8 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt siedem

Renesmee
Na dłuższą chwilę zamarłam, niezdolna się ruszyć. Teraz wyraźnie czułam krew, nie mając wątpliwości co do tego, że należała do człowieka. Co więcej, wszystko we mnie zaczęło krzyczeć, że wydarzyło się coś bardzo złego i jak najszybciej powinnam coś z tym zrobić, chociaż nie miałam pojęcia co.
– Chodź.
Nie zaprotestowałam, machinalnie reagując na polecenie. W tamtej chwili już nie interesowało mnie, czy Rufus miał jakiś plan, czy może nie pierwszy raz podejmował kolejne decyzje pod wpływem chwili. Bez słowa ruszyłam za nim, już w tamtej chwili przekonana, że trop zaprowadzi nas do pokoju Cassandry. Przez krótką chwilę nawet próbowałam uspokoić się i zacząć przekonywać do tego, że nie działo się nic wartego uwagi, a dziewczyna chociażby tylko się skaleczyła, ale…
Cóż, prawda była taka, że absolutnie w to nie wierzyłam.
Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Do głowy nawet przyszła mi idiotyczna myśl, że po otwarciu drzwi zastaniemy jakąś groteskową scenę żywcem z horroru, choć zarazem nie chciałam dopuścić do siebie takiej perspektywy. Martwiłam się tym bardziej, skoro niepokojące rzeczy mogłyby się dziać akurat teraz, gdy dziewczyna wydawała się być jedynym tropem przy próbie odnalezienia Layli i zrozumienia tego całego szaleństwa. Cokolwiek się działo, Cassandra była w to zamieszana, zaś sądząc po tym, jak sprawy miały się z Ryanem, jej przyszłość mogła stać pod znakiem zapytania.
Wypuściłam powietrze ze świstem, kiedy Rufus w zdecydowanie niedelikatny sposób otworzył drzwi. Przynajmniej nie były zamknięte, a przynajmniej zakładałam, że zorientowałabym się, gdyby wampir musiał wyłamać zamek. Stanęłam za nim, przez krótką chwilę bojąc się spojrzeć w głąb pokoju, tym bardziej że słodki zapach krwi przybrał na sile. Machinalnie zacisnęłam palce na ramieniu szwagra, sama niepewna, co chciałam w ten sposób osiągnąć – uspokoić się, czy może mieć pewność, że to on nie zrobi czegoś nieprzewidywalnego. Ostatecznie jednak odważyłam się unieść głowę, po czym zawahałam się, przez dłuższą chwilę po prostu obserwując wyraźnie zaskoczoną, siedzącą na łóżku Cassandrę.
Dziewczyna była blada jak papier, choć to równie dobrze mogło mieć związek z panującym w sypialni półmrokiem. Zauważyłam, że starannie zaciągnęła zasłony, najwyraźniej chcąc odciąć się od świata zewnętrznego. Obawiała się światła dnia? Nie miałam pewności, ale to niepokojąco trafnie pasowało do tego, co o działaniu wampirzej krwi powiedział Rufus. Zawahałam się, z opóźnieniem koncentrując na Cassandrze i dochodząc do wniosku, że wyglądała o wiele gorzej, niż gdy widziałam ją po raz ostatni. Wyraźnie drżała, ja zaś dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie, że wpatrywała się w swoje dłonie.
Dopiero wtedy zauważyłam krew.
Nie było jej dużo, co jednak nie umniejszało intensywności wypełniającego pomieszczenie zapachu. Wyraźnie widziałam świeże ślady czerwieni, aż nazbyt dokładnie odznaczające się na tle bladej cery. Wargi też miała we krwi, być może nawet nie zdając sobie sprawy z takiego stanu rzeczy. Cóż, szczerze wątpiłam, by w tamtej chwili wygląd miał dla niej jakiekolwiek znaczenie.
– Cassie… – zaczęłam, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. Zdrobnienie jej imienia przyszło mi w absolutnie naturalny sposób, zwłaszcza w tej sytuacji.
– Który to już raz? – wszedł mi w słowo Rufus.
Spojrzałam na niego pytająco, nie rozumiejąc do czego zmierzał. Inna sprawa, że zdecydowanie nie zachowywał się jak ktoś, kto nadawał się do pocieszenia tej dziewczyny. Poznałam go na tyle, by wiedzieć, że w razie potrzeby potrafił być delikatny, jednocześnie jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że to prawdziwa rzadkość. Aż nazbyt dobrze rozumiałam, że interesował się Cassandrą wyłącznie przez wzgląd na Laylę, a nie z założeniem, że powinien jej pomóc. Chyba nawet nie potrafiłam mieć do niego o to pretensji, to jednak nie zmieniało faktu, że nade wszystko pragnęłam zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo.
– Nie rozumiem… – wtrąciła sama zainteresowana, w końcu znajdując w sobie dość siły, by zwrócić uwagę na naszą obecność. Jej głos wydał mi się dziwnie przytłumiony i słaby, zupełnie jakby konieczność odezwania się była dla niej co najmniej problematyczna. – Kim…?
– To nie ma znaczenia, przynajmniej na razie – zniecierpliwił się wampir. – Pytam jak często wymiotujesz.
Tych kilka słów rozjaśniło mi w głowie, wydając się tłumaczyć obecność krwi i to, dlaczego wyglądała tak dziwnie. Sądząc po tym, w jaki sposób Cassandra skrzywiła się w odpowiedzi, Rufus trafił w sendo. Chociaż mogłam się tego spodziewać, od samego zainteresowanego już wcześniej otrzymując potwierdzenie co do tego, że już wcześniej miał okazję obserwować takie rzeczy, mimo wszystko poczułam się dziwnie. Zdążyłam przywyknąć do myśli, że w przeszłości popełnił naprawdę wiele błędów, ale mimo wszystko…
– Za często. – Dziewczyna zamilkła, po czym z jękiem przycisnęła zakrwawioną dłoń do ust. W tamtej chwili zdecydowałam się przemknąć tuż obok Rufusa, naiwnie wierząc w to, że może jednak mogłam się na coś przydać, chociaż to wydawało się dość mało prawdopodobne. – Ja nie… Naprawdę nie rozumiem czemu…
Cokolwiek miała do powiedzenia, ostatecznie nie zdołała wykrztusić z siebie słów, które zabrzmiałyby choć po części sensownie. Co więcej, w tamtej chwili zdecydowanie nie wyglądała na tak chwiejną i niebezpieczną, jak wtedy, gdy widziałam ją na uczelni. Patrząc na nią w tamtej chwili, miałam wrażenie, że mam przed sobą małą, wystraszoną dziewczynkę. Wręcz przypominała mi Joce z okresu, gdy ta z uporem ukrywała przed nami to, co widziała, wciąż nie pojmując swoich zdolności.
Nie miałam pojęcia, czy to miało jakikolwiek sens, ale to właśnie podobieństwo w zachowaniu sprawiło, że tym bardziej zapragnęłam jej pomóc. Podejrzewałam, że w rzeczywistości byłyśmy rówieśniczkami, a nawet że Cassandra mogłaby być ode mnie starsza, jednak w tamtej chwili zdecydowanie tego nie czułam. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że jestem wręcz odpowiedzialna, żeby coś zrobić, choć to zdecydowanie nie działało w ten sposób.
– Przyszliśmy, żeby pomóc – oznajmiłam, nie zamierzając rozwodzić się nad tym, czy intencje Rufusa choć po części pokrywały się z tym stwierdzeniem.
– Och… – Cassandra zmierzyła mnie wzrokiem. Jej tęczówki nieznacznie się rozszerzyły, a ja przez krótką chwilę byłam gotowa przysiąc, że zabłysły czerwienią, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że dziewczyna w końcu mnie rozpoznała. – A co ty masz do tego? – zapytała, momentalnie się spinając.
– Więcej niż mogłoby się wydawać – przyznałam niechętnie. To nie było odpowiednie miejsce, by wdawać się w szczegóły. – A Rufus wie, co się dzieje i może ci pomóc – dodałam z naciskiem, mimochodem oglądając się przez ramię. Obawiałam się, że wampirowi mogłoby przyjść do głowy, żeby zaprotestować, na szczęście jednak tego nie zrobił, ograniczając się do milczenia. – Mówię poważnie, Cassandro. Ryan prosił, żeby…
– Ryan?!
Aż wzdrygnęłam się, kiedy podniosła głos, w następnej sekundzie zrywając się z miejsca tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem się nie wywróciła. Machinalnie cofnęłam się o krok, napinając mięśnie i przygotowując się do ewentualnej obrony, ostatecznie jednak nie zrobiłam niczego, pozwalając żeby dziewczyna doskoczyła do mnie, zaciskając obie dłonie na moich przedramionach. Musiałam przyznać, że była silna – zdecydowanie bardziej niż mogłabym się spodziewać po człowieku o jej posturze – wciąż jednak nie na tyle, by być w stanie zrobić mi krzywdę.
Kiedy skupiła na mnie wzrok, wydała mi się rozsądniejsza i bardziej skupiona niż kiedykolwiek wcześniej. To zachowanie też było znajome, aż za dobrze pasując mi do przemieniającego się wampira.
– Widziałaś Ryana? – zapytała z niedowierzaniem. – Nic mu nie jest? Co…? – zaczęła, po czym urwała, energicznie potrząsając głową. Skrzywiła się, być może kolejny raz musząc walczyć z mdłościami.
– Wszystko w porządku – zapewniłam, siląc się na jak najłagodniejszy ton głosu. Cóż… Do pewnego stopnia była to prawda. – On… Twojemu chłopakowi nic nie jest – zapewniłam, ostrożnie dobierając słowa.
Coś w mojej wypowiedzi sprawiło, że Cassandra prychnęła i spojrzała na mnie w niemalże urażony sposób.
– Chłopak? – obruszyła się. – Nie jesteśmy razem. Po prostu się o niego martwię.
Skinęłam głową, decydując się tego nie komentować. Z wahaniem spróbowałam się odsunąć, tym samym dając Cassandrze do zrozumienia, że nie obraziłabym się, gdyby jednak mnie puściła. Zrobiła to, chociaż wciąż wyglądała na roztrzęsioną i niepewną tego, co powinna zrobić z rękami. Najważniejsze i tak wydało mi się to, że wydawała się spokojniejsza i bardziej świadoma, co mogło sporo ułatwić. Co więcej, wciąż nie wyrzuciła za drzwi ani mnie, ani Rufusa, a to chyba o czymś świadczyło.
– Tak czy inaczej – podjęłam z wahaniem – jestem tu, bo możemy ci pomóc. Jeśli tylko będziesz chciała… – zaczęłam, ale dziewczyna nie pozwoliła mi dokończyć.
– Jeśli to ma jakiś związek z Castielem albo tą chorą organizacją, od razu sobie daruj – oznajmiła lodowatym tonem. Tym razem nie widziałam jej oczu, ale z łatwością mogłam sobie wyobrazić czerwone błyski.
– Jaką organizacją? – zapytał natychmiast Rufus, prostując się niczym struna.
Cassandra spojrzała na niego z wyraźną rezerwą.
– Jak chcecie mi pomóc, skoro niczego nie wiecie? – rzuciła tonem, który nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości co do tego, że nie oczekiwała odpowiedzi. Brzmiała na zrezygnowaną, jakby coś w naszych słowach dało jej do zrozumienia, że robienie sobie nadziei na cokolwiek nie ma sensu. – Jeśli wzmianki o Ryanie to kłamstwo, przysięgam, że…
– Że co? – Reakcja szwagra wystarczyła, żebym zaczęła się niepokoić. Otworzyłam usta, chcąc jakkolwiek go upomnieć albo nawet zasugerować, żebyśmy jednak wyszli, nim jednak zdążyłam odezwać się chociaż słowem, Rufus zdążył dosłownie zmaterializować się przed Cassandrą. – Możemy sobie pójść, jeśli tego sobie życzysz, ale weź pod uwagę, że to absolutnie nie będzie mi na rękę. Inna sprawa, że wiem wystarczająco wiele o tym, co się dzieje… Wierz mi, dziecko, że mógłbym cię pod tym względem zaskoczyć – oznajmił, po czym westchnął przeciągle, kiedy Cassandra spróbowała się cofnąć. Cóż, nie byłam zaskoczona, aż nazbyt świadoma, że kto jak kto, ale Rufus potrafił robić wręcz piorunujące pierwsze wrażenie. – Więc? Jaka organizacja?
– Ja… – Cassandra energicznie potrząsnęła głową. Już wcześniej zauważyłam, że miała silny charakter, ale i tak zaskoczyła mnie tym, że mogłaby trzymać się tego nawet w obecnej sytuacji. – Dlaczego miałabym cokolwiek mówić?
O dziwo, Rufus jedynie się uśmiechnął – i to w niepokojący, pozbawiony wesołości sposób. Już wcześniej sposobem poruszania zdradził, że zdecydowanie nie zamierzał dbać o pozory, teraz dodatkowo jednak wysuwając kły. Usłyszałam, że puls Cassandry gwałtownie przyśpieszył i to wystarczyło, bym z miejsca zapragnęła wampirowi przyłożyć.
– Ponieważ – oznajmił niemalże beztroskim tonem – w najbliższym czasie albo się wykrwawisz, albo jednak przetrwasz. Na tę chwilę stawiam na to drugie, ale to niewiele lepiej. – Zamilkł, po czym wymownie spojrzał na ślady krwi. – Zakładam, że już cię do niej ciągnie. Teraz nie rozumiesz głodu, ale przyjdzie taki moment, że wymknie ci się spod kontroli. Nie wiesz, co się dzieje, a kiedy się opamiętasz, najpewniej będziesz miała na sumieniu własną matkę albo innego członka rodziny – ciągnął, a ja aż się zapowietrzyłam, co najmniej wytrącona z równowagi jego bezpośredniością. Więc tak zamierzał z nią rozmawiać?! – Tylko że gdy już do tego dojdzie, będziesz mogła zgłosić się co najwyżej do tej chorej organizacji. Chyba że… Cóż, przestaniesz wydziwiać i zaczniesz rozmawiać teraz, póki jeszcze możesz cokolwiek zdziałać.
Wciąż wydawał się wzburzony, kiedy w końcu zamilkł, w końcu odsuwając się na tyle, by pozwolić dziewczynie odetchnąć. Zauważyłam, że Cassandra dosłownie chwiała się na nogach, ale nie byłam w stanie stwierdzić czy to szok, czy może coś innego. Sama jedynie potrząsnęłam głową, wciąż nie dowierzając temu, jak przebiegała to rozmowa. Nie tego się spodziewałam, z kolei Rufus…
Och, wielokrotnie widziałam go podenerwowanego. Dobrze wiedziałam, w jaki sposób potrafił zachowywać się w takiej sytuacji, ale i tak mi się to nie podobało.
– Skąd…? Ja przecież nie… – wyrzuciła z siebie na wydechu Cassandra. Mruczała coś jeszcze, wyraźnie mając problem z tym, żeby złapać oddech i jakkolwiek zebrać myśli. – Co mam zrobić?
Rufus rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie. Po wyrazie jego twarzy trudno było mi stwierdzić, czy jakkolwiek satysfakcjonowało go to, że ostatecznie doprowadził dziewczynę do stanu, w którym – przynajmniej teoretycznie – wydawała się chętna, by zacząć współpracować.
– Na początku doprowadź się do porządku. Zasadniczo jest mi wszystko jedno, ale krew ma to do siebie, że zbyt mocno wrzuca się w oczy – zasugerował po chwili zastanowienia. – To jest złe miejsce na jakiekolwiek rozmowy, zwłaszcza na tematy, które lepiej pozostawić między nami. Przejdziemy się na spacer i… Cóż, możliwe, że po wszystkim każde z nas będzie usatysfakcjonowane.
– Dla… Dlaczego miałabym w to uwierzyć? – zapytała z wahaniem dziewczyna, ale nie brzmiała na szczególnie chętną, by dalej się kłócić. Miałam wrażenie, że była tak zmęczona, że zaczynało być jej wszystko jedno.
– Hm… Wydaje mi się, że jasno dałem ci do zrozumienia, że nie masz zbyt wielkiego wyboru.
Cassandra zacisnęła usta, ale tym razem powstrzymała się od jakiegokolwiek komentarza. Niespokojnie obserwowałam, jak w końcu rusza się z miejsca, przez krótką chwilę krążąc bez celu po sypialni. Z obawą zerknęłam na Rufusa, bojąc się, że w którymś momencie zniecierpliwi się na tyle, by dodatkowo próbować ją poganiać, ale na całe szczęście powstrzymał się od komentarza, po prostu stojąc i czekając. Ostatecznie Cassandra wyszła, w pośpiechu wyjmując z szafki czyste ubrania i najzwyczajniej w świecie zostawiając nas samych. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na to, żeby wypuścić powietrze ze świstem i dosłownie spiorunować szwagra wzrokiem.
– Słodka bogini, co ty robisz? – warknęłam, nie pierwszy raz mając ochotę porządnie nim potrząsnąć. – Nie dość, że ta dziewczyna jest przerażona…
– Strach to czasami najlepszy środek motywujący, jeśli wiesz, co takiego mam na myśli – przerwał mi. W jego tonie nie wyczułam żadnych konkretnych emocji, co jedynie jeszcze bardziej mnie rozdrażniło. Wolałam mieć przynajmniej cień podejrzenia co do tego, w jakim nastroju był Rufus. – Zresztą nie mamy czasu na zabawę. Sama widziałaś, co się dzieje.
– Ale…
Wampir westchnął, wyraźnie poirytowany.
– Nie powiedziałem jej niczego, co nie byłoby prawdziwe. Już ci mówiłem, że właśnie to zamierzam, prawda? – zauważył przytomnie. – Swoją drogą, czy naprawdę muszę ci tłumaczyć, dlaczego zostawienie jej samej sobie to zły pomysł? Byłaś w Mieście Nocy i widziałaś, co robiły pozarażane pół-wampiry. Teraz wyobraź sobie, że masz puścić luzem kogoś równie niebezpiecznego, kto dodatkowo jest człowiekiem. Muszę mówić dalej?
– Od kiedy zrobiłeś się taki prawdomówny? – wytknęłam mu, bynajmniej nie zastanawiając się nad doborem słów.
Prawie natychmiast tego pożałowałam, zwłaszcza że to nie był najlepszy moment na kłótnie i wzajemne zarzucanie sobie czegokolwiek. Z wolna wypuściłam powietrze, po czym otworzyłam usta, chcąc się wycofać i – ewentualnie – spróbować przeprosić, ale wampir nie dał mi po temu okazji.
– Nieważne – stwierdził tonem, który niejako ucinał jakiekolwiek dyskusje.
Zamilkłam, po prostu bezradnie go obserwując. Wciąż myłam rozdrażniona i zmartwiona zarazem, ta mieszanka zaś jedynie potęgowała wyrzuty sumienia, które z jakiegoś powodu zaczęłam czuć. Sama już nie byłam pewna, co powinnam o tym sądzić, poza tym…
– Co robisz? – zapytałam z wahaniem, widząc jak Rufus bez pośpiechu przechadza się po pokoju, uważnie lustrując zawartość mebli.
Pokój nie wyróżniał się niczym szczególnym, jak najbardziej wyglądając na sypialnię kogoś, kto studiował na ASP. Widziałam porozrzucane ubrania, ustawione na półkach książki i – co w zasadzie przykuło mój wzrok w pierwszej kolejności – najróżniejsze przybory do rysowania. Najwyraźniej Cassandra lubowała się przede wszystkim w używaniu ołówków i kredek, co potwierdzały liczne rysunki i szkice, które pozawieszała na ścianie. Widziałam przede wszystkim portrety, bardzo realistyczne, chociaż nie poznawałam żadnej z przedstawionych w ten sposób osób. Nie zmieniało to jednak faktu, że dziewczyna zdecydowanie miała talent, który teraz najpewniej mogłaby swobodnie rozwijać na uczelni, gdyby nie to, co się działo.
– Renesmee – usłyszałam i to wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia.
Drgnęłam, po czym w pośpiechu przeniosłam wzrok na Rufusa, poniekąd zaskoczona tym, że zdecydował się do mnie odezwać. Stał w kącie pokoju, przerzucając porzucone na biurku stosy kartek, za co w pierwszym odruchu miałam ochotę go zrugać, ale powstrzymałam się, bez trudu orientując się, że był podenerwowany. Biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas aż nazbyt dobrze panował nad emocjami, zdecydowanie musiało wydarzyć się coś istotnego.
Podeszłam bliżej, pełna złych przeczuć. Kiedy znalazłam się na tyle blisko, by móc przyjrzeć się temu, co zawierały papiery na biurku, zorientowałam się, że to kolejne rysunki – tym razem inne, bardziej chaotyczne i w niczym nie przypominające portretów, które zaobserwowałam na ścianie. To było tak, jakby Cassie z dnia na dzień zmieniła styl rysowania, całkowicie porzucając realizm na rzecz czegoś, co wyglądało jak sceny żywcem wyjęte z koszmarów – bliżej nieokreślone cienie i postacie, które… w gruncie rzeczy wydało mi się znajome.
Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, że zaczyna mi się robić gorąco. To, co widziałam, z miejsca skojarzyło mi się tylko z jednym – z Ciemnością, demonami i, co najistotniejsze, czarnymi mackami, które nie tak dawno temu miałam okazję spotkać na balu w Volterze. Jakby nie patrzeć, to właśnie bezcielesne demony zaatakowały mnie z rozkazu Isobel, zatrzymując się tylko i wyłącznie dlatego, że zakazał im tego Rafael.
– Demony? – zapytałam cicho, choć to wydawało się oczywiste. Już wcześniej mieliśmy przesłanki, że i z nimi mogło wiązać się to wszystko, ale i tak poczułam się jeszcze bardziej zdezorientowana. – Ale…
– Mniejsza z tym. Lepiej popatrz tutaj – zniecierpliwił się Rufus, podsuwając mi kolejną kartkę niemalże pod nos.
Wyrwałam mu ją, by w ogóle mieć szansę się przyjrzeć. Tym razem trzymałam w rękach portret bardziej podobny do tych, które Cassandra rysowała wcześniej. Co prawda był bardzo niedbały i jakby tworzony w pośpiechu, nie zmieniało to jednak faktu, że w porównaniu z naszkicowanymi naprędce demonami, prezentował się aż za dobrze. Co więcej, wyraźnie przedstawiał konkretną osobę – a konkretnie mężczyznę, który…
Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza do płuc, co najmniej oszołomiona. Potrzebowałam kilku sekund, by uświadomić sobie, kogo tak naprawdę widziałam, to jednak nie miało znaczenia – bo nawet gdy już zrozumiałam, w żaden sposób nie mogłam odpowiedzieć na jedno, w naturalny sposób cisnące mi się na usta pytanie…
– Co, do jasnej cholery, ma do tego wszystkiego Jaques?!
Nie miałam pojęcia, kiedy widziałam tego mężczyznę po raz ostatni, ale to i tak nie miało znaczenia. Wiedziałam jedynie, że z każdą chwilą to wszystko robiło się jeszcze bardziej niedorzeczne. Co więcej, naprawdę zaczynałam się bać, już sama niepewna, czego powinniśmy spodziewać się w następnej kolejności. Wiedziałam jedynie, że Cassandra zdecydowanie była kimś, komu powinniśmy poświęcić uwagę, tym bardziej że teraz jak na dłoni mieliśmy dowód na to, że miała powiązania z osobami, które zdecydowanie nie były bezpieczne. Jasne, to w nawet najmniejszym stopniu niczego nie tłumaczyło, ale chciałam wierzyć w to, że rozmowa z dziewczyną miała szansę cokolwiek wyklarować.
Wciąż tkwiłam w bezruchu, bezskutecznie próbując zebrać myśli, gdy doszły mnie ciche, zmierzające w stronę pokoju kroki. Chwilę później Cassandra w końcu stanęła w progu, co prawda wciąż blada i roztrzęsiona, ale prezentująca się o wiele lepiej po tym, jak zdołała pozbyć się krwi.
Dziewczyna uciekła wzrokiem gdzieś w bok i – wcześniej oparłszy się o framugę, przez co wydała mi się jeszcze bardziej zagubiona i niepewna – jednak zdecydowała się odezwać:
– Możemy iść… A przynajmniej tak mi się wydaje – stwierdziła bez choćby cienia przekonania. To, że najchętniej po prostu by uciekła, wydawało się aż nazbyt oczywiste.
Chcąc nie chcąc doszłam do wniosku, że tyle zaangażowania z jej strony na dobry początek tyle musiało nam wystarczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa