9 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt osiem

Jocelyne
Rozmowa z Beatrycze była… dziwna. W taki sposób przynajmniej odebrała ją Joce, w rozespaniu tym bardziej niepewna, co powinna sądzić na pytania, które zadawała jej kobieta. Na pewni zdołała dziewczynę zaskoczyć, chociaż Jocelyne ostatecznie doszła do wniosku, że towarzyszący jej niepokój miał związek przede wszystkim z tym, co się działo – zaczynając od Dallasa i tego nieszczęsnego wypadku, aż po to, co stało się w domu Cullenów. Chciała przynajmniej założyć, że wszystko sprowadzało się właśnie do tego, ale…
Och, niewiele widziała o Chianni, a tym bardziej nie rozumiała, dlaczego Beatrycze interesowała się właśnie tym miejscem. Co prawda nie zapytała o to, cierpliwie odpowiadając na tyle pytań, ile była w stanie w oparciu o to, co usłyszała od bliskich. Prawda była taka, że nigdy nie była w rodzinnych stronach ojca, aż nazbyt świadoma, dlaczego Licavoli woleli trzymać się z daleka od przeszłości.
Później jednak musiała zasnąć i rozmowa z Beatrycze ostatecznie przestała mieć dla niej znaczenie. Pamiętała, że wciąż była niespokojna, przez długi czas mając problem z tym, by wyłączyć się na tyle, żeby odciąć się od wszystkiego, co działo się wokół niej. Co więcej, z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że się bała, z łatwością mogąc sobie wyobrazić ponowne pojawienie Dallasa. Nie chciała go widzieć, ale zarazem martwiła się, aż za dobrze pamiętając, co takiego się wydarzyło. To, że mogłaby z jego winy wypaść przez okno… Och, to i tak wydawało się niczym w porównaniu z tym, co działo się później! Fakt, że Marco mógłby jakimś cudem chłopaka zobaczyć, a sam Dallas nagle zaczął przypominać jej demona, a nie zwykłego ducha… To zdecydowanie nie było normalne, Joce zaś nie mogła pozbyć się wrażenia, że działo się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.
Nie była pewna, jak długo musiała męczyć się z koniecznością balansowania na granicy jawy i snu. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie wszystko ustało, kiedy zaś ostatecznie obudziła się nie w sypialni, którą zajmowała Beatrycze, ale w pokoju rodziców, wszystko stało się dla niej jasne. Gabriel nie pierwszy raz przy niej czuwał, pilnując, żeby mogła odpocząć, więc i w tym wypadku nie wydało się to zaskakujące. Chyba nawet jej ulżyło, bo martwiła się o niego po wszystkim, co wydarzyło się z udziałem Jane. Co prawda przez całą drogę zapewniał ją, że nic mu się nie stało, ale i tak wiedziała swoje, aż nazbyt świadoma, że tata nie przyznałby się do tego, że ktokolwiek mógłby go zranić.
Z wolna usiadła, odrzucając kołdrę. Jeszcze zanim rozejrzała się po pokoju, zorientowała się, że jest sama, ale nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Nie miała pewności, która jest godzina, ale podejrzewała, że południe już dawno minęło, tym bardziej że w domu panowała podejrzana wręcz cisza. Nie miała pojęcia, gdzie podziali się rodzice, ale ostatecznie doszła do wniosku, że to nie ma znaczenia, tym bardziej że nie miała ochoty na jakąkolwiek rozmowę. Wciąż czuła się oszołomiona, bezskutecznie próbując uporządkować w głowie to, czego doświadczyła. Przez myśl nawet przeszło jej, by poszukać Marco i spróbować z nim porozmawiać, ale nie zdecydowała się również na to, dochodząc do wniosku, że i tak nie wiedziałaby, co powinna mu powiedzieć.
Nerwowo potarła skronie, próbując zwalczyć ból głowy. Dzięki Damienowi doszła do siebie, już nie czując bólu, którego mogłaby spodziewać się po upadku z piętra. Była bratu za to wdzięczna, nie pierwszy raz zresztą zawdzięczając mu to, że w ogóle była w stanie się ruszać. Sęk w tym, że nadal nie docierało do niej to, co działo się z Dallasem, nie wspominając o tym, że wcześniej nawet nie przyszłoby jej do głowy, że ten mógłby ją jakkolwiek skrzywdzić. Jasne, poniekąd sama również zawiniła, nie po raz pierwszy popisując się niezdarnością, ale…
Och, nigdy wcześniej nie czuła przy nim lęku.
Chociaż miał prawo zdenerwować się po tym, co mu powiedziała, zdecydowanie nie spodziewała się takiej reakcji. Co więcej, wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że jego zachowanie mogło pociągnąć za sobą konsekwencje, na które żadne z nich nie było gotowe. W głowie miała pustkę, co jedynie potęgowało wątpliwości i poczucie tego, że jednak mogła coś pomylić, ale to nie zmieniało faktu, że zaczynała czuć się przerażona.
Założyła ramiona na piersiach, nie pierwszy raz czując się co najmniej zagubioną. Co więcej, kolejny raz zawiniły jej zdolności, Jocelyne zaś nie miała nikogo, do kogo mogłaby się ot tak z tym zwrócić. Jasne, potrzebowała rozmowy, ale to wcale nie było takie proste, tym bardziej że dla wszystkich w jej rodzinie nekromancja pozostawała prawdziwą zagadką. Samej sobie nie potrafiła wyjaśnić, do czego tak naprawdę sprowadzały się zdolności, wciąż ucząc się na podstawie kolejnych doświadczeń i popełnionych błędów. Mimo wszystko sytuacja wydawała się bardziej klarowna niż na początku, kiedy była w stanie co najwyżej próbować uciec i odcinać się od czegoś, co stało się częścią jej jestestwa, nie zmieniało to jednak faktu, że raz po raz działo się coś, przez co na nowo czuła się zagubiona.
– Rosa? – mruknęła w przestrzeń, tak cicho, że ledwo rozumiała własny szept.
Nie spodziewała się odpowiedzi i naturalnie jej nie otrzymała. Westchnęła cicho, żałując, że kontakt z duchami zależał tak naprawdę od tego, czego oczekiwały one. Nie mogła ot tak wezwać do siebie jakiejkolwiek duszy, a przynajmniej do tej pory nie odkryła w sobie takich zdolności. Chwilami tego żałowała, zwłaszcza że obecność przyjaciółki wydawała się najbardziej sensowna. Rosa zawsze potrafiła ją pocieszyć, poza tym posiadała przynajmniej szczątkową wiedzę, która mogła ułatwić Jocelyne zrozumienie tego, co się działo. Inna sprawa, że niejako opiekowała się Dallasem, więc tym bardziej mogła wiedzieć coś, co pozostawało dla dziewczyny zagadką.
Słodka bogini, naprawdę zaczynała się martwić. Potrzebowała kogoś, kto wprost powiedziałby jej, że tak naprawdę nie było powodu i że zarówno ona, jak i Dallas, najzwyczajniej w świecie potrzebowali czasu, żeby ochłonąć. Może duchy okazywały emocje w ten sposób, zwłaszcza że chłopak już za życia dysponował nadnaturalnymi możliwościami. Jeśli po prostu w przypływie gniewu te wymknęły mu się spod kontroli…
Chociaż chciała, nie potrafiła ot tak w to uwierzyć.
Zacisnęła dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowana. Ostatecznie zmusiła się do tego, żeby wstać, nie chcąc kolejny raz doprowadzić do sytuacji, w której przez cały dzień kryłaby się w pokoju. Wiedziała, że to nie prowadziło do niczego dobrego, co najwyżej martwiąc wszystkich tych, którzy byli dla niej ważni. Potrzebowała choćby złudnego poczucia normalności, a zdecydowanie nie miałaby na co liczyć, gdyby kolejny raz zwinęła się pod kocem, czekając na sen. Inna sprawa, że jak długo taty nie było w pobliżu, nie miała co marzyć o spokoju, a skoro tak…
– Miauuu…
Aż wzdrygnęła się, kiedy tuż po wyjściu na korytarz dosłownie skoczyła na nią czarna kulka futra. Natychmiast osunęła się na kolana, by porwać na ręce łaszącego się, wciąż miauczącego kociaka. Z jakiegoś powodu ciepło bijące od stworzonka sprawiło, że z miejsca poczuła się lepiej. Co prawda nie miała poczucia, by towarzyszyło jej osłabienie aż tak silne jak wtedy, gdy z nosa zaczęła lecieć jej krew, ale to nie zmieniało faktu, że obcowanie z duchami zdecydowanie nie wpływało na nią dobrze. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy, ale teraz z łatwością mogła to sobie wyobrazić – ciągłe obciążenie i wysysanie energii przez istoty, którym z założenia powinna pomagać. To wydawało się małą ceną za perspektywę rozmowy z Rosą albo Dallasem, ale i tak musiała zacząć na siebie uważać.
Jocelyne skrzywiła się, nie pierwszy raz mając wrażenie, że umykało jej coś istotnego. Mimowolnie znów pomyślała o dręczących ją snach, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że kolejny raz słyszała wzywające ją głosy – zwłaszcza jeden, wciąż ten sam, który wydawał się dręczyć ją od chwili zniknięcia Layli. Nie miała pojęcia, co powinna o tym sądzić, więc ostatecznie odrzuciła od siebie tę myśli, wciąż jednak towarzyszyły jej złe przeczucia. Biorąc pod uwagę to, co w ostatnim czasie się działo, taki stan rzeczy zdecydowanie był usprawiedliwiony.
Z kotem na rękach bez pośpiechu zeszła po schodach, nasłuchując i próbując stwierdzić, czy ktokolwiek był w domu. Podejrzewała, że mama mogła jak zwykle pojechać na uczelnię, ale również co do tego nie miała pewności. Wiedziała jedynie, że Beatrycze wciąż przesiadywała u siebie, bowiem zapach człowieka pozostawał na tyle charakterystyczny, że mogła zidentyfikować go bez najmniejszego choćby wysiłku.
– Joce – usłyszała, ledwo tylko weszła do kuchni. W roztargnieniu poderwała głowę, by spojrzeć na siedzącą przy stole Claire. – Hej, kochanie.
Po tonie i wyrazie twarzy dziewczyny odniosła wrażenie, że kuzynkę coś dręczyło, ale zdecydowała się tego nie komentować. W zamian spróbowała wysilić się na uśmiech, dopiero z opóźnieniem będąc w stanie zdobyć się na jakąkolwiek odpowiedź.
– Nikogo nie ma?
Claire wzruszyła ramionami.
– Szczerze mówiąc, dopiero wróciłam – przyznała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Joce zacisnęła usta, kolejny raz powstrzymując od jakichkolwiek uwag. – Tata twierdził, że tymczasowo nie powinno być mnie w domu, więc… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. Cóż, nie do końca zrozumiały dla wszystkich tok rozumowania Rufusa był już czymś absolutnie normalnym, w co jak najbardziej mogła uwierzyć. – A ty jak się czujesz? Kiedy zobaczyłam cię na tym trawniku…
– Już nic mi nie jest – zapewniła natychmiast. – Damien potrafi zdziałać cuda.
Kuzynka skwitowała to skinieniem głowy, mimo wszystko nie sprawiając wrażenia przekonanej. Nie pierwszy raz wydawała się zmartwiona, chociaż Joce nie miała pewności, czy sytuacja miała związek wyłącznie z tym, co stało się dzień wcześniej.
– To dobrze. – Claire zawahała się na dłuższą chwilę. Jej spojrzenie na krótką chwilę spoczęło na szamocącym się w ramionach Jocelyne kociaku. Dopiero w tamtym momencie zdołała się uśmiechnąć i to w szczery, zdradzający rozbawienie sposób. – O ile mi wiadomo, Allegra cię szukała. Nie wiem, gdzie poszła teraz, ale najwyraźniej chciała z tobą porozmawiać – dodała, a Joce zawahała się na dłuższą chwilę.
– Była z Marco?
Claire rzuciła jej wymowne spojrzenie.
– Z tego, co mi wiadomo, on mało kiedy puszcza ją gdzieś samą – zauważyła mimochodem. Zaraz po tym poderwała się na równe nogi, wymownie rozglądając po kuchni. – Na pewno w porządku? Mogę ci dać krwi, jeśli potrzebujesz albo…
– Wystarczy mi woda – przerwała, jednak decydując się usiąść przy stole. Pozwoliła, by coraz bardziej niecierpliwi kot jednak wyślizgnął się z jej uścisku, z lekkością zeskakując na podłogę. – Claire… – zaczęła i urwała, nagle niepewna tego, co powinna powiedzieć.
To wszystko wciąż nie dawało jej spokoju, z kolei dziewczyna wydawała się jedną z nielicznych osób, które jednak mogły jej pomóc. Nawet jeśli nie wiedziała zbyt wiele o nekromantach, wciąż istniała szansa na to, że akurat ona choćby przypadkiem natrafiła w którejś książek na coś, co mogło okazać się przydatne. Sama perspektywa rozmowy z Claire wydawała się łatwiejsza, niż próba podpytania o cokolwiek wujka Rufusa, zwłaszcza po tym, jak ostatnim razem dość mocno wytrąciła go z równowagi tym, jak przebiegła rozmowa z Rosą.
Inna sprawa, że z jakiegoś powodu czuła, że Claire mogłaby ją zrozumieć. Co prawda nie miała pewności, ale…
– Wszystko w porządku? – usłyszała po dłuższej chwili trwania w ciszy. Claire podeszła bliżej, stawiając na stole szklankę z wodą. Wyglądała na niepewną, wciąż uważnie lustrując Joce wzrokiem i wydając się nad czymś zastanawiać. – Jeśli coś jest nie tak, po prostu powiedz. Nie wiem, czy będę mogła pomóc, ale…
– Sama nie wiem – przerwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. – Są… pewne rzeczy, które nie dają mi spokoju. I szczerze wątpię, żeby ktokolwiek potrafił udzielić mi odpowiedzi, chociaż tak bardzo bym chciała.
O dziwo, Claire jedynie cicho westchnęła.
– Mów mi jeszcze – mruknęła, osuwając się na najbliższe krzesło. Jocelyne spojrzała na nią z wahaniem, sama niepewna, jak powinna rozumieć te słowa. – Może to nie to samo, ale kiedy zastanawiam się nad tym, co przechodzisz… Potrafię sobie wyobrazić jak to jest, kiedy z dnia na dzień odkrywasz umiejętności, których nie rozumiesz. Nagle robisz rzeczy, o których nie miałaś pojęcia i… nie wiesz, co z tym zrobić. W zasadzie nikt nie wie, a nawet jeśli o czymś takim słyszał… to i tak ci nie pomoże w opanowaniu zdolności. – Westchnęła, po czym na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach. – Do tej pory nie pojmuję tych moich wierszy. Ja po prostu je piszę i oddaję osobom, których wydają się dotyczyć. Nie jestem nawet telepatką, a jednak robię coś, co zdaniem Allegry działa na podobnej zasadzie. I cały czas szukam odpowiedzi, chociaż… Och, za dużo teraz mówię, prawda?
Jocelyne potrząsnęła głową. Wyprostowała się na krześle, z uwagą przysłuchując się kolejnym słowom. Och, tak – Claire zdecydowanie mogła ją zrozumieć, najwyraźniej przechodząc przez coś niemniej skomplikowanego.
– Nie… Nie, w porządku – zapewniła pośpiesznie. – Ja… dokładnie w ten sposób to widzę.
Aż za dobrze pamiętała, jak z Dallasem przetrząsała strony internetowe, szukając jakichkolwiek wzmianek o nekromancji – czegoś więcej, niż jakieś głupie opowiadania, nawiązania do gier czy inne nieprzydatne źródła. Do tej pory chłonęła każdą wzmiankę z równie wielką obawą, co i fascynacją, teraz zaś potrzebowała przede wszystkim odpowiedzi. Etap, kiedy wypieranie z siebie problemów i udawanie, że nie działo się nic istotnego, miało sens, już dawno dobiegł końca.
– Więc… jeśli jest coś, co chcesz powiedzieć, to próbuj – odezwała się ponownie Claire, ostrożnie dobierając słowa. – Nie mówię, że będę wiedziała, ale… może przynajmniej zrozumiem. Nie masz pojęcia, ile książek zdążyłam przejrzeć, szukając czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Niektóre pasowały do tego, co robisz, więc… – Urwała po czym wzruszyła ramionami. – Czytałam i o telepatii, i o zdolnościach paranormalnych. Wszystkim, co jakkolwiek opierało się na psychice i umyśle, bo mam wrażenie, że to się łączy. Co prawda nikt wprost nie pisał o „proroczych wierszach” albo „widzeniu duchów”. Cóż, przynajmniej nie otwarcie, bo takie pozycje nie są zbyt dobrze widziane. Wiesz, co ludzie sądzą o okultyzmie, prawda?
Jocelyne miała wrażenie, że dziewczyna mówiła już przede wszystkim po to, żeby nie trwać w ciszy, ale to wydało jej się właściwe. W tamtej chwili Claire wydawała się bardziej ożywiona, poza tym brzmiała na równie zafascynowaną, co i czasami Rufus, kiedy zdarzało mu się trafić na coś interesującego. Z drugiej strony, ona sama również potrzebowała choćby częściowej odskoczni – czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uciec od ciągłego zadręczania się i w zamian przynajmniej udawać, że mogłaby zacząć działać.
– Cały czas myślę o tym, co stało się wczoraj – przyznała zgodnie z prawdą, jednak decydując się na szczerość. Skoro nie miała Rosy, równie dobrze mogła spróbować zwierzyć się Claire, naprawdę wierząc w to, że dzięki temu mogłaby poczuć się lepiej. – Wiesz… Wiesz, że to był Dallas, prawda? My jakby… pokłóciliśmy się – dodała, krzywiąc się mimowolnie. Miała wrażenie, że to wręcz przesadnie złagodzony opis tego, w jaki sposób musiał odebrać to chłopak.
– Wypadłaś przez Dallasa…? – zapytała z niedowierzaniem Claire, a Jocelyne zupełnie machinalnie potrząsnęła głową.
– Nie… Niekoniecznie – zreflektowała się pośpiesznie. – To, że wypadłam, to przede wszystkim ja, ale… Och, mam wrażenie, że coś bardzo złego działo się wczoraj z Dallasem. I nie wiem, co o tym myśleć.
– Co masz na myśli?
Nerwowo przygryzła dolną wargę. Niby jak miała sensownie opisać to, czego doświadczyła, zwłaszcza że wszystko działo się tak szybko?
Milczała, bezskutecznie próbując zebrać myśli. Nie miała pojęcia, jak w tamtej chwili się prezentowała, ale podejrzewała, że wygląda co najmniej marnie. Nerwowo zaciskała dłonie na szklance z wodą, obracając naczynie i próbując jakkolwiek się uspokoić. Samo myślenie o Dallasie i otaczającej go dziwnej, ciemnej aurze, która tak bardzo ją przeraziła, skutecznie przyprawiła Jocelyne o dreszcze, sprawiając, że ta z miejsca poczuła się co najmniej niepewnie.
– Joce… – Claire dosłownie zmaterializowała się przy niej, wyraźnie zmartwiona. – Napij się, co? I zacznij w końcu oddychać – dodała, tym samym skutecznie sprowadzając dziewczynę na ziemię.
Machinalnie dostosowała się do tego, co mówiła kuzynka, w pośpiechu unosząc szklankę do ust. Skrzywiła się, czując wilgoć na palcach, co uświadomiło jej, że przez gwałtowność zdążyła część płynu rozlać. Co prawda woda sama w sobie nie pomagała jej się uspokoić, ale w jakiś pokrętny sposób sprawiła, że Jocelyne poczuła się odrobinę lepiej.
– Przepraszam. Po prostu… – Westchnęła, po czy raz jeszcze pokręciła głową. – Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale… kiedy Dallas się zdenerwował, wydawał mi się inny. To było… j-jakbym miała przed sobą cień? – wykrztusiła z siebie na wydechu. Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. Co więcej, znów zaczynała się jąkać, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. – Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego, ale się bałam. Naprawdę bałam się Dallasa.
Claire nie odpowiedziała, w zamian bez jakiegokolwiek ostrzeżenia otaczając ją ramionami. Jocelyne pozwoliła jej na to, mocniej przywierając do dziewczyny i próbując poczuć się choć odrobinę bezpieczniej. Do tej pory nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że się trzęsie, a jednak wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było. W tamtej chwili już nie miała wątpliwości co do tego, że w kwestii tego, co działo się z Dallasem, sprawy zdecydowanie nie prezentowały się najlepiej.
– Hej… Już wszystko w porządku, tak? – usłyszała wyraźnie podenerwowany głos Claire. Najwyraźniej jednak zdążyła ją wystraszyć. – Nie myśl o tym, przynajmniej na razie. Cokolwiek to było…
– Jak? – przerwała spiętym tonem. – Coś jest nie tak, a ja… Wypadłam przez okno – przypomniała cicho. – Dallas już wcześniej odkrył, że nawet po śmierci może kontrolować prąd. Już samo to jest przerażające, zwłaszcza że stracił nad sobą kontrolę i… – Westchnęła, po czym jednak zdecydowała się poruszyć najważniejszą kwestię: – Nie wiem, jak to możliwe, ale Marco chyba go widział. Już przed domem, kiedy pochylał się nade mną.
Po tym słowach zapanowała długa, wymowna cisza. Claire milczała, wyraźnie się nad czymś zastanawiając i wciąż tuląc ją do siebie. Jocelyne nie miała pewności, co takiego chodziło kuzynce po głowie i czy ta w ogóle jej wierzyła, postanowiła jednak nie zadawać pytań, w zamian woląc poczekać na jakąkolwiek reakcję ze strony dziewczyny.
– Ja… Potrzebowałabym na to więcej czasu, w porządku? – powiedziała w końcu Claire. – Porozmawiaj z Marco i Allegrą. Ja poszukam czegoś na własną rękę – zaproponowała, tym samym skutecznie wytrącając Jocelyne z równowagi.
– Claire…
– To nic takiego – zapewniła pośpiesznie dziewczyna. – Mówiłam ci, że czytałam różne rzeczy. Wydaje mi się, że widziałam coś, co mogłoby pomóc, ale… po prostu musze się upewnić – wyjaśniła, starannie dobierając słowa. – A teraz się uspokój. Na pewno wszystko jest w porządku?
Jocelyne potaknęła, niezdolna wykrztusić z siebie żadnego słowa więcej. Nie była pewna, czy czuła się jakkolwiek lepiej, ale na pewno była kuzynce wdzięczna – i za samą sugestię pomocy, i rozmowę, której w gruncie rzeczy potrzebowała. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości, że Claire była z nią szczera i naprawdę mogła ją zrozumieć, a to bez wątpienia o czymś znaczyło.
To, że mogłaby potrzebować zrozumienia, wydawało się aż nazbyt oczywiste, choć nawet w ten sposób nie była w stanie rozwiązać wszystkich problemów.
Chociaż nie miała pewności, co się działo, na samą myśl o Dallasie towarzyszył jej lęk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa