
Jocelyne
Rozmowa z Beatrycze była…
dziwna. W taki sposób przynajmniej odebrała ją Joce, w rozespaniu tym
bardziej niepewna, co powinna sądzić na pytania, które zadawała jej kobieta. Na
pewni zdołała dziewczynę zaskoczyć, chociaż Jocelyne ostatecznie doszła do
wniosku, że towarzyszący jej niepokój miał związek przede wszystkim z tym,
co się działo – zaczynając od Dallasa i tego nieszczęsnego wypadku, aż po
to, co stało się w domu Cullenów. Chciała przynajmniej założyć, że
wszystko sprowadzało się właśnie do tego, ale…
Och,
niewiele widziała o Chianni, a tym bardziej nie rozumiała, dlaczego
Beatrycze interesowała się właśnie tym miejscem. Co prawda nie zapytała o to,
cierpliwie odpowiadając na tyle pytań, ile była w stanie w oparciu o to,
co usłyszała od bliskich. Prawda była taka, że nigdy nie była w rodzinnych
stronach ojca, aż nazbyt świadoma, dlaczego Licavoli woleli trzymać się z daleka
od przeszłości.
Później
jednak musiała zasnąć i rozmowa z Beatrycze ostatecznie przestała
mieć dla niej znaczenie. Pamiętała, że wciąż była niespokojna, przez długi czas
mając problem z tym, by wyłączyć się na tyle, żeby odciąć się od
wszystkiego, co działo się wokół niej. Co więcej, z zaskoczeniem
uświadomiła sobie, że się bała, z łatwością mogąc sobie wyobrazić ponowne
pojawienie Dallasa. Nie chciała go widzieć, ale zarazem martwiła się, aż za
dobrze pamiętając, co takiego się wydarzyło. To, że mogłaby z jego winy wypaść
przez okno… Och, to i tak wydawało się niczym w porównaniu z tym,
co działo się później! Fakt, że Marco mógłby jakimś cudem chłopaka zobaczyć, a sam
Dallas nagle zaczął przypominać jej demona, a nie zwykłego ducha… To
zdecydowanie nie było normalne, Joce zaś nie mogła pozbyć się wrażenia, że działo
się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.
Nie była
pewna, jak długo musiała męczyć się z koniecznością balansowania na
granicy jawy i snu. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie wszystko
ustało, kiedy zaś ostatecznie obudziła się nie w sypialni, którą zajmowała
Beatrycze, ale w pokoju rodziców, wszystko stało się dla niej jasne.
Gabriel nie pierwszy raz przy niej czuwał, pilnując, żeby mogła odpocząć, więc i w tym
wypadku nie wydało się to zaskakujące. Chyba nawet jej ulżyło, bo martwiła się o niego
po wszystkim, co wydarzyło się z udziałem Jane. Co prawda przez całą drogę
zapewniał ją, że nic mu się nie stało, ale i tak wiedziała swoje, aż
nazbyt świadoma, że tata nie przyznałby się do tego, że ktokolwiek mógłby go
zranić.
Z wolna
usiadła, odrzucając kołdrę. Jeszcze zanim rozejrzała się po pokoju,
zorientowała się, że jest sama, ale nie była pewna czy to dobrze, czy może
wręcz przeciwnie. Nie miała pewności, która jest godzina, ale podejrzewała, że
południe już dawno minęło, tym bardziej że w domu panowała podejrzana
wręcz cisza. Nie miała pojęcia, gdzie podziali się rodzice, ale ostatecznie
doszła do wniosku, że to nie ma znaczenia, tym bardziej że nie miała ochoty na
jakąkolwiek rozmowę. Wciąż czuła się oszołomiona, bezskutecznie próbując uporządkować
w głowie to, czego doświadczyła. Przez myśl nawet przeszło jej, by
poszukać Marco i spróbować z nim porozmawiać, ale nie zdecydowała się
również na to, dochodząc do wniosku, że i tak nie wiedziałaby, co powinna
mu powiedzieć.
Nerwowo
potarła skronie, próbując zwalczyć ból głowy. Dzięki Damienowi doszła do
siebie, już nie czując bólu, którego mogłaby spodziewać się po upadku z piętra.
Była bratu za to wdzięczna, nie pierwszy raz zresztą zawdzięczając mu to, że w ogóle
była w stanie się ruszać. Sęk w tym, że nadal nie docierało do niej
to, co działo się z Dallasem, nie wspominając o tym, że wcześniej
nawet nie przyszłoby jej do głowy, że ten mógłby ją jakkolwiek skrzywdzić.
Jasne, poniekąd sama również zawiniła, nie po raz pierwszy popisując się
niezdarnością, ale…
Och, nigdy
wcześniej nie czuła przy nim lęku.
Chociaż
miał prawo zdenerwować się po tym, co mu powiedziała, zdecydowanie nie
spodziewała się takiej reakcji. Co więcej, wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia,
że jego zachowanie mogło pociągnąć za sobą konsekwencje, na które żadne z nich
nie było gotowe. W głowie miała pustkę, co jedynie potęgowało wątpliwości i poczucie
tego, że jednak mogła coś pomylić, ale to nie zmieniało faktu, że zaczynała
czuć się przerażona.
Założyła
ramiona na piersiach, nie pierwszy raz czując się co najmniej zagubioną. Co
więcej, kolejny raz zawiniły jej zdolności, Jocelyne zaś nie miała nikogo, do
kogo mogłaby się ot tak z tym zwrócić. Jasne, potrzebowała rozmowy, ale to
wcale nie było takie proste, tym bardziej że dla wszystkich w jej rodzinie
nekromancja pozostawała prawdziwą zagadką. Samej sobie nie potrafiła wyjaśnić,
do czego tak naprawdę sprowadzały się zdolności, wciąż ucząc się na podstawie
kolejnych doświadczeń i popełnionych błędów. Mimo wszystko sytuacja wydawała
się bardziej klarowna niż na początku, kiedy była w stanie co najwyżej
próbować uciec i odcinać się od czegoś, co stało się częścią jej
jestestwa, nie zmieniało to jednak faktu, że raz po raz działo się coś, przez
co na nowo czuła się zagubiona.
– Rosa? –
mruknęła w przestrzeń, tak cicho, że ledwo rozumiała własny szept.
Nie
spodziewała się odpowiedzi i naturalnie jej nie otrzymała. Westchnęła
cicho, żałując, że kontakt z duchami zależał tak naprawdę od tego, czego
oczekiwały one. Nie mogła ot tak wezwać do siebie jakiejkolwiek duszy, a przynajmniej
do tej pory nie odkryła w sobie takich zdolności. Chwilami tego żałowała,
zwłaszcza że obecność przyjaciółki wydawała się najbardziej sensowna. Rosa
zawsze potrafiła ją pocieszyć, poza tym posiadała przynajmniej szczątkową
wiedzę, która mogła ułatwić Jocelyne zrozumienie tego, co się działo. Inna
sprawa, że niejako opiekowała się Dallasem, więc tym bardziej mogła wiedzieć
coś, co pozostawało dla dziewczyny zagadką.
Słodka
bogini, naprawdę zaczynała się martwić. Potrzebowała kogoś, kto wprost
powiedziałby jej, że tak naprawdę nie było powodu i że zarówno ona, jak i Dallas,
najzwyczajniej w świecie potrzebowali czasu, żeby ochłonąć. Może duchy
okazywały emocje w ten sposób, zwłaszcza że chłopak już za życia dysponował
nadnaturalnymi możliwościami. Jeśli po prostu w przypływie gniewu te
wymknęły mu się spod kontroli…
Chociaż
chciała, nie potrafiła ot tak w to uwierzyć.
Zacisnęła
dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowana. Ostatecznie zmusiła się do
tego, żeby wstać, nie chcąc kolejny raz doprowadzić do sytuacji, w której
przez cały dzień kryłaby się w pokoju. Wiedziała, że to nie prowadziło do
niczego dobrego, co najwyżej martwiąc wszystkich tych, którzy byli dla niej
ważni. Potrzebowała choćby złudnego poczucia normalności, a zdecydowanie
nie miałaby na co liczyć, gdyby kolejny raz zwinęła się pod kocem, czekając na
sen. Inna sprawa, że jak długo taty nie było w pobliżu, nie miała co
marzyć o spokoju, a skoro tak…
– Miauuu…
Aż wzdrygnęła
się, kiedy tuż po wyjściu na korytarz dosłownie skoczyła na nią czarna kulka
futra. Natychmiast osunęła się na kolana, by porwać na ręce łaszącego się,
wciąż miauczącego kociaka. Z jakiegoś powodu ciepło bijące od stworzonka
sprawiło, że z miejsca poczuła się lepiej. Co prawda nie miała poczucia,
by towarzyszyło jej osłabienie aż tak silne jak wtedy, gdy z nosa zaczęła
lecieć jej krew, ale to nie zmieniało faktu, że obcowanie z duchami
zdecydowanie nie wpływało na nią dobrze. Wcześniej nie zdawała sobie z tego
sprawy, ale teraz z łatwością mogła to sobie wyobrazić – ciągłe obciążenie
i wysysanie energii przez istoty, którym z założenia powinna pomagać.
To wydawało się małą ceną za perspektywę rozmowy z Rosą albo Dallasem, ale
i tak musiała zacząć na siebie uważać.
Jocelyne
skrzywiła się, nie pierwszy raz mając wrażenie, że umykało jej coś istotnego.
Mimowolnie znów pomyślała o dręczących ją snach, przez krótką chwilę
gotowa przysiąc, że kolejny raz słyszała wzywające ją głosy – zwłaszcza jeden,
wciąż ten sam, który wydawał się dręczyć ją od chwili zniknięcia Layli. Nie
miała pojęcia, co powinna o tym sądzić, więc ostatecznie odrzuciła od
siebie tę myśli, wciąż jednak towarzyszyły jej złe przeczucia. Biorąc pod uwagę
to, co w ostatnim czasie się działo, taki stan rzeczy zdecydowanie był
usprawiedliwiony.
Z kotem na
rękach bez pośpiechu zeszła po schodach, nasłuchując i próbując
stwierdzić, czy ktokolwiek był w domu. Podejrzewała, że mama mogła jak
zwykle pojechać na uczelnię, ale również co do tego nie miała pewności.
Wiedziała jedynie, że Beatrycze wciąż przesiadywała u siebie, bowiem
zapach człowieka pozostawał na tyle charakterystyczny, że mogła zidentyfikować
go bez najmniejszego choćby wysiłku.
– Joce –
usłyszała, ledwo tylko weszła do kuchni. W roztargnieniu poderwała głowę,
by spojrzeć na siedzącą przy stole Claire. – Hej, kochanie.
Po tonie i wyrazie
twarzy dziewczyny odniosła wrażenie, że kuzynkę coś dręczyło, ale zdecydowała się
tego nie komentować. W zamian spróbowała wysilić się na uśmiech, dopiero z opóźnieniem
będąc w stanie zdobyć się na jakąkolwiek odpowiedź.
– Nikogo
nie ma?
Claire
wzruszyła ramionami.
– Szczerze
mówiąc, dopiero wróciłam – przyznała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
Joce zacisnęła usta, kolejny raz powstrzymując od jakichkolwiek uwag. – Tata
twierdził, że tymczasowo nie powinno być mnie w domu, więc… – Urwała, po
czym wzruszyła ramionami. Cóż, nie do końca zrozumiały dla wszystkich tok
rozumowania Rufusa był już czymś absolutnie normalnym, w co jak
najbardziej mogła uwierzyć. – A ty jak się czujesz? Kiedy zobaczyłam cię
na tym trawniku…
– Już nic
mi nie jest – zapewniła natychmiast. – Damien potrafi zdziałać cuda.
Kuzynka
skwitowała to skinieniem głowy, mimo wszystko nie sprawiając wrażenia
przekonanej. Nie pierwszy raz wydawała się zmartwiona, chociaż Joce nie miała
pewności, czy sytuacja miała związek wyłącznie z tym, co stało się dzień
wcześniej.
– To dobrze.
– Claire zawahała się na dłuższą chwilę. Jej spojrzenie na krótką chwilę
spoczęło na szamocącym się w ramionach Jocelyne kociaku. Dopiero w tamtym
momencie zdołała się uśmiechnąć i to w szczery, zdradzający
rozbawienie sposób. – O ile mi wiadomo, Allegra cię szukała. Nie wiem,
gdzie poszła teraz, ale najwyraźniej chciała z tobą porozmawiać – dodała, a Joce
zawahała się na dłuższą chwilę.
– Była z Marco?
Claire
rzuciła jej wymowne spojrzenie.
– Z tego,
co mi wiadomo, on mało kiedy puszcza ją gdzieś samą – zauważyła mimochodem. Zaraz
po tym poderwała się na równe nogi, wymownie rozglądając po kuchni. – Na pewno w porządku?
Mogę ci dać krwi, jeśli potrzebujesz albo…
– Wystarczy
mi woda – przerwała, jednak decydując się usiąść przy stole. Pozwoliła, by
coraz bardziej niecierpliwi kot jednak wyślizgnął się z jej uścisku, z lekkością
zeskakując na podłogę. – Claire… – zaczęła i urwała, nagle niepewna tego,
co powinna powiedzieć.
To wszystko
wciąż nie dawało jej spokoju, z kolei dziewczyna wydawała się jedną z nielicznych
osób, które jednak mogły jej pomóc. Nawet jeśli nie wiedziała zbyt wiele o nekromantach,
wciąż istniała szansa na to, że akurat ona choćby przypadkiem natrafiła w którejś
książek na coś, co mogło okazać się przydatne. Sama perspektywa rozmowy z Claire
wydawała się łatwiejsza, niż próba podpytania o cokolwiek wujka Rufusa,
zwłaszcza po tym, jak ostatnim razem dość mocno wytrąciła go z równowagi
tym, jak przebiegła rozmowa z Rosą.
Inna
sprawa, że z jakiegoś powodu czuła, że Claire mogłaby ją zrozumieć. Co
prawda nie miała pewności, ale…
– Wszystko w porządku?
– usłyszała po dłuższej chwili trwania w ciszy. Claire podeszła bliżej,
stawiając na stole szklankę z wodą. Wyglądała na niepewną, wciąż uważnie
lustrując Joce wzrokiem i wydając się nad czymś zastanawiać. – Jeśli coś
jest nie tak, po prostu powiedz. Nie wiem, czy będę mogła pomóc, ale…
– Sama nie
wiem – przerwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. – Są… pewne rzeczy,
które nie dają mi spokoju. I szczerze wątpię, żeby ktokolwiek potrafił
udzielić mi odpowiedzi, chociaż tak bardzo bym chciała.
O dziwo,
Claire jedynie cicho westchnęła.
– Mów mi
jeszcze – mruknęła, osuwając się na najbliższe krzesło. Jocelyne spojrzała na
nią z wahaniem, sama niepewna, jak powinna rozumieć te słowa. – Może to
nie to samo, ale kiedy zastanawiam się nad tym, co przechodzisz… Potrafię sobie
wyobrazić jak to jest, kiedy z dnia na dzień odkrywasz umiejętności,
których nie rozumiesz. Nagle robisz rzeczy, o których nie miałaś pojęcia i…
nie wiesz, co z tym zrobić. W zasadzie nikt nie wie, a nawet
jeśli o czymś takim słyszał… to i tak ci nie pomoże w opanowaniu
zdolności. – Westchnęła, po czym na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach.
– Do tej pory nie pojmuję tych moich wierszy. Ja po prostu je piszę i oddaję
osobom, których wydają się dotyczyć. Nie jestem nawet telepatką, a jednak
robię coś, co zdaniem Allegry działa na podobnej zasadzie. I cały czas
szukam odpowiedzi, chociaż… Och, za dużo teraz mówię, prawda?
Jocelyne
potrząsnęła głową. Wyprostowała się na krześle, z uwagą przysłuchując się
kolejnym słowom. Och, tak – Claire zdecydowanie mogła ją zrozumieć,
najwyraźniej przechodząc przez coś niemniej skomplikowanego.
– Nie… Nie,
w porządku – zapewniła pośpiesznie. – Ja… dokładnie w ten sposób to
widzę.
Aż za
dobrze pamiętała, jak z Dallasem przetrząsała strony internetowe, szukając
jakichkolwiek wzmianek o nekromancji – czegoś więcej, niż jakieś głupie
opowiadania, nawiązania do gier czy inne nieprzydatne źródła. Do tej pory
chłonęła każdą wzmiankę z równie wielką obawą, co i fascynacją, teraz
zaś potrzebowała przede wszystkim odpowiedzi. Etap, kiedy wypieranie z siebie
problemów i udawanie, że nie działo się nic istotnego, miało sens, już
dawno dobiegł końca.
– Więc…
jeśli jest coś, co chcesz powiedzieć, to próbuj – odezwała się ponownie Claire,
ostrożnie dobierając słowa. – Nie mówię, że będę wiedziała, ale… może
przynajmniej zrozumiem. Nie masz pojęcia, ile książek zdążyłam przejrzeć,
szukając czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc. Niektóre pasowały do tego, co
robisz, więc… – Urwała po czym wzruszyła ramionami. – Czytałam i o telepatii,
i o zdolnościach paranormalnych. Wszystkim, co jakkolwiek opierało
się na psychice i umyśle, bo mam wrażenie, że to się łączy. Co prawda nikt
wprost nie pisał o „proroczych wierszach” albo „widzeniu duchów”. Cóż,
przynajmniej nie otwarcie, bo takie pozycje nie są zbyt dobrze widziane. Wiesz,
co ludzie sądzą o okultyzmie, prawda?
Jocelyne
miała wrażenie, że dziewczyna mówiła już przede wszystkim po to, żeby nie trwać
w ciszy, ale to wydało jej się właściwe. W tamtej chwili Claire
wydawała się bardziej ożywiona, poza tym brzmiała na równie zafascynowaną, co i czasami
Rufus, kiedy zdarzało mu się trafić na coś interesującego. Z drugiej
strony, ona sama również potrzebowała choćby częściowej odskoczni –
czegokolwiek, co pozwoliłoby jej uciec od ciągłego zadręczania się i w zamian
przynajmniej udawać, że mogłaby zacząć działać.
– Cały czas
myślę o tym, co stało się wczoraj – przyznała zgodnie z prawdą,
jednak decydując się na szczerość. Skoro nie miała Rosy, równie dobrze mogła
spróbować zwierzyć się Claire, naprawdę wierząc w to, że dzięki temu
mogłaby poczuć się lepiej. – Wiesz… Wiesz, że to był Dallas, prawda? My jakby…
pokłóciliśmy się – dodała, krzywiąc się mimowolnie. Miała wrażenie, że to wręcz
przesadnie złagodzony opis tego, w jaki sposób musiał odebrać to chłopak.
– Wypadłaś
przez Dallasa…? – zapytała z niedowierzaniem Claire, a Jocelyne
zupełnie machinalnie potrząsnęła głową.
– Nie…
Niekoniecznie – zreflektowała się pośpiesznie. – To, że wypadłam, to przede
wszystkim ja, ale… Och, mam wrażenie, że coś bardzo złego działo się wczoraj z Dallasem.
I nie wiem, co o tym myśleć.
– Co masz
na myśli?
Nerwowo
przygryzła dolną wargę. Niby jak miała sensownie opisać to, czego doświadczyła,
zwłaszcza że wszystko działo się tak szybko?
Milczała,
bezskutecznie próbując zebrać myśli. Nie miała pojęcia, jak w tamtej
chwili się prezentowała, ale podejrzewała, że wygląda co najmniej marnie.
Nerwowo zaciskała dłonie na szklance z wodą, obracając naczynie i próbując
jakkolwiek się uspokoić. Samo myślenie o Dallasie i otaczającej go
dziwnej, ciemnej aurze, która tak bardzo ją przeraziła, skutecznie przyprawiła
Jocelyne o dreszcze, sprawiając, że ta z miejsca poczuła się co
najmniej niepewnie.
– Joce… –
Claire dosłownie zmaterializowała się przy niej, wyraźnie zmartwiona. – Napij
się, co? I zacznij w końcu oddychać – dodała, tym samym skutecznie
sprowadzając dziewczynę na ziemię.
Machinalnie
dostosowała się do tego, co mówiła kuzynka, w pośpiechu unosząc szklankę
do ust. Skrzywiła się, czując wilgoć na palcach, co uświadomiło jej, że przez
gwałtowność zdążyła część płynu rozlać. Co prawda woda sama w sobie nie
pomagała jej się uspokoić, ale w jakiś pokrętny sposób sprawiła, że
Jocelyne poczuła się odrobinę lepiej.
–
Przepraszam. Po prostu… – Westchnęła, po czy raz jeszcze pokręciła głową. –
Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale… kiedy Dallas się zdenerwował, wydawał mi się
inny. To było… j-jakbym miała przed sobą cień? – wykrztusiła z siebie na
wydechu. Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. Co więcej, znów zaczynała się
jąkać, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. – Nigdy wcześniej nie
widziałam czegoś takiego, ale się bałam. Naprawdę bałam się Dallasa.
Claire nie
odpowiedziała, w zamian bez jakiegokolwiek ostrzeżenia otaczając ją
ramionami. Jocelyne pozwoliła jej na to, mocniej przywierając do dziewczyny i próbując
poczuć się choć odrobinę bezpieczniej. Do tej pory nawet nie zdawała sobie
sprawy z tego, że się trzęsie, a jednak wszystko wskazywało na to, że
tak właśnie było. W tamtej chwili już nie miała wątpliwości co do tego, że
w kwestii tego, co działo się z Dallasem, sprawy zdecydowanie nie
prezentowały się najlepiej.
– Hej… Już
wszystko w porządku, tak? – usłyszała wyraźnie podenerwowany głos Claire.
Najwyraźniej jednak zdążyła ją wystraszyć. – Nie myśl o tym, przynajmniej
na razie. Cokolwiek to było…
– Jak? –
przerwała spiętym tonem. – Coś jest nie tak, a ja… Wypadłam przez okno –
przypomniała cicho. – Dallas już wcześniej odkrył, że nawet po śmierci może
kontrolować prąd. Już samo to jest przerażające, zwłaszcza że stracił nad sobą
kontrolę i… – Westchnęła, po czym jednak zdecydowała się poruszyć najważniejszą
kwestię: – Nie wiem, jak to możliwe, ale Marco chyba go widział. Już przed
domem, kiedy pochylał się nade mną.
Po tym
słowach zapanowała długa, wymowna cisza. Claire milczała, wyraźnie się nad
czymś zastanawiając i wciąż tuląc ją do siebie. Jocelyne nie miała
pewności, co takiego chodziło kuzynce po głowie i czy ta w ogóle jej
wierzyła, postanowiła jednak nie zadawać pytań, w zamian woląc poczekać na
jakąkolwiek reakcję ze strony dziewczyny.
– Ja…
Potrzebowałabym na to więcej czasu, w porządku? – powiedziała w końcu
Claire. – Porozmawiaj z Marco i Allegrą. Ja poszukam czegoś na własną
rękę – zaproponowała, tym samym skutecznie wytrącając Jocelyne z równowagi.
– Claire…
– To nic
takiego – zapewniła pośpiesznie dziewczyna. – Mówiłam ci, że czytałam różne
rzeczy. Wydaje mi się, że widziałam coś, co mogłoby pomóc, ale… po prostu musze
się upewnić – wyjaśniła, starannie dobierając słowa. – A teraz się
uspokój. Na pewno wszystko jest w porządku?
Jocelyne potaknęła,
niezdolna wykrztusić z siebie żadnego słowa więcej. Nie była pewna, czy
czuła się jakkolwiek lepiej, ale na pewno była kuzynce wdzięczna – i za
samą sugestię pomocy, i rozmowę, której w gruncie rzeczy
potrzebowała. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości, że Claire była z nią
szczera i naprawdę mogła ją zrozumieć, a to bez wątpienia o czymś
znaczyło.
To, że
mogłaby potrzebować zrozumienia, wydawało się aż nazbyt oczywiste, choć nawet w ten
sposób nie była w stanie rozwiązać wszystkich problemów.
Chociaż nie
miała pewności, co się działo, na samą myśl o Dallasie towarzyszył jej
lęk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz