10 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt dziewięć

Jocelyne
Musiała przyznać, że czuła się lepiej. Nie była pewna, co tak naprawdę zadziałało, ale rozmowa z Claire przyniosła jej swego rodzaju ukojenie, którego potrzebowała. Co prawda to w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało problemu Dallasa, ale sama świadomość tego, że ktoś miał pomóc przy szukaniu informacji, wydała się Joce kojąca. Zwłaszcza wzmianki kuzynki o tym, że przynajmniej podejrzewała, gdzie i czego powinna zacząć szukać, wydawały się obiecujące, to zaś na dobry początek musiało jej wystarczyć.
Nie rozmawiały długo, w pewnym momencie znów ograniczając się do trwania w ciszy, co ostatecznie przekonało Jocelyne, żeby się ewakuować. Była zmęczona, choć zarazem wątpiła, by uczucie to jakkolwiek wiązało się z tym, czego doświadczyła. To było coś innego, co towarzyszyło jej właściwie od chwili, w której pomogła Beatrycze wrócić do świata żywych. Być może chodziło o to, że przez cały czas balansowała gdzieś na granicy świata żywych i umarłych, chcąc nie chcąc mając związek z istotami, których nawet nie widziała. Wcześniej to aż do tego stopnia nie dawało jej się we znaki, ale odkąd Allegra wprost zaczęła nazywać rzeczy po imieniu, dając Jocelyne do zrozumienia, że powinna liczyć się z wysysaniem energii przez lgnące do niej duchy, ten stan rzeczy wydał się dziewczynie aż nazbyt oczywisty.
Inna sprawa, że musiała porozmawiać zarówno z ciotką, jak i z Marco. Już nie chodziło tylko o to, co sugerowała Claire, mówiąc, że Allegra mogłaby jej szukać. Sama Jocelyne tego potrzebowała, najzwyczajniej w świecie pragnąć upewnić się, co zobaczyła. Jeśli Dallas faktycznie jakimś cudem stał się materialny i to choćby na krótką chwilę…
Zadrżała, nagle zaniepokojona taką możliwością. Nie zastanawiała się nad tym, jakie możliwości dawały zdolności, którymi dysponowała. W zasadzie to było tak, że z uporem odpychała od siebie prawdę, nie chcąc ot tak przyznać się do tego, że mogłaby kogokolwiek wskrzesić. Oczywiście, udało jej się z Beatrycze, ale to do tej pory brzmiało niczym sen albo czysta abstrakcja. Do tej pory niewiele pamiętała z tego, co wydarzyło się na cmentarzu, świadoma wyłącznie tego, że Within miała z tym jakikolwiek związek… A skoro w grę wchodził udział jakiegokolwiek demona, sprawy zdecydowanie nie miały się dobrze.
Nie zmieniało to faktu, że potrafiła zrozumieć rozgoryczenie Dallasa. Ba! W obecnej sytuacji mogłaby zrozumieć żal kogokolwiek innego na jego miejscu. Nie była pewna, czy jakikolwiek duch był w stanie ot tak zaakceptować myśl o tym, że był martwy – i że osoba, która teoretycznie mogła zapewnić mu powrót, nie chciała się na to zdobyć. To z pewnością bolało, tym bardziej że w przypadku jej i Dallasa w grę wchodziła jeszcze więź emocjonalna. Jakby tego było mało, do pewnego stopnia wciąż obwiniała się o jego śmierć, z kolei to…
Chwilami naprawdę czuła, że to wszystko zaczynało ją przerastać.
Jakkolwiek by nie było, sprawa przywrócenia Dallasa do życia wydawała się niemniej abstrakcyjna, co i obecność Beatrycze. Co więcej, wszystko w Jocelyne aż krzyczało, że nie mogła tego zrobić – nie po raz kolejny, nawet jeśli faktycznie tego stała. Wiedziała czym jest strata, choć zdolność widzenia umarłych z pewnością w znaczny sposób łagodziła świadomość, że chłopak był martwy. Problem w tym, że to jedynie wszystko jeszcze bardziej komplikowało, a Joce nie mogła pozbyć się wrażenia, że Dallas męczył się tylko i wyłącznie przez wzgląd na nią. To ona przez tyle czasu trzymała go przy sobie – z kolei teraz, kiedy w końcu odważyła się dać mu do zrozumienia, że powinien odejść, spotkała się z odmową i jeszcze silniejszym żalem.
Co działo się z duszami po śmierci? Wiedziała, że musieli być też inni, którzy w przeciwieństwie do Dallasa czy Rosy poszli gdzieś dalej, gdzie nawet ona nie potrafiła ich dosięgnąć. Nie rozumiała tego, nie miała pojęcia jak to wszystko działało, ale instynkt podpowiadał jej, że o to właśnie chodziło. Kiedy szukała wzmianek o nekromancji, niemalże wszędzie wrzucały jej się informacje o niespokojnych duszach, które szukały ukojenia. Ona mogła je poprowadzić – wskazać rzekome „światło” do którego wszyscy dążyli, ale niby w jaki sposób mogła tego dokonać? Jak w ogóle miałaby pomagać komukolwiek, skoro sama niezmiennie się w tym wszystkim gubiła?
To ją martwiło i w równym stopniu przerażała, zwłaszcza że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Rosa nie mogła jej chronić w nieskończoność. Prędzej czy później ktoś jednak miał zwrócić na nią uwagę, a to… Cóż, mogłoby się skończyć naprawdę różnie. Wystarczyło, by przypadkiem trafiła do miejsca, w którym wydarzyło się coś niedobrego, tak jak w tamtym domu, w którym zobaczyła tamtego martwego mężczyznę. Skoro on mógł za nią podążyć, inni również byli do tego zdolni. Co więcej, w każdej chwili mogła trafić na kogoś naprawdę zawziętego i absolutnie mniej subtelnego od Rosy, a wtedy…
Sama możliwość sprawiała, że robiło jej się niedobrze.
Bez słowa przytuliła do siebie czarnego kociaka od Allegry. W końcu musiała nadać mu jakieś imię, jednak przynajmniej tymczasowo nie miała do tego słowy. Liczyło się przede wszystkim to, że czuła się przy nim lepiej, zaś możliwość skoncentrowania się na tym, czego stworzenie mogłoby potrzebować, wydawało się miłą odskocznią. To, że kotek niezmiennie się do niej łasił, najwyraźniej nie będąc jednym z tych egzemplarzy, które z założenia miały cały świat gdzieś, wiele ułatwiało, Jocelyne zaś miała wrażenie, że Allegrze udało się trafić w sedno.
– Allegra… – mruknęła, wsuwając palce w czarne futerko. – Może tak cię nazwę, co? Jak sądzisz, obrazi się za to na mnie? – rzuciła półżartem, półserio.
Nie otrzymała jednoznacznej odpowiedzi, ale mimo wszystko uznała, że to dobrze – ostatnim, czego potrzebowała, to odkryć, że prócz duchów, mogła porozumieć się również z kotami. Z drugiej strony, gdyby miała wybierać, zdecydowanie bardziej wolałaby rozmawiać ze zwierzętami, aniżeli mierzyć się z tym, co potrafiła. Gdyby to faktycznie było takie proste, wtedy…
Kot w jej ramionach poruszył się niespokojnie, po czym bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyślizgnął się z objęć Joce. Zaskoczona przystanęła, dla pewności chwytając się poręczy schodów, by przypadkiem nie spaść.
– Hej! – zaprotestowała, z powątpiewaniem spoglądając na czarną kulkę, która jak gdyby nigdy nic zbiegła po stopniach, najwyraźniej nie zamierzając pozwolić zanieść się z powrotem na piętro.
Joce wywróciła oczami, po czym w pośpiechu ruszyła za kotem. Nie miała pewności, jak bardzo młode i nieporadne było stworzenie, którym przyszło jej się opiekować, ale w pamięci wciąż miała słowa Allegry – to, że powinna być ostrożna. Zresztą puszczenie samotnego kociaka w domu, który zamieszkiwali nieśmiertelni, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Podejrzewała, że zwłaszcza przy nadnaturalnych umiejętnościach, dogonienie stworzenia nie powinno być trudne, szybko jednak przekonała się, że nie ma racji. Zaklęła cicho, kiedy w pośpiechu omal nie wpadła na framugę, nie pierwszy raz mając problem z zachowaniem równowagi. Wciąż ironicznym wydawało jej się to, że jako istota w połowie nieśmiertelna, mogłaby być jednocześnie zdolna do potknięcia się o własne nogi, chociaż z biegiem czasu mimo wszystko zdążyła się do tego przyzwyczaić.
– Bez żartów… – obruszyła się, widząc jak kot ostatecznie zatrzymuje się przy drzwiach do piwnicy, najwyraźniej uznając je za obiekt idealny, by zamienić go w drapak.
W pośpiechu pokonała dzielącą ją od możliwe, że Allegry odległość, kolejny raz próbując wziąć kociaka na ręce. Zamiauczał w odpowiedzi, znów zaczynając zachowywać się w o wiele zbyt żywiołowy, zdradzający podekscytowanie sposób. Jocelyne nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, zwłaszcza że do tej podobne zachowanie kończyło się tym, że kot w pośpiechu uciekał, wyczuwając obecność któregoś z duchów. Tak przynajmniej reagował w przypadku tych, które nie przypadły mu do gustu, niemniej tym razem…
Joce z powątpiewaniem spojrzała na zamknięte drzwi.
– No co? – zapytała cicho, chociaż zwracanie się do szamocącego się w jej uścisku kota zdecydowanie nie było normalne. Z drugiej strony, już dawno doszła do wniosku, że zdążyła się minąć z tym, co można by określić mianem „normy”. – Co tam jest?
Oczywiście i tym razem nie otrzymała odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Mogła odwrócić się i odejść, wracając do pokoju, ale z jakiegoś powodu zawahała się, przez krótką chwilę niezdolna do tego, żeby ruszyć się z miejsca. W milczeniu wpatrywała się w zamknięte drzwi, nagle ogarnięta niezrozumiałym, przejmującym chłodem i poczuciem, że w pobliżu znajdowało się coś… nietypowego. Albo ktoś, chociaż ta druga myśl przynajmniej na pierwszy rzut oka zdawała się mieć niewiele sensu.
Coś było nie tak z piwnicą i zdawała sobie spraw z tego już od dłuższego czasu. W zasadzie wiedziała, że coś poszło nie tak w dniu, w którym zginął Seth. To była jedna z tych spraw, która tyczyła się Rufusa i w którą wolała się nie mieszać, do tej pory podświadomie woląc trzymać się na dystans. Inna sprawa, że już wtedy zadręczała się perspektywą rozmowy z Dallasem, ale mimo wszystko…
Zamrugała nieco nieprzytomnie, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że w pewnym momencie zdecydowała się zrobić krok naprzód, znacznie skracając dzielący ją od drzwi dystans. Jej palce zupełnie machinalnie zacisnęły się na klamce, chociaż nie od razu zdecydowała się ją nacisnąć. Właściwie sama nie była pewna, co spodziewała się zobaczyć po zajrzeniu do środka, gwałtownie wypuszczając powietrze ze świstem w chwili, w której powitała ją ciemność. W mroku ledwo widziała zarys schodów, z jakiegoś powodu mając wrażenie, że prowadzące w dół stopnie miały w sobie coś niepokojącego – albo ze właśnie na dole mogła napotkać kogoś, z kim niekoniecznie chciała się spotkać.
Więc po co tam zaglądasz?, warknęła na siebie w duchu, próbując wziąć się w garść. Energicznie potrząsnęła głową, tym samym skutecznie wyrywając się z dziwnego letargu, w który popadła. Natychmiast zdecydowała się wycofać, dziwnie wytrącona z równowagi tym, że choć przez moment do głowy przyszło jej coś innego. Nie miała powodu, żeby tam schodzić, zwłaszcza zdając sobie sprawę z tego, że wręcz nie powinna sobie na to pozwolić. Cokolwiek się działo…
Kot w jej ramionach bez jakiegokolwiek ostrzeżenia poruszył się niespokojnie, by w następnej sekundzie po raz kolejny spróbować się oswobodzić. Zanim zdążyła choćby zastanowić się nad tym, co powinna zrobić, stworzenie bezceremonialnie wbiegło do piwnicy, chwilę później znikając w ciemnościach.
– Allegro!
Czy naprawdę musiał jej to robić? Tym razem ledwo powstrzymała się przed powiedzeniem czegoś, co w jej ustach zdecydowanie nie zabrzmiałoby dobrze. Zawahała się na chwilę, z powątpiewaniem spoglądając w ślad za kotem i czując, że jej żołądek zaczyna skręcać się ze zdenerwowania. Naprawdę musiała tam zejść? Wiedziała, że powinna zaczekać albo przynajmniej poprosić, żeby ktoś zszedł na dół wraz z nią, ale nie miała w sobie aż tyle cierpliwości. W efekcie po prostu ruszyła się z miejsca, mimo napięcia zmuszając się do tego, żeby ostrożnie zejść z kolejnych stopni, by nie ryzykować kolejnego upadku z wysokości.
Potrzebowała kilku sekund, by przyzwyczaić oczy do panujących dookoła ciemności. Wyostrzone zmysły mimo wszystko okazały się atutem, pozwalając jej zobaczyć o wiele więcej, niż mógłby oczekiwać w podobnej sytuacji człowiek. Co prawda brak światła bywał równie uciążliwy dla każdej z ras, ale przynajmniej mogła poruszać się we względnie swobodny sposób. Na początek musiało ją to zadowolić, chociaż i tak pożałowała, że nie sprawdziła, czy przypadkiem gdzieś przy wejściu znajdował się włącznik światła.
Jocelyne na krótką chwilę przystanęła, nasłuchując, by mieć większą szansę na znalezienie kota. Zaraz po tym zapragnęła z całej siły uderzyć się w czołu, uprzytomniając sobie, że wcale nie musiała męczyć się z błądzeniem po piwnicy na oślep. Potrzebowała dłuższej chwili, by skupić się na mocy i – zgodnie z tym, czego nauczyła się już jako dziecko – przywołać ją do siebie w taki sposób, by ta zmaterializowała się w postaci rzucającej łagodny, srebrzysto-złoty poblask kuli energii. Zmrużyła oczy, jednocześnie mimo wszystko pozwalając sobie na blady uśmiech. Cóż, obyło się bez utraty kontroli, więc zdecydowanie mogła być z siebie dumna.
W porządku. Więc gdzie ty jesteś?, pomyślała mimochodem, skupiając się na tym, co musiała zrobić. Powiodła wzrokiem dookoła, próbując wypatrzeć cokolwiek, co mogłoby naprowadzić ją na trop kota. Skrzywiła się nieznacznie, uprzytomniając sobie, że znalezienie takiego maleństwa, na dodatek o futerku w kolorze głębokiej czerni, miało okazać się naprawdę problematyczne, ale mimo wszystko…
– Szlag… Mogłabyś tak nie świecić?
Ze strachu omal nie wyszła siebie. Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że bez jakiegokolwiek ostrzeżenia usłyszy w ciemnej piwnicy męski, całkowicie obcy jej głos. Z wrażenia aż krzyknęła, po czym w pośpiechu odskoczyła, zatoczyła się i dosłownie wpadła na ścianę. Nikła kula energii zgasła równie nagle, co się pojawiła, kolejny raz pogrążając piwnicę w nieprzeniknionych ciemnościach.
Jocelyne cicho jęknęła, w następnej sekundzie z wolna osuwając się po ścianie na podłogę, coraz bardziej przerażona. Nie miała pojęcia, skąd dochodził ten głos, to jednak wydawało się najmniej istotne. Liczyło się przede wszystkim to, że najwyraźniej utknęła w ciemnej piwnicy z kimś, kto mógł być gdziekolwiek – nawet tuż przed nią, chociaż nie mogła go zobaczyć.
Jeśli dodatkowo miała do czynienia z umarłym, zdecydowanie nie chciała widzieć.
Zacisnęła powieki, choć to wydawało się najmniej istotne i w gruncie rzeczy niczego nie zmieniało. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, tym razem nie po to, żeby znów zacząć krzyczeć, ale w próbie odzyskania kontroli nad sobą. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości, a tym bardziej atak paniki – nie w sytuacji, w której mogła być zagrożona.
Słodka bogini, przecież nie chciała tutaj schodzić…
Oddychała szybko i płytko, aż nazbyt świadoma, że w ten sposób wyraźnie zdradzała swoje położenie. Spróbowała nawet przycisnąć obie dłonie do ust, w nadziei, że w ten sposób przynajmniej po części zagłuszy przesadnie głośny świst powietrza, to jednak okazało się niemożliwe. Zamrugała pośpiesznie, czując zbierające się pod powiekami łzy. Czuła, że serce waliło jej jak oszalałe, uderzając tak mocno i szybko, że ledwo mogła oddychać, gotowa przysiąc, że naprawdę niewiele brakowało, żeby na domiar złego straciła przytomność.
Cisza, która nagle zapanowała w piwnicy, miała w sobie coś przenikliwego. Joce nasłuchiwała, wręcz czekając aż wydarzy się coś niedobrego, co mogłaby przypłacić życiem, jednak kolejne sekundy mijały, a ona wciąż była cała. Co więcej, prócz własnego, coraz bardziej urywanego oddechu, nie słyszała niczego innego, a przynajmniej tak pomyślała w pierwszej chwili. Dopiero kiedy uspokoiła się na tyle, by zacząć miarowo chwytać powietrze, dotarło do niej, że słyszy jeszcze jeden oddech – znacznie spokojniejszy i cichszy, przez co równie dobrze mógł okazać się wytworem jej wyobraźni.
Duchy nie oddychały, prawda? Co więcej, minęło dość czasu, by w sytuacji, w której ktoś chciałby ją dorwać, mógł dotrzeć do niej przynajmniej ze sto razy. Co prawda nie poczuła się z tą myślą jakoś szczególnie lepiej, ale mimo wszystko zdołała się rozluźnić i znów zacząć myśleć rozsądnie. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czy była bezpieczna, jednak i tego nie miała być w stanie określić, skoro przez cały czas kuliła się pod ścianą, powstrzymując szloch.
Słodka bogini, wcale nie chciała tego sprawdzać. Ani trochę nie miała na to ochoty, ale…
Miała wrażenie, że walczyła ze sobą dosłownie całą wieczność, choć z równym powodzeniem mogło minąć tylko kilka sekund. Wciąż drżała, kiedy w końcu zdecydowała się nachylić do przodu i – z wyraźnym trudem, tym bardziej że nie mogła się skoncentrować – przywołać do siebie wciąż obecną w jej ciele moc. Potrzebowała kilku prób, zanim jarząca się światłem kula w końcu zmaterializowała się przed jej twarzą, niemniej coś w przyjemnym, kojącym blasku sprawiło, że poczuła się przynajmniej odrobinę lepiej.
W porządku…, pomyślała mimochodem. Zwracanie się do siebie w myślach sprawiało, że łatwiej mogła nad sobą panować, choć i to wcale nie musiało okazać się aż tak skuteczną metodą. Teraz po prostu się rozejrzyj i…
Nie dokończyła tej myśli, ta zresztą wydawała się zbędna. W zamian na dłuższą chwilę zamarła, uświadamiając sobie, że jak najbardziej nie była w piwnicy sama. Nie od razu skoncentrowała się na drugiej, znajdującej się po przeciwnej stronie pomieszczenia postaci, w pierwszym odruchu próbując wyprzeć możliwość, że mogłaby kogokolwiek widzieć. Ostatecznie poddała się, chcąc nie chcąc skupiając wzrok na intruzie, zwłaszcza że wszystko w niej aż krzyczało, że nie miała do czynienia z duchem.
Och, wręcz przeciwnie. Spoglądał na nią milczący, zadziwiająco wręcz spokojny… chłopak. Jocelyne zawahała się, po czym wsparła na rękach, próbując wstać. Ostatecznie zamarła w dość dziwnej pozycji, wciąż klęcząc na ziemi i po prostu bezmyślnie wpatrując się w nieznajomego. Nie miała pojęcia, co się działo, co ten chłopak tutaj robił i dlaczego, na litość bogini, najwyraźniej krępowały go najpewniej srebrzyste łańcuchy, ale w tamtej chwili nie miała siły, by choć próbować się nad tym zastanawiać.
– Ehm… Już? – usłyszała i aż wzdrygnęła się, kiedy chłopak kolejny raz zdecydował się przerwać milczenie. Machinalnie napięła mięśnie, ale poza tym nie drgnęła nawet o milimetr, zmuszając się do tego, by pozostać w miejscu. – Nie zamierzasz dalej krzyczeć albo…?
– Przepraszam? – wymamrotała, bezwiednie wchodząc mu w słowo. To było pierwsze, co w tamtej chwili przyszło jej do głowy.
Być może powinna poczuć wstyd, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, jak gwałtowna była jej reakcja, ale i to zeszło gdzieś na dalszy plan. W tamtej chwili w głowie miała pustkę, już nawet nie próbując zrozumieć tego, co się działo. W zamian mogła co najwyżej tkwić w miejscu i obserwować równie intensywnie wpatrującego się w nią chłopaka. Podejrzewała, że z czasem takie wzajemne gapienie się na siebie zaczęło być wręcz przerażające, ale nawet jeśli w istocie tak się stało, nie zarejestrowała tego.
Nieznajomy chwilę jeszcze się wahał, po czym odchrząknął, wyraźnie zmieszany.
– Więc… co tutaj robisz?
Och, tak – to było pytanie, które absolutnie spodziewała się usłyszeć we własnej piwnicy, na dodatek od całkowicie obcego faceta!
Niedorzeczność tej sytuacji uderzyła ją z całą mocą, jednak nawet to nie powstrzymało Joce od próby udzielenia odpowiedzi.
– J-ja… – Urwała, po czym przełknęła z trudem. Jeszcze tego brakowało, by w nerwach nie pierwszy raz zaczęła się jąkać. – S-szukam kota – wypaliła, mimowolnie krzywiąc się, kiedy głos po raz kolejny jej zadrżał.
Chłopak zmierzył ją wzrokiem, bynajmniej nie sprawiając wrażenia szczególnie zaskoczonego taką odpowiedzią. W zasadzie po tym, jak z jego powodu prawie wpadła w panikę, wydawał się na chętnego przyjąć dosłownie wszystko – i to niezależnie od tego, czy odpowiedź miała sens.
– Och, tak… Jasne. Czemu nie. – Miała wrażenie, że wyrzucał z siebie kolejne słowa w pośpiechu, mówiąc tylko po to, by przerwać ciszę. – Szuka kota…
– To mój dom, a ty jesteś tutaj obcy – obruszyła się. Coś w tonie nieznajomego sprawiło, że jednak zdołała zdobyć się na nieco pewniejszą odpowiedź. – I to ja powinnam zadawać tutaj pytania – dodała, chociaż drugi człon jej wypowiedzi nie zabrzmiał nawet w połowie tak dobrze, jak mogłaby się tego spodziewać.
W pierwszym odruchu chłopak spojrzał na nią dziwnie. Zaraz po tym na jego ustach pojawił się wyraźnie wymuszony, nieco cyniczny uśmieszek.
– Skoro tak stawiasz sprawę… – Prychnął, po czym wywrócił oczami. – Jestem Ryan. To tak, jakbyś chciała wiedzieć, kogo najwyraźniej pozwalasz tutaj więzić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa