7 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt sześć

Elizabeth
To było niczym sen, który z taką łatwością mógł dobiec końca. Miała wrażenie, że porusza się prawie jak w transie, wciąż roztrzęsiona i z poczuciem, że w każdej chwili mogłaby rozpaść się na kawałki. Początkowo nawet nie zarejestrowała tego, że bezceremonialnie wpadła do mieszkania Ulricha, boleśnie lądując na podłodze i próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Drzwi do mieszkania były otwarte, czego nie zarejestrowała wystarczająco wcześnie, ale…
Wszystko to przestało mieć znaczenie w chwili, w której głosy ucichły jakby ucięte nożem. Zaraz po tym usłyszała zbliżające się ku niej pośpieszne kroki.
– Liz…!
Nie zwróciła większej uwagi na Ulricha, w zamian rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując się w stojącego u jego boku mężczyznę. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że niewiele brakuje, by obraz rozmazał jej się przed oczami, a ona straciła przytomność, z uporem jednak trzymała się rzeczywistości. Nawet jeśli śniła, nie mogła pozwolić sobie, by ot tak przerwać – nie w tym momencie…
Nie, póki nie upewni się, że jednak nie zwariowała.
W pierwszym odruchu otworzyła usta, chcąc o coś zapytać – wykrztusić z siebie chociaż słowo – szybko jednak przekonała się, że nie jest w stanie nic zrobić. Wciąż czuła ucisk w gardle, w wyniku czego zdołała wydać z siebie bliżej nieokreślony jęk. Poczuła wilgoć na policzkach, dopiero po kilku sekundach uświadamiając sobie, że płakała, chociaż nie zarejestrowała momentu, w którym emocje przejęły nad nią górę. Wystarczyło, że wyraźnie czuła, iż zaczyna się trząść, wytrącona z równowagi w stopniu nie mniejszym, co i w chwili, w której po raz pierwszy stanęła oko w oko z Jasonem.
To niemożliwe, tłukło jej się w głowie, jednak stanowczo nakazała się zdrowemu rozsądkowi zamknąć, nie zamierzając przyjąć tej myśli do świadomości. To… niemożliwe… Po prostu niemożliwe…
Miała wrażenie, że ktoś po raz kolejny wypowiedział jej imię, ale to nie wydawało się Liz ani trochę istotne. Wkrótce po tym osoba, która wprawiła ją w aż takie osłupienie, kucnęła tuż naprzeciwko niej, zachęcająco rozkładając ręce. W tamtej chwili Elizabeth ostatecznie przestała nad sobą panować i wpadłszy w nastawione ramiona, po prostu rozpłakała się jak dziecko. Nie pojmowała, co takiego właśnie się wydarzyło i dlaczego Ulrich najwyraźniej zamierzał ją okłamywać, ale to w tamtej chwili nie miało znaczenia.
– No, już dobrze… – usłyszała tuż przy uchu. – Jestem tutaj cały czas, Lizzy… I będę. Już jesteś bezpieczna.
Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem ktoś zwracał się do niej tak, by zdrabniać jej imię. W normalnym wypadku obruszyłaby się, szczerze nie cierpiąc, kiedy ktoś otwarcie zaczynał traktować ją jak dziecko, jednak tym razem nie miała nic przeciwko. Wręcz przeciwnie – niemalże z ulgą przyjęła to, że mogła poczuć się jak mała dziewczynka, która nie musiała interesować się problemami ze świata dorosłych. Wiedziała, że to chwilowy stan i że prędzej czy później będzie musiała zmierzyć się ze wszystkim, co dręczyło ją przez tyle czasu, ale… nie dzisiaj.
Nie w tym momencie, skoro naprawdę zaczynała wierzyć, że wszystko mogłoby być w porządku.
– J-jak…? – Samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, jakim cudem udało jej się odezwać. Co prawda to nadal przypominało bardziej jęk niż konkretne słowo, ale na tę chwilę musiało wystarczyć.
– Później – padło w odpowiedzi. Ciepła dłoń przesunęła się po jej policzku, ścierając łzy. – Będziemy jeszcze mieli czas, żeby porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić. Najwyższa pora, żebym w końcu zabrał cię w bezpieczne miejsce, Liz.
Skinęła głową, choć w gruncie rzeczy jakiekolwiek potwierdzenie wydawało się zbędne – w końcu wystarczająco wymowne wydawało się to, że kurczowo tuliła się do obejmującego ją mężczyzny, gotowa prędzej połamać mu żebra, aniżeli pozwolić na to, żeby ją puścił. Całą energię wkładała właśnie w to i oddychanie, tym bardziej że zapanowanie nad szlochem okazało się nie lada wysiłkiem.
– A co z…? – zaczęła i zaraz urwała, niezdolna, żeby dokończyć. W zasadzie sama nie była pewna, czy chciała poznać odpowiedź na cisnące jej się na usta pytanie.
Doczekała się wyłącznie troskliwego spojrzenia i ciepłych warg, które delikatnie musnęły jej czoło.
– Później – powtórzył spokojnie mężczyzna. – Teraz po prostu chodźmy. Ja i Ulrich już skończyliśmy rozmawiać.
Ponownie skinęła głową, w tamtej chwili gotowa przystać dosłownie na wszystko. W głowie miała mętlik, ale to przynajmniej tymczasowo nie miało znaczenia, zwłaszcza że teraz musiało być dobrze. Pierwszy raz od długiego czasu coś wydawało się układać tak, jak powinno, a przynajmniej Elizabeth chciała w to wierzyć. Jeśli nie śniła, a wszystko to, czego doświadczała, było prawdziwe, wtedy…
Westchnęła cicho, ostatecznie odrzucając od siebie niechciane myśli. Zaraz po tym bez słowa pozwoliła na to, żeby ojciec postawił ją na równe nogi i nie czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, najzwyczajniej w świecie z nim odeszła.
Renesmee
Miałam wyrzuty sumienia. Dręczyło mnie wiele kwestii, począwszy od tego, że wychodziłam z domu, kiedy Joce mogła mnie potrzebować, ale jaki tak naprawdę miałam wybór? Inna sprawa, że po raz kolejny odkładałam w czasie wizytę u Sue i Charliego, ale sytuacja tego wymagała, ja zaś nie potrafiłam zdobyć się na to, by porozmawiać z nimi telefonicznie. Wiedziałam, że już dawno powinni się o wszystkim dowiedzieć, ale wszystko komplikowało się do tego stopnia, że kwestia śmierci Setha po prostu zeszła gdzieś na dalszy plan. Co prawda mogłam zgodzić się na to, żeby Gabriel albo ktokolwiek inny załatwił tę sprawę za mnie, ale…
Och, czułam, że to powinnam być ja. Była jeszcze mama, ale i tak nie potrafiłam zmusić się do tego, żeby zrzucić na nią odpowiedzialność. Chciałam przy tym być, chociażby przez wzgląd na Claire, której bliżej było do mnie niż do Belli. Obawiałam się tego, że ostatecznie cały żal mógłby skumulować się właśnie na niej i choć miałam wątpliwości co do tego, czy w ogóle miałam szansę cokolwiek zmienić, wolałam załatwić tę sprawę osobiście.
Chcąc nie chcąc po raz kolejny zmusiłam się do tego, żeby przestać o tym myśleć. Próbowałam skupić się na drodze, zwłaszcza że okolica, w której mieszkała Cassandra, nie była mi znana. Co więcej, musiałam zdać się na towarzystwo Rufusa, co w przypadku jazdy samochodem tak czy inaczej wzbudzało we mnie wątpliwości. Nie miałam pojęcia, czego tak naprawdę powinniśmy się spodziewać i to mnie martwiło, tym bardziej że również Ryan nie powiedział mi niczego sensownego.
– Jesteś pewien, że dobrze trafiliśmy? – zaryzykowałam w końcu, spoglądając na wyświetlaną przez GPS mapę.
– Zajęłaś Castiela na tyle czasu, że miałem dość czasu, żeby poszukać informacji – rzucił niemalże urażonym tonem Rufus. – W zasadzie zeszło wam tyle, że mógłbym w tym czasie nauczyć się adresów wszystkich tych dzieciaków, więc…
– Zrozumiałam – przerwałam mu pośpiesznie. Mocniej zacisnęłam dłonie na kierownicy, powstrzymując odruch, w którym spróbowałabym wyrzucić obie ręce ku górze w poddańczym geście.
Nie dodałam niczego więcej, zbytnio podenerwowana, by skupić się na jakiejkolwiek rozmowie. Zbytnio obawiałam się tego, co mogło pójść nie tak, zwłaszcza że Cassandra z oczywistych względów reagowała na mnie dość żywiołowo. Przynajmniej tak było ostatnim razem, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, że mogłabym mieć jakikolwiek związek z Castielem. Pozostawało mi mieć nadzieję, że przynajmniej mnie wysłucha, a wzmianki o Ryanie utwierdzi ją w przekonaniu, że miałam dobre intencje. Jakby nie patrzeć, tak właśnie było, prawda?
Westchnęła cicho, uświadamiając sobie, że praktycznie dotarliśmy do celu. Udało mi się znaleźć odpowiednie miejsce, żeby zaparkować, jednak nie od razu zdecydowałam się na to, by wysiąść albo jakkolwiek inaczej ruszyć się z miejsca.
– Co zamierzamy zrobić? – zapytałam z powątpiewaniem. – To znaczy… Co mam niby powiedzieć? – dodałam, a Rufus spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Sądziłem, że ty coś wymyślisz.
Z miejsca poczułam, że zaczyna robić mi się gorąco. Przez krótką chwilę miałam ochotę ukryć twarz w dłoniach i oświadczyć, że nigdzie się nie ruszam.
– To nie jest takie proste – jęknęłam, krzywiąc się. – Może nie chcieć rozmawiać, poza tym… Och, ostatnim razem zareagowała na mnie dość gwałtownie. Mówiłam ci o tym.
– Czego innego spodziewałaś się po kimś, kto przypomina ci przemieniającego się wampira? – mruknął, po czym wywrócił oczami. – Jeśli tak wolisz, zajmę się wszystkim. Zależy nam na tym, żeby chciała rozmawiać, a to bardzo łatwo można załatwić – stwierdził z przekonaniem, którego w najmniejszym nawet stopniu nie podzielałam.
Jeszcze kiedy mówił, przesunął się bliżej drzwi, najwyraźniej zamierzając wysiąść. Zareagowałam zupełnie automatycznie, natychmiast prostując się niczym struna i chwytając go za ramię.
– Chwila! – zaoponowałam. O dziwo, Rufus nawet nie skrzywił się pod moim dotykiem, choć zwykle unikał jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. W zamian jedynie spojrzał na mnie ze znużeniem, najwyraźniej spodziewając się tego, że mogłabym mieć uwagi. – Jeśli zamierzasz mieszać jej w głowie tylko po to, żeby mieć z tego korzyści…
– Wiesz… To zabrzmiało trochę tak, jakbym miał w planach zbałamucić niewinną dziewczynę – zauważył, a ja prychnęłam. Skoro zaczynał być złośliwy, zapowiadało się naprawdę interesująca. – Przechodząc do rzeczy, weź pod uwagę, że nie zawsze jestem w stanie wpłynąć na kogoś sobie podobnego. Wszystko zależy od umysłu i chociaż po człowieku nie spodziewam się zbyt wiele… Cóż, wolałbym nie tracić czasu na metodę, która może okazać się zawodna.
– Więc co proponujesz?
Uśmiechnął się pobłażliwie, jakby urażony tym, że sama jeszcze nie wpadłam na najbardziej rozsądne, w pełni skuteczne rozwiązanie.
– Prawdę – stwierdził takim tonem, jakbyś dyskutowali o pogodzie.
Zaskoczył mnie tym do tego stopnia, że aż go puściłam, pozwalając żeby wysiadł z auta. Zdążył odejść znaczny kawałek, bez pośpiechu zmierzając ku domowi Cassandry, zanim otrząsnęłam się na tyle, by zareagować. Natychmiast wypadłam na zewnątrz, jedynie cudem powstrzymując się przed zrównaniem z Rufusem z prędkością, która przez ewentualnego obserwatora mógłby zostać odebrany jako absolutnie nieludzi.
– Jaką znowu…? – zaczęłam, nie kryjąc zniecierpliwienia. Musiałam zniżyć głos niemalże do szeptu, uświadamiając sobie, że istniało zbyt wielkie prawdopodobieństwo, że ktoś nas usłyszy. – Rufus, do cholery, co ty planujesz? – syknęłam, ale nie zwrócił na mnie większej uwagi.
– Dzwonimy, pukamy? – rzucił w zamian, znaczącą kiwając głową w stronę zamkniętych drzwi.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, bynajmniej niezdolna docenić tego, że dawał mi podjąć decyzję w jakiejkolwiek kwestii. Zdecydowanie nie czułam się dobrze w chwilach, w których Rufus zaczynał zachowywać się w taki sposób. Nie miałam pewności, czego się po nim spodziewać, nie pierwszy raz zresztą musząc znosić to, że niekoniecznie śpieszył się z przedstawieniem mi swojego planu. Co prawda już dawno powinnam się do takiego zachowania z jego strony przyzwyczaić, ale zwłaszcza przez wzgląd na nieobecność Layli, w naturalny sposób miałam wątpliwości.
W pierwszym odruchu chciałam zaprotestować i spróbować zmusić go do wyjaśnień, ale zrezygnowałam, aż nazbyt świadoma, że to strata czasu. Ostatecznie zmusiłam się do tego, by rzucić szwagrowi co najmniej poirytowane spojrzenie i wcisnąć ten cholerny dzwonek. Z dwojga złego wolałam już spróbować przejąć kontrolę nad sytuacją, niż pozwolić Rufusowi działać na własną rękę. Nie miałam pewności, co powinnam rozumieć pod pojęciem „prawdy” w jego wykonaniu, ale jeśli na dobry początek zamierzał powitać Cassandrę wysuniętymi kłami i informacją, że musi z nami porozmawiać, bo jest pod działaniem wampirzej albo demonicznej krwi, a jej znajomy aktualnie siedzi zamknięty w piwnicy…
Nie, to w żadnym wypadku nie brzmiało dobrze.
Fakt, że mimo wszystko miałam pustkę w głowie, również niczego nie ułatwiał.
Wypuściłam powietrze ze świstem, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na donośny dźwięk dzwonka. Czekanie w takiej sytuacji niezmiennie jawiło mi się jako koszmar, zwłaszcza że kolejne sekundy wydawały się ciągnąc w nieskończoność. Do głowy nawet przyszło mi, że jednak nikogo nie ma i powinniśmy sobie odpuścić, zanim jednak zdążyłam to choćby zasugerować, drzwi w końcu się otworzyły.
– Tak?
W roztargnieniu zmierzyłam stojącą w progu kobietę wzrokiem, bez trudu orientując się, że zdecydowanie nie miałam do czynienia z Cassandrą. O ile nie pomyliliśmy adresu, mogłam założyć, że stojąca przede mną śmiertelniczka musiała być matką dziewczyny. Na to przynajmniej wskazywałby jej wiek, choć zawsze miałam problem z ustaleniem wieku człowieka na podstawie samego tylko wyglądu. Tak czy inaczej, po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że nieco pulchna kobieta z sięgającymi ramion, czarnymi włosami, jak najbardziej mogła być kimś spokrewnionym z dziewczyną, z którą musiałam porozmawiać.
– Ehm… Dzień dobry – wykrztusiłam, mając nadzieję, że moje wahanie nie było szczególnie wyczuwalne. Przełknęłam z trudem, po czym wyprostowałam się, próbując wziąć się w garść. Sama nie byłam pewna, czy cieszyłam się, że otworzyła akurat ta kobieta, tym bardziej że w głowie wciąż miałam pustkę. – Bardzo przepraszamy za najście, ale… czy Cassandra może jest w domu? – zapytałam wprost, dochodząc do wniosku, że to najsensowniejsze wyjście.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem, wyraźnie zaskoczona. Przez krótką chwilę jednak brałam pod uwagę to, że zbłądziliśmy, co z dwojga złego chyba nawet było mi na rękę. Sama ledwo powstrzymałam się od wymyślenia jakiejś wymówki, która wyjaśniłaby pomyłkę i pozwoliłaby nam się ewakuować. Co prawda podejrzewałam, że Rufus nie byłby zadowolony z takiego posunięcia, ale nie dbałam o to. Co więcej, w naturalny sposób chciałam dowiedzieć się więcej na tego, co planował, zanim podjęłabym jakąkolwiek decyzję. To, że teraz niejako stawiał mnie przed faktem dokonanym, nie było uczciwe, więc i ja nie musiałam zachowywać się w sposób, którego po mnie oczekiwał.
– Przyszliście do Cassandry? – zapytała podejrzliwie kobieta, raptownie poważniejąc. To wystarczyło, żeby dać mi do myślenia.
– Jest z tym jakiś problem? – wtrącił Rufus, pierwszy raz decydując się odezwać.
Miałam ochotę na niego warknąć, nim jednak zdążyłam podjąć decyzję, ponownie odezwała się stojąca w progu kobieta:
– Jestem zaskoczona. Cassie w ostatnim czasie przesiaduje sama, poza tym… – Urwała, na powrót poważniejąc i zdwajając czujność. – A wy jesteście…?
– Znam Cassie z uczelni – wyjaśniłam pośpieszne, próbując ratować sytuację. – Przyjaźnimy się, więc chciałam sprawdzić, co u niej i… A mój chłopak po prostu mi towarzyszy – dodałam, coraz bardziej zmieszana.
Potrzebowałam kilku sekund, żeby uprzytomnić sobie co najmniej niefortunny dobór słów. W zasadzie w pierwszym odruchu całkowicie wyparłam z siebie to, co powiedziałam, nie mogąc uwierzyć, że na wszystkie wymówki, do głowy przyszła mi akurat ta. Fakt, że Rufus chrząknął znacząco, spoglądając przy tym na mnie w wymowny, przenikliwy sposób, w najmniejszym nawet stopniu mi nie pomógł.
Mniej więcej w tamtej chwili zaczęłam żałować, że nie dysponowałam zdolnościami Camerona i nie mogłam najzwyczajniej w świcie rozpłynąć się w powietrzu. Natychmiastowa ewakuacja wydała mi się jeszcze bardziej atrakcyjnym rozwiązaniem, chociaż to i tak nie rozwiązałoby problemu. W zasadzie dochodziłam do wniosku, że teraz dla świętego spokoju musiałam Rufusa zabić albo…
Och, słodka bogini, co mi w ogóle przyszło do głowy, kiedy zdecydowałam się odezwać?!
– Ach, tak… – Właściwie sama nie byłam pewna, jakim cudem udało mi się skoncentrować na słowach kobiety. – Cassie nie wspominała o przyjaciółce, ale… w ostatnim czasie mało ze mną rozmawia, więc… – Zamilkła, po czym odchrząknęła, najwyraźniej zamierzając zmienić temat. – Wejdźcie, proszę. Może tobie uda się z nią porozmawiać, bo ja już nie mam siły.
Zamrugałam nieco nieprzytomnie, zaskoczona tym, że mimo wszystko coś udało mi się zdziałać. Machinalnie ruszyłam się z miejsca, z uporem unikając spoglądania na Rufusa i próbując skupić się na tym, co najważniejsze. Ostatecznie skupiłam wzrok na powrót na matce Cassandry, dopiero w tamtej chwili zwracając uwagę na to, że wyglądała na zmęczoną. Wcześniej nie byłam aż do tego stopnia świadoma jej bladej cery, cieni pod oczami czy pobrzmiewającego w głosie zniechęcenia. To ostatnie mogłam wytłumaczyć tym, że była dobra w ukrywaniu emocji, teraz jednak najwyraźniej nie widziała już powodu, dla którego dalej miałaby to robić.
– Jest aż tak źle? – zapytałam, tym razem w przesadnie wręcz dokładny sposób dobierając słowa. – To znaczy… Wiem, że miała swoje problemy, ale…
– Problemy? – powtórzyła z niedowierzaniem kobieta. – Och, żeby tylko… Jak wspomniałam, może tobie uda się do niej dotrzeć. Ze mną nie rozmawia i to już od dłuższego czasu.
Nie byłam jakoś szczególnie zaskoczona tym wyznaniem, zwłaszcza że zdążyłam zauważyć, że Cassandra była dość zdystansowana. Nawet jeśli nie wiedziała, co takiego się z nią działo, musiała przynajmniej przeczuwać, że cokolwiek było nie tak. Wciąż nie miałam pewności, jakie problemy zadecydowały o tym, że zajmował się nią Castiel i co znajdowało się w jej karcie, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to i tak nie miało znaczenia. Po tym, jak wyglądało przygotowywanie dokumentacji przez ośrodek, w którym przebywała Jocelyne, z łatwością mogłam sobie wyobrazić scenariusz, w którym karta choroby nie miała absolutnego związku ze stanem rzeczywistym.
Cóż, to było do przewidzenia, prawda? Szczerze wątpiłam, by ktokolwiek brał pod uwagę nadnaturalny pierwiastek, jakim był wampiryzm. Oczywiste, że każdy specjalista, do którego zgłosiłaby się Cassandra, próbowałby szukać odpowiedzi w znanych mu źródłach, a skoro tak…
W tym momencie wcale nie szukasz usprawiedliwienia dla Castiela, prawda?, przeszło mi przez myśl i to wystarczyło, bym ledwo powstrzymała grymas. W porządku, może i tak było, ale co mogłam poradzić na to, że po prostu nie wierzyłam w jego złe intencje? Mogłam tylko zgadywać, ile tak naprawdę wiedział i w jakim stopniu angażował się w to, co się działo, ale mimo wszystko… Później, warknęłam na siebie w duchu, tym samym stanowczo odsuwając od siebie niechciane myśli.
– Cassie ma pokój tu na dole, po prawej stronie korytarza – wyjaśniła mi matka dziewczyny, tym samym skutecznie wyrywając mnie z zamyślenia. – Gdybym była do czegokolwiek potrzebna…
– Oczywiście.
Ruszyłam w odpowiednim kierunku, próbując się skoncentrować. To okazało się o wiele trudniejsze niż przypuszczałam, zwłaszcza kiedy zostałam sama z Rufusem. Fakt, że wampir w pośpiechu się ze mną zrównał, tym samym doprowadzając do sytuacji, w której ignorowanie go nie było możliwe, w najmniejszym nawet stopniu nie poprawił mi nastroju.
– Więc powiadasz, że my… – zaczął przesadnie uprzejmym tonem, a ja warknęłam cicho, nie mogąc się powstrzymać. Zamachnęłam się nawet, próbując uderzyć go w ramię, ale z łatwością usunął się na bok.
– Zamknij się – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – To ty kazałeś mi coś wymyślić.
Wampir wymownie uniósł brwi.
– Jak najbardziej, ale nie tego się spodziewałem – przyznał i – mogłam to wręcz przysiąc – w tamtej chwili doskonale bawił się moim kosztem. Co prawda nie okazywał tego w aż tak otwarty sposób, jak początkowo się obawiałam, ale mimo wszystko… – Sądzisz, że przy wychodzeniu powinniśmy złapać się za ręce, czy może…?
– Na litość bogini, przysięgam, że tym razem też nie wpuszczę cię do auta!
Jedynie rzucił mi urażone spojrzenie, ostatecznie jednak zamilkł, najwyraźniej nie zamierzając sprawdzać, czy mówiłam prawdę. Wciąż się we mnie gotowało, nie wspominając o tym, że nie wierzyłam, że akurat teraz zebrało mu się na żarty. W chwilach takich jak ta nie pojmowałam tego, jakim cudem Layla wytrzymywała z nim przez większość czasu. To nie był pierwszy raz, kiedy to zadawałam sobie to pytanie, niemniej…
Ciepłe palce bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się na moim ramieniu, zmuszając do tego, żebym przystanęła.
– Czekaj – rzucił spiętym tonem Rufus, raptownie poważniejąc. Przeniosłam na niego wzrok, zaniepokojona. – Czujesz to co ja?
W pierwszym odruchu zamierzałam zaprzeczyć i zapytać, co miał na myśli, jednak prawie natychmiast dotarł do mnie aż nazbyt charakterystyczny zapach. To wystarczyło, żebym zrozumiała.
Krew…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa