16 grudnia 2017

Dwieście czterdzieści sześć

Elena
Pukanie do drzwi skutecznie wyrwało ją z zamyślenia. Poderwała głowę, ale ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, zwłaszcza że zakłócający jej spokój intruz nie zamierzał czekać na zaproszenie.
– Elena? – Rosalie w pośpiechu uchyliła drzwi i wślizgnęła się do pokoju. – Możemy porozmawiać? Myślałam…
– Nic ci nie jest? – przerwała, nie mogąc się powstrzymać.
Wiedziała, że trudno skrzywdzić wampira, zwłaszcza takiego jak jej siostra, ale i tak wolała się upewnić. Wciąż coś ściskało ją w gardle na samo wspomnienie ataku Jane, nie wspominając o tym, czego dowiedziała się w rozmowie z Miriam. To wszystko nadal wydawało się zbyt skomplikowane, z kolei Elena wolała odciągnąć w czasie konieczność omawiania tego, co miało miejsce.
– Jest w porządku. Hej, Elenko… – zaczęła wampirzyca, zaraz jednak urwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową – Eleno – poprawiła się, a dziewczyna jedynie westchnęła.
– W porządku. – Zawahała się, na dłuższą metę nie będąc w stanie znieść ciszy. – Poszli sobie? Mam wrażenie, że tak, ale nie chcę sprawdzać.
Nie rozumiała, dlaczego po tym, co się stało, ojciec wpuścił do domu któregokolwiek z przedstawicieli Volturi. Teoretycznie rozumiała obecność wyraźnie wytrąconego z równowagi zachowaniem siostry Aleca, gotowa wręcz stwierdzić, że ten nie kłamał, raz po raz powtarzając, że nie podejrzewałby bliźniaczki o coś takiego – i że to w najmniejszym stopniu nie miało związku z którymś z planów Aro. Dobrze, to brzmiało szczerze, przynajmniej słuchając wyjaśnień tego wampira… Ale i tak nie czuła się dobrze z myślą, że którykolwiek z pozostałych Włochów miałby przekroczyć próg tego domu.
– Przed chwilą – stwierdziła Rose i zawahała się na dłuższą chwilę. – Prawie. Alec został, chociaż nie wiem na co liczy. Nie sądzę, żeby ta mała jędza chciała tutaj wrócić.
Elena westchnęła, ledwo powstrzymując się przed pozbawionym wesołości śmiechem. Właściwie sama nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Prawda była taka, że nie ufała ani sobie, ani tym bardziej Jane, a jakby tego było mało… Cóż, wszystko wydawało się po raz kolejny dotyczyć jej – i to tym bardziej, że zdaniem Miriam wampirzyca współpracowała z demonem.
Przyjdzie, żeby dokończyć to, co zaczęła?, pomyślała z przekąsem, bynajmniej nie spodziewając się odpowiedzi. Co stałoby się, gdyby jednak do tego doszło? Gdyby po raz kolejny miała bronić siebie albo kogoś innego…
– Nie wróci – powiedziała pod wpływem impulsu. – Musi wiedzieć, że to… bardzo głupi pomysł – dodała, ostrożnie dobierając słowa.
– Jasne, że tak – podchwyciła natychmiast Rosalie. – Drugi raz nie damy się zaskoczyć. A jeśli chodzi o twoje bezpieczeństwo…
– Sądząc po tym, co powiedziała mi Miriam, niekoniecznie muszę się tym przejmować.
Być może to stanowiło dość naciąganą teorię, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że tak właśnie było. Nie miała pojęcia, w jaki sposób przywołała do siebie jakąkolwiek moc, ale wierzyła, że w razie potrzeby mogłaby dokonać tego raz jeszcze. Wszystko tak naprawdę sprowadzało się do instynktu i tego, czego tak naprawdę chciała. Zwłaszcza w kwestii ochrony rodziny potrafiła posunąć się naprawdę daleko, a to bez wątpienia o czymś świadczyło.
No i Rafael… On też wciąż gdzieś tam jest, dopowiedziała, aż nazbyt świadoma, że tak prezentowała się rzeczywistość. Byłaby naiwna, gdyby wierzyła, że demon ot tak odpuści. Co więcej, poniekąd na to liczyła, chociaż za żadne skarby nie chciała się do tego przyznać. Mieszane uczucia, które towarzyszyły jej przez cały ten czas, zwłaszcza po tym, co powiedziała jej Mira. Nie sądziła, że słowa demonicy zrobią na niej jakiekolwiek wrażenie, ale z drugiej strony…
Och, nie chciała się nad tym zastanawiać.
– Nie podoba mi się, że tak po prostu z nią poszłaś – stwierdziła Rose, a Elena parsknęła, nie mogąc się powstrzymać.
– Jest w porządku, Rose… Naprawdę – oznajmiła z przekonaniem. Może przy odrobinie szczęścia jednak mogła zacząć w to wierzyć. – Podejrzewam, że to ostatnia osoba, która by mnie skrzywdziła. I to nawet gdyby chciała.
– Elena…
– Mówię poważnie. – Wzruszyła ramionami. – Wiem, że Rafael mimo wszystko jej ufa, chociaż nigdy nie powiedział tego wprost. W zasadzie zgaduję, że uznaje tylko Mirę, o ile faktycznie nie może czegoś załatwić osobiście.
– Nie każ mi przypominać do czego zdolny jest ten demon – powiedziała niemalże łagodnie wampirzyca.
Elena drgnęła, po czym energicznie potrząsnęła głową, chcąc odrzucić od siebie niechciane myśli.
– Nie musisz – zapewniła pośpiesznie. – Zresztą nie o to chodzi. Musiałam porozmawiać z Miriam – ucięła, chcąc dać siostrze do zrozumienia, że dalsze ciągnięcie tematu w najmniejszym stopniu nie było jej na rękę.
Rosalie dłuższą chwilę milczała, po prostu bezczynnie obserwując. To była rzadkość, by powstrzymywała się od mówienia, zwłaszcza że wampirzycę wyraźnie dręczyło coś, o czym chciała pomówić. Elena sama nie była pewna, co powinna o tym sądzić, gotowa wręcz przysiąc, że od jakiegoś czasu jej relacje z siostrą były… bardzo kruche. Odkąd doszły do porozumienia, to było tak, jakby obie stąpały po cienkim lodzie, robiąc wszystko, byleby po raz kolejny wszystkiego nie popsuć. Doceniała to, aż nazbyt świadoma, że Rose mało kiedy szła na kompromisy; ta świadomość również sprawiała, że taki stan rzeczy wydawał się… dziwnie nienaturalny.
Potrzebowała kilku kolejnych sekund, by zebrać myśli i jednak zdecydować się na to, by mówić dalej.
– Jeśli chodzi o to, co się stało… – zaczęła z wahaniem. – Sama nie wiem, co powinnam wam powiedzieć. Dlatego Miriam chciała ze mną rozmawiać: bo ją też zaskoczyłam.
– Więc to nie jest coś, co ty i Rafael…
Jedynie potrząsnęła głową.
– Nie doszliśmy do niczego, może pomijając to, że teraz bliżej mi do demona niż pół-wampira. Tak naprawdę wciąż nie wiem, kim jestem, Rose – stwierdziła, po czym skrzywiła się, zaskoczona goryczą, która wkradła się do jej głosu.
Bez słowa poderwała się na równe nogi, w pośpiechu podchodząc do zamkniętego okna. Wyjrzała na zewnątrz, z powątpiewaniem spoglądając na pogrążony w ciszy i ciemności las. W myślach jak na zawołanie znów pojawiło się pytanie o to, czy powinna spodziewać się obecności Rafaela, czy może jednak zdecydował się uszanować jej decyzję i trzymał się na dystans. Jeśli Mira miała być rodzajem kompromisu…
Drgnęła, kiedy coś poruszyło się w ciemnościach. Chwilę później usłyszała trzepot skrzydeł, a potem na parapecie jak gdyby nigdy nic wylądował znajomy, czarny kruk.
– Tia… To ma być moja obstawa? Tym razem ty mnie pilnujesz, Raven?  – mruknęła pod nosem, wywracając oczami.
– Rozmawiasz z ptakiem? – usłyszała za plecami wyraźnie zdezorientowany głos Rosalie. – No i… Raven?
– Brzmi lepiej, niż gdybym zaczęła wołać na niego Azor – zauważyła przytomnie. Lekko się uśmiechnęła, wciąż uważnie przypatrując się ptaku. – Jest posłuszny Rafie i… Hm, w sumie mogłabym powiedzieć ci o nim to samo, co o Miriam. Tyle że on nie odpyskuje, jeśli powiem coś, co mu się nie spodoba.
– Praktycznie.
Po tonie Rose dało się poznać, że wciąż podchodziła do sytuacji z wyraźną dozą rezerwy. Elena nawet nie była takim stanem rzeczy zaskoczona, aż za dobrze pamiętając, jak bardzo skołowana czuła się na samym początku. W gruncie rzeczy pod tym jednym względem nie zmieniło się nic, a wręcz zaczynało być coraz gorzej, co dawało jej się we znaki tym bardziej, że kolejny raz została ze wszystkim sama.
– Lepiej mi powiedz, co ustaliliście tam na dole – poprosiła, z dwojga złego woląc zmienić temat. – Tata oczywiście ich wpuścił, prawda? Nie wiem, co wymyślił Aro, ale…
– To nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać – przerwała pośpiesznie Rosalie. – Nigdy nie wnikałam w politykę, zwłaszcza naszą, ale jednak od wieków to właśnie Volturi byli gwarantem spokoju. Tego jednego nie można im odmówić, nawet jeśli to dupki.
Byli… – powtórzyła z wahaniem Elena. – Słabo to brzmi, wiesz? Mam na myśli… Coś się zmieniło?
– Sama nie wiem. – Rosalie zawahała się, wyraźnie próbując zebrać myśli. – Mam wrażenie, że Carlisle albo Edward mogliby wytłumaczyć ci to lepiej. Tak czy inaczej, wydarzenia z balu nie pozostały bez echa.
Elena zawahała się, podświadomie czując, że to nie mogło prowadzić do niczego dobrego. Podobnie jak i Rose, sama również nie wnikała w politykę wampirów, zwłaszcza wiedząc o istnieniu Miasta Nocy. Łatwo było zapomnieć o świecie zewnętrznym, kiedy przez długi czas żyło się w miejscu, które zdecydowanie nie podległo wpływom Volturi. Nie zmieniało to jednak faktu, że dobrze wiedziała, że ten z klanów wciąż pozostawał jednym z najważniejszych, otwarcie tworząc i respektując zasady, którym inni musieli się podporządkować. Co więcej, było dokładnie tak, jak powiedziała Rosalie – bo niezależnie od wszystkiego, działania te zapewniały wszystkim bezpieczeństwo. To tyczyło się również ludzi, którzy przez tyle czasu pozostawali cudownie nieświadomi.
Nie miała pewności, jak to wszystko działało pod względem polityki, ale nawet ona czuła, że ingerencja Isobel mogła pociągnąć za sobą dość istotne konsekwencje, być może nawet na skalę całej rasy. Nie chciała zastanawiać się nad tym, co mogłoby się stać, gdyby pierwotna zdołała rozszerzyć wpływy, ale…
– Oczywiście Volturi tuszują sprawę na tyle, na ile mogą – odezwała się ponownie Rosalie – ale ich reputacja mocno ucierpiała na tym, co się stało. Spójrz na Jane… Nie wiem, co tak naprawdę jest z nią nie tak, ale kiedyś była Aro najwierniejsza. Z tego, co wiem, sprawy mają się nieciekawie nie tylko w jej przypadku.
– Nie rozumiem…
Wampirzyca wzruszyła ramionami.
– Volturi rządzą odkąd tylko pamiętam. W grę wchodzą chyba całe tysiąclecia, więc… – Zamilkła, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że ta kwestia nie wymaga dokładniejszych wyjaśnień. – Ale teraz niektórzy… zaczynając mieć wątpliwości, czy to wciąż bezpieczne, by Volturi nadal dzierżyli władzę. Wiesz, Isobel omamiła ich ot tak… Część straciła szacunek. Inni…
– … zginęli z ręki Rafaela – mruknęła Elena. Przecież dobrze wiedziała, co stało się po jej śmierci.
Przez twarz Rosalie przemknął ledwo zauważalny cień.
– Cóż, tak – przyznała niechętnie nieśmiertelna. – Ale nie o to mi chodziło. Miałam na myśli to, że… niektórym zaczęła odpowiadać wizja świata, który sugerowała Isobel.
Tych kilka słów wystarczyło, by Elena zesztywniała, zaniepokojona bardziej niż do tej pory. Słodka bogini, dlaczego to ją w ogóle dziwiło? Z łatwością mogła sobie wyobrazić, co dla istot, które wychowały się w przeświadczeniu, że już zawsze będą musiały ukrywać się przed ludzkością, oznaczała sama tylko sugestia przewrotu. Wiedziała, co działo się przed Upadkiem i czego oczekiwała Isobel – świata, w którym to wampiry dzierżyły władzę, mając całkowitą kontrolę nad tym, co działo się wokół nich. Dla tych, którzy lubowali się w ludzkiej krwi, taka perspektywa musiała być… naprawdę urzekająca.
To niedobrze… Bardzo niedobrze…
Cokolwiek stało się na balu, wciąż mogło okazać się niemniej niebezpieczne, co i sytuacja, w której Isobel nie musiałaby się wycofać. Co prawda dla królowej oznaczałoby to konieczność podążania okrężną, bardziej skomplikowaną drogą, ale… Och, była cierpliwa – a przynajmniej powinna być, skoro wcześniej zwlekała całe lata z podjęciem jakichkolwiek kroków. Gdyby zaczęła pozyskiwać sojuszników, wtedy sprawy mogły naprawdę się skomplikować, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
– I co teraz? – zapytała, nie kryjąc niepokoju. – Więc Volturi mają problemy z posłuszeństwem we własnych szeregach. Dlatego chcieli się zobaczyć?
– Poniekąd – przyznała niechętnie Rose. – Zdaniem Aleca, wampiry, które polowały na was w liceum, to ich robota. Powiedzmy, że Jane była… przekonywująca.
– Świetnie!
Być może powinna czuć ulgę, mogąc zrozumieć przynajmniej tę jedną kwestię, ale to zdecydowanie nie działało w ten sposób. W głowie wciąż miała pustkę, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wciąż umykała jej istotna kwestia. Może i Jane przestała przejmować się Aro i postanowiła uprzykrzać innym życie na własną rękę, ale to wciąż nie tłumaczyło tego, co wydarzyło się tym razem – a już zwłaszcza jakiegokolwiek związku z demonami.
– Elena? – Głos Rosalie doszedł do niej jakby z oddali. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że od dłuższej chwili tkwiła w miejscu, nerwowo zaciskając dłonie w pięści – i to na tyle mocno, by wbić sobie paznokcie w skórę. Natychmiast spróbowała nad sobą zapanować, to jednak okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby podejrzewać. – Wszystko w porządku? Coś jest nie…?
– Wszystko jest nie tak – przerwała, bezceremonialnie wchodząc wampirzycy w słowo. – A przynajmniej tak mi się wydaje i… Szlag, muszę wyjść – oznajmiła, a wampirzyca spojrzała na nią tak, jakby właśnie postradała zmysły.
– Teraz? – zapytała z niedowierzaniem. – Chyba sobie żartujesz. Nie sama – dodała z naciskiem, nie dając Elenie okazji, by zaprotestować.
W pierwszym odruchu chciała się kłócić, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian ze świstem wypuściła powietrze, wciąż bezskutecznie próbując się uspokoić.
– Dobra – mruknęła, chcąc nie chcąc dając za wygraną. – W takim razie potrzebny mi Aldero – oznajmiła, zakładając ramiona na piersiach.
– Aldero…?
– Tak. Muszę zadzwonić. – Nawet się nie zawahała. – Kocham cię, Rose, ale w tej chwili mi nie pomożesz – dodała z rozbrajającą wręcz szczerością.
Trudno jej było stwierdzić, co tak naprawdę sądziła o całej sytuacji Rosalie. Zwłaszcza po wyrazie twarzy wampirzycy nie potrafiła stwierdzić niczego sensownego, nie pierwszy raz mając wrażenie, że spogląda na niezwykle piękną, choć przy tym obojętną, porcelanową lalkę. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że chcąc nie chcąc kolejny raz powiedziała coś, co mogło sprawić jej siostrze przykrość, ale nie miała czasu, by się tym przejmować. W zasadzie w tamtej chwili nie była pewna, co tak naprawdę powinna czuć, a tym bardziej zrobić, nie wspominając o zastanawianiu się nad ewentualnymi konsekwencjami własnych decyzji.
– W porządku.
W milczeniu odprowadziła Rosalie wzrokiem. Wciąż nerwowo napinała mięsnie, nie rozluźniając się nawet z chwilą, w której drzwi do pokoju zamknęły się z cichym stuknięciem. Chwilę jeszcze bezmyślnie wpatrywała się w miejsce, gdzie chwilę wcześniej była Rose, zanim otrząsnęła się na tyle, by ruszyć się z miejsca. Z cichym westchnieniem ciężko opadła na łóżko, ukrywając twarz w dłoniach i bezskutecznie próbując uporządkować myśli.
Słodka bogini, potrzebowała Rafaela. Sęk w tym, że była zdecydowanie zbyt dumna i zawzięta, by ot tak z nim porozmawiać, nawet jeśli pozostawał jedyną osobą, która miała szansę udzielić jej jakichkolwiek sensownych odpowiedzi.
– Kraa… – doszło ją gdzieś z zewnątrz.
Aż wzdrygnęła się, słysząc znajomy, przytłumiony odgłos. Natychmiast przeniosła wzrok na okno, by móc spiorunować wzrokiem wciąż tkwiącego na parapecie Ravena.
– Tak, zrozumiałam – warknęła, obojętna na to, że najpewniej po raz kolejny robiła z siebie idiotkę. – A teraz leć stąd. Pilnuj jego dla mnie, nie odwrotnie – dodała z naciskiem, dopiero po chwili uświadamiając sobie sens wypowiedzianych słów.
Tym bardziej zaskoczył ją fakt, że ptak bez chwili wahania poderwał się do lotu. Nieznacznie potrząsnęła głową, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że to wcale nie był przypadek, ale…
Nie. Raven zrozumiał.
Świetnie. Więc do tego wszystkiego jedyną istotą, z którą jestem w stanie się porozumieć, okazał się kruk…, pomyślała z przekąsem, jednak i to nie okazało się aż tak proste i oczywiste, jak mogłaby oczekiwać. Nie, skoro w jakimś stopniu poczuła się podekscytowana tym, że to, co sugerował Rafael, mogłoby okazać się prawdziwe. Jeśli faktycznie miała w sobie coś z demona…
Albo anioła.
Miriam mówiła o tej możliwości z dużą dozą ironii, ale to mimo wszystko brzmiało… zadziwiająco wręcz sensownie. A może po prostu chciała wierzyć, że tak jest, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. Jeśli dobrze zrozumiała, anioły i demony miały ze sobą wiele wspólnego, jednocześnie różniąc się diametralnie, a to… Cóż, mogło w równym stopniu tłumaczyć i komplikować wszystko.
Oczywiście. Anioł ze mnie jak jasna cholera…, zadrwiła, ale i to nie wydało się Elenie aż tak pewne, jak mogłaby się spodziewać. W głowie miała mętlik i taka była prawda. To po raz kolejny sprawiło, że zaczęła myśleć o Rafaelu, z uporem jednak odrzucała od siebie możliwość, by tak po prostu się z demonem skontaktować.
Nie, bo…
Po prostu nie.
Skrzywiła się, po czym sięgnęła po porzuconą na stoliku nocnym komórkę. Zlustrowała telefon wzrokiem, w następnej chwili zaczynając nerwowo obracać go w palcach. W zasadzie nie skłamała, sugerując Rosalie, że mogłaby chcieć porozmawiać z Aldero. Kuzyn był pierwszą osobą, która przyszła jej do głowy, zwłaszcza że rozumiał sytuację lepiej niż pozostali członkowie rodziny. Podejrzewała, że to nie było uczciwe, by mieszać go w to wszystko akurat teraz, ale jaki tak naprawdę miała wybór?
Coś ścisnęło ją w gardle ze zdenerwowania. Tak przynajmniej uznała w pierwszym odruchu, zanim dyskomfort nie zaczął dawać jej się we znaki w o wiele intensywniejszy, bardziej znajomy sposób. Machinalnie sięgnęła dłonią do szyi, po czym zesztywniała, aż nazbyt świadoma, że tak naprawdę miała do czynienia z głodem. Co więcej, choć nie chciała się do tego przyznać, prawda była taka, że to właśnie pragnienie doprowadziło do tego, że zaczęła rozważać zobaczenie się z Aldero. Skoro Rafael był poza zasięgiem…
Egoistyczna suka.
Ukryła twarz w dłoniach, coraz bardziej podenerwowana. Próbowała nad sobą zapanować, ale to okazało się równie bezsensowne, co i udawanie, że ostatnie wydarzenia nie robiły na niej wrażenia. Kiedy do tego wszystkiego do głosu doszedł głód, całkiem przestała kontrolować to, co działo się wokół niej. Potrzebowała krwi, informacji i… czegokolwiek, co mogłaby uznać za choć trochę praktyczne, ale oczywiście nie miała na co liczyć.
Nie, skoro była tak cholernie uparta i głupia, ale…
Cholera.
Zaatakowała instynktownie, chwytając za komórkę i w pośpiechu wybierając odpowiedni numer. Nie chciała dać sobie okazji, żeby zrezygnować, dlatego błyskawicznie przycisnęła aparat do ucha, wsłuchując się w kolejne sygnały.
– Elena? – usłyszała w pewnym momencie i coś ścisnęło ją w gardle. Wciąż jeszcze mogła się rozłączyć, ale…
– Możesz przyjechać? – nie tyle zapytała, co wręcz wychrypiała. Nie sądziła, że zabrzmi aż tak źle, a tym bardziej że po raz kolejny mogłaby być bliska płaczu. Szlag, nie zamierzała zachowywać się w ten sposób przy kimkolwiek, a jednak… – Proszę.
Przez chwilę po drugiej stronie panowała niemalże nieprzenikniona cisza.
– Jasne – zapewnił w końcu Aldero. – Hej, co się dzieje? Wiem, że mieliście jakieś problemy, ale…
– Po prostu przyjedź – przerwała spiętym głosem.
Zaraz po tym po prostu się rozłączyła, przez krótką chwilę mając ochotę kogoś uderzyć. Nie, to, co robiła, zdecydowanie nie było uczciwe – ani względem Aldero, ani jej samej, zwłaszcza że dobrze wiedziała, że wampir najpewniej jej nie odmówi. Co prawda już to robili, a Al jasno dał jej zrozumienia, że wszystko w porządku, ale…
Wystarczy.
Z wolna wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Tym razem przyszło jej to zadziwiająco łatwo, niemalże jak podczas konfrontacji z Jane, zupełnie jakby instynktownie wyczuła, że odcięcie się od emocji będzie najlepszym, co mogłaby zrobić. Nie miała pojęcia, czy to jakaś wyjątkowa umiejętność, którą przejawiały demony i istoty takie jak ona, ale zdecydowanie nie zamierzała narzekać. Potrzebowała spokoju, a jeśli to było jedynym sposobem, by go sobie zapewnić, nie zamierzała protestować.
Zamknęła oczy, jednocześnie wciąż koncentrując się na oddychaniu. Wyciszenie przyszło samo, chociaż podświadomi wciąż wyczuwała, że robiła coś co najmniej niewłaściwego. Możliwe, że powinna mieć o to do siebie pretensje, ale nie potrafiła się do tego zmusić, zwłaszcza że wyrzuty sumienia pozostały gdzieś daleko, przytłumione w równym stopniu, co i emocje, które z takim uporem od siebie odsuwała.
Jednak jestem egoistką, pomyślała i dopiero ciche prychnięcie uświadomiło jej, że jednak wypowiedziała tych kilka słów na głos.
– Lepiej bym tego nie ujęła.
Słysząc znajomy głos, momentalnie poderwała się na równe nogi i zwróciła w stronę niechcianego gościa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa