6 stycznia 2018

Dwieście pięćdziesiąt pięć

Elizabeth
Ulrich nie odbierał telefonów. Liz nie była pewna, jak wiele razy wybierała jego numer, liczyła sygnały i ledwo powstrzymała się od przekleństw za każdym razem, kiedy ostatecznie odzywała się poczta głosowa. W końcu z irytacją cisnęła komórką na łóżko, co i tak było dość łagodnym potraktowaniem, skoro w rzeczywistości miała ochotę zapoznać urządzenie z najbliższą ścianą.
W ostatnim czasie denerwowała się zdecydowanie zbyt szybko. W porządku, może cała seria natrętnych telefonów o piątej rano nie była najrozsądniejszym posunięciem, ale tak czy inaczej mógł odebrać, prawda? Musiała z kimś porozmawiać, z kolei ten mężczyzna w krótkim czasie stał się jedną z nielicznych osób, do których w ogóle chciała się zwrócić. Liczyła przede wszystkim na to, że pozwoli jej znów przyjechać i postrzelać do celu. Wiedziała, że Ulrich dość ostrożnie podchodził do wspólnej nauki korzystania z broni, ale…
Elizabeth westchnęła cicho. Była zmęczona, nie pierwszy raz zresztą zarywając noc. To nie tak, że nie chciała albo nie mogła spać, bo sen przychodził z łatwością, kiedy tylko się położyła. Problem polegał na tym, że wraz z upragnionym odpoczynkiem pojawiały się koszmary, których po przebudzeniu co prawda nie pamiętała, ale wystarczyły, by później czuwała nawet po kilka godzin, aż do nadejścia świtu. To było tak, jakby jej organizm ze sporym opóźnieniem odreagowywał wszystko to, co się wydarzyło – powrót Jasona, śmierć rodziców i to, że na swój sposób została sama.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, z premedytacją wbijając sobie paznokcie w skórę. Ból przynajmniej odrobinę pozwolił jej oprzytomnieć i zapanować nad niechcianymi myślami. Nie pamiętała, o czym regularnie śniła w ostatnim czasie, ale to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Kiedy zamykała oczy, bez trudu mogła przywołać błysk rubinowych tęczówek albo wyobrazić sobie, że jej palce zaciskają się wokół naładowanej czterdziestki piątki, którą celowała w siebie. Mając przy sobie Damiena, w dużo prostszy sposób mogła uniknąć konsekwencji, jednak teraz… Cóż, nie było nikogo, kto mógłby ją ochronić.
Paradoksalnie, wciąż uciekała, co jednak mogła poradzić na to, że dalsze przebywanie w domu pełnym istot nieśmiertelnych ją przerosło. W gruncie rzeczy Liz sama już nie wiedziała, czego tak naprawdę chce, mając wrażenie, że była na dobrej drodze, by jednak postradać zmysły. W gruncie rzeczy było jej już wszystko jedno, zwłaszcza że została sama. Pojawienie się Ulricha, który mógł wprowadzić ją w świat, w którym żyli jej rodzice, tym samym zapewniając przetrwane, było niczym światełko w tunelu. W końcu miała jakiś konkretny cel – punk do którego zmierzała, nie zastanawiając się nad tym, co czekało na samym końcu.
Sęk w tym, że prędzej czy później nadchodziły takie właśnie poranki, kiedy siedziała sama i czuła się naprawdę samotna. W takich chwilach żałowała wielu rzeczy, zwłaszcza własnych decyzji, które doprowadziły ją do tego miejsca. Chcąc nie chcąc zastanawiała się nad tym, czy mogła cokolwiek zmienić albo przewidzieć, że wszystko spieprzy się aż do tego stopnia. Być może gdyby rodzice nie trzymali jej w nieświadomości albo spróbowała zareagować zaraz po odkryciu prawdy, zwłaszcza mając przy sobie gotową do pomocy Elenę…
Wszystko było nie tak. I chociaż wiedziała, że gdybanie i snucie odmiennych scenariuszy i tak nic nie zmieni, mimo wszystko nie mogła się przed tym powstrzymać.
W domu panowała cisza, ale Elizabeth zdążyła się do tego przyzwyczaić. Podejrzewała, że prawdziwy ruch zacznie się dopiero za dwie godziny, kiedy zarówno Shannon, jak i jej brat, zaczną w pośpiechu szykować się do szkoły. Sama nie wyobrażała sobie tego, że miałaby ot tak kontynuować normalne życie, pojawiając się w liceum i zachowując tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. W tłumie czy też nie, wciąż była zbyt łatwym celem dla Jasona. Co więcej, niemalże mogła wyobrazić sobie, jak jej brat jak gdyby nigdy nic pojawia się w liceum, żeby ją dorwać. Jasno dał jej do zrozumienia, że prędzej czy później to zrobi; podejrzewała, że przeszkoda w postaci choćby i setki potencjalnych świadków, nie zrobiłaby na nim żadnego wrażenia.
Chyba właśnie tego bała się najbardziej – że z jej winy zginą przypadkowe osoby. Wampiry nie zastanawiały się nad tym, czy kogoś przy okazji skrzywdzą, prawda? Mogła zaobserwować to podczas balu, kiedy przypadkiem ucierpiała Marissa. W zasadzie Liz czuła się trochę tak, jakby dziewczyna tamtego wieczoru umarła, bo przecież tak właśnie na swój sposób było. Tutaj nie chodziło wyłącznie o potężny szok i naruszenie dotychczasowego życia, jak byłoby, gdyby po postu poznała prawdę, ale… o całkowity koniec. W zasadzie Elizabeth do tej pory mogła przypomnieć sobie krzyki, zaś na samą myśl o przemianie…
Och, zdecydowanie bardziej wolała dać się zabić.
Wszystko wydawało się lepszą perspektywą, jeśli tylko nie stałaby się kimś podobnym do brata.
Nerwowo przygryzła dolną wargę, czując narastające wyrzuty sumienia. Takie myślenie nie było uczciwe, zwłaszcza w przypadku Damiena i jego rodziny, ale co mogła na to poradzić? Pewne kwestie po prostu ją przerastały, zdecydowanie silniejsze od niej. Gubiła się w tym, dotychczas rozdarta pomiędzy dwiema racjami i myślą o tym, że nieśmiertelni jednak byli podobni do ludzi: czasem dobrzy, a czasami źle. W którymś momencie zmieniła zdanie, mimo nielicznych wyjątków nie będąc w stanie dalej trwać w przekonaniu, że jest bezpieczna – i że istniał ktokolwiek, komu mogłaby zaufać.
Z powątpiewaniem spojrzała na porzucony telefon, zastanawiając się, dlaczego tak wiele wysiłku musiała włożyć w to, by choćby pomyśleć o wybraniu innego numeru. Był ktoś, w przypadku kogo na pewno by się nie zawiodła. Nie sprawdzała tego, ale jakoś nie miała wątpliwości, że gdyby zadzwoniła, reakcja byłaby natychmiastowa – i to nawet o tej godzinie. Co więcej, może nawet nie musiałaby długo czekać, gdyby jednak odważyła się poprosić o to, żeby do niej przyszedł. Przez większość czasu się nad tym nie zastanawiała, ale przecież dobrze wiedziała, że jej pilnował. Nie w tak otwarty sposób, jak do tej pory, ale mimo wszystko…
Ale ostatnim razem twierdził coś innego. Co więcej, wtedy wydarzyło się coś, czego zdecydowanie się nie spodziewała i co skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Do tej pory nie miała odwagi ponownie zwrócić się do Damiena, aż za dobrze pamiętając wyraz jego twarzy, kiedy w pośpiechu opuścił mieszkanie. Nie miała wątpliwości, że to był głód – palący, przysłaniający wszystko inne i… skupiony na niej.
Czuła, że niewiele brakowało, by stracił nad sobą kontrolę i ją zaatakował. Skoro to było takie proste w przypadku kogoś, kto podobno ją kochał, w jaki sposób mogła zaufać mu w pełni?
Spuściła wzrok, w milczeniu spoglądając w bliżej nieokreślony punkt na podłodze. Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo o tym pomyślała, zwłaszcza że nagle uświadomiła sobie inną, aż nazbyt istotną kwestię: to niekoniecznie Jasona musiała widzieć w swoich snach. Wcześniej nie chciała się do tego przyznać, ale koszmary pojawiły się właśnie po tym, czego doświadczyła ze strony Damiena. Ten krótki moment wystarczył, by dotychczas nieskazitelna, zatroskana postać chłopaka, który znaczył dla niej naprawdę wiele, zaczęła mieszać się z wyrazem twarzy kogoś, kto mógł okazać się nieobliczalny.
Oni wszyscy tacy byli: trudni do przewidzenia, niebezpieczni… Niestabilni. W mniejszym albo mniejszym stopniu, ale jednak. Może i na co dzień potrafili to ukryć, bez wątpienia starając się dostosować do ludzi i bez potrzeby ich nie krzywdzić, ale to przecież tak nie działało. Wcześniej tego nie dostrzegała, ale w chwili, w której weszła w ten świat, a problemy zaczęły ot tak się mnożyć, wszystko uległo zmianie. W chwilach takich jak te z łatwością mogła sobie wyobrazić, czym kierowali się łowcy i dlaczego w ogóle ryzykowali zwracanie się przeciwko komuś, kto z łatwością mógł ich zabić.
Machinalnie uniosła dłoń, muskając palcami znaleziony w domu Niny wisiorek. Nosiła go coraz bardziej regularnie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że z tym drobiazgiem była o wiele bezpieczniejsza. Nie miała pojęcia, co oznaczał symbol, który przedstawiała zawieszka, ale to nie miało znaczenia, zwłaszcza że biżuteria należała do kogoś z jej rodziny. Czuła przyjemne ciepło, emanujące od zawieszki za każdym razem, kiedy ta miała kontakt ze skórą. To było przyjemne, poza tym również wydawało się dodawać jej pewności siebie, której potrzebowała nade wszystko zwłaszcza w ostatnim czasie.
Przesunęła opuszkami po nagrzanym metalu, kreśląc zawiły, wciąż obcy jej symbol. Przez myśl przeszło jej, że mogła spróbować zapytać Ulricha o to, czy przypadkiem nie wiedział, co oznaczał. Zaraz po tym coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle, kiedy uświadomiła sobie, że i na to będzie musiała poczekać. Poirytowana, w pośpiechu podeszła do łóżka, w przesadnie wręcz zamaszysty sposób biorąc komórkę i z powątpiewaniem wpatrując się w wygaszony, czarny ekran.
Omal nie wyszła z siebie, kiedy urządzenie nagle zawibrowało, tym samym dając znać o nadejściu nowej wiadomości. Natychmiast odczytała SMS-a, po czym ze świstem wypuściła powietrze, mając wrażenie, że doświadcza jakiegoś marnego żartu.
Dzisiaj nie dam rady. Będę cały dzień poza zasięgiem, Liz.
Szlag, miała rozumieć, że wszystko zaprzysięgło się przeciwko niej? Jęknęła cicho, po czym raz jeszcze wybrała numer Ulricha, licząc na to, że skoro miał siłę bawić się w pisanie wiadomości, tym bardziej powinien być w stanie odebrać. Zamarła z telefonem przy uchu, licząc kolejne sygnały – zaledwie dwa, bowiem chwilę później połączenie najzwyczajniej w świecie zostało przerwane, czy może raczej odrzucone. Z jakiegoś powodu poczuła się wtedy tak, jakby ktoś z całej siły ją uderzył, zwłaszcza że takie zachowanie zdecydowanie nie było czymś, co mogłaby uznać za normalne.
Niby jak miała to rozumieć? Nerwowo zacisnęła palce na komórce, czując, że zaczyna się trząść. W tamtej chwili tym bardziej nie miała co ze sobą zrobić, dziwnie roztrzęsiona i wytrącona z równowagi. Nie wyobrażała sobie spędzenia całego dnia w domu, zwłaszcza w pojedynkę, mając za perspektywę co najwyżej rozmyślanie o sprawach, które pragnęła jak najszybciej wyrzucić z pamięci. W tamtej chwili czuła się dosłownie jak zamknięte w klatce zwierzę, na dodatek takie, które miało świadomość, że gdzieś na zewnątrz czekał gotów zapolować na nie drapieżnik.
Och, jak nic miała od tego wszystkiego oszaleć! Prędzej czy później, ale jednak, zwłaszcza że już teraz czuła się tak, jakby traciła zmysły. Chciała się czymś zająć, a strzelanie wydawało się idealnym zajęciem. Jeszcze brak takiej perspektywy mogła przeboleć, ale to nie wyjaśniało tego, że Ulrich wyraźnie jej unikał. Jego zachowanie dawało jej do myślenia, tym bardziej że mężczyzna zdecydowanie nie wyglądał jej na kogoś, kto miał w zwyczaju pisać SMS-y. Skoro był w stanie to zrobić, jednocześnie odrzucając jej połączenia…
Mimowolnie zadrżała, nagle zaniepokojona. Być może zaczynała być przewrażliwiona, ale to wydawało się w pełni normalne po wszystkim, czego doświadczyła. Miała wrażenie, że wszyscy, których znała, byli zagrożeni tylko dlatego, że mili jakiś związek z nią. Wiedziała jedynie, że nie wybaczy sobie, jeśli nagle okaże się, że ktoś zginął właśnie z jej powodu. Nie chciała krzywdy zwłaszcza tych osób, które były dla niej ważne, a w przypadku Ulricha przecież tak właśnie było. Co prawda znała go krótko, ale wiedziała, że miał jakiś związek z jej rodziną, łowcami i mógł znać odpowiedzi na pytania, które tak bardzo ją dręczyły. Stanowił jedyny łącznik z klanem, o którym bardzo chciała się dowiedzieć czegoś więcej, poza tym naprawdę zachowywał się jak ktoś, komu mogło na niej zależeć.
Myśl, że naprawdę mogłaby zostać z tym wszystkim sama, wydała się Liz wręcz przerażająca.
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić. To nie musiało o niczym świadczyć, ale naprawdę chciała upewnić się, że wszystko jest w porządku. Potrzebowała tego równie mocno, co i partnera do rozmowy – kogoś, kto wprost oznajmiłby jej, że sytuacja jest pod kontrolą. Jeszcze jakiś czas temu bez wahania zwróciłaby się do Eleny albo Damiena, ale w obecnej sytuacji… Och, Shannon i Nigel również nie wchodzili w grę, tym bardziej że nie uświadomiła ich aż do tego stopnia, by wiedzieli o Ulrichu i roli, którą faktycznie odgrywał. Zbyt wiele dusiła w sobie, odcinając się od wszystkich, którzy w jakimkolwiek stopniu mogli ją wesprzeć.
Był tylko Ulrich – i to wystarczyło, by z miejsca zaczęła się o niego martwić.
Nie zastanawiając się dłużej nad tym, co zamierzała zrobić, w pośpiechu ubrała się i wymknęła z pokoju. Ostrożnie zeszła po schodach, chcąc wyjść z domu zanim ktokolwiek zorientuje się, jakie miała plany. Co prawda czekał ją naprawdę długi spacer, ale…
– To ty, Liz?
Męski głos ją zaskoczył, sprawiając, że na dłuższą chwilę zamarła w bezruchu, spodziewając się najgorszego. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że z kuchni zaglądał do niej pan domu. Rzadko widywała rodziców Shannon i Nigela, zresztą tak jak i samych zainteresowanych. Unikała wszystkich, czasami czując się jak duch albo piąte koło u wozu – z tym, że przecież i tak nie miała gdzieś się podziać.
– Ja… To znaczy tak, dzień dobry – zreflektowała się pośpiesznie. Zeszła z kilku ostatnich stopniu, w duchu mając do siebie pretensje o to, że nie była ostrożniejsza. – Mam nadzieję, że nikogo nie obudziłam.
– Oczywiście, że nie. Wybieram się do pracy – wyjaśnił usłużnie mężczyzna. Zaraz po tym zmierzył ją wzrokiem, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Chcesz kawy? Wyglądasz, jakbyś nie spała.
Jedynie skinęła głową, dochodząc do wniosku, że to i tak lepsze niż wykręty albo wyjście w pośpiechu. Co prawda już i tak czuła się aż nadto pobudzona, ale kawa wydawała się najlepszą z możliwych perspektyw. I tak była mężczyźnie wdzięczna, że o nic nie wypytywał, wszelakie uwagi najwyraźniej woląc zachować dla siebie.
Weszła do kuchni, zajmując jedno z wolnych krzeseł przy stole. Oparła się o niego łokciami, ledwo powstrzymując przed wystukiwaniem jakiegoś nerwowego rytmu o blat. Podejrzewała, że wygląda jak jeden wielki kłębek nerwów, ale próbowała o tym nie myśleć, w zamian obserwując, jak jej niespodziewany rozmówca krząta się po kuchni.
– Wybierasz się dokądś? – zapytał nagle i na krótką chwilę całe dobre wrażenie, które towarzyszyło Liz, po prostu zniknęło. – Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt wścibsko, ale… Cóż, jest dość wcześnie – zauważył przytomne.
Elizabeth jedynie potrząsnęła głową.
– Miałam zamiar zobaczyć się ze znajomym moich rodziców – wypaliła, zanim zdecydowała zastanowić się nad tym, co powinna powiedzieć. Z jakiegoś powodu prawda wydała jej się najrozsądniejszym posunięciem.
– O tej godzinie?
Mimo wszystko wyczuła, że jej rozmówca zmieszał się, zwłaszcza kiedy wspomniał o rodzicach. W tamtej chwili pierwszy raz zaczęła cieszyć się z tego, że każdy, z kim rozmawiała, reagował podobnie, gdy tylko pojawiała się wzmianka o tym, co ją spotkało. Oczywiście ludzie wierzyli w nieszczęśliwy wypadek i pożar – w końcu takie rzeczy się zdarzały, prawda? To nie tak, że cudownie odnalezieni bracia dopadali własną rodzinę i…
Natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Tak czy inaczej, jak zazwyczaj miała dość współczucia, kondolencji i niezręcznej ciszy, tak tym razem ta była jej na rękę.
– Wiem, że jest wcześnie, ale przez wzgląd na pracę tej osoby, inna godzina nie wchodzi w grę – wyjaśniła, nagle po prostu wiedząc, co powinna powiedzieć. To brzmiało najbardziej sensownie, poza tym wcale aż tak bardzo nie odbiegało od prawdy. – To… dość istotna sprawa. Nie chcę mówić za dużo, bo jeszcze nie jestem niczego pewne, ale w końcu powinnam zabrać się za porządkowanie rodzinnych spraw. Nie mogę mieszkać tutaj w nieskończoność, więc…
– Rozumiem.
Zaraz po tym zapanowała cisza, ale to jej nie przeszkadzało. Jedynie skinęła głową, kiedy mężczyzna postawił przed nią parujący kubek z kawą, zaraz też zacisnęła wokół naczynia palce. Przyjemne ciepło miało w sobie coś kojącego, jednocześnie uświadamiając Liz, że od dłuższego czasu towarzyszył jej dziwny, przejmujący chłód. W efekcie nawet wrzątek nie wydał jej się aż taki zły, nawet jeśli w pierwszym momencie poparzyła sobie usta.
Nie była pewna, jak długo trwała w ciszy, ciągnąc tę farsę. Z jej perspektywy wszystko wydawało się ciągnąć w nieskończoność – i to do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęła gorączkowo szukać jakiejś wymówki, żeby jednak wyjść. Nie miała pojęcia, czy to w ogóle ma znaczenie po tym, co powiedziała, ale i tak wolała się upewnić. Nie chciała, by ktokolwiek zaczął się nią interesować, zwłaszcza że zarówno Shannon, jak i Nigel, mogli mieć jakiś kontakt z Damienem. Szczerze wątpiła, żeby chłopak ot tak odpuścił sobie opiekę nad nią, a skoro tak…
– Gdzie konkretnie się wybierasz? – usłyszała i to pytanie wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. – Jeśli to po drodze, mogę cię podrzucić.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, nie kryjąc zaskoczenia. Nie tego się spodziewała, przez co nie odpowiedziała od razu. Dopiero po chwili wykrztusiła z siebie adres, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że to wcale nie musiało być takim dobrym pomysłem. Uspokoiła się dopiero w chwili, w której jej rozmówca jakby od niechcenia stwierdził, że nie ma żadnego problemu. To wystarczyło, żeby odrobinę się rozluźniła, tym bardziej że perspektywa podwiezienia przynajmniej po części rozwiązywała problemy z dostaniem się na miejsce. Czuła, że im szybciej zobaczy się z Ulrichem, tym lepiej, zwłaszcza że dręczyły ją coraz silniejsze wątpliwości.
Poczuła się dziwnie, kiedy w końcu stanęła przed odpowiednimi drzwiami. Wcześniej nie miała okazji widzieć się z Ulrichem w mieszkaniu, które wynajdował, chociaż na wszelki wypadek podał jej adres. Zwykle to on przyjeżdżał i zabierał ją czy to do lasu, czy do jakiegoś lokalu, gdzie mogli zamienić kilka słów, nie obawiając się, że ktokolwiek im przerwie. Sęk w tym, że to jedynie dawało mu powody, żeby odwlekać udzielenia jej odpowiedzi na te pytania, które dręczyły ją najbardziej. Uświadomiła sobie, że teraz przy odrobinie szczęścia mogła to zmienić, zwłaszcza gdyby odpowiednio zaczęła na mężczyznę naciskać…
Przestałą o tym myśleć, w zamian powtarzając sobie, że powinna skupić się na tym, co najważniejsze. Uniosła rękę, gotowa zapukać, po czym po prostu zamarła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w drzwi. W czasie jazdy samochodem wielokrotnie próbowała ułożyć jakiś sensowny scenariusz rozmowy, by w razie potrzeby zachować się z odpowiednią pewnością siebie i nie pozwolić na to, by Ulrich ją zbył, ale teraz… Cóż, w głowie miała pustkę, a to zdecydowanie nie miało się skończyć dobrze.
Wciąż się wahała, walcząc z samą sobą i biorąc pod uwagę nawet to, żeby jednak odpuścić i odejść, kiedy z wnętrza mieszkania dobiegły ją wyraźnie podenerwowane, podniesione głosy.
– … pozwolić ci się z nią zobaczyć. – Ulrich brzmiał na co najmniej wytrąconego z równowagi. Fakt, że prawie na pewno mówił o niej, sprawił, że Liz zamarła i z wolna przesunęła się bliżej drzwi. – Obiecałem wam coś i tego zamierzam się trzymać, ale – na litość boską – jak ty to sobie wyobrażasz?
– Sprawy się skomplikowały – padło w odpowiedzi. – A ja robię to, co słuszne… Zrozum w końcu, że chcę dla niej jak najlepiej.
Być może drugi z rozmówców mówił coś jeszcze, ale to nie miało dla Elizabeth znaczenia. Przecież to nie jest możliwe…, pomyślała w oszołomieniu, przez moment czując się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch. Przecież dobrze znała ten głos, ale…
Z chwilą, w której naparła na drzwi mieszkania i dosłownie wleciała do środka, zmieniło się wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa