
Elizabeth
To było niczym sen, który z taką
łatwością mógł dobiec końca. Miała wrażenie, że porusza się prawie jak w transie,
wciąż roztrzęsiona i z poczuciem, że w każdej chwili mogłaby
rozpaść się na kawałki. Początkowo nawet nie zarejestrowała tego, że bezceremonialnie
wpadła do mieszkania Ulricha, boleśnie lądując na podłodze i próbując
zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Drzwi do mieszkania były otwarte, czego
nie zarejestrowała wystarczająco wcześnie, ale…
Wszystko to
przestało mieć znaczenie w chwili, w której głosy ucichły jakby
ucięte nożem. Zaraz po tym usłyszała zbliżające się ku niej pośpieszne kroki.
– Liz…!
Nie
zwróciła większej uwagi na Ulricha, w zamian rozszerzonymi do granic
możliwości oczami wpatrując się w stojącego u jego boku mężczyznę.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że niewiele brakuje, by obraz rozmazał jej
się przed oczami, a ona straciła przytomność, z uporem jednak
trzymała się rzeczywistości. Nawet jeśli śniła, nie mogła pozwolić sobie, by ot
tak przerwać – nie w tym momencie…
Nie, póki
nie upewni się, że jednak nie zwariowała.
W pierwszym
odruchu otworzyła usta, chcąc o coś zapytać – wykrztusić z siebie
chociaż słowo – szybko jednak przekonała się, że nie jest w stanie nic
zrobić. Wciąż czuła ucisk w gardle, w wyniku czego zdołała wydać z siebie
bliżej nieokreślony jęk. Poczuła wilgoć na policzkach, dopiero po kilku
sekundach uświadamiając sobie, że płakała, chociaż nie zarejestrowała momentu, w którym
emocje przejęły nad nią górę. Wystarczyło, że wyraźnie czuła, iż zaczyna się
trząść, wytrącona z równowagi w stopniu nie mniejszym, co i w chwili,
w której po raz pierwszy stanęła oko w oko z Jasonem.
To niemożliwe, tłukło jej się w głowie,
jednak stanowczo nakazała się zdrowemu rozsądkowi zamknąć, nie zamierzając
przyjąć tej myśli do świadomości. To…
niemożliwe… Po prostu niemożliwe…
Miała
wrażenie, że ktoś po raz kolejny wypowiedział jej imię, ale to nie wydawało się
Liz ani trochę istotne. Wkrótce po tym osoba, która wprawiła ją w aż takie
osłupienie, kucnęła tuż naprzeciwko niej, zachęcająco rozkładając ręce. W tamtej
chwili Elizabeth ostatecznie przestała nad sobą panować i wpadłszy w nastawione
ramiona, po prostu rozpłakała się jak dziecko. Nie pojmowała, co takiego
właśnie się wydarzyło i dlaczego Ulrich najwyraźniej zamierzał ją
okłamywać, ale to w tamtej chwili nie miało znaczenia.
– No, już
dobrze… – usłyszała tuż przy uchu. – Jestem tutaj cały czas, Lizzy… I będę.
Już jesteś bezpieczna.
Nie
pamiętała, kiedy ostatnim razem ktoś zwracał się do niej tak, by zdrabniać jej
imię. W normalnym wypadku obruszyłaby się, szczerze nie cierpiąc, kiedy
ktoś otwarcie zaczynał traktować ją jak dziecko, jednak tym razem nie miała nic
przeciwko. Wręcz przeciwnie – niemalże z ulgą przyjęła to, że mogła poczuć
się jak mała dziewczynka, która nie musiała interesować się problemami ze
świata dorosłych. Wiedziała, że to chwilowy stan i że prędzej czy później
będzie musiała zmierzyć się ze wszystkim, co dręczyło ją przez tyle czasu, ale…
nie dzisiaj.
Nie w tym
momencie, skoro naprawdę zaczynała wierzyć, że wszystko mogłoby być w porządku.
– J-jak…? –
Samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, jakim cudem udało jej się odezwać. Co
prawda to nadal przypominało bardziej jęk niż konkretne słowo, ale na tę chwilę
musiało wystarczyć.
– Później –
padło w odpowiedzi. Ciepła dłoń przesunęła się po jej policzku, ścierając
łzy. – Będziemy jeszcze mieli czas, żeby porozmawiać i wszystko sobie
wyjaśnić. Najwyższa pora, żebym w końcu zabrał cię w bezpieczne
miejsce, Liz.
Skinęła
głową, choć w gruncie rzeczy jakiekolwiek potwierdzenie wydawało się
zbędne – w końcu wystarczająco wymowne wydawało się to, że kurczowo tuliła
się do obejmującego ją mężczyzny, gotowa prędzej połamać mu żebra, aniżeli
pozwolić na to, żeby ją puścił. Całą energię wkładała właśnie w to i oddychanie,
tym bardziej że zapanowanie nad szlochem okazało się nie lada wysiłkiem.
– A co
z…? – zaczęła i zaraz urwała, niezdolna, żeby dokończyć. W zasadzie
sama nie była pewna, czy chciała poznać odpowiedź na cisnące jej się na usta
pytanie.
Doczekała
się wyłącznie troskliwego spojrzenia i ciepłych warg, które delikatnie
musnęły jej czoło.
– Później –
powtórzył spokojnie mężczyzna. – Teraz po prostu chodźmy. Ja i Ulrich już
skończyliśmy rozmawiać.
Ponownie skinęła
głową, w tamtej chwili gotowa przystać dosłownie na wszystko. W głowie
miała mętlik, ale to przynajmniej tymczasowo nie miało znaczenia, zwłaszcza że
teraz musiało być dobrze. Pierwszy raz od długiego czasu coś wydawało się
układać tak, jak powinno, a przynajmniej Elizabeth chciała w to
wierzyć. Jeśli nie śniła, a wszystko to, czego doświadczała, było
prawdziwe, wtedy…
Westchnęła
cicho, ostatecznie odrzucając od siebie niechciane myśli. Zaraz po tym bez
słowa pozwoliła na to, żeby ojciec postawił ją na równe nogi i nie
czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, najzwyczajniej w świecie z nim
odeszła.

Renesmee
Miałam wyrzuty sumienia.
Dręczyło mnie wiele kwestii, począwszy od tego, że wychodziłam z domu,
kiedy Joce mogła mnie potrzebować, ale jaki tak naprawdę miałam wybór? Inna
sprawa, że po raz kolejny odkładałam w czasie wizytę u Sue i Charliego,
ale sytuacja tego wymagała, ja zaś nie potrafiłam zdobyć się na to, by
porozmawiać z nimi telefonicznie. Wiedziałam, że już dawno powinni się o wszystkim
dowiedzieć, ale wszystko komplikowało się do tego stopnia, że kwestia śmierci
Setha po prostu zeszła gdzieś na dalszy plan. Co prawda mogłam zgodzić się na
to, żeby Gabriel albo ktokolwiek inny załatwił tę sprawę za mnie, ale…
Och,
czułam, że to powinnam być ja. Była jeszcze mama, ale i tak nie potrafiłam
zmusić się do tego, żeby zrzucić na nią odpowiedzialność. Chciałam przy tym
być, chociażby przez wzgląd na Claire, której bliżej było do mnie niż do Belli.
Obawiałam się tego, że ostatecznie cały żal mógłby skumulować się właśnie na
niej i choć miałam wątpliwości co do tego, czy w ogóle miałam szansę
cokolwiek zmienić, wolałam załatwić tę sprawę osobiście.
Chcąc nie
chcąc po raz kolejny zmusiłam się do tego, żeby przestać o tym myśleć.
Próbowałam skupić się na drodze, zwłaszcza że okolica, w której mieszkała
Cassandra, nie była mi znana. Co więcej, musiałam zdać się na towarzystwo
Rufusa, co w przypadku jazdy samochodem tak czy inaczej wzbudzało we mnie
wątpliwości. Nie miałam pojęcia, czego tak naprawdę powinniśmy się spodziewać i to
mnie martwiło, tym bardziej że również Ryan nie powiedział mi niczego
sensownego.
– Jesteś
pewien, że dobrze trafiliśmy? – zaryzykowałam w końcu, spoglądając na
wyświetlaną przez GPS mapę.
– Zajęłaś
Castiela na tyle czasu, że miałem dość czasu, żeby poszukać informacji – rzucił
niemalże urażonym tonem Rufus. – W zasadzie zeszło wam tyle, że mógłbym w tym
czasie nauczyć się adresów wszystkich tych dzieciaków, więc…
–
Zrozumiałam – przerwałam mu pośpiesznie. Mocniej zacisnęłam dłonie na
kierownicy, powstrzymując odruch, w którym spróbowałabym wyrzucić obie
ręce ku górze w poddańczym geście.
Nie dodałam
niczego więcej, zbytnio podenerwowana, by skupić się na jakiejkolwiek rozmowie.
Zbytnio obawiałam się tego, co mogło pójść nie tak, zwłaszcza że Cassandra z oczywistych
względów reagowała na mnie dość żywiołowo. Przynajmniej tak było ostatnim
razem, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, że mogłabym mieć jakikolwiek związek z Castielem.
Pozostawało mi mieć nadzieję, że przynajmniej mnie wysłucha, a wzmianki o Ryanie
utwierdzi ją w przekonaniu, że miałam dobre intencje. Jakby nie patrzeć,
tak właśnie było, prawda?
Westchnęła
cicho, uświadamiając sobie, że praktycznie dotarliśmy do celu. Udało mi się
znaleźć odpowiednie miejsce, żeby zaparkować, jednak nie od razu zdecydowałam się
na to, by wysiąść albo jakkolwiek inaczej ruszyć się z miejsca.
– Co
zamierzamy zrobić? – zapytałam z powątpiewaniem. – To znaczy… Co mam niby
powiedzieć? – dodałam, a Rufus spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Sądziłem,
że ty coś wymyślisz.
Z miejsca
poczułam, że zaczyna robić mi się gorąco. Przez krótką chwilę miałam ochotę
ukryć twarz w dłoniach i oświadczyć, że nigdzie się nie ruszam.
– To nie
jest takie proste – jęknęłam, krzywiąc się. – Może nie chcieć rozmawiać, poza
tym… Och, ostatnim razem zareagowała na mnie dość gwałtownie. Mówiłam ci o tym.
– Czego
innego spodziewałaś się po kimś, kto przypomina ci przemieniającego się
wampira? – mruknął, po czym wywrócił oczami. – Jeśli tak wolisz, zajmę się
wszystkim. Zależy nam na tym, żeby chciała rozmawiać, a to bardzo łatwo
można załatwić – stwierdził z przekonaniem, którego w najmniejszym
nawet stopniu nie podzielałam.
Jeszcze
kiedy mówił, przesunął się bliżej drzwi, najwyraźniej zamierzając wysiąść.
Zareagowałam zupełnie automatycznie, natychmiast prostując się niczym struna i chwytając
go za ramię.
– Chwila! –
zaoponowałam. O dziwo, Rufus nawet nie skrzywił się pod moim dotykiem, choć
zwykle unikał jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. W zamian jedynie
spojrzał na mnie ze znużeniem, najwyraźniej spodziewając się tego, że mogłabym
mieć uwagi. – Jeśli zamierzasz mieszać jej w głowie tylko po to, żeby mieć
z tego korzyści…
– Wiesz… To
zabrzmiało trochę tak, jakbym miał w planach zbałamucić niewinną
dziewczynę – zauważył, a ja prychnęłam. Skoro zaczynał być złośliwy,
zapowiadało się naprawdę interesująca. – Przechodząc do rzeczy, weź pod uwagę,
że nie zawsze jestem w stanie wpłynąć na kogoś sobie podobnego. Wszystko
zależy od umysłu i chociaż po człowieku nie spodziewam się zbyt wiele…
Cóż, wolałbym nie tracić czasu na metodę, która może okazać się zawodna.
– Więc co
proponujesz?
Uśmiechnął
się pobłażliwie, jakby urażony tym, że sama jeszcze nie wpadłam na najbardziej
rozsądne, w pełni skuteczne rozwiązanie.
– Prawdę –
stwierdził takim tonem, jakbyś dyskutowali o pogodzie.
Zaskoczył
mnie tym do tego stopnia, że aż go puściłam, pozwalając żeby wysiadł z auta.
Zdążył odejść znaczny kawałek, bez pośpiechu zmierzając ku domowi Cassandry,
zanim otrząsnęłam się na tyle, by zareagować. Natychmiast wypadłam na zewnątrz,
jedynie cudem powstrzymując się przed zrównaniem z Rufusem z prędkością,
która przez ewentualnego obserwatora mógłby zostać odebrany jako absolutnie
nieludzi.
– Jaką
znowu…? – zaczęłam, nie kryjąc zniecierpliwienia. Musiałam zniżyć głos niemalże
do szeptu, uświadamiając sobie, że istniało zbyt wielkie prawdopodobieństwo, że
ktoś nas usłyszy. – Rufus, do cholery, co ty planujesz? – syknęłam, ale nie
zwrócił na mnie większej uwagi.
– Dzwonimy,
pukamy? – rzucił w zamian, znaczącą kiwając głową w stronę
zamkniętych drzwi.
Spojrzałam
na niego z niedowierzaniem, bynajmniej niezdolna docenić tego, że dawał mi
podjąć decyzję w jakiejkolwiek kwestii. Zdecydowanie nie czułam się dobrze
w chwilach, w których Rufus zaczynał zachowywać się w taki
sposób. Nie miałam pewności, czego się po nim spodziewać, nie pierwszy raz
zresztą musząc znosić to, że niekoniecznie śpieszył się z przedstawieniem
mi swojego planu. Co prawda już dawno powinnam się do takiego zachowania z jego
strony przyzwyczaić, ale zwłaszcza przez wzgląd na nieobecność Layli, w naturalny
sposób miałam wątpliwości.
W pierwszym
odruchu chciałam zaprotestować i spróbować zmusić go do wyjaśnień, ale
zrezygnowałam, aż nazbyt świadoma, że to strata czasu. Ostatecznie zmusiłam się
do tego, by rzucić szwagrowi co najmniej poirytowane spojrzenie i wcisnąć
ten cholerny dzwonek. Z dwojga złego wolałam już spróbować przejąć
kontrolę nad sytuacją, niż pozwolić Rufusowi działać na własną rękę. Nie miałam
pewności, co powinnam rozumieć pod pojęciem „prawdy” w jego wykonaniu, ale
jeśli na dobry początek zamierzał powitać Cassandrę wysuniętymi kłami i informacją,
że musi z nami porozmawiać, bo jest pod działaniem wampirzej albo
demonicznej krwi, a jej znajomy aktualnie siedzi zamknięty w piwnicy…
Nie, to w żadnym
wypadku nie brzmiało dobrze.
Fakt, że
mimo wszystko miałam pustkę w głowie, również niczego nie ułatwiał.
Wypuściłam
powietrze ze świstem, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na donośny
dźwięk dzwonka. Czekanie w takiej sytuacji niezmiennie jawiło mi się jako koszmar,
zwłaszcza że kolejne sekundy wydawały się ciągnąc w nieskończoność. Do
głowy nawet przyszło mi, że jednak nikogo nie ma i powinniśmy sobie
odpuścić, zanim jednak zdążyłam to choćby zasugerować, drzwi w końcu się
otworzyły.
– Tak?
W roztargnieniu
zmierzyłam stojącą w progu kobietę wzrokiem, bez trudu orientując się, że
zdecydowanie nie miałam do czynienia z Cassandrą. O ile nie
pomyliliśmy adresu, mogłam założyć, że stojąca przede mną śmiertelniczka
musiała być matką dziewczyny. Na to przynajmniej wskazywałby jej wiek, choć
zawsze miałam problem z ustaleniem wieku człowieka na podstawie samego
tylko wyglądu. Tak czy inaczej, po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku,
że nieco pulchna kobieta z sięgającymi ramion, czarnymi włosami, jak
najbardziej mogła być kimś spokrewnionym z dziewczyną, z którą
musiałam porozmawiać.
– Ehm…
Dzień dobry – wykrztusiłam, mając nadzieję, że moje wahanie nie było
szczególnie wyczuwalne. Przełknęłam z trudem, po czym wyprostowałam się,
próbując wziąć się w garść. Sama nie byłam pewna, czy cieszyłam się, że
otworzyła akurat ta kobieta, tym bardziej że w głowie wciąż miałam pustkę.
– Bardzo przepraszamy za najście, ale… czy Cassandra może jest w domu? –
zapytałam wprost, dochodząc do wniosku, że to najsensowniejsze wyjście.
Kobieta
zmierzyła mnie wzrokiem, wyraźnie zaskoczona. Przez krótką chwilę jednak brałam
pod uwagę to, że zbłądziliśmy, co z dwojga złego chyba nawet było mi na
rękę. Sama ledwo powstrzymałam się od wymyślenia jakiejś wymówki, która
wyjaśniłaby pomyłkę i pozwoliłaby nam się ewakuować. Co prawda
podejrzewałam, że Rufus nie byłby zadowolony z takiego posunięcia, ale nie
dbałam o to. Co więcej, w naturalny sposób chciałam dowiedzieć się
więcej na tego, co planował, zanim podjęłabym jakąkolwiek decyzję. To, że teraz
niejako stawiał mnie przed faktem dokonanym, nie było uczciwe, więc i ja
nie musiałam zachowywać się w sposób, którego po mnie oczekiwał.
–
Przyszliście do Cassandry? – zapytała podejrzliwie kobieta, raptownie poważniejąc.
To wystarczyło, żeby dać mi do myślenia.
– Jest z tym
jakiś problem? – wtrącił Rufus, pierwszy raz decydując się odezwać.
Miałam
ochotę na niego warknąć, nim jednak zdążyłam podjąć decyzję, ponownie odezwała
się stojąca w progu kobieta:
– Jestem
zaskoczona. Cassie w ostatnim czasie przesiaduje sama, poza tym… – Urwała,
na powrót poważniejąc i zdwajając czujność. – A wy jesteście…?
– Znam
Cassie z uczelni – wyjaśniłam pośpieszne, próbując ratować sytuację. –
Przyjaźnimy się, więc chciałam sprawdzić, co u niej i… A mój chłopak
po prostu mi towarzyszy – dodałam, coraz bardziej zmieszana.
Potrzebowałam
kilku sekund, żeby uprzytomnić sobie co najmniej niefortunny dobór słów. W zasadzie
w pierwszym odruchu całkowicie wyparłam z siebie to, co powiedziałam,
nie mogąc uwierzyć, że na wszystkie wymówki, do głowy przyszła mi akurat ta.
Fakt, że Rufus chrząknął znacząco, spoglądając przy tym na mnie w wymowny,
przenikliwy sposób, w najmniejszym nawet stopniu mi nie pomógł.
Mniej
więcej w tamtej chwili zaczęłam żałować, że nie dysponowałam zdolnościami
Camerona i nie mogłam najzwyczajniej w świcie rozpłynąć się w powietrzu.
Natychmiastowa ewakuacja wydała mi się jeszcze bardziej atrakcyjnym
rozwiązaniem, chociaż to i tak nie rozwiązałoby problemu. W zasadzie
dochodziłam do wniosku, że teraz dla świętego spokoju musiałam Rufusa zabić
albo…
Och, słodka
bogini, co mi w ogóle przyszło do głowy, kiedy zdecydowałam się odezwać?!
– Ach, tak…
– Właściwie sama nie byłam pewna, jakim cudem udało mi się skoncentrować na
słowach kobiety. – Cassie nie wspominała o przyjaciółce, ale… w ostatnim
czasie mało ze mną rozmawia, więc… – Zamilkła, po czym odchrząknęła,
najwyraźniej zamierzając zmienić temat. – Wejdźcie, proszę. Może tobie uda się z nią
porozmawiać, bo ja już nie mam siły.
Zamrugałam
nieco nieprzytomnie, zaskoczona tym, że mimo wszystko coś udało mi się
zdziałać. Machinalnie ruszyłam się z miejsca, z uporem unikając
spoglądania na Rufusa i próbując skupić się na tym, co najważniejsze.
Ostatecznie skupiłam wzrok na powrót na matce Cassandry, dopiero w tamtej
chwili zwracając uwagę na to, że wyglądała na zmęczoną. Wcześniej nie byłam aż
do tego stopnia świadoma jej bladej cery, cieni pod oczami czy pobrzmiewającego
w głosie zniechęcenia. To ostatnie mogłam wytłumaczyć tym, że była dobra w ukrywaniu
emocji, teraz jednak najwyraźniej nie widziała już powodu, dla którego dalej
miałaby to robić.
– Jest aż
tak źle? – zapytałam, tym razem w przesadnie wręcz dokładny sposób
dobierając słowa. – To znaczy… Wiem, że miała swoje problemy, ale…
– Problemy?
– powtórzyła z niedowierzaniem kobieta. – Och, żeby tylko… Jak
wspomniałam, może tobie uda się do niej dotrzeć. Ze mną nie rozmawia i to
już od dłuższego czasu.
Nie byłam
jakoś szczególnie zaskoczona tym wyznaniem, zwłaszcza że zdążyłam zauważyć, że
Cassandra była dość zdystansowana. Nawet jeśli nie wiedziała, co takiego się z nią
działo, musiała przynajmniej przeczuwać, że cokolwiek było nie tak. Wciąż nie
miałam pewności, jakie problemy zadecydowały o tym, że zajmował się nią
Castiel i co znajdowało się w jej karcie, ale nie mogłam pozbyć się
wrażenia, że to i tak nie miało znaczenia. Po tym, jak wyglądało
przygotowywanie dokumentacji przez ośrodek, w którym przebywała Jocelyne, z łatwością
mogłam sobie wyobrazić scenariusz, w którym karta choroby nie miała
absolutnego związku ze stanem rzeczywistym.
Cóż, to
było do przewidzenia, prawda? Szczerze wątpiłam, by ktokolwiek brał pod uwagę
nadnaturalny pierwiastek, jakim był wampiryzm. Oczywiste, że każdy specjalista,
do którego zgłosiłaby się Cassandra, próbowałby szukać odpowiedzi w znanych
mu źródłach, a skoro tak…
W tym momencie wcale nie szukasz
usprawiedliwienia dla Castiela, prawda?, przeszło mi przez myśl i to
wystarczyło, bym ledwo powstrzymała grymas. W porządku, może i tak było,
ale co mogłam poradzić na to, że po prostu nie wierzyłam w jego złe
intencje? Mogłam tylko zgadywać, ile tak naprawdę wiedział i w jakim
stopniu angażował się w to, co się działo, ale mimo wszystko… Później, warknęłam na siebie w duchu,
tym samym stanowczo odsuwając od siebie niechciane myśli.
– Cassie ma
pokój tu na dole, po prawej stronie korytarza – wyjaśniła mi matka dziewczyny,
tym samym skutecznie wyrywając mnie z zamyślenia. – Gdybym była do
czegokolwiek potrzebna…
–
Oczywiście.
Ruszyłam w odpowiednim
kierunku, próbując się skoncentrować. To okazało się o wiele trudniejsze
niż przypuszczałam, zwłaszcza kiedy zostałam sama z Rufusem. Fakt, że
wampir w pośpiechu się ze mną zrównał, tym samym doprowadzając do
sytuacji, w której ignorowanie go nie było możliwe, w najmniejszym
nawet stopniu nie poprawił mi nastroju.
– Więc
powiadasz, że my… – zaczął przesadnie uprzejmym tonem, a ja warknęłam cicho,
nie mogąc się powstrzymać. Zamachnęłam się nawet, próbując uderzyć go w ramię,
ale z łatwością usunął się na bok.
– Zamknij
się – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – To ty kazałeś mi coś wymyślić.
Wampir
wymownie uniósł brwi.
– Jak
najbardziej, ale nie tego się spodziewałem – przyznał i – mogłam to wręcz
przysiąc – w tamtej chwili doskonale bawił się moim kosztem. Co prawda nie
okazywał tego w aż tak otwarty sposób, jak początkowo się obawiałam, ale
mimo wszystko… – Sądzisz, że przy wychodzeniu powinniśmy złapać się za ręce,
czy może…?
– Na litość
bogini, przysięgam, że tym razem też nie wpuszczę cię do auta!
Jedynie
rzucił mi urażone spojrzenie, ostatecznie jednak zamilkł, najwyraźniej nie zamierzając
sprawdzać, czy mówiłam prawdę. Wciąż się we mnie gotowało, nie wspominając o tym,
że nie wierzyłam, że akurat teraz zebrało mu się na żarty. W chwilach
takich jak ta nie pojmowałam tego, jakim cudem Layla wytrzymywała z nim
przez większość czasu. To nie był pierwszy raz, kiedy to zadawałam sobie to
pytanie, niemniej…
Ciepłe
palce bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się na moim ramieniu, zmuszając do
tego, żebym przystanęła.
– Czekaj –
rzucił spiętym tonem Rufus, raptownie poważniejąc. Przeniosłam na niego wzrok,
zaniepokojona. – Czujesz to co ja?
W pierwszym
odruchu zamierzałam zaprzeczyć i zapytać, co miał na myśli, jednak prawie
natychmiast dotarł do mnie aż nazbyt charakterystyczny zapach. To wystarczyło,
żebym zrozumiała.
– Krew…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz