
Elizabeth
Ulrich nie
odbierał telefonów. Liz nie była pewna, jak wiele razy wybierała jego numer,
liczyła sygnały i ledwo powstrzymała się od przekleństw za każdym razem,
kiedy ostatecznie odzywała się poczta głosowa. W końcu z irytacją
cisnęła komórką na łóżko, co i tak było dość łagodnym potraktowaniem,
skoro w rzeczywistości miała ochotę zapoznać urządzenie z najbliższą
ścianą.
W ostatnim
czasie denerwowała się zdecydowanie zbyt szybko. W porządku, może cała
seria natrętnych telefonów o piątej rano nie była najrozsądniejszym
posunięciem, ale tak czy inaczej mógł odebrać, prawda? Musiała z kimś porozmawiać,
z kolei ten mężczyzna w krótkim czasie stał się jedną z nielicznych
osób, do których w ogóle chciała się zwrócić. Liczyła przede wszystkim na
to, że pozwoli jej znów przyjechać i postrzelać do celu. Wiedziała, że Ulrich
dość ostrożnie podchodził do wspólnej nauki korzystania z broni, ale…
Elizabeth
westchnęła cicho. Była zmęczona, nie pierwszy raz zresztą zarywając noc. To nie
tak, że nie chciała albo nie mogła spać, bo sen przychodził z łatwością,
kiedy tylko się położyła. Problem polegał na tym, że wraz z upragnionym
odpoczynkiem pojawiały się koszmary, których po przebudzeniu co prawda nie
pamiętała, ale wystarczyły, by później czuwała nawet po kilka godzin, aż do
nadejścia świtu. To było tak, jakby jej organizm ze sporym opóźnieniem
odreagowywał wszystko to, co się wydarzyło – powrót Jasona, śmierć rodziców i to,
że na swój sposób została sama.
Nerwowo
zacisnęła dłonie w pięści, z premedytacją wbijając sobie paznokcie w skórę.
Ból przynajmniej odrobinę pozwolił jej oprzytomnieć i zapanować nad
niechcianymi myślami. Nie pamiętała, o czym regularnie śniła w ostatnim
czasie, ale to wydawało się aż nazbyt oczywiste. Kiedy zamykała oczy, bez trudu
mogła przywołać błysk rubinowych tęczówek albo wyobrazić sobie, że jej palce
zaciskają się wokół naładowanej czterdziestki piątki, którą celowała w siebie.
Mając przy sobie Damiena, w dużo prostszy sposób mogła uniknąć
konsekwencji, jednak teraz… Cóż, nie było nikogo, kto mógłby ją ochronić.
Paradoksalnie,
wciąż uciekała, co jednak mogła poradzić na to, że dalsze przebywanie w domu
pełnym istot nieśmiertelnych ją przerosło. W gruncie rzeczy Liz sama już
nie wiedziała, czego tak naprawdę chce, mając wrażenie, że była na dobrej
drodze, by jednak postradać zmysły. W gruncie rzeczy było jej już wszystko
jedno, zwłaszcza że została sama. Pojawienie się Ulricha, który mógł wprowadzić
ją w świat, w którym żyli jej rodzice, tym samym zapewniając przetrwane,
było niczym światełko w tunelu. W końcu miała jakiś konkretny cel –
punk do którego zmierzała, nie zastanawiając się nad tym, co czekało na samym końcu.
Sęk w tym,
że prędzej czy później nadchodziły takie właśnie poranki, kiedy siedziała sama i czuła
się naprawdę samotna. W takich chwilach żałowała wielu rzeczy, zwłaszcza
własnych decyzji, które doprowadziły ją do tego miejsca. Chcąc nie chcąc
zastanawiała się nad tym, czy mogła cokolwiek zmienić albo przewidzieć, że
wszystko spieprzy się aż do tego stopnia. Być może gdyby rodzice nie trzymali
jej w nieświadomości albo spróbowała zareagować zaraz po odkryciu prawdy,
zwłaszcza mając przy sobie gotową do pomocy Elenę…
Wszystko
było nie tak. I chociaż wiedziała, że gdybanie i snucie odmiennych
scenariuszy i tak nic nie zmieni, mimo wszystko nie mogła się przed tym
powstrzymać.
W domu
panowała cisza, ale Elizabeth zdążyła się do tego przyzwyczaić. Podejrzewała,
że prawdziwy ruch zacznie się dopiero za dwie godziny, kiedy zarówno Shannon,
jak i jej brat, zaczną w pośpiechu szykować się do szkoły. Sama nie
wyobrażała sobie tego, że miałaby ot tak kontynuować normalne życie, pojawiając
się w liceum i zachowując tak, jakby nic szczególnego nie miało
miejsca. W tłumie czy też nie, wciąż była zbyt łatwym celem dla Jasona. Co
więcej, niemalże mogła wyobrazić sobie, jak jej brat jak gdyby nigdy nic
pojawia się w liceum, żeby ją dorwać. Jasno dał jej do zrozumienia, że
prędzej czy później to zrobi; podejrzewała, że przeszkoda w postaci choćby
i setki potencjalnych świadków, nie zrobiłaby na nim żadnego wrażenia.
Chyba
właśnie tego bała się najbardziej – że z jej winy zginą przypadkowe osoby.
Wampiry nie zastanawiały się nad tym, czy kogoś przy okazji skrzywdzą, prawda?
Mogła zaobserwować to podczas balu, kiedy przypadkiem ucierpiała Marissa. W zasadzie
Liz czuła się trochę tak, jakby dziewczyna tamtego wieczoru umarła, bo przecież
tak właśnie na swój sposób było. Tutaj nie chodziło wyłącznie o potężny
szok i naruszenie dotychczasowego życia, jak byłoby, gdyby po postu
poznała prawdę, ale… o całkowity koniec. W zasadzie Elizabeth do tej
pory mogła przypomnieć sobie krzyki, zaś na samą myśl o przemianie…
Och,
zdecydowanie bardziej wolała dać się zabić.
Wszystko
wydawało się lepszą perspektywą, jeśli tylko nie stałaby się kimś podobnym do
brata.
Nerwowo
przygryzła dolną wargę, czując narastające wyrzuty sumienia. Takie myślenie nie
było uczciwe, zwłaszcza w przypadku Damiena i jego rodziny, ale co
mogła na to poradzić? Pewne kwestie po prostu ją przerastały, zdecydowanie
silniejsze od niej. Gubiła się w tym, dotychczas rozdarta pomiędzy dwiema
racjami i myślą o tym, że nieśmiertelni jednak byli podobni do ludzi:
czasem dobrzy, a czasami źle. W którymś momencie zmieniła zdanie,
mimo nielicznych wyjątków nie będąc w stanie dalej trwać w przekonaniu,
że jest bezpieczna – i że istniał ktokolwiek, komu mogłaby zaufać.
Z powątpiewaniem
spojrzała na porzucony telefon, zastanawiając się, dlaczego tak wiele wysiłku
musiała włożyć w to, by choćby pomyśleć o wybraniu innego numeru. Był
ktoś, w przypadku kogo na pewno by się nie zawiodła. Nie sprawdzała tego,
ale jakoś nie miała wątpliwości, że gdyby zadzwoniła, reakcja byłaby
natychmiastowa – i to nawet o tej godzinie. Co więcej, może nawet nie
musiałaby długo czekać, gdyby jednak odważyła się poprosić o to, żeby do
niej przyszedł. Przez większość czasu się nad tym nie zastanawiała, ale
przecież dobrze wiedziała, że jej pilnował. Nie w tak otwarty sposób, jak
do tej pory, ale mimo wszystko…
Ale
ostatnim razem twierdził coś innego. Co więcej, wtedy wydarzyło się coś, czego
zdecydowanie się nie spodziewała i co skutecznie wytrąciło ją z równowagi.
Do tej pory nie miała odwagi ponownie zwrócić się do Damiena, aż za dobrze
pamiętając wyraz jego twarzy, kiedy w pośpiechu opuścił mieszkanie. Nie
miała wątpliwości, że to był głód – palący, przysłaniający wszystko inne i…
skupiony na niej.
Czuła, że
niewiele brakowało, by stracił nad sobą kontrolę i ją zaatakował. Skoro to
było takie proste w przypadku kogoś, kto podobno ją kochał, w jaki sposób
mogła zaufać mu w pełni?
Spuściła
wzrok, w milczeniu spoglądając w bliżej nieokreślony punkt na
podłodze. Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo o tym pomyślała, zwłaszcza
że nagle uświadomiła sobie inną, aż nazbyt istotną kwestię: to niekoniecznie
Jasona musiała widzieć w swoich snach. Wcześniej nie chciała się do tego
przyznać, ale koszmary pojawiły się właśnie po tym, czego doświadczyła ze
strony Damiena. Ten krótki moment wystarczył, by dotychczas nieskazitelna,
zatroskana postać chłopaka, który znaczył dla niej naprawdę wiele, zaczęła
mieszać się z wyrazem twarzy kogoś, kto mógł okazać się nieobliczalny.
Oni wszyscy
tacy byli: trudni do przewidzenia, niebezpieczni… Niestabilni. W mniejszym
albo mniejszym stopniu, ale jednak. Może i na co dzień potrafili to ukryć,
bez wątpienia starając się dostosować do ludzi i bez potrzeby ich nie
krzywdzić, ale to przecież tak nie działało. Wcześniej tego nie dostrzegała,
ale w chwili, w której weszła w ten świat, a problemy
zaczęły ot tak się mnożyć, wszystko uległo zmianie. W chwilach takich jak
te z łatwością mogła sobie wyobrazić, czym kierowali się łowcy i dlaczego
w ogóle ryzykowali zwracanie się przeciwko komuś, kto z łatwością
mógł ich zabić.
Machinalnie
uniosła dłoń, muskając palcami znaleziony w domu Niny wisiorek. Nosiła go
coraz bardziej regularnie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że z tym
drobiazgiem była o wiele bezpieczniejsza. Nie miała pojęcia, co oznaczał
symbol, który przedstawiała zawieszka, ale to nie miało znaczenia, zwłaszcza że
biżuteria należała do kogoś z jej rodziny. Czuła przyjemne ciepło,
emanujące od zawieszki za każdym razem, kiedy ta miała kontakt ze skórą. To
było przyjemne, poza tym również wydawało się dodawać jej pewności siebie,
której potrzebowała nade wszystko zwłaszcza w ostatnim czasie.
Przesunęła
opuszkami po nagrzanym metalu, kreśląc zawiły, wciąż obcy jej symbol. Przez
myśl przeszło jej, że mogła spróbować zapytać Ulricha o to, czy
przypadkiem nie wiedział, co oznaczał. Zaraz po tym coś nieprzyjemnie ścisnęło
ją w gardle, kiedy uświadomiła sobie, że i na to będzie musiała
poczekać. Poirytowana, w pośpiechu podeszła do łóżka, w przesadnie
wręcz zamaszysty sposób biorąc komórkę i z powątpiewaniem wpatrując
się w wygaszony, czarny ekran.
Omal nie
wyszła z siebie, kiedy urządzenie nagle zawibrowało, tym samym dając znać o nadejściu
nowej wiadomości. Natychmiast odczytała SMS-a, po czym ze świstem wypuściła
powietrze, mając wrażenie, że doświadcza jakiegoś marnego żartu.
Dzisiaj
nie dam rady. Będę cały dzień poza zasięgiem, Liz.
Szlag,
miała rozumieć, że wszystko zaprzysięgło się przeciwko niej? Jęknęła cicho, po
czym raz jeszcze wybrała numer Ulricha, licząc na to, że skoro miał siłę bawić
się w pisanie wiadomości, tym bardziej powinien być w stanie odebrać.
Zamarła z telefonem przy uchu, licząc kolejne sygnały – zaledwie dwa,
bowiem chwilę później połączenie najzwyczajniej w świecie zostało
przerwane, czy może raczej odrzucone. Z jakiegoś powodu poczuła się wtedy
tak, jakby ktoś z całej siły ją uderzył, zwłaszcza że takie zachowanie
zdecydowanie nie było czymś, co mogłaby uznać za normalne.
Niby jak
miała to rozumieć? Nerwowo zacisnęła palce na komórce, czując, że zaczyna się
trząść. W tamtej chwili tym bardziej nie miała co ze sobą zrobić, dziwnie
roztrzęsiona i wytrącona z równowagi. Nie wyobrażała sobie spędzenia
całego dnia w domu, zwłaszcza w pojedynkę, mając za perspektywę co
najwyżej rozmyślanie o sprawach, które pragnęła jak najszybciej wyrzucić z pamięci.
W tamtej chwili czuła się dosłownie jak zamknięte w klatce zwierzę,
na dodatek takie, które miało świadomość, że gdzieś na zewnątrz czekał gotów
zapolować na nie drapieżnik.
Och, jak
nic miała od tego wszystkiego oszaleć! Prędzej czy później, ale jednak,
zwłaszcza że już teraz czuła się tak, jakby traciła zmysły. Chciała się czymś
zająć, a strzelanie wydawało się idealnym zajęciem. Jeszcze brak takiej
perspektywy mogła przeboleć, ale to nie wyjaśniało tego, że Ulrich wyraźnie jej
unikał. Jego zachowanie dawało jej do myślenia, tym bardziej że mężczyzna
zdecydowanie nie wyglądał jej na kogoś, kto miał w zwyczaju pisać SMS-y.
Skoro był w stanie to zrobić, jednocześnie odrzucając jej połączenia…
Mimowolnie
zadrżała, nagle zaniepokojona. Być może zaczynała być przewrażliwiona, ale to
wydawało się w pełni normalne po wszystkim, czego doświadczyła. Miała
wrażenie, że wszyscy, których znała, byli zagrożeni tylko dlatego, że mili
jakiś związek z nią. Wiedziała jedynie, że nie wybaczy sobie, jeśli nagle
okaże się, że ktoś zginął właśnie z jej powodu. Nie chciała krzywdy
zwłaszcza tych osób, które były dla niej ważne, a w przypadku Ulricha
przecież tak właśnie było. Co prawda znała go krótko, ale wiedziała, że miał jakiś
związek z jej rodziną, łowcami i mógł znać odpowiedzi na pytania, które
tak bardzo ją dręczyły. Stanowił jedyny łącznik z klanem, o którym
bardzo chciała się dowiedzieć czegoś więcej, poza tym naprawdę zachowywał się
jak ktoś, komu mogło na niej zależeć.
Myśl, że
naprawdę mogłaby zostać z tym wszystkim sama, wydała się Liz wręcz
przerażająca.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić. To nie musiało o niczym
świadczyć, ale naprawdę chciała upewnić się, że wszystko jest w porządku. Potrzebowała
tego równie mocno, co i partnera do rozmowy – kogoś, kto wprost oznajmiłby
jej, że sytuacja jest pod kontrolą. Jeszcze jakiś czas temu bez wahania
zwróciłaby się do Eleny albo Damiena, ale w obecnej sytuacji… Och, Shannon
i Nigel również nie wchodzili w grę, tym bardziej że nie uświadomiła
ich aż do tego stopnia, by wiedzieli o Ulrichu i roli, którą
faktycznie odgrywał. Zbyt wiele dusiła w sobie, odcinając się od
wszystkich, którzy w jakimkolwiek stopniu mogli ją wesprzeć.
Był tylko
Ulrich – i to wystarczyło, by z miejsca zaczęła się o niego
martwić.
Nie zastanawiając
się dłużej nad tym, co zamierzała zrobić, w pośpiechu ubrała się i wymknęła
z pokoju. Ostrożnie zeszła po schodach, chcąc wyjść z domu zanim
ktokolwiek zorientuje się, jakie miała plany. Co prawda czekał ją naprawdę
długi spacer, ale…
– To ty,
Liz?
Męski głos
ją zaskoczył, sprawiając, że na dłuższą chwilę zamarła w bezruchu, spodziewając
się najgorszego. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że z kuchni
zaglądał do niej pan domu. Rzadko widywała rodziców Shannon i Nigela,
zresztą tak jak i samych zainteresowanych. Unikała wszystkich, czasami
czując się jak duch albo piąte koło u wozu – z tym, że przecież i tak
nie miała gdzieś się podziać.
– Ja… To
znaczy tak, dzień dobry – zreflektowała się pośpiesznie. Zeszła z kilku
ostatnich stopniu, w duchu mając do siebie pretensje o to, że nie
była ostrożniejsza. – Mam nadzieję, że nikogo nie obudziłam.
–
Oczywiście, że nie. Wybieram się do pracy – wyjaśnił usłużnie mężczyzna. Zaraz
po tym zmierzył ją wzrokiem, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Chcesz
kawy? Wyglądasz, jakbyś nie spała.
Jedynie skinęła
głową, dochodząc do wniosku, że to i tak lepsze niż wykręty albo wyjście w pośpiechu.
Co prawda już i tak czuła się aż nadto pobudzona, ale kawa wydawała się
najlepszą z możliwych perspektyw. I tak była mężczyźnie wdzięczna, że
o nic nie wypytywał, wszelakie uwagi najwyraźniej woląc zachować dla
siebie.
Weszła do
kuchni, zajmując jedno z wolnych krzeseł przy stole. Oparła się o niego
łokciami, ledwo powstrzymując przed wystukiwaniem jakiegoś nerwowego rytmu o blat.
Podejrzewała, że wygląda jak jeden wielki kłębek nerwów, ale próbowała o tym
nie myśleć, w zamian obserwując, jak jej niespodziewany rozmówca krząta
się po kuchni.
– Wybierasz
się dokądś? – zapytał nagle i na krótką chwilę całe dobre wrażenie, które
towarzyszyło Liz, po prostu zniknęło. – Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt
wścibsko, ale… Cóż, jest dość wcześnie – zauważył przytomne.
Elizabeth
jedynie potrząsnęła głową.
– Miałam
zamiar zobaczyć się ze znajomym moich rodziców – wypaliła, zanim zdecydowała
zastanowić się nad tym, co powinna powiedzieć. Z jakiegoś powodu prawda
wydała jej się najrozsądniejszym posunięciem.
– O tej
godzinie?
Mimo
wszystko wyczuła, że jej rozmówca zmieszał się, zwłaszcza kiedy wspomniał o rodzicach.
W tamtej chwili pierwszy raz zaczęła cieszyć się z tego, że każdy, z kim
rozmawiała, reagował podobnie, gdy tylko pojawiała się wzmianka o tym, co
ją spotkało. Oczywiście ludzie wierzyli w nieszczęśliwy wypadek i pożar
– w końcu takie rzeczy się zdarzały, prawda? To nie tak, że cudownie
odnalezieni bracia dopadali własną rodzinę i…
Natychmiast
odrzuciła od siebie tę myśl. Tak czy inaczej, jak zazwyczaj miała dość
współczucia, kondolencji i niezręcznej ciszy, tak tym razem ta była jej na
rękę.
– Wiem, że
jest wcześnie, ale przez wzgląd na pracę tej osoby, inna godzina nie wchodzi w grę
– wyjaśniła, nagle po prostu wiedząc, co powinna powiedzieć. To brzmiało
najbardziej sensownie, poza tym wcale aż tak bardzo nie odbiegało od prawdy. –
To… dość istotna sprawa. Nie chcę mówić za dużo, bo jeszcze nie jestem niczego
pewne, ale w końcu powinnam zabrać się za porządkowanie rodzinnych spraw.
Nie mogę mieszkać tutaj w nieskończoność, więc…
– Rozumiem.
Zaraz po
tym zapanowała cisza, ale to jej nie przeszkadzało. Jedynie skinęła głową,
kiedy mężczyzna postawił przed nią parujący kubek z kawą, zaraz też
zacisnęła wokół naczynia palce. Przyjemne ciepło miało w sobie coś
kojącego, jednocześnie uświadamiając Liz, że od dłuższego czasu towarzyszył jej
dziwny, przejmujący chłód. W efekcie nawet wrzątek nie wydał jej się aż
taki zły, nawet jeśli w pierwszym momencie poparzyła sobie usta.
Nie była
pewna, jak długo trwała w ciszy, ciągnąc tę farsę. Z jej perspektywy
wszystko wydawało się ciągnąć w nieskończoność – i to do tego
stopnia, że w pewnym momencie zaczęła gorączkowo szukać jakiejś wymówki,
żeby jednak wyjść. Nie miała pojęcia, czy to w ogóle ma znaczenie po tym,
co powiedziała, ale i tak wolała się upewnić. Nie chciała, by ktokolwiek
zaczął się nią interesować, zwłaszcza że zarówno Shannon, jak i Nigel,
mogli mieć jakiś kontakt z Damienem. Szczerze wątpiła, żeby chłopak ot tak
odpuścił sobie opiekę nad nią, a skoro tak…
– Gdzie
konkretnie się wybierasz? – usłyszała i to pytanie wystarczyło, żeby wyrwać
ją z zamyślenia. – Jeśli to po drodze, mogę cię podrzucić.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, nie kryjąc zaskoczenia. Nie tego się spodziewała, przez co
nie odpowiedziała od razu. Dopiero po chwili wykrztusiła z siebie adres,
dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że to wcale nie musiało być
takim dobrym pomysłem. Uspokoiła się dopiero w chwili, w której jej
rozmówca jakby od niechcenia stwierdził, że nie ma żadnego problemu. To
wystarczyło, żeby odrobinę się rozluźniła, tym bardziej że perspektywa
podwiezienia przynajmniej po części rozwiązywała problemy z dostaniem się
na miejsce. Czuła, że im szybciej zobaczy się z Ulrichem, tym lepiej, zwłaszcza
że dręczyły ją coraz silniejsze wątpliwości.
Poczuła się
dziwnie, kiedy w końcu stanęła przed odpowiednimi drzwiami. Wcześniej nie
miała okazji widzieć się z Ulrichem w mieszkaniu, które wynajdował,
chociaż na wszelki wypadek podał jej adres. Zwykle to on przyjeżdżał i zabierał
ją czy to do lasu, czy do jakiegoś lokalu, gdzie mogli zamienić kilka słów, nie
obawiając się, że ktokolwiek im przerwie. Sęk w tym, że to jedynie dawało
mu powody, żeby odwlekać udzielenia jej odpowiedzi na te pytania, które
dręczyły ją najbardziej. Uświadomiła sobie, że teraz przy odrobinie szczęścia
mogła to zmienić, zwłaszcza gdyby odpowiednio zaczęła na mężczyznę naciskać…
Przestałą o tym
myśleć, w zamian powtarzając sobie, że powinna skupić się na tym, co
najważniejsze. Uniosła rękę, gotowa zapukać, po czym po prostu zamarła w bezruchu,
bezmyślnie wpatrując się w drzwi. W czasie jazdy samochodem
wielokrotnie próbowała ułożyć jakiś sensowny scenariusz rozmowy, by w razie
potrzeby zachować się z odpowiednią pewnością siebie i nie pozwolić
na to, by Ulrich ją zbył, ale teraz… Cóż, w głowie miała pustkę, a to
zdecydowanie nie miało się skończyć dobrze.
Wciąż się
wahała, walcząc z samą sobą i biorąc pod uwagę nawet to, żeby jednak
odpuścić i odejść, kiedy z wnętrza mieszkania dobiegły ją wyraźnie
podenerwowane, podniesione głosy.
– …
pozwolić ci się z nią zobaczyć. – Ulrich brzmiał na co najmniej wytrąconego
z równowagi. Fakt, że prawie na pewno mówił o niej, sprawił, że Liz
zamarła i z wolna przesunęła się bliżej drzwi. – Obiecałem wam coś i tego
zamierzam się trzymać, ale – na litość boską – jak ty to sobie wyobrażasz?
– Sprawy się
skomplikowały – padło w odpowiedzi. – A ja robię to, co słuszne…
Zrozum w końcu, że chcę dla niej jak najlepiej.
Być może
drugi z rozmówców mówił coś jeszcze, ale to nie miało dla Elizabeth
znaczenia. Przecież to nie jest możliwe…,
pomyślała w oszołomieniu, przez moment czując się tak, jakby ktoś z całej
siły uderzył ją w brzuch. Przecież dobrze znała ten głos, ale…
Z chwilą, w której
naparła na drzwi mieszkania i dosłownie wleciała do środka, zmieniło się
wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz