej ustach zdecydowanie nie zabrzmiałoby dobrze. Zawahała się
na chwilę, z powątpiewaniem spoglądając w ślad za kotem i czując,
że jej żołądek zaczyna skręcać się ze zdenerwowania. Naprawdę musiała tam
zejść? Wiedziała, że powinna zaczekać albo przynajmniej poprosić, żeby ktoś
zszedł na dół wraz z nią, ale nie miała w sobie aż tyle cierpliwości.
W efekcie po prostu ruszyła się z miejsca, mimo napięcia zmuszając się
do tego, żeby ostrożnie zejść z kolejnych stopni, by nie ryzykować kolejnego
upadku z wysokości.
Potrzebowała
kilku sekund, by przyzwyczaić oczy do panujących dookoła ciemności. Wyostrzone
zmysły mimo wszystko okazały się atutem, pozwalając jej zobaczyć o wiele
więcej, niż mógłby oczekiwać w podobnej sytuacji człowiek. Co prawda brak
światła bywał równie uciążliwy dla każdej z ras, ale przynajmniej mogła
poruszać się we względnie swobodny sposób. Na początek musiało ją to zadowolić,
chociaż i tak pożałowała, że nie sprawdziła, czy przypadkiem gdzieś przy
wejściu znajdował się włącznik światła.
Jocelyne na
krótką chwilę przystanęła, nasłuchując, by mieć większą szansę na znalezienie
kota. Zaraz po tym zapragnęła z całej siły uderzyć się w czołu, uprzytomniając
sobie, że wcale nie musiała męczyć się z błądzeniem po piwnicy na oślep.
Potrzebowała dłuższej chwili, by skupić się na mocy i – zgodnie z tym,
czego nauczyła się już jako dziecko – przywołać ją do siebie w taki
sposób, by ta zmaterializowała się w postaci rzucającej łagodny,
srebrzysto-złoty poblask kuli energii. Zmrużyła oczy, jednocześnie mimo
wszystko pozwalając sobie na blady uśmiech. Cóż, obyło się bez utraty kontroli,
więc zdecydowanie mogła być z siebie dumna.
W porządku. Więc gdzie ty jesteś?,
pomyślała mimochodem, skupiając się na tym, co musiała zrobić. Powiodła
wzrokiem dookoła, próbując wypatrzeć cokolwiek, co mogłoby naprowadzić ją na
trop kota. Skrzywiła się nieznacznie, uprzytomniając sobie, że znalezienie
takiego maleństwa, na dodatek o futerku w kolorze głębokiej czerni,
miało okazać się naprawdę problematyczne, ale mimo wszystko…
– Szlag…
Mogłabyś tak nie świecić?
Ze strachu
omal nie wyszła siebie. Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że bez
jakiegokolwiek ostrzeżenia usłyszy w ciemnej piwnicy męski, całkowicie
obcy jej głos. Z wrażenia aż krzyknęła, po czym w pośpiechu odskoczyła,
zatoczyła się i dosłownie wpadła na ścianę. Nikła kula energii zgasła równie
nagle, co się pojawiła, kolejny raz pogrążając piwnicę w nieprzeniknionych
ciemnościach.
Jocelyne
cicho jęknęła, w następnej sekundzie z wolna osuwając się po ścianie
na podłogę, coraz bardziej przerażona. Nie miała pojęcia, skąd dochodził ten
głos, to jednak wydawało się najmniej istotne. Liczyło się przede wszystkim to,
że najwyraźniej utknęła w ciemnej piwnicy z kimś, kto mógł być
gdziekolwiek – nawet tuż przed nią, chociaż nie mogła go zobaczyć.
Jeśli
dodatkowo miała do czynienia z umarłym, zdecydowanie nie chciała widzieć.
Zacisnęła
powieki, choć to wydawało się najmniej istotne i w gruncie rzeczy
niczego nie zmieniało. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, tym razem nie
po to, żeby znów zacząć krzyczeć, ale w próbie odzyskania kontroli nad
sobą. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości, a tym bardziej atak
paniki – nie w sytuacji, w której mogła być zagrożona.
Słodka
bogini, przecież nie chciała tutaj schodzić…
Oddychała
szybko i płytko, aż nazbyt świadoma, że w ten sposób wyraźnie zdradzała
swoje położenie. Spróbowała nawet przycisnąć obie dłonie do ust, w nadziei,
że w ten sposób przynajmniej po części zagłuszy przesadnie głośny świst
powietrza, to jednak okazało się niemożliwe. Zamrugała pośpiesznie, czując zbierające
się pod powiekami łzy. Czuła, że serce waliło jej jak oszalałe, uderzając tak
mocno i szybko, że ledwo mogła oddychać, gotowa przysiąc, że naprawdę niewiele
brakowało, żeby na domiar złego straciła przytomność.
Cisza,
która nagle zapanowała w piwnicy, miała w sobie coś przenikliwego.
Joce nasłuchiwała, wręcz czekając aż wydarzy się coś niedobrego, co mogłaby
przypłacić życiem, jednak kolejne sekundy mijały, a ona wciąż była cała.
Co więcej, prócz własnego, coraz bardziej urywanego oddechu, nie słyszała
niczego innego, a przynajmniej tak pomyślała w pierwszej chwili.
Dopiero kiedy uspokoiła się na tyle, by zacząć miarowo chwytać powietrze,
dotarło do niej, że słyszy jeszcze jeden oddech – znacznie spokojniejszy i cichszy,
przez co równie dobrze mógł okazać się wytworem jej wyobraźni.
Duchy nie
oddychały, prawda? Co więcej, minęło dość czasu, by w sytuacji, w której
ktoś chciałby ją dorwać, mógł dotrzeć do niej przynajmniej ze sto razy. Co
prawda nie poczuła się z tą myślą jakoś szczególnie lepiej, ale mimo
wszystko zdołała się rozluźnić i znów zacząć myśleć rozsądnie. Nie
potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy była bezpieczna, jednak i tego nie
miała być w stanie określić, skoro przez cały czas kuliła się pod ścianą,
powstrzymując szloch.
Słodka
bogini, wcale nie chciała tego sprawdzać. Ani trochę nie miała na to ochoty,
ale…
Miała
wrażenie, że walczyła ze sobą dosłownie całą wieczność, choć z równym powodzeniem
mogło minąć tylko kilka sekund. Wciąż drżała, kiedy w końcu zdecydowała
się nachylić do przodu i – z wyraźnym trudem, tym bardziej że nie
mogła się skoncentrować – przywołać do siebie wciąż obecną w jej ciele
moc. Potrzebowała kilku prób, zanim jarząca się światłem kula w końcu
zmaterializowała się przed jej twarzą, niemniej coś w przyjemnym, kojącym
blasku sprawiło, że poczuła się przynajmniej odrobinę lepiej.
W porządku…, pomyślała mimochodem.
Zwracanie się do siebie w myślach sprawiało, że łatwiej mogła nad sobą
panować, choć i to wcale nie musiało okazać się aż tak skuteczną metodą. Teraz po prostu się rozejrzyj i…
Nie dokończyła
tej myśli, ta zresztą wydawała się zbędna. W zamian na dłuższą chwilę
zamarła, uświadamiając sobie, że jak najbardziej nie była w piwnicy sama.
Nie od razu skoncentrowała się na drugiej, znajdującej się po przeciwnej
stronie pomieszczenia postaci, w pierwszym odruchu próbując wyprzeć możliwość,
że mogłaby kogokolwiek widzieć. Ostatecznie poddała się, chcąc nie chcąc
skupiając wzrok na intruzie, zwłaszcza że wszystko w niej aż krzyczało, że
nie miała do czynienia z duchem.
Och, wręcz
przeciwnie. Spoglądał na nią milczący, zadziwiająco wręcz spokojny… chłopak.
Jocelyne zawahała się, po czym wsparła na rękach, próbując wstać. Ostatecznie
zamarła w dość dziwnej pozycji, wciąż klęcząc na ziemi i po prostu
bezmyślnie wpatrując się w nieznajomego. Nie miała pojęcia, co się działo,
co ten chłopak tutaj robił i dlaczego, na litość bogini, najwyraźniej krępowały
go najpewniej srebrzyste łańcuchy, ale w tamtej chwili nie miała siły, by
choć próbować się nad tym zastanawiać.
– Ehm… Już?
– usłyszała i aż wzdrygnęła się, kiedy chłopak kolejny raz zdecydował się
przerwać milczenie. Machinalnie napięła mięśnie, ale poza tym nie drgnęła nawet
o milimetr, zmuszając się do tego, by pozostać w miejscu. – Nie
zamierzasz dalej krzyczeć albo…?
–
Przepraszam? – wymamrotała, bezwiednie wchodząc mu w słowo. To było
pierwsze, co w tamtej chwili przyszło jej do głowy.
Być może
powinna poczuć wstyd, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, jak gwałtowna była jej
reakcja, ale i to zeszło gdzieś na dalszy plan. W tamtej chwili w głowie
miała pustkę, już nawet nie próbując zrozumieć tego, co się działo. W zamian
mogła co najwyżej tkwić w miejscu i obserwować równie intensywnie
wpatrującego się w nią chłopaka. Podejrzewała, że z czasem takie
wzajemne gapienie się na siebie zaczęło być wręcz przerażające, ale nawet jeśli
w istocie tak się stało, nie zarejestrowała tego.
Nieznajomy
chwilę jeszcze się wahał, po czym odchrząknął, wyraźnie zmieszany.
– Więc… co
tutaj robisz?
Och, tak –
to było pytanie, które absolutnie spodziewała się usłyszeć we własnej piwnicy,
na dodatek od całkowicie obcego faceta!
Niedorzeczność
tej sytuacji uderzyła ją z całą mocą, jednak nawet to nie powstrzymało
Joce od próby udzielenia odpowiedzi.
– J-ja… –
Urwała, po czym przełknęła z trudem. Jeszcze tego brakowało, by w nerwach
nie pierwszy raz zaczęła się jąkać. – S-szukam kota – wypaliła, mimowolnie
krzywiąc się, kiedy głos po raz kolejny jej zadrżał.
Chłopak
zmierzył ją wzrokiem, bynajmniej nie sprawiając wrażenia szczególnie zaskoczonego
taką odpowiedzią. W zasadzie po tym, jak z jego powodu prawie wpadła w panikę,
wydawał się na chętnego przyjąć dosłownie wszystko – i to niezależnie od tego,
czy odpowiedź miała sens.
– Och, tak…
Jasne. Czemu nie. – Miała wrażenie, że wyrzucał z siebie kolejne słowa w pośpiechu,
mówiąc tylko po to, by przerwać ciszę. – Szuka kota…
– To mój
dom, a ty jesteś tutaj obcy – obruszyła się. Coś w tonie nieznajomego
sprawiło, że jednak zdołała zdobyć się na nieco pewniejszą odpowiedź. – I to
ja powinnam zadawać tutaj pytania – dodała, chociaż drugi człon jej wypowiedzi
nie zabrzmiał nawet w połowie tak dobrze, jak mogłaby się tego spodziewać.
W pierwszym
odruchu chłopak spojrzał na nią dziwnie. Zaraz po tym na jego ustach pojawił się
wyraźnie wymuszony, nieco cyniczny uśmieszek.
– Skoro tak
stawiasz sprawę… – Prychnął, po czym wywrócił oczami. – Jestem Ryan. To tak,
jakbyś chciała wiedzieć, kogo najwyraźniej pozwalasz tutaj więzić…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz