01.08.2017

Dwieście trzydzieści dwa

Jocelyne
Odsuń się… Po prostu się odsuń…
Nie miała odwagi wypowiedzieć tych kilku słów na głos. Trwała w bezruchu, drżąc i próbując zrozumieć, dlaczego czuła się aż do tego stopnia wytrącona z równowagi. „To tylko Dallas” – miała ochotę powiedzieć, ale z jakiegoś powodu sama perspektywa ułożenia tych słów w takiej kolejności wydawała się ją przerastać. Miała wrażenie, że to wcale nie jest takie proste, w rzeczywsitości będąc jednym z największych kłamstw, z jakimi do tej pory miała do czynienia. Coś się zmieniło, ale nie wiedziała jak i dlaczego, choćby samej sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć niepokoju, który narastał w niej z każdą kolejną sekundą.
Oddychała szybko i płytko, czując się co najmniej tak, jakby właśnie przebiegła dość znaczącą odległość. Z jakiegoś powodu z miejsca zrobiło jej się gorąco, choć to zdecydowanie nie miało związku z temperaturą w pomieszczeniu. Cóż, nie mogło, skoro zarazem była świadoma, że w pokoju jak na zawołanie zrobiło się wręcz nienaturalnie zimno. Już tego doświadczyła, dzięki czemu miała pewność, że zmiany temperatury bez wątpienia wiązały się z Dallasem. Problem polegał na tym, że mimo usilnych starań nie potrafiła stwierdzić, co tak naprawdę się z tym wiązało.
Wszystko było nie tak. Skoro czuła czyste przerażenie na samą myśl o tym, że duch miałby się do niej zbliżyć, sprawy zdecydowanie nie mogły mieć się dobrze.
– Joce…?
Brzmiał na zniecierpliwionego, co zresztą wcale nie wydało się dziewczynie dziwne. Wiedziała, że milczała zdecydowanie zbyt długo, by to okazało się naturalne, zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności. Czuła, że wciąż ją obserwował, dosłownie taksując wzrokiem i wydając się być w stanie przeniknąć ją na wskroś. Wiedziała, że to niemożliwe, ale i tak coś w tej perspektywie sprawiło, że z miejsca poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Zaraz po tym skrzywiła się, wyraźnie czując, jak coś w nieprzyjemny sposób wpija się w jej plecy Wciąż opierała się o parapet, napierając nań na tyle mocno, jakby jakimś cudem mogła przesunąć się na tyle, by znaleźć się jeszcze bliżej okna.
– Wszystko… w porządku – wyrzuciła z siebie na wydechu, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w rzeczywsitości okłamywała nie tylko Dallasa, ale przede wszystkim samą siebie. – Ja po prostu…
– Co jest? – zaniepokoił się jej rozmówca. Miała wrażenie, że sylwetka chłopaka na krótką chwilę zamazała jej się przed oczami, kiedy ten przesunął się jeszcze bliżej. Wciąż czuła się dziwnie, gotowa przysiąc, że coś jest nie tak, chociaż za żadne skarby nie potrafiła tego sprecyzować. – Źle się poczułaś? Mam na myśli…
– Powiedziałam już, że nic mi nie jest! – przerwała mu o wiele gwałtowniej, niż początkowo zamierzała.
Ze świstem wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Dallas zamilkł, co teoretycznie powinno być jej na rękę, a jednak wyłącznie podsyciło odczuwany przez Jocelyne niepokój. Nie chciała zareagować w ten sposób, a tym bardziej znów zaczynać się kłócić, to jednak okazało się o wiele silniejsze od niej. Jakby tego było mało, pozostawała aż nazbyt świadoma tego, że siedziała dosłownie jak na szpilkach, napięta do tego stopnia, że to okazało się niemalże bolesne. W efekcie czuła się tak, jakby w każdej chwili ktoś mógł spróbować ją zaatakować, chociaż to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Och… Była bezpieczna, tak? W końcu siedziała w pokoju wyłącznie z Dallasem, a więc osobą, której teoretycznie ufała. Nie było niczego, czego powinna się bać, a jednak…
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowana. Ledwo powstrzymała się przed przybraniem pozycji obronnej, przez krótką chwilę bliska tego, by w pełni zdać się na instynkt, niezależnie od tego, jak źle wyglądałoby to z perspektywy obserwującego ją chłopka. Nie istniał żaden powód, dla którego powinna traktować go jak wroga, a jednak coś w jego zachowaniu i sposobie, w jaki próbował się do niej zwracać…
W tamtej chwili wszystko było nie tak.
To, co sugerował, tym bardziej, zwłaszcza że nie miała pojęcia, jak dokonała czegoś tak nienaturalnego w przypadku Beatrycze. Ta kwestia wciąż ją dręczyła, zresztą tak jak i poczucie, że zrobiła coś co najmniej niedobrego, za co powinna być na siebie zła. Co prawda bliscy jasno dali jej do zrozumienia, że nie powinna się obwiniać, ale Jocelyne nie sądziła, żeby to okazało się aż takie proste. Podświadomie wyczuwała, że popełniła błąd, igrając z naturą i regułami, którymi ta się rządziła, nawet jeśli te nigdy nie zostały określone wprost. Cóż, nie musiały, skoro działając na oślep potrafiła określić, co i dlaczego mogło okazać się niewłaściwe. Problem polegał na tym, że najczęściej dostrzegała to w chwili, w której już nie miała szansy na naprawienie czegokolwiek.
– Przepraszam – zreflektowała się, z opóźnieniem ponownie decydując się odezwać. – Nie chciałam… krzyczeć – podjęła, starannie dobierając słowa. – Jestem zmęczona, Dallas.
– Chcesz, żebym sobie poszedł? – zapytał wprost.
Drgnęła, bez trudu wyczuwając, że był zdenerwowany. Co prawda na swój sposób wciąż brzmiał na zmartwionego, jednak to nie niepokój zwrócił uwagę dziewczyny w pierwszej kolejności. Chodziło o coś innego, czego wciąż nie potrafiła sprecyzować, ale napawało ją wręcz czystym przerażeniem. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy, ale w którymś momencie obecność Dallasa zaczęła sprawiać, że czuła się niemalże tak, jakby balansowała na krawędzi przepaści, w każdej chwili mogąc stracić równowagę. Wystarczył jeden nierozważny ruch, by wydarzyło się coś, czego konsekwencje mogła sobie co najwyżej wyobrazić – i czego zdecydowanie nie chciała doświadczyć.
To głupie… W końcu… Dallas mnie nie skrzywdzi, prawda? Dallas mnie nie…
Zawahała się, coraz bardziej oszołomiona. Skoro tak, dlaczego w ogóle musiała się nad tym zastanawiać? W którym momencie tak naprawdę zwątpiła, czy jest przy chłopaku bezpieczna? Wcześniej podobne pytania zdecydowanie nie przyszłyby jej do głowy, nie wspominając o tym, że nie zawahałaby się nawet przez ułamek sekundy przed udzieleniem odpowiedzi. Wiedziałaby, prawda? Znała Dallasa, a skoro tak…
Z tym, że coś się zmieniło, być może już w chwili, w której umarł. Do tej pory nie zwracała na to uwagi, skupiona przede wszystkim na tym, że wciąż do niej przychodził, ale taka była prawda. Zaczęła rozumieć dopiero później, tak jak i w kwestii tego, czy w ogóle powinien przy niej trwać, skoro był martwy. Czuła, że powinna zrobić coś, żeby odszedł raz na zawsze, cokolwiek miałoby to oznaczać. Pragnęła dla niego wszystkiego, co najlepsze, a to zdecydowanie nie wiązało się ze wspólnym trwaniem w zawieszeniu i udawaniem, że nie istniał żaden powód po temu, żeby się niepokoić. Wciąż się w tym gubiła, nie mając pojęcia, co w związku z tym tak naprawdę powinna zrobić, ale to w gruncie rzeczy nie miało w tamtej chwili znaczenia.
Nie, skoro się bała.
Chociaż to wydawało się niedorzeczne, w tamtej chwili naprawdę bała się Dallasa.
– Chciałabym… odpocząć – stwierdziła cicho, zmuszając się do tego, by jednak się odezwać. Z jakiegoś powodu trwanie w ciszy zaczęło jawić się jako najgorsze z możliwych rozwiązań. – Możemy porozmawiać kiedy indziej i…
– To znaczy kiedy? – Dallas z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Co z tobą jest, co Joce? Powiedziałem ci już, że wyglądasz na przerażoną… I to na dodatek z mojego powodu – dodał, przez krótką chwilę wpatrując się w nią w niemalże błagalny sposób, być może licząc na to, że zaprotestuje. Cóż, nie zrobiła tego. – Nie jesteś zmęczona, tylko chcesz mnie zbyć. I to akurat teraz, kiedy ja…
Zamilkł, co zaniepokoiło ją bardziej nić cokolwiek innego. Przez kilka następnych sekund była świadoma wyłącznie przenikliwej ciszy i własnego, nienaturalnie wręcz przyśpieszonego oddechu. Już nawet nie próbowała nad sobą panować, mając wrażenie, że to nie ona powinna się na tym koncentrować. Chociaż to wydawało się co najmniej nienaturalne, w rzeczywsitości to nie ona pozostawała najbardziej niepokojącą istotą w pokoju.
Postać Dallasa raz po raz rozmazywała jej się przed oczami. Nerwowo zacisnęła palce na parapecie, chcąc upewnić się, że nagle nie straci z równowagi, niezależnie od tego, co mogłoby się wydarzyć. Wciąż czuła pulsujące ciepło, raz po raz rozchodzące się po całym jej ciele, przez co nie mogła go ignorować. Jakby tego było mało, w oszołomieniu uświadomiła sobie, że jakaś jej cząstka pragnęła rzucić się do ucieczki – tak po prostu, zupełnie jakby istniał jakikolwiek po temu, by się na to zdecydowała. To nie miało sensu, ale…
A potem uświadomiła sobie, że to nie zawroty głowy są winne temu, co działo się z Dallasem. Zamrugała nieco nieprzytomnie, chcąc się upewnić, nic jednak nie było w stanie zmienić tego, że sylwetka chłopaka wciąż się zamazywała. W tamtej chwili jak najbardziej była skłonna uwierzyć w to, że miała do czynienia ze zjawą. Przez większość czasu z łatwością mogła udawać, że jest inaczej, ale w tamtej chwili wszystko było inne. Co więcej, wyraźnie widziała tę dziwną, ciemną otoczkę – coś, co potrafiła określić wyłącznie mianem podążającego za Dallasem cienia. Widziała go już wcześniej, jednak wciąż nie rozumiała, co tak naprawdę oznaczał, a tym bardziej czy miała powody do niepokoju. W rzeczywistości nie pojmowała niczego, kierując się przeczuciami i świadomością, że nie wszystko było takie, jak powinno.
– Dallas, ty… – zaczęła, mając ochotę poinformować go, że wyglądał dziwnie, jednak nie dał jej po temu okazji.
Prawie krzyknęła, kiedy dosłownie zmaterializował się tuż przed nią. Poczuła chłód, gdy niematerialne ciało przeniknęło przez jej własne, przy okazji przyprawiając dziewczynę o dreszcze. Zaraz po tym wyprostowała się niczym struna, przyciskając dłonie do piersi, kiedy uświadomiła sobie, że Dallas nieudolnie próbował chwycić ją za nadgarstki.
– Myślisz, że to takie proste, Joce? Może dla ciebie, ale ja… – Chłopak urwał, by złapać oddech, chociaż zdecydowanie nie potrzebował powietrza do normalnego funkcjonowania. Już nie. – Dlaczego nie chcesz mi pomóc?
– Ja… Co takiego?
Coś ścisnęło ją w gardle, uniemożliwiając dodanie czegokolwiek więcej. Przez dłuższą chwilę po prostu tępo się w niego wpatrywała, nie mając odwagi poruszyć się chociaż o milimetr. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, zdradzając o wiele więcej, niż mogłaby sobie życzyć. Wiedziała, że nie powinna okazywać lęku, nie wspominając o tym, że nie chciała zranić Dallasa, ale to okazało się o wiele silniejsze od niej. Co więcej, to wydawało się ją przerastać, niezmiennie mieszając w głowie i sprawiając, że nawet sensowne dobranie słów okazało się prawdziwym wyzwaniem.
Dallas milczał, co również ją zaniepokoiło. Wciąż trzymał się zdecydowanie zbyt blisko, by mogła poczuć się swobodnie, dosłownie na nią napierając, chociaż fizycznie to zdecydowanie nie było możliwe. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, skupiona przede wszystkim na oddychaniu, jednak i to okazało się trudne. Miała wrażenie, że brakuje jej tlenu, zupełnie jakby ten jakimś cudem zniknął, jedynie podsycając to, jak dziwnie się czuła. Wrażenie było takie, jakby w każdej chwili mogła upaść, ciągnięta w dół przez siłę, której nawet nie potrafiła sprecyzować. To było tak, jakby ktoś dosłownie wysysał z niej energię, zabierając wszystko to, czego potrzebowała i czyniąc całkowicie bezbronną.
Wzdrygnęła się, kiedy światło w pokoju samoistnie rozbłysło, by po chwili równie gwałtownie przygasnąć. Nerwowo rozejrzała się dookoła, spoglądając kolejno na stojącą na stoliku nocnym lampkę, a ostatecznie przenosząc wzrok na wiszący w pokoju żyrandol. Niemalże była w stanie usłyszeć przeskakujące iskry, przez krótką chwilę wręcz gotowa przysiąc, że powietrze samoistnie się elektryzuje. Czuła to całą sobą – ciągłe napięcie, na swój sposób znajome, chociaż o wiele bardziej niepokojące niż do tej pory. Wiedziała, co potrafił Dallas – i to nawet teraz, pomimo tego, że był duchem – jednak do tej pory nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy mógłby użyć swoich zdolności przeciwko niej. Wiedziała, że nie zrobiłby tego świadomie, kiedy jednak pomyślała o tym, jak bardzo podenerwowany jej słowami się wydawał…
– Dallas, proszę… – zaczęła spiętym tonem. Głos nieznacznie jej zadrżał, więc pośpiesznie zamilkła, chcąc mieć szansę choćby po części nad sobą zapanować. – Po prostu…
– Co takiego? Mam sobie odpuścić? – przerwał jej natychmiast. – Ty już to zrobiłaś, nie?
– Ja wcale…
Omal nie wyszła z siebie, słysząc dźwięk pękającego szkła. Potrzebowała dłuższej chwili, by uświadomić sobie, że żarówki w pokoju po prostu eksplodowały – co prawda z daleka od niej, ale to i tak wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej osaczona.
– Przestań już, dobrze?! – Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego, że Dallas jednak zdecyduje się podnieść głos. – Powiedz w końcu to, co oboje wiemy. Nie chcesz, żebym wrócił, tak? Bawiliśmy się przez cały ten czas, a ty… Tylko tyle, prawda?
– Nie rozumiem… – zaczęła raz jeszcze, ale również tym razem nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Przestań kłamać mi w żywe oczy!
Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi ze zdenerwowania, w pierwszym odruchu zamierając, by w następnej sekundzie zacząć tłuc się tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem nie połamało jej przy tym żeber. Chciała się cofnąć, ale nie miała gdzie, wątpiła zresztą, żeby to jakkolwiek powstrzymało Dallasa. Jego sylwetka wciąż rozmazywała się dziewczynie przed oczami, przez co o wiele wyraźniejszy stał się otaczający ducha cień. Joce miała wręcz wrażenie, że ciemność wręcz się rozrasta, stopniowo rosnąć w siłę i coraz bardziej przywierając do rozeźlonej duszy. To również sprawiło, że odczuwany przez dziewczynę chłód okazał się jeszcze trudniejszy do ignorowania, coraz bardziej dając jej się we znaki i w aż nazbyt oczywisty sposób informując, że działo się coś bardzo niedobrego. Fakt, że nigdy dotąd nie widziała Dallasa aż do tego stopnia rozeźlonego, również nie poprawiał jej nastroju, wręcz podsycając już i tak odczuwany od dłuższego czasu strach.
– D-dallas… – wyrzuciła z siebie na wydechu. Nie pierwszy raz w nerwach zaczynała się jąkać, w efekcie ledwo będąc w stanie złapać oddech, a co dopiero złożyć sensowne zdanie. Czuła, że się trzęsie i to do tego stopnia, że nawet utrzymanie się w pionie okazało się prawdziwym wyzwaniem. Z drugiej strony, to równie dobrze mogło mieć związek z Dallasem i energią, którą duchy w jakiś sposób mogły jej odebrać. – Ja wcale nie… Odsuń się ode mnie! – zarządziła, prostując się niczym struna i usiłując sprawiać wrażenie choć po części świadomej tego, co i dlaczego chciała osiągnąć.
Nawet nie drgnął, w zamian po prostu lustrując ją wzrokiem. Wciąż był niepokojąco blisko, podczas gdy jego sylwetka zamazywała się, pulsując w dziwny, co najmniej niepokojący sposób. Cienie…Wszędzie cienie, przeszło jej przez myśl, ale nie odezwała się nawet słowem, bojąc się, że jedynie pogorszy sytuację. Gdyby ostrzeżenie go w ogóle wchodziło w grę, już dawno spróbowałaby zrobić cokolwiek, ale podświadomie czuła, że to nie zadziała. W tamtej chwili Dallas zdecydowanie nie wyglądał na chętnego, by słuchać kogokolwiek, a już zwłaszcza jej.
– Odsunąć…? – powtórzył i zabrzmiało to tak, jakby faktycznie zraniła go zarówno prośbą, jak i tym, że nie próbowała się wycofać. Zdecydowanie nie zamierzała tego zrobić, wręcz utwierdzając się w przekonaniu, że powinien trzymać się na dystans. – Jocelyne, ty chyba nie myślisz, że…
– Boję się ciebie – oznajmiła wprost. – Dallas, do cholery, przerażasz mnie!
Poczuła się dziwnie z chwilą, w której wyrzuciła z siebie te słowa. W tamtej chwili już nawet nie próbowała ukrywać prawdy, trzęsąc się tak bardzo, że sama zwątpiła w to, jakim cudem wciąż dawała radę utrzymać się w pionie. Oddychała szybko i płytko, co jedynie utrudniało zdziałanie czegokolwiek, zwłaszcza że miała wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy histerii. To i tak wydawało się lepsze od tego, co w każdej chwili mogło stać się z Dallasem, szczególnie gdyby ostatecznie stracił nad sobą kontrolę, ale…
Gdzieś za plecami usłyszała dziwny, jakby znajomy dźwięk, który dopiero po chwili rozpoznała jako grzechotanie szyby. Wcześniej nie zwróciła uwagi na moc, która stopniowo kumulowała się w jej wnętrzu, wypełniając ciało i aż prosząc o sposób, by wydostać się na zewnątrz. Nie pierwszy raz w emocjach zaczynała być bliska zrobienia czegoś wyjątkowo głupiego, jak chociażby zaatakowanie kogoś, kogo nie chciała skrzywdzić. Co prawda w przypadku ducha sprawy miały się trochę inaczej, tym bardziej że fizyczne zranienie kogoś, kto i tak był martwy, zdecydowanie nie wchodziło w grę, ale mimo wszystko poczuła się źle. Nie chciała tego, co mogło się wydarzyć – i to nie tylko w sytuacji, w której to Dallas posunąłby się za daleko. Wiedziała, że sama potrafiła zdziałać naprawdę wiele, a gdyby pozwoliła sobie na chwilę nieuwagi, bardzo szybko przyszłoby jej żałować.
Jęknęła, po czym uniosła dłonie, by móc energicznie potrzeć skronie. Przez krótką chwilę miała ochotę zasłonić twarz, a potem zacząć błagać Dallasa, żeby jednak odszedł, ale nie zdecydowała się na to. W zamian mogła co najwyżej stać, w duchu modląc się o to, żeby znaleźć jakiekolwiek wyjście. Wciąż czuła moc, a drżąca szyba jedynie utwierdziła ją w przekonaniu, że nadal była bardzo bliska tego, żeby posunąć się o krok dalej. Czuła cisnące jej się do oczu łzy, ale uparcie nie pozwalała im płynąć, raz po raz powtarzając sobie, że nie powinna okazywać słabości. Już i tak pozwoliła Dallasowi na zbyt wiele, co zresztą nie przyniosło ze sobą niczego dobrego. Wystarczyło, żeby popełniła chociaż jeden błąd, a wtedy…
Och, nie chciała się nad tym zastanawiać – z tym, że jej niechciany towarzysz najwyraźniej za punkt honoru wziął sobie to, by jednak doprowadzić ją do szaleństwa.
– Dlaczego musisz wszystko tak utrudniać? – usłyszała wyraźnie oszołomiony głos chłopaka. – Myślałem, że…
Nie widziała, żeby się poruszył, ale wciąż czuła, że był bardzo blisko… Za blisko. Nie chciała tego, coraz bardziej spanikowana i świadoma przede wszystkim tego, że powinna uciekać. Wciąż z uporem odchylała się do tyłu, chcąc znaleźć się jak najdalej, chociaż przez wzgląd na jej położenie to zdecydowanie nie miało racji bytu. Za plecami wciąż czuła nieprzyjemnie wpijający się w jej ciało parapet, przez co z łatwością mogła sobie wyobrazić, że Dallas napiera na nią z całą siłą, co najmniej tak, jakby był materialny. Wiedziała, że nie miał szans na uwięzienie jej w taki sposób, ale w tamtej chwili nawet nie próbowała zachowywać się logicznie. Musiała uciekać, a skoro tak…
Po prostu musiała uciekać.
– Powiedziałam już, że masz się ode mnie odsunąć!
Własny krzyk ją ogłuszył, zresztą tak jak i huk tłuczonego szkła. Prawie nie była świadoma tego, że szyba za jej plecami dosłownie eksplodowała, wyrzucając na zewnątrz budynku cały grad szklanych odłamków. Temperatura po raz kolejny spadła, tym razem jednak miało to związek przede wszystkim z lodowatym powietrzem, które jak na zawołanie wdarło się do pokoju. Joce jęknęła, coraz bardzie oszołomiona, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co działo się wokół niej.
Dallas wciąż tkwił tuż przed nią, wyraźnie zaskoczony, to jednak nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. Po prostu mnie zostaw…, jęknęła w duchu, odchylając się jeszcze bardziej w tył, chociaż to wydawało się nie mieć sensu. Tak przynajmniej myślała do momentu, w którym przypomniała sobie, że za nią już nie było okna, które mogłoby powstrzymać ją przed wydostaniem się na zewnątrz. W rzeczywistości powstrzymywał ją tylko nisko położony parapet, który…
– Joce!
Tym razem wyraźnie zarejestrowała ruch, kiedy Dallas w pośpiechu przesunął się w jej stronę, próbując ją pochwycić, jednak z niematerialnym ciałem nie miał na to żadnych szans.
Zanim zdążyła choćby zastanowić się nad tym, co to oznacza, po prostu wypadła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa