
Renesmee
Na dłuższą chwilę zamarłam, niezdolna się ruszyć. Teraz wyraźnie czułam
krew, nie mając wątpliwości co do tego, że należała do człowieka. Co więcej,
wszystko we mnie zaczęło krzyczeć, że wydarzyło się coś bardzo złego i jak
najszybciej powinnam coś z tym zrobić, chociaż nie miałam pojęcia co.
– Chodź.
Nie zaprotestowałam, machinalnie reagując na
polecenie. W tamtej chwili już nie interesowało mnie, czy Rufus miał jakiś
plan, czy może nie pierwszy raz podejmował kolejne decyzje pod wpływem chwili.
Bez słowa ruszyłam za nim, już w tamtej chwili przekonana, że trop
zaprowadzi nas do pokoju Cassandry. Przez krótką chwilę nawet próbowałam
uspokoić się i zacząć przekonywać do tego, że nie działo się nic wartego
uwagi, a dziewczyna chociażby tylko się skaleczyła, ale…
Cóż, prawda była taka, że absolutnie w to
nie wierzyłam.
Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Do
głowy nawet przyszła mi idiotyczna myśl, że po otwarciu drzwi zastaniemy jakąś
groteskową scenę żywcem z horroru, choć zarazem nie chciałam dopuścić do
siebie takiej perspektywy. Martwiłam się tym bardziej, skoro niepokojące rzeczy
mogłyby się dziać akurat teraz, gdy dziewczyna wydawała się być jedynym tropem
przy próbie odnalezienia Layli i zrozumienia tego całego szaleństwa.
Cokolwiek się działo, Cassandra była w to zamieszana, zaś sądząc po tym,
jak sprawy miały się z Ryanem, jej przyszłość mogła stać pod znakiem
zapytania.
Wypuściłam powietrze ze świstem, kiedy Rufus w zdecydowanie
niedelikatny sposób otworzył drzwi. Przynajmniej nie były zamknięte, a przynajmniej
zakładałam, że zorientowałabym się, gdyby wampir musiał wyłamać zamek. Stanęłam
za nim, przez krótką chwilę bojąc się spojrzeć w głąb pokoju, tym bardziej
że słodki zapach krwi przybrał na sile. Machinalnie zacisnęłam palce na
ramieniu szwagra, sama niepewna, co chciałam w ten sposób osiągnąć –
uspokoić się, czy może mieć pewność, że to on nie zrobi czegoś
nieprzewidywalnego. Ostatecznie jednak odważyłam się unieść głowę, po czym
zawahałam się, przez dłuższą chwilę po prostu obserwując wyraźnie zaskoczoną,
siedzącą na łóżku Cassandrę.
Dziewczyna była blada jak papier, choć to
równie dobrze mogło mieć związek z panującym w sypialni półmrokiem.
Zauważyłam, że starannie zaciągnęła zasłony, najwyraźniej chcąc odciąć się od
świata zewnętrznego. Obawiała się światła dnia? Nie miałam pewności, ale to
niepokojąco trafnie pasowało do tego, co o działaniu wampirzej krwi
powiedział Rufus. Zawahałam się, z opóźnieniem koncentrując na Cassandrze i dochodząc
do wniosku, że wyglądała o wiele gorzej, niż gdy widziałam ją po raz
ostatni. Wyraźnie drżała, ja zaś dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie,
że wpatrywała się w swoje dłonie.
Dopiero wtedy zauważyłam krew.
Nie było jej dużo, co jednak nie umniejszało
intensywności wypełniającego pomieszczenie zapachu. Wyraźnie widziałam świeże
ślady czerwieni, aż nazbyt dokładnie odznaczające się na tle bladej cery. Wargi
też miała we krwi, być może nawet nie zdając sobie sprawy z takiego stanu
rzeczy. Cóż, szczerze wątpiłam, by w tamtej chwili wygląd miał dla niej
jakiekolwiek znaczenie.
– Cassie… – zaczęłam, chcąc zwrócić na
siebie jej uwagę. Zdrobnienie jej imienia przyszło mi w absolutnie
naturalny sposób, zwłaszcza w tej sytuacji.
– Który to już raz? – wszedł mi w słowo
Rufus.
Spojrzałam na niego pytająco, nie rozumiejąc do
czego zmierzał. Inna sprawa, że zdecydowanie nie zachowywał się jak ktoś, kto
nadawał się do pocieszenia tej dziewczyny. Poznałam go na tyle, by wiedzieć, że
w razie potrzeby potrafił być delikatny, jednocześnie jednak zdawałam
sobie sprawę z tego, że to prawdziwa rzadkość. Aż nazbyt dobrze
rozumiałam, że interesował się Cassandrą wyłącznie przez wzgląd na Laylę, a nie
z założeniem, że powinien jej pomóc. Chyba nawet nie potrafiłam mieć do
niego o to pretensji, to jednak nie zmieniało faktu, że nade wszystko
pragnęłam zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo.
– Nie rozumiem… – wtrąciła sama
zainteresowana, w końcu znajdując w sobie dość siły, by zwrócić uwagę
na naszą obecność. Jej głos wydał mi się dziwnie przytłumiony i słaby,
zupełnie jakby konieczność odezwania się była dla niej co najmniej
problematyczna. – Kim…?
– To nie ma znaczenia, przynajmniej na
razie – zniecierpliwił się wampir. – Pytam jak często wymiotujesz.
Tych kilka słów rozjaśniło mi w głowie,
wydając się tłumaczyć obecność krwi i to, dlaczego wyglądała tak dziwnie.
Sądząc po tym, w jaki sposób Cassandra skrzywiła się w odpowiedzi,
Rufus trafił w sendo. Chociaż mogłam się tego spodziewać, od samego
zainteresowanego już wcześniej otrzymując potwierdzenie co do tego, że już
wcześniej miał okazję obserwować takie rzeczy, mimo wszystko poczułam się
dziwnie. Zdążyłam przywyknąć do myśli, że w przeszłości popełnił naprawdę
wiele błędów, ale mimo wszystko…
– Za często. – Dziewczyna zamilkła, po
czym z jękiem przycisnęła zakrwawioną dłoń do ust. W tamtej chwili
zdecydowałam się przemknąć tuż obok Rufusa, naiwnie wierząc w to, że może
jednak mogłam się na coś przydać, chociaż to wydawało się dość mało
prawdopodobne. – Ja nie… Naprawdę nie rozumiem czemu…
Cokolwiek miała do powiedzenia, ostatecznie nie
zdołała wykrztusić z siebie słów, które zabrzmiałyby choć po części
sensownie. Co więcej, w tamtej chwili zdecydowanie nie wyglądała na tak
chwiejną i niebezpieczną, jak wtedy, gdy widziałam ją na uczelni. Patrząc
na nią w tamtej chwili, miałam wrażenie, że mam przed sobą małą,
wystraszoną dziewczynkę. Wręcz przypominała mi Joce z okresu, gdy ta z uporem
ukrywała przed nami to, co widziała, wciąż nie pojmując swoich zdolności.
Nie miałam pojęcia, czy to miało jakikolwiek
sens, ale to właśnie podobieństwo w zachowaniu sprawiło, że tym bardziej
zapragnęłam jej pomóc. Podejrzewałam, że w rzeczywistości byłyśmy
rówieśniczkami, a nawet że Cassandra mogłaby być ode mnie starsza, jednak w tamtej
chwili zdecydowanie tego nie czułam. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie,
że jestem wręcz odpowiedzialna, żeby coś zrobić, choć to zdecydowanie nie
działało w ten sposób.
– Przyszliśmy, żeby pomóc – oznajmiłam,
nie zamierzając rozwodzić się nad tym, czy intencje Rufusa choć po części
pokrywały się z tym stwierdzeniem.
– Och… – Cassandra zmierzyła mnie
wzrokiem. Jej tęczówki nieznacznie się rozszerzyły, a ja przez krótką
chwilę byłam gotowa przysiąc, że zabłysły czerwienią, co jedynie utwierdziło
mnie w przekonaniu, że dziewczyna w końcu mnie rozpoznała. – A co ty masz
do tego? – zapytała, momentalnie się spinając.
– Więcej niż mogłoby się wydawać –
przyznałam niechętnie. To nie było odpowiednie miejsce, by wdawać się w szczegóły. –
A Rufus wie, co się dzieje i może ci pomóc – dodałam z naciskiem,
mimochodem oglądając się przez ramię. Obawiałam się, że wampirowi mogłoby
przyjść do głowy, żeby zaprotestować, na szczęście jednak tego nie zrobił,
ograniczając się do milczenia. – Mówię poważnie, Cassandro. Ryan prosił,
żeby…
– Ryan?!
Aż wzdrygnęłam się, kiedy podniosła głos, w następnej
sekundzie zrywając się z miejsca tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem
się nie wywróciła. Machinalnie cofnęłam się o krok, napinając mięśnie i przygotowując
się do ewentualnej obrony, ostatecznie jednak nie zrobiłam niczego, pozwalając
żeby dziewczyna doskoczyła do mnie, zaciskając obie dłonie na moich
przedramionach. Musiałam przyznać, że była silna – zdecydowanie bardziej
niż mogłabym się spodziewać po człowieku o jej posturze – wciąż
jednak nie na tyle, by być w stanie zrobić mi krzywdę.
Kiedy skupiła na mnie wzrok, wydała mi się
rozsądniejsza i bardziej skupiona niż kiedykolwiek wcześniej. To
zachowanie też było znajome, aż za dobrze pasując mi do przemieniającego się
wampira.
– Widziałaś Ryana? – zapytała z niedowierzaniem. –
Nic mu nie jest? Co…? – zaczęła, po czym urwała, energicznie potrząsając
głową. Skrzywiła się, być może kolejny raz musząc walczyć z mdłościami.
– Wszystko w porządku – zapewniłam,
siląc się na jak najłagodniejszy ton głosu. Cóż… Do pewnego stopnia była to
prawda. – On… Twojemu chłopakowi nic nie jest – zapewniłam, ostrożnie
dobierając słowa.
Coś w mojej wypowiedzi sprawiło, że
Cassandra prychnęła i spojrzała na mnie w niemalże urażony sposób.
– Chłopak? – obruszyła się. – Nie
jesteśmy razem. Po prostu się o niego martwię.
Skinęłam głową, decydując się tego nie
komentować. Z wahaniem spróbowałam się odsunąć, tym samym dając Cassandrze
do zrozumienia, że nie obraziłabym się, gdyby jednak mnie puściła. Zrobiła to,
chociaż wciąż wyglądała na roztrzęsioną i niepewną tego, co powinna zrobić
z rękami. Najważniejsze i tak wydało mi się to, że wydawała się
spokojniejsza i bardziej świadoma, co mogło sporo ułatwić. Co więcej,
wciąż nie wyrzuciła za drzwi ani mnie, ani Rufusa, a to chyba o czymś
świadczyło.
– Tak czy inaczej – podjęłam z wahaniem –
jestem tu, bo możemy ci pomóc. Jeśli tylko będziesz chciała… – zaczęłam,
ale dziewczyna nie pozwoliła mi dokończyć.
– Jeśli to ma jakiś związek z Castielem
albo tą chorą organizacją, od razu sobie daruj – oznajmiła lodowatym
tonem. Tym razem nie widziałam jej oczu, ale z łatwością mogłam sobie
wyobrazić czerwone błyski.
– Jaką organizacją? – zapytał natychmiast
Rufus, prostując się niczym struna.
Cassandra spojrzała na niego z wyraźną
rezerwą.
– Jak chcecie mi pomóc, skoro niczego nie
wiecie? – rzuciła tonem, który nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości
co do tego, że nie oczekiwała odpowiedzi. Brzmiała na zrezygnowaną, jakby coś w naszych
słowach dało jej do zrozumienia, że robienie sobie nadziei na cokolwiek nie ma
sensu. – Jeśli wzmianki o Ryanie to kłamstwo, przysięgam, że…
– Że co? – Reakcja szwagra wystarczyła,
żebym zaczęła się niepokoić. Otworzyłam usta, chcąc jakkolwiek go upomnieć albo
nawet zasugerować, żebyśmy jednak wyszli, nim jednak zdążyłam odezwać się
chociaż słowem, Rufus zdążył dosłownie zmaterializować się przed
Cassandrą. – Możemy sobie pójść, jeśli tego sobie życzysz, ale weź pod
uwagę, że to absolutnie nie będzie mi na rękę. Inna sprawa, że wiem
wystarczająco wiele o tym, co się dzieje… Wierz mi, dziecko, że mógłbym
cię pod tym względem zaskoczyć – oznajmił, po czym westchnął przeciągle,
kiedy Cassandra spróbowała się cofnąć. Cóż, nie byłam zaskoczona, aż nazbyt
świadoma, że kto jak kto, ale Rufus potrafił robić wręcz piorunujące pierwsze
wrażenie. – Więc? Jaka organizacja?
– Ja… – Cassandra energicznie potrząsnęła
głową. Już wcześniej zauważyłam, że miała silny charakter, ale i tak
zaskoczyła mnie tym, że mogłaby trzymać się tego nawet w obecnej
sytuacji. – Dlaczego miałabym cokolwiek mówić?
O dziwo, Rufus jedynie się uśmiechnął – i to
w niepokojący, pozbawiony wesołości sposób. Już wcześniej sposobem
poruszania zdradził, że zdecydowanie nie zamierzał dbać o pozory, teraz
dodatkowo jednak wysuwając kły. Usłyszałam, że puls Cassandry gwałtownie
przyśpieszył i to wystarczyło, bym z miejsca zapragnęła wampirowi
przyłożyć.
– Ponieważ – oznajmił niemalże beztroskim
tonem – w najbliższym czasie albo się wykrwawisz, albo jednak
przetrwasz. Na tę chwilę stawiam na to drugie, ale to niewiele lepiej. –
Zamilkł, po czym wymownie spojrzał na ślady krwi. – Zakładam, że już cię
do niej ciągnie. Teraz nie rozumiesz głodu, ale przyjdzie taki moment, że
wymknie ci się spod kontroli. Nie wiesz, co się dzieje, a kiedy się
opamiętasz, najpewniej będziesz miała na sumieniu własną matkę albo innego
członka rodziny – ciągnął, a ja aż się zapowietrzyłam, co najmniej
wytrącona z równowagi jego bezpośredniością. Więc tak zamierzał z nią
rozmawiać?! – Tylko że gdy już do tego dojdzie, będziesz mogła zgłosić się
co najwyżej do tej chorej organizacji. Chyba że… Cóż, przestaniesz
wydziwiać i zaczniesz rozmawiać teraz, póki jeszcze możesz cokolwiek
zdziałać.
Wciąż wydawał się wzburzony, kiedy w końcu
zamilkł, w końcu odsuwając się na tyle, by pozwolić dziewczynie odetchnąć.
Zauważyłam, że Cassandra dosłownie chwiała się na nogach, ale nie byłam w stanie
stwierdzić czy to szok, czy może coś innego. Sama jedynie potrząsnęłam głową,
wciąż nie dowierzając temu, jak przebiegała to rozmowa. Nie tego się
spodziewałam, z kolei Rufus…
Och, wielokrotnie widziałam go podenerwowanego.
Dobrze wiedziałam, w jaki sposób potrafił zachowywać się w takiej
sytuacji, ale i tak mi się to nie podobało.
– Skąd…? Ja przecież nie… – wyrzuciła z siebie
na wydechu Cassandra. Mruczała coś jeszcze, wyraźnie mając problem z tym,
żeby złapać oddech i jakkolwiek zebrać myśli. – Co mam zrobić?
Rufus rzucił jej bliżej nieokreślone
spojrzenie. Po wyrazie jego twarzy trudno było mi stwierdzić, czy jakkolwiek
satysfakcjonowało go to, że ostatecznie doprowadził dziewczynę do stanu, w którym –
przynajmniej teoretycznie – wydawała się chętna, by zacząć współpracować.
– Na początku doprowadź się do porządku.
Zasadniczo jest mi wszystko jedno, ale krew ma to do siebie, że zbyt mocno
wrzuca się w oczy – zasugerował po chwili zastanowienia. – To
jest złe miejsce na jakiekolwiek rozmowy, zwłaszcza na tematy, które lepiej
pozostawić między nami. Przejdziemy się na spacer i… Cóż, możliwe, że po
wszystkim każde z nas będzie usatysfakcjonowane.
– Dla… Dlaczego miałabym w to
uwierzyć? – zapytała z wahaniem dziewczyna, ale nie brzmiała na
szczególnie chętną, by dalej się kłócić. Miałam wrażenie, że była tak zmęczona,
że zaczynało być jej wszystko jedno.
– Hm… Wydaje mi się, że jasno dałem ci do
zrozumienia, że nie masz zbyt wielkiego wyboru.
Cassandra zacisnęła usta, ale tym razem
powstrzymała się od jakiegokolwiek komentarza. Niespokojnie obserwowałam, jak w końcu
rusza się z miejsca, przez krótką chwilę krążąc bez celu po sypialni. Z obawą
zerknęłam na Rufusa, bojąc się, że w którymś momencie zniecierpliwi się na
tyle, by dodatkowo próbować ją poganiać, ale na całe szczęście powstrzymał się
od komentarza, po prostu stojąc i czekając. Ostatecznie Cassandra wyszła, w pośpiechu
wyjmując z szafki czyste ubrania i najzwyczajniej w świecie zostawiając
nas samych. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na to, żeby wypuścić powietrze ze
świstem i dosłownie spiorunować szwagra wzrokiem.
– Słodka bogini, co ty robisz? –
warknęłam, nie pierwszy raz mając ochotę porządnie nim potrząsnąć. – Nie
dość, że ta dziewczyna jest przerażona…
– Strach to czasami najlepszy środek
motywujący, jeśli wiesz, co takiego mam na myśli – przerwał mi. W jego
tonie nie wyczułam żadnych konkretnych emocji, co jedynie jeszcze bardziej mnie
rozdrażniło. Wolałam mieć przynajmniej cień podejrzenia co do tego, w jakim
nastroju był Rufus. – Zresztą nie mamy czasu na zabawę. Sama widziałaś, co
się dzieje.
– Ale…
Wampir westchnął, wyraźnie poirytowany.
– Nie powiedziałem jej niczego, co nie byłoby
prawdziwe. Już ci mówiłem, że właśnie to zamierzam, prawda? – zauważył
przytomnie. – Swoją drogą, czy naprawdę muszę ci tłumaczyć, dlaczego
zostawienie jej samej sobie to zły pomysł? Byłaś w Mieście Nocy i widziałaś,
co robiły pozarażane pół-wampiry. Teraz wyobraź sobie, że masz puścić luzem
kogoś równie niebezpiecznego, kto dodatkowo jest człowiekiem. Muszę mówić
dalej?
– Od kiedy zrobiłeś się taki
prawdomówny? – wytknęłam mu, bynajmniej nie zastanawiając się nad doborem
słów.
Prawie natychmiast tego pożałowałam, zwłaszcza
że to nie był najlepszy moment na kłótnie i wzajemne zarzucanie sobie
czegokolwiek. Z wolna wypuściłam powietrze, po czym otworzyłam usta, chcąc
się wycofać i – ewentualnie – spróbować przeprosić, ale wampir nie
dał mi po temu okazji.
– Nieważne – stwierdził tonem, który niejako
ucinał jakiekolwiek dyskusje.
Zamilkłam, po prostu bezradnie go obserwując.
Wciąż myłam rozdrażniona i zmartwiona zarazem, ta mieszanka zaś jedynie
potęgowała wyrzuty sumienia, które z jakiegoś powodu zaczęłam czuć. Sama
już nie byłam pewna, co powinnam o tym sądzić, poza tym…
– Co robisz? – zapytałam z wahaniem,
widząc jak Rufus bez pośpiechu przechadza się po pokoju, uważnie lustrując
zawartość mebli.
Pokój nie wyróżniał się niczym szczególnym, jak
najbardziej wyglądając na sypialnię kogoś, kto studiował na ASP. Widziałam
porozrzucane ubrania, ustawione na półkach książki i – co w zasadzie
przykuło mój wzrok w pierwszej kolejności – najróżniejsze przybory do
rysowania. Najwyraźniej Cassandra lubowała się przede wszystkim w używaniu
ołówków i kredek, co potwierdzały liczne rysunki i szkice, które
pozawieszała na ścianie. Widziałam przede wszystkim portrety, bardzo
realistyczne, chociaż nie poznawałam żadnej z przedstawionych w ten
sposób osób. Nie zmieniało to jednak faktu, że dziewczyna zdecydowanie miała
talent, który teraz najpewniej mogłaby swobodnie rozwijać na uczelni, gdyby nie
to, co się działo.
– Renesmee – usłyszałam i to
wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia.
Drgnęłam, po czym w pośpiechu przeniosłam
wzrok na Rufusa, poniekąd zaskoczona tym, że zdecydował się do mnie odezwać.
Stał w kącie pokoju, przerzucając porzucone na biurku stosy kartek, za co w pierwszym
odruchu miałam ochotę go zrugać, ale powstrzymałam się, bez trudu orientując
się, że był podenerwowany. Biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas aż nazbyt
dobrze panował nad emocjami, zdecydowanie musiało wydarzyć się coś istotnego.
Podeszłam bliżej, pełna złych przeczuć. Kiedy
znalazłam się na tyle blisko, by móc przyjrzeć się temu, co zawierały papiery
na biurku, zorientowałam się, że to kolejne rysunki – tym razem inne,
bardziej chaotyczne i w niczym nie przypominające portretów, które
zaobserwowałam na ścianie. To było tak, jakby Cassie z dnia na dzień
zmieniła styl rysowania, całkowicie porzucając realizm na rzecz czegoś, co
wyglądało jak sceny żywcem wyjęte z koszmarów – bliżej nieokreślone
cienie i postacie, które… w gruncie rzeczy wydało mi się znajome.
Zacisnęłam dłonie w pięści, czując, że
zaczyna mi się robić gorąco. To, co widziałam, z miejsca skojarzyło mi się
tylko z jednym – z Ciemnością, demonami i, co najistotniejsze,
czarnymi mackami, które nie tak dawno temu miałam okazję spotkać na balu w Volterze.
Jakby nie patrzeć, to właśnie bezcielesne demony zaatakowały mnie z rozkazu
Isobel, zatrzymując się tylko i wyłącznie dlatego, że zakazał im tego
Rafael.
– Demony? – zapytałam cicho, choć to
wydawało się oczywiste. Już wcześniej mieliśmy przesłanki, że i z nimi
mogło wiązać się to wszystko, ale i tak poczułam się jeszcze bardziej
zdezorientowana. – Ale…
– Mniejsza z tym. Lepiej popatrz
tutaj – zniecierpliwił się Rufus, podsuwając mi kolejną kartkę niemalże
pod nos.
Wyrwałam mu ją, by w ogóle mieć szansę się
przyjrzeć. Tym razem trzymałam w rękach portret bardziej podobny do tych,
które Cassandra rysowała wcześniej. Co prawda był bardzo niedbały i jakby
tworzony w pośpiechu, nie zmieniało to jednak faktu, że w porównaniu z naszkicowanymi
naprędce demonami, prezentował się aż za dobrze. Co więcej, wyraźnie
przedstawiał konkretną osobę – a konkretnie mężczyznę, który…
Gwałtownie zaczerpnęłam powietrza do płuc, co
najmniej oszołomiona. Potrzebowałam kilku sekund, by uświadomić sobie, kogo tak
naprawdę widziałam, to jednak nie miało znaczenia – bo nawet gdy już
zrozumiałam, w żaden sposób nie mogłam odpowiedzieć na jedno, w naturalny
sposób cisnące mi się na usta pytanie…
– Co, do jasnej cholery, ma do tego wszystkiego
Jaques?!
Nie miałam pojęcia, kiedy widziałam tego
mężczyznę po raz ostatni, ale to i tak nie miało znaczenia. Wiedziałam
jedynie, że z każdą chwilą to wszystko robiło się jeszcze bardziej
niedorzeczne. Co więcej, naprawdę zaczynałam się bać, już sama niepewna, czego
powinniśmy spodziewać się w następnej kolejności. Wiedziałam jedynie, że
Cassandra zdecydowanie była kimś, komu powinniśmy poświęcić uwagę, tym bardziej
że teraz jak na dłoni mieliśmy dowód na to, że miała powiązania z osobami,
które zdecydowanie nie były bezpieczne. Jasne, to w nawet najmniejszym
stopniu niczego nie tłumaczyło, ale chciałam wierzyć w to, że rozmowa z dziewczyną
miała szansę cokolwiek wyklarować.
Wciąż tkwiłam w bezruchu, bezskutecznie
próbując zebrać myśli, gdy doszły mnie ciche, zmierzające w stronę pokoju
kroki. Chwilę później Cassandra w końcu stanęła w progu, co prawda
wciąż blada i roztrzęsiona, ale prezentująca się o wiele lepiej po
tym, jak zdołała pozbyć się krwi.
Dziewczyna uciekła wzrokiem gdzieś w bok i –
wcześniej oparłszy się o framugę, przez co wydała mi się jeszcze bardziej
zagubiona i niepewna – jednak zdecydowała się odezwać:
– Możemy iść… A przynajmniej tak mi się
wydaje – stwierdziła bez choćby cienia przekonania. To, że najchętniej po
prostu by uciekła, wydawało się aż nazbyt oczywiste.
Chcąc nie chcąc doszłam do wniosku, że tyle
zaangażowania z jej strony na dobry początek tyle musiało nam wystarczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz