07.08.2017

Dwieście trzydzieści trzy

Jocelyne
Nie od razu zorientowała się, co takiego miało miejsce. Przez kilka pierwszych sekund tkwiła w bezruchu, chwytając oddech w niemalże spazmatyczny sposób i próbując zebrać myśli. Nie miała odwagi otworzyć oczu, a tym bardziej zastanowić się, dlaczego czuła się do tego stopnia oszołomiona. Nie miała nawet pewności, kiedy i jakim cudem wylądowała na ziemi, samej sobie nie będąc w stanie wyjaśnić, dlaczego w ogóle leżała na ziemi.
– Joce… Joce, o mój Boże!
Znajomy głos wdarł się do jej podświadomości, skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi. Jęknęła, po czym spróbowała poderwać się do pozycji siedzącej, nagle oszołomiona. Syknęła, czując pulsujący ból w ramieniu, ale nawet to nie powstrzymało ją przed ruchem, zwłaszcza że z miejsca poczuła potrzebę, żeby uciec – i to niezależnie od tego, co mogłoby się wydarzyć.
Omal nie wyszła z siebie, kiedy zauważyła unoszącego się zdecydowanie zbyt blisko niej Dallasa. Duch znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki, przez krótką chwilę wyglądając na chętnego, żeby ją dotknąć. Oczywiście taka możliwość nie wchodziła w grę, tak jak i to, że mógłby pomóc jej wstać, ale i tak coś w ruchu chłopaka sprawiła, że z jękiem spróbowała odsunąć się choćby o kilka centymetrów.
– Trzymaj się z daleka – wyrzuciła z siebie na wydechu. – T-trzymaj… się…
Urwała, niezdolna złapać oddechu. Uświadomiła sobie, że się trzęsie, co w najmniejszym stopniu nie pomagało, skoro wciąż czuła, że całe jej ciało pulsuje bólem. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby uświadomić sobie, co się stało, ale nawet po tym w pełni nie dowierzała temu, czego doświadczyła. Pękające żarówki, naelektryzowane powietrze i Dallas, który… Och, przerażał ją. Mówił rzeczy, których zdecydowanie nie chciała słuchać, oczekując czegoś, co zdecydowanie ją przerastało i…
Potrząsnęła głową, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku. Jęknęła, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, mrugając energicznie, kiedy pociemniało jej przed oczami. Pamiętała dźwięk tłuczonego szkła, a także moment, w którym moc wymknęła się jej spod kontroli. Co więcej, dobrze pamiętała, że wszystko wiązało się z tym, że próbowała się bronić – i to niezależnie od tego, jak niedorzecznym wydawało się uznanie Dallasa za wroga. Przez myśl przeszło jej, że przez krótką chwilę oboje zachowywali się tak, jakby nie byli sobą, ale nie potrafiła się tym przejąć, zbytnio wytrącona z równowagi nadmiarem emocji i wciąż dającym się we znaki bólem.
Wypadła przez okno. Przez Dallasa…
To w żadnym wypadku nie brzmiało dobrze.
Zacisnęła zęby, próbując zmusić się do tego, żeby usiąść. Miała wrażenie, że ciało ciąży jej w nieprzyjemny sposób, niezmiennie ciągnąc ku dołowi. Mimochodem zarejestrowała, że wciąż leżała pośród szklanych odłamków, te jednak okazały się zbyt drobne, by móc zrobić jej krzywdę. W pierwszym odruchu to odkrycie wytrąciło ją z równowagi, zwłaszcza że nawet nie wyobrażała sobie, że mogłaby doprowadzić okno do takiego stanu. Już wcześniej telepatia ją oszałamiała, zwłaszcza kiedy moc wydawała się być całkowicie poza kontrolą, w równym stopniu praktyczna, co i niszczycielska. Joce mimowolnie zadrżała, wciąż oszołomiona, tym bardziej że to wydawało się co najmniej ironiczne – to, że będąc niemalże człowiekiem, mogłaby dysponować energią wystarczającą, żeby zabić, gdyby przyszła taka potrzeba.
Sęk w tym, że to w najmniejszym nawet stopniu nie działało na Dallasa. Nie mogła zabić ducha, zresztą nie wyobrażała sobie, że mogłaby tego zapragnąć. To wszystko wydawało się pozbawione sensu, jedynie potęgując odczuwany przez nią mętlik w głowie, czyniąc sytuację jeszcze bardziej skomplikowaną. Nie potrafiła opisać tego, jak się czuła, ale nie podobało jej się to, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie narastająca z każdą kolejną sekundą słabość. Nie miała pojęcia, co to oznacza, ale była świadoma wyłącznie narastających z każdą kolejną sekundą złych przeczuć. Co więcej, nie potrafiła nad nimi zapanować, coraz pewniejsza, że działo się coś, w czym zdecydowanie nie chciała brać udziału.
– Joce… Jocelyne, przepraszam – odezwał się ponownie Dallas. Z drugiej strony, być może odzywał się przed cały ten czas, chociaż przez większość czasu nie zwracała na niego uwagi – nie miała pewności. To i tak nie miało znaczenia, skoro tak bardzo pragnęła przed nim uciec. – Ja nie…
– Powiedziałam, żebyś mnie zostawił!
Tym razem skutecznie zamknęła mu usta, samą siebie zaskakując tym, że mogłaby zacząć krzyczeć. Machinalnie przycisnęła obie dłonie do ust, próbując nad sobą zapanować i jakkolwiek stłumić szloch. Nie miała pewności co do tego, dlaczego płakała i dlaczego czuła się aż do tego stopnia przerażona, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Coś było nie tak, ale również ta kwestia zeszła gdzieś na dalszy plan, wyparta przez całą mieszankę innych, mniej istotnych myśli. W gruncie rzeczy Jocelyne nie była pewna niczego, może pomijając to, że wciąż leżała na ziemi, próbując zrobić wszystko, byleby Dallas trzymał się od niej z daleka.
Jego sylwetka wciąż wydawała się dziwna, raz po raz rozmazując się jej przed oczami. Pomyślała, że tym razem mogła przynajmniej spróbować wyjaśnić to upadkiem i ewentualnym uderzeniem w głowę, ale nie była w stanie przyjąć do wiadomości, że rozwiązanie mogłoby okazać się aż takie proste. Chodziło o coś innego – czuła to przecież wyraźnie, nawet jeśli wciąż nie potrafiła sensownie wytłumaczyć. Istniało bardzo wiele kwestii, które w tamtej chwili nie miały sensu, nie zmieniało to jednak faktu, że mogły okazać się prawdziwe. Po prostu wiedziała, że takie były i że Dallas…
Och, poza tym wciąż widziała ten dziwny cień. Otaczał go, przylegał do niego i narastał, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Był niczym druga, obca sylwetka, która mogłaby w każdej chwili oddzielić się od pierwszej – niezależnie od przyczyny i ewentualnych konsekwencji. Wciąż nie rozumiała tej dziwnej, ciemnej aury, ale coś w istnieniu cienia ją przerażało, jedynie potęgując wątpliwości, które odczuwała względem Dallasa.
– Joce, ja przecież nie… – Chłopak zamilkł, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Chcę ci pomóc, tak? Po prostu pozwól mi, żebym… – zaczął, w następnej sekundzie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyciągając ku niej rękę.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego, co wydarzyło się z chwilą, w której Dallas ją dotknął. Wciąż chciała, żeby trzymał się od niej z daleka, choć podświadomie wiedziała, że nie musiała obawiać się fizycznego kontaktu – nie, skoro nie miał ciała, które by mu to umożliwiło. Tak przynajmniej sądziła, przez co omal nie wyszła z siebie, skoro zamiast znajomego chłodu, towarzyszącego momentowi, w której Dallas miał z nią jakąkolwiek styczność, wyraźnie poczuła uścisk ciepłych palców, które owinęły się wokół jej nadgarstka. To wystarczyło, żeby zesztywniała, rozszerzonymi do granic możliwości oczyma wpatrując się w pochyloną nad nią postać – kogoś, kogo przecież znała bardzo dobrze, choć w ostatnim czasie coraz częściej w to wątpiła.
Nigdy wcześniej nie widziała go… takiego. Znów pociemniało jej przed oczami, to jednak nie miało związku z odczuwanymi przez dziewczynę zawrotami głowy. To było coś innego, potęgowanego przez bliskość i dotyk Dallasa, chociaż dalej nie potrafiła wyjaśnić skąd to wie. Liczyło się wyłącznie to, że całą sobą czuła, że coś jest nie tak – i że jeśli natychmiast tego nie przerwie, wtedy wydarzy się coś naprawdę niedobrego. Już i tak wszystko wydawało się nie takie, jak powinno, przez co miała wrażenie, że tkwi w jakimś cholernym, pozbawionym sensu śnie. Sęk w tym, że jednocześnie pozostawała w pełni świadoma, że w grę wchodziła rzeczywistość, co jedynie komplikowało sytuację, czyniąc ją jeszcze bardziej niedorzeczną.
To nie powinno wyglądać w ten sposób. Wiedziała o tym, a jednak…
– D-Dallas…?
Wpatrywał się w nią dziwnie, wciąż zaciskając palce wokół jej nadgarstka. Wydawał się oszołomiony w równym stopniu, co i ona, przez dłuższą chwilę po prostu tkwiąc w miejscu i bezmyślnie lustrując wzrokiem jej twarz. Wyraźnie słyszała jego przyśpieszony oddech, niemniej urywany i płytki, co i sposób, w jaki sama chwytała powietrze. Wciąż nerwowo napinała mięśnie, nie mając odwagi, by choćby spróbować się poruszyć, chociaż nade wszystko pragnęła wyrwać rękę z niechcianego uścisku. Pragnęła zrobić cokolwiek, byleby tylko oswobodzić się z uścisku chłopaka, ale nie potrafiła się do tego zmusić, w pełni świadoma wyłącznie tego, że to przecież niemożliwe, żeby Dallas jej dotykał. Nie mógł, skoro był martwy i nic nie miało prawa doprowadzić do tego, żeby powrócił.
Och… Nic prócz niej, co zdążyła udowodnić, jakimś cudem sprowadzając Beatrycze z powrotem do świata żywych. Problem polegał na tym, że w tamtej chwili wyraźnie czuła, że działo się coś innego, co zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. Nie pamiętała, co wydarzyło się na cmentarzu, ale wiedziała, że nie była w nawet niewielkim stopniu bliższa tego, żeby to powtórzyć. Tym razem chodziło o coś innego, zdecydowanie bardziej niepokojącego, chociaż…
Jęknęła, po czym zamknęła oczy, mając coraz większe problemy ze zmuszeniem się do tego, by zachować je otwarte. Przez dłuższą chwilę czuła wyłącznie narastające zawroty głowy, balansując gdzieś na granicy przytomności. Musiała niemalże zmuszać się do tego, żeby utrzymać się resztek świadomości, raz po raz powtarzając sobie, że omdlenie nie było najlepszym pomysłem. Gdyby sobie na to pozwoliła, wtedy wydarzyłoby się coś niedobrego, chociaż…
Co takiego…?
Nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Czuła wyłącznie senność, coraz słabsza i bardziej apatyczna. Wrażenie było takie, jakby z sekundy na sekundy życie dosłownie z niej uciekało, umykając gdzieś między palcami i nie dając jej nawet cienia szansy, by mogła powstrzymać ten proces. Była gotowa przysiąc, że w ciągu zaledwie kilku chwil zabrnęła dalej niż w dniu, kiedy przelewała się Damienowi w ramionach, całkowicie pozbawiona energii. To było tak, jakby ktoś ją z nią wysysał, chociaż kiedy pomyślała o tym w pierwszym odruchu, takie rozwiązanie wydało jej się co najmniej niedorzeczne.
Z tym, że przecież był tutaj Dallas. Co więcej, mógł jej dotknąć, zupełnie jakby był prawdziwy, choć to przecież nie powinno mieć miejsca. Czuła, że to istotne, choć wciąż nie potrafiła określić w czym tak naprawdę leżał problem. Miała wrażenie, że dostrzegała już dość, by móc zrozumieć, ale to wydawało się o wiele za trudne, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co się z nią działo. Nawet myślenie wydawało się wyzwaniem, z kolei to…
– Joce… Jocelyne, proszę!
Już nawet nie była pewna czy głos, który słyszała, faktycznie należał do Dallasa. Chciała odpowiedzieć – powiedzieć mu, żeby w końcu ją puścił… żeby sobie poszedł i… – ale nie potrafiła się do tego zmusić. Mocniej zacisnęła powieki, po czym nieznacznie potrząsnęła głową, niezdolna zdobyć się na nic więcej. Wciąż miała poczucie, że niewiele brakuje, by ostatecznie zapadła się w ciemność, w końcu będąc wstanie odpocząć, chociaż to zdecydowanie nie był najlepszy moment na spanie. Wiedziała o tym, ale im dłużej próbowała walczyć z sennością, tym więcej wątpliwości miała co do tego, czy w ogóle powinna w tym trwać. Właściwie dlaczego próbowała się aż do tego stopnia forsować, skoro…?
To Dallas, prawda? Dallas by mnie nie skrzywdził.
Dallas… by mnie nie… skrzywdził…
Z jakiegoś powodu nawet w to nie potrafiła uwierzyć. W tamtej chwili wszystko było nie tak i to również z Dallasem, chociaż wciąż mu o tym nie powiedziała. Wiedziała, że powinna… Ba! Musiała zrobić cokolwiek, byleby uświadomić mu, że sytuacja wymykała się spod kontroli, a on jednak ją krzywdził, a jednak nie potrafiła się na to zdobyć. To wydawało się zbyt trudne i skomplikowane, zresztą z jakiegoś powodu zwątpiła w to, by chłopak ją wysłuchał. Gdyby choć przez moment słuchał tego, co miała mu do powiedzenia, zdecydowanie nie znalazłaby się w takiej sytuacji, a jednak…
Wszystko było nie tak.
Po prostu nie tak…
– W tej chwili… zabieraj ręce… od mojej wnuczki!
Znajomy głos doszedł do niej jakby z oddali, słowa jednak okazały się na tyle wyraźne, by dotrzeć do jej częściowo zamglonego umysłu. Wręcz poraził ją zarówno wydźwięk tego komunikatu, jak i emocje, które zdołała wychwycić – przede wszystkim gniew, bo to właśnie on wydawał się potęgować wszystko inne. To wystarczyło, żeby choć na moment pozwolić jej odzyskać świadomość, nim jednak zdążyła zastanowić się, co i dlaczego powinna w związku z tym zrobić, wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Wyraźnie wyczuła moc, zwłaszcza że ta ze świstem przecięła powietrze. Co więcej, tym razem to zdecydowanie nie ona przywołała do siebie energię, tym bardziej że czuła się zdecydowanie zbyt słabo, by zdobyć się na taki wysiłek. Samo uderzenie zresztą okazało się zdecydowanie zbyt precyzyjne i zdecydowane, w niczym nie przypominając niekontrolowanych wybuchów, które czasem jej się zdarzały. Sama energia nie została wymierzana w nią, chociaż musiała skumulować się gdzieś blisko, bo Joce wyraźnie wyczuła zarówno podmuch moczy, jak i znajome uczucie świeżości po burzy. Znów zaczęła drżeć, tym razem o wiele bardziej niż do tej pory, przez krótką chwilę mając ochotę skulić się na ziemi, zakryć uszy dłońmi, a potem udawać, że wokół niej nie działo się absolutnie nic wartego uwagi.
Uścisk wokół jej nadgarstka zniknął nagle, tak jak i napięcie, które przez cały ten czas odczuwała. Coś w tym odkryciu sprawiło, że jednak zmusiła się do otwarcia oczu, w oszołomieniu uświadamiając sobie, że Dallas wycofał się w popłochu, wyraźnie wytrącony z równowagi. Wciąż wyglądał dziwnie, na krótką chwilę tracąc kształt i przypominając raczej chmurę dymu, aniżeli konkretną osobę. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego, nade wszystko pragnąć zgonić ten stan rzeczy na siłę uderzenia, ale całą sobą czuła, że chodziło o coś innego – i że zdecydowanie nie działo się nic dobrego. W gruncie rzeczy wszystko już od dłuższego czasu było nie tak, stopniowo zmierzając ku nieuniknionemu. Nie miała pojęcia, co się wtedy wydarzy, ale miała złe przeczucia, na dodatek coraz bliższe tego, żeby mogła je potwierdzić.
Jakimś cudem znalazła w sobie dość energii, żeby usiąść. Skrzywiła się, czując pulsowanie w skroniach i wciąż odczuwalny ból w ramieniu, jednak nie zwróciła na to uwagi. Przez krótką chwilę była w stanie skoncentrować się wyłącznie na Dallasie, w pierwszym odruchu pragnąć go zawołać i powstrzymać przed zrobienie czegoś głupiego. Czuła, że powinna go zatrzymać, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło, nim jednak zdążyła odezwać się choćby słowem, duch po prostu zniknął, najzwyczajniej w świecie rozpływając się w powietrzu.
Wyczuła ruch za plecami, co skutecznie przyprawiło ją o dreszcze. Drgnęła, gotowa rzucić się do ucieczki, ale powstrzymały ją lodowate ramiona, które bezceremonialnie owinęły się wokół niej.
– Jocelyne… Joce, to tylko ja – usłyszała tuż przy uchu. Natychmiast zamarła, w zamian z jękiem osuwając się w ramionach swojego opiekuna, całkowicie obojętna na to, że miała do czynienia z Marco. Już wcześniej słyszała jego głos, ale coś w bliskości wampira i tak wytrąciło ją z równowagi, zwłaszcza że ten przez większość czasu trzymał się na dystans. – Zacznij oddychać, bo zaraz mi odlecisz. Słyszysz…? Właśnie tak…
Machinalnie dostosowała się do jego słów, w pośpiechu nabierając powietrza do płuc. Wciąż czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła zemdleć, uczucie to jednak zeszło gdzieś na dalszy plan, wyparte przez całą mieszankę innych emocji. Wciąż nie docierało do niej to, co się wydarzyło, miała zresztą wrażenie, że to nie miało znaczenie – przynajmniej przez chwilę, zwłaszcza że i tak nie była w stanie się skupić. W milczeniu wpatrywała się w miejsce, w którym zniknął Dallas, zupełnie jakby spodziewała się zobaczyć tam coś, czego być nie powinno. Milczała, już nawet nie próbując zapanowywać nad mętlikiem w głowie, zwłaszcza że to wydawało się bez sensu.
Nie zaprotestowała, kiedy Marco bardziej stanowczo otoczył ją ramionami, zmuszając do tego, żeby usiadła. Emocje z wolna zaczęły opadać, pozostawiając po sobie wyłącznie zmęczenie, a już zwłaszcza wciąż odczuwane wątpliwości. Uświadomiła sobie, że się trzęsie, ale nie potrafiła nawet stwierdzić, co było tego przyczyną. Z dwojga złego wolała udawać, że wszystko miało związek z wciąż odczuwanym chłodem – czy to za sprawą podtrzymujących ją ramion, czy to niskiej temperatury na zewnątrz. Na ziemi zalegał śnieg, a skoro tak, tym bardziej miała prawo drżeć. To wydawało się sensowne, przynajmniej do pewnego stopnia, bo jednocześnie pozostawała w pełni świadoma tego, że oszukiwała samą siebie.
– Nic sobie nie zrobiłaś? Jocelyne, odpowiedz mi! – ponaglił Marco. Aż wzdrygnęła się, zaskoczona tym, że pokusił się o podniesienie głosu, by łatwiej zyskać jej uwagę. – To… coś nic ci nie zrobiło? – podjął, kiedy okręciła się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy.
Klęczał tuż przy niej, wyraźnie przejęty. Zauważyła, że zwykle rubinowe tęczówki pociemniały, przypominając dwa jarzące się w ciemności węgliki. Po wyrazie twarzy wampira nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego sobie myślał, ale nie była tym zaskoczona, zwłaszcza że podobny wyraz twarzy niejednokrotnie widywała u Gabriela. Kiedy tata był zły, zwykle potrafiła to wyczuć, ale na tym jej wiedza zwykle się kończyła, przynajmniej w kwestii rozróżnienia poszczególnych emocji. Najwyraźniej z Marco bywało dokładnie tak samo, chociaż nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że tata nie byłby zachwycony, gdyby w choć niewielkim stopniu przyrównała go do starszego z Licavolich.
Skup się, usłyszała w głowie głos Marco. Zamrugała nieco nieprzytomnie, zaskoczona tym, że musiał posunąć się do użycia telepatii, by zmusić ją do tego, żeby jednak się na nim skoncentrowała. Nic ci nie jest? Jocelyne…, ponowił pytanie, jednocześnie próbując przymusić ją do tego, żeby odwróciła się w jego stronę.
Cała zesztywniała, kiedy chłodne palce zacisnęły się na jej ramieniu. Spróbowała odsunąć się z jękiem, czując przede wszystkim pulsujący ból, który rozszedł się niemalże po całej ręce, swoje źródło wydając się mieć gdzieś w okolicach lewego barku. Nie była pewna jak upadła, ból zresztą wydawał się do tej pory na tyle przytłumiony, że nie zwracała na niego uwagi, jednak w miarę tego, jak adrenalina zaczęła opadać, w coraz większym stopniu była świadoma tego, że dopiero co wypadła z okna. Cóż, po czymś takim zdecydowanie nie miała prawa czuć się dobrze.
– Co jest? Tutaj? – zreflektował się pośpiesznie Marco, natychmiast luzując uścisk. Jedynie potrząsnęła głową, wciąż niepewna tego, co powinna mu powiedzieć. Nie ufała ani sobie, ani tym bardziej własnemu głosowi, zwłaszcza walcząc z coraz silniejszym mętlikiem w głowie. – Boli cię coś jeszcze? Joce… – zaczął znów Marco, po czym westchnął, kiedy spróbowała się od niego odsunąć, gdy ponownie ujął ją za rękę. – Daleko mi do Damiena, ale i tak… Tylko zobaczę.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, zwłaszcza kiedy poczuła pulsujące ciepło bijącej od wampira mocy. Coś w przyjemnych falach energii pomogło jej się rozluźnić, w niewielkim stopniu redukując ból, chociaż to nie wystarczyło, żeby wyeliminować go całkowicie. Wiedziała, że Marco nie był w stanie jej uzdrowić, jej myśli zresztą raz po raz uciekały przy innej, o wiele bardziej istotnej kwestii, która za żadne skarby nie chciała dać dziewczynie spokoju.
– Ja… Dziadku…? – wykrztusiła z siebie z wysiłkiem.
Marco uniósł brwi, ale nawet słowem nie skomentował tego, jak się do niego zwracała. Nie odrywał wzroku od jej ręki, wydając się skupionym wyłącznie na tym, żeby przynieść jej choćby niewielką ulgę.
– Hm?
Nerwowo przygryzła dolną wargę, coraz bardziej podenerwowana. To nie miało sensu, ale…
– Czy ty… widziałeś Dallasa? – wypaliła pod wpływem impulsu.
Zaraz po tym zapanowała długa, wymowna cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa