17.07.2017

Dwieście dwadzieścia sześć

Renesmee
– Nie podoba mi się to.
Rufus rzucił mi spojrzenie sugerujące, że niekoniecznie podzielał moje obawy. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że na swój sposób go bawiłam, przejmując się rzeczami, których on sam nie uważał za istotne.
– Co takiego? – zapytał w końcu, siląc się na cierpliwość. – Moim zdaniem, to bardzo proste.
– Jak dla kogo – rzuciłam z przekąsem.
Wampir spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
– Nie sądziłem, że przerasta cię perspektywa zamienienia kilka słów ze znajomym.
Wypuściłam powietrze ze świstem, w duchu modląc się o cierpliwość. W istocie nie wymagał ode mnie niczego skomplikowanego, twierdząc, że w zupełności wystarczy, jeśli wskażę mu gabinet Castiela i – ewentualnie – odciągnę uwagę samego zainteresowanego, ale i tak miałam wątpliwości. Co prawda to wydawało się lepsze, niż gdybym pozwoliła szwagrowi działać na własną rękę i mieszać komukolwiek w głowie, ale…
Och, zdecydowanie zaczynałam być przewrażliwiona.
– I co później? – drążyłam, poniekąd po to, żeby zmienić temat. Nie podobał mi się sposób, w jaki wampir spoglądał na mnie za każdym razem, kiedy któreś z nas wspominało o Castielu. – Z Cassandrą. Będziesz wiedział, jak się nazywa i gdzie mieszka, ale…
– Złożymy jej wizytę – stwierdził takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Nie wysilałbym się, żeby poczytać sobie kartę choroby, najpewniej zmyśloną, prawda?
W pierwszym odruchu zamierzałam mu odpowiedzieć, gotowa dalej podkreślać targające mną wątpliwości, ale powstrzymałam się. W zamian skinęłam głową, dochodząc do wniosku, że to brzmiało rozsądnie – i to o wiele bardziej, niż mogłabym sobie tego życzyć. Rufus wydawał się dobrze wiedzieć, co i dlaczego chciał zrobić, zresztą nie mogłam zaprzeczyć, że po ostatnich rozmowach zdecydowanie byłam za tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do Cassandry. Co prawda wiedziałam, że szwagier nie towarzyszył mi dlatego, że jakkolwiek martwił się o nieświadomą tego, co się z nią działo, dziewczynę, ale o tym akurat starałam się nie myśleć. Liczyło się, że wydawał się rozsądny w stopniu wystarczającym, bym chcąc nie chcąc doszła do wniosku, że powinnam na nim polegać.
Inną kwestią było to, że nieświadomie jeszcze bardziej zmartwił mnie wzmianką o dokumentach Cassandry. Co prawda w tym przypadku oczywistym wydawało się, że nikt nie miał szans poprawnie zdiagnozować dziewczyny, ale sama myśl o zmienionej karcie w nieprzyjemny sposób kojarzyła mi się z tym, przez co przeszła Joce. Co więcej, w obu przypadkach miało to jakiś związek z Castielem, nawet jeśli sam zainteresowany wydawał się absolutnie nieświadomy jakichkolwiek komplikacji. Chciałam wierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności, ale Rufus zdecydowanie mi tego nie ułatwiał, zwłaszcza mówiąc o rzekomych kłamstwach mojego znajomego.
Nie rozmawialiśmy więcej, co jak najbardziej było mi na rękę. Raz po raz z obawami spoglądałam na podążającego za mną wampira, ten jednak wydawał się w pełni spokojny i obojętny na obecność ludzi. Właściwie sama nie byłam pewna, czego spodziewałam się po Rufusie, zwłaszcza że wielokrotnie miałam okazję przekonać się, że kiedy trzeba było, w towarzystwie potrafił zachowywać się w naprawdę czarujący sposób, ale i tak czułam się nieswojo. Naukowiec w ostatnim czasie był nieprzewidywalny, zamartwiając się o Laylę w stopniu wystarczającym, by w którymś momencie jednak puściły mu nerwy.
– Ile czasu będziesz potrzebował? – zapytałam w końcu. Nie musiałam podnosić głosu, by usłyszał mnie nawet pomimo panującego na korytarzu gwaru.
– Och, nie przejmuj się… Sądząc po tym, jak wyglądają wasze rozmowy, będę miał go w nadmiarze – zapewnił mnie pośpiesznie.
– Co to niby miało znaczyć? – obruszyłam się.
Rufus jedynie wywrócił oczami.
– Nie mów mi, że nie zauważyłaś, bo nie uwierzę – rzucił z wyraźnym rozbawieniem. – A wmawiacie mi, że jestem ignorantem w kwestii uczuć…
– Pleciesz od rzeczy – zarzuciłam mu, nerwowo zaciskając dłonie w pięści.
– Doprawdy? – Uśmiechnął się, wciąż siląc na niemalże uprzejmy ton. – Nawet dla mnie oczywistym jest, że twój… znajomy – rzucił z naciskiem – jest tobą zainteresowany. Podejrzewam, że gdyby ktoś spoglądał w ten sposób na Laylę, już dawno bym go zabił. I to tyle w temacie.
Prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać. To nie był pierwszy raz, kiedy komentował to, jak prezentowały się relacje moje i Castiela, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Słodka bogini, to naprawdę było aż do tego stopnia widoczne? Nie byłam zainteresowana tym mężczyzną – w żadnych wypadku – z kolei to, że był dla mnie taki miły niczego nie znaczyło, przynajmniej z mojej perspektywy. Do tego próbowałam się przekonać, zwłaszcza po tym, jak Castiel wprost powiedział mi, że zrozumiał dawane przez Gabriela sygnały. Chciałam przynajmniej udawać, że pod tym względem nie mam powodów do obaw, ale skoro nawet Rufus sugerował, że mogłoby być inaczej…
Nieznacznie potrząsnęłam głową, by odrzucić od siebie niechciane myśli. Nie chciałam się tym przejmować, w zamian próbując skupić się na tym, co najważniejsze. To Cassandra była priorytetem, niezależnie od tego, jak wiele miałam w związku z tym wątpliwości.
Zawahałam się, próbując przypomnieć sobie, czy Castiel wspominał mi cokolwiek o konkretnych godzinach pracy. Nie miałam nawet pewności, czy faktycznie takie posiadał, czy może pojawiał się na uczelni według uznania, kiedy tylko było mu to na rękę. Chyba nawet liczyłam, że gabinet okaże się zamknięty i pusty, bo to rozwiązałoby jakikolwiek problem z zagadywaniem kogokolwiek. Nie miałam najmniejszych problemów z wykorzystaniem telepatii do otwarcia zamka, by wpuścić Rufusa, zwłaszcza że nikt z obecnych na korytarzu nie zwracał na nas uwagi. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to sprawka wampira, który – byłam w stanie się o to założyć – nie miałby najmniejszych obiekcji, by mieszać w głowach wszystkim wokół, byleby zapewnić sobie chwilę spokoju. Tak czy inaczej, wszystko wydawało się nam sprzyjać, przez co tym bardziej miałam nadzieję, że jakakolwiek dywersja okaże się zbędna.
Przystanęłam przy odpowiednich drzwiach, po czym cicho westchnęłam, bez trudu orientując się, że ktoś jednak był w środku. Krótko obejrzałam się przez ramię, by przekonać się, że zostałam sama – przynajmniej teoretycznie, bo wiedziałam, że Rufus kręcił się gdzieś w pobliżu. To nie poprawiło mi nastroju, ale nie dałam sobie czasu na wątpliwości, ostatecznie jak gdyby nigdy nic decydując się zapukać – i to na tyle głośno, by mieć pewność, że nawet człowiek będzie w stanie usłyszeć mnie przy gwarze prowadzonych na korytarzu rozmów.
– Proszę.
Natychmiast nacisnęłam klamkę. W porę udało mi się wysilić na zachęcający, promienny uśmiech, a przynajmniej miałam nadzieję, że nie wyglądałam jak skończona idiotka z jednej ze sztucznych reklam w telewizji. Z drugiej strony, być może Castielowi i tak nie zrobiłoby to różnicy, zwłaszcza że na mój widok natychmiast poderwał się z miejsca, momentalnie odwzajemniając gest, który go obdarowałam. Widziałam, że wyraźnie się rozpogodził, nie wspominając o tym, że oczy zabłysły mu na mój widok. To dało mi do myślenia, szczególnie po wszystkim, co zasugerował mi Rufus.
– Cześć. – Mój głos zabrzmiał o wiele pogodniej, niż w rzeczywsitości się czułam. Przyjęłam to z ulgą, w duchu modląc o to, by nie zachowywać się w zbytnio podejrzany sposób. – Masz chwilę?
– Jasne, że tak – zapewnił, po czym wymownie rozejrzał się po pomieszczeniu. – Jak widać – dodał z bladym uśmiechem.
Dyskretnie rozejrzałam się po pomieszczeniu, szybko orientując się, że było malutkie. W zasadzie poczułam się niemalże klaustrofobicznie, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, jakim cudem na tak niewielkiej powierzchni zmieściło się biurko i dwie pokaźnych rozmiarów komody.
– Przytulnie tutaj – rzuciłam zaczepnym tonem. – No i w końcu wpadłam, tak?
– Akurat wtedy, kiedy nie mam ci nic do zaproponowania – stwierdził, krzywiąc się mimowolnie. Wymownie uniosłam brwi, niepewna jak powinnam interpretować jego słowa. – Choćby kawy – zreflektował się pośpiesznie. – Aktualnie zabijam za kawę, więc…
– Więc idziemy na kawę – dopowiedziałam, nie dając sobie czasu, żeby się rozmyślić.
Castiel rzucił mi bliżej nieokreślone spojrzenie, przez dłuższą chwilę wyglądając na chętnego, żeby o coś zapytać, ale ostatecznie tego nie zrobił. W zamian uśmiechnął się w sposób, który na pewno prezentował się dużo lepiej niż mój wyraźnie wymuszony wyraz twarzy. Jakkolwiek by nie było, nawet jeśli mój towarzysz miał jakieś uwagi, powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy, ostatecznie podrywając się na równe nogi, by do mnie dołączyć.
– Ale nie tutaj – zadecydował, tym samym jeszcze bardziej mnie dezorientując. – Automaty to zło… Chyba że nie masz czas – zreflektował się pośpiesznie, ale tylko pokręciłam głową.
– Wciąż jestem… w podłym nastroju – powiedziałam w końcu.
Nie byłam szczególnie zachwycona kolejnym wspólnym wyjściem z Castielem, zwłaszcza że tym samym zostawiałam Rufusa samego na uczelni, ale ostatecznie zdecydowałam się nad tym nie zastanawiać. Wampir od samego początku dawał mi do zrozumienia, że wiedział, co robi, nie miałam więc innego wyboru, jak tylko spróbować to zaakceptować.
Przestałam o tym myśleć, kiedy Castiel znalazł się przy mnie, kiwając głową w stronę drzwi. Jako pierwsza wyszłam na korytarz, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami, aż nazbyt świadoma, że mężczyzna kolejny raz próbował czarować mnie zachowaniem. Co prawda istniała możliwość, że jednak byłam przewrażliwiona, ale szczególnie po rozmowie z Rufusem w bardziej dokładny sposób analizowałam to, jak Castiel postępował względem mnie.
– O ile pozwolisz, znam jedno miejsce – stwierdził ze spokojem mój towarzysz. – Tuż obok uczelni, więc obejdzie się bez samochodu… A szkoda, zwłaszcza jeśli znów przyjechałaś tym cudeńkiem.
– Jak zawsze – zapewniłam z uśmiechem.
Castiel wzniósł oczy ku górze.
– Cholera – mruknął, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Trudno. I tak nie mogłam pozwolić sobie na dłuższą przerwę.
– Damy radę – stwierdziłam, myślami już będąc gdzieś daleko.
Skinął głową, najwyraźniej nie widząc powodu do ciągnięcia tematu. Dyskretnie rozejrzałam się dookoła, kiedy Castiel zamykał za sobą drzwi do gabinetu, szukając wzrokiem Rufus, ale nie byłam w stanie go wypatrzeć. W ciągu zaledwie kilku minut korytarz zdążył opustoszeć, co uświadomiło mi, że zajęcia najpewniej już się zaczęły, to jednak najwyraźniej nie przeszkadzało wampirowi w tym, żeby się ukryć.
Westchnęłam w duchu, po czym w pośpiechu ruszyłam za Castielem w głąb korytarza. Wcześniej jeszcze raz obejrzałam się przez ramię, wymownie spoglądając na zamknięte drzwi gabinetu i przywołując do siebie moc, by móc zrobić z niej użytek.
Jakimś cudem udało mi się uśmiechnąć, kiedy z oddali doszło mnie ledwo słyszalne kliknięcie otwierającego się zamka.
Jocelyne
Napięła mięśnie, po czym gwałtownie nabrała powietrza do płuc. Nie chciała, żeby tutaj był, ale nie potrafiła powiedzieć mu tego wprost, w duchu modląc się o to, żeby Dallas sam zorientował się, czego oczekiwała. Już raz rozmawiali i nie przyniosło to niczego dobrego. Co więcej, Joce zdecydowanie nie czuła się gotowa na kolejną rozmowę, mając wrażenie, że o wiele prościej byłoby, gdyby wszystko rozeszło się po kościach.
Wystarczyłoby, żeby odszedł i więcej się nie pojawiał. Podejrzewała, że to brzmiało okropnie, zwłaszcza po wszystkim, co między nimi zaszło, ale… Po prostu czuła, że takie rozwiązanie byłoby najwłaściwsze. Sam Dallas musiał czuć, że coś jest nie tak – i że tak naprawdę tutaj nie pasował, nawet jeśli ona trzymała go w świecie żywych. Na pierwszy rzut oka widać było, że taki stan rzeczy nie miał racji bytu, nawet jeśli zarazem perspektywa stracenia chłopaka po raz drugi ją również bolała.
Problem jednak polegał na tym, że przecież nigdy Dallasa nie odzyskała. On był niczym cień; iluzja, która tak naprawdę nie miała racji bytu. Nawet gdyby chciała, utrzymanie go przy sobie okazałoby się trudne i niemożliwe dla nich oboje. Nie chciała tego, w duchu wręcz modląc się o to, żeby chłopak jakimś cudem to zrozumiał – wyczytał z jej aury albo przynajmniej postawy, bo nie miała pojęcia, w jaki sposób odbierały ją duchy. Rosa twierdziła, że świeciła, przyciągając tych, którzy z jakiegokolwiek powodu potrzebowali pomocy albo… czegokolwiek innego, ale nie miała pojęcia, jak wiele było w tym prawdy.
– Joce?
Łagodny szept skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Zawahała się, częściowo uspokojona, kiedy przekonała się, że Dallas brzmiał niemalże troskliwie. To równie dobrze mogło być wyłącznie wyobrażeniem, ale… Tak, czuła się lepiej, mogąc upewnić się, że się na nią nie złościł. Co prawda z jakiegoś powodu czuła się wyjątkowo wręcz spięta, ale…
Coś otarło się o jej pierś, sprawiając, że dziewczyna wzdrygnęła się niespokojnie. Z opóźnieniem przypomniała sobie o zalegającym na jej klatce piersiowej kocie, zwłaszcza kiedy ten wydał z siebie przeciągłe prychnięcie. Wsunęła palce w ciepłe futerko, próbując stworzenie uspokoić, chociaż w rzeczywistości szukała w ten sposób ulgi dla samej siebie. Cóż, nie pomogło, ale za to na chwilę zdołała zapomnieć o obserwującym ją duchu – co prawda tylko na kilka sekund, to jednak wydawało się lepsze niż nic.
– Joce, jesteś aż do tego stopnia na mnie zdenerwowana? – zapytał spiętym tonem Dallas, ale nawet nie czekał na odpowiedź. – Zresztą martwiłem się, wiesz? Rosa mówiła mi, że ostatnio nie czułaś się najlepiej – dodał i coś w jego słowach sprawiło, że dłużej w stanie nie była go ignorować. – To moja wina? Mam na myśli…
– Nie.
Odezwała się tak cicho, że przez krótką chwilę miała wątpliwości, czy faktycznie zdecydowała się wypowiedzieć to jedno słowo na głos. Dopiero milczenie ze strony Dallasa, który wyraźnie zamarł, czekając na jej dalszą reakcję, uświadomiło jej, że jak najbardziej musiał ją słyszeć.
Jęknęła w duchu, coraz bardziej wytrącona z równowagi. W porządku, jednak się odezwała, więc tym bardziej czuła się w obowiązku pociągnąć rozmowę dalej, ale nie była pewna, w jaki sposób miała tego dokonać. Z drugiej strony, Dallas naprawdę brzmiał na zatroskanego, a to również musiało o czymś świadczyć. Była wręcz w stanie wyobrazić sobie jego minę, szczególnie, że w ośrodku długie godziny siedział przy niej, kiedy dosłownie płakała, nie będąc w stanie znieść bólu głowy. W takim wypadku tym bardziej była mu coś winna, niezależnie od sytuacji.
Z wolna usiadła, chcąc nie chcąc decydując się otworzyć oczy. Wcześniej w porę pochwyciła niesforną kulkę futra, która towarzyszyła jej przez cały ten czas, machinalnie przygarniając kota do siebie. Nie była pewna, czy to jej wyobraźnia, czy coś innego, ale wyraźnie czuła pulsujące ciepło, bijące od kociaka. Zwierzątko również zamarło, nie tyle zaniepokojone, co po prostu ostrożne. Taki stan rzeczy dał Joce do myślenia, zwłaszcza że kot zupełnie inaczej reagował na Rosę, od razu zaczynając się łasić i do dziewczyny wyrywać.
– To bardziej… skomplikowane – odezwała się z opóźnieniem, uświadamiając sobie, że zdecydowanie zbyt długo trwała w ciszy. W końcu przeniosła wzrok na Dallasa, przekonując się, że bezszelestnie przysiadł na brzegu jej łóżka. – Ale już mi lepiej, dziękuję. Podobno on ma mi pomagać – dodała z bladym uśmiechem, wymownie spoglądając na zawartość swoich ramion.
Dallas jedynie uniósł brwi.
– Kot? – rzucił z nieco wymuszonym uśmiechem.
– Dlaczego nie?
Chłopak jedynie parsknął śmiechem.
– Nic, nic… Po prostu bardziej pasuje mi to do czarownic – stwierdził zaczepnym tonem. Zaraz po tym zamilkł, po czym lekko przekrzywił głowę, wydając się nad czymś zastanawiać. – Nie wiem o czymś?
– Jesteś okropny! – obruszyła się, bez zastanowienia nachylając na tyle, by spróbować trzepnąć go w ramię.
Zdołała się uśmiechnąć, rozbawienie jednak zniknęło równie nagle, co się pojawiło. W zamian zamarła, nerwowo zaciskając w pieść palce dłoni, która dosłownie chwilę wcześniej dosłownie przeniknęła przez ramię Dallasa. Zacisnęła usta, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując zrozumieć, dlaczego tak nagle zrobiło jej się przykro, skoro wcześniej podobne rzeczy miewały miejsce nader często. Przecież nie raz widziała, jak przenikał przez przedmioty albo Rosa unosiła się nad ziemią, zwłaszcza kiedy była podekscytowana. Oglądała to wystarczająco wiele razy, aż nazbyt świadoma z kim obcuje, Co więcej, do tej pory to nie miało znaczenia, a ona po prostu czuła ulgę, mając przy sobie czy to przyjaciółkę, czy też Dallasa.
Coś chłodnego musnęło jej policzek, skutecznie wyrywając z zamyślenia. Zamrugała nieco nieprzytomnie, zaskoczona nie tylko pieczeniem pod powiekami, ale przede wszystkim widokiem Dallasa, który nachylił się na tyle blisko, że wręcz była w stanie go wyczuć. Znała przenikliwy chłód, jakże charakterystyczny dla bliskości ducha, nie wspominając o momencie, w którym z jakiegoś powodu próbowali się dotknąć. Trudno, by było inaczej, skoro Dallas przy każdej nadarzającej się okazji przesiadywał tuż obok, imitując fizyczną bliskość i powtarzając, że tak naprawdę nic się nie zmieniło.
– Hej, Joce, co jest…? – Chłopak zamilkł, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Nie lubię, kiedy przeze mnie płaczesz.
– Nie płaczę – obruszyła się, chociaż to zabrzmiało nader dziecinnie.
– Na pewno – mruknął i nie musiała pytać, by wiedzieć, że w najmniejszym nawet stopniu jej nie wierzył. Gdyby nie to, że czuła się przygnębiona, nie zdziwiłaby się odkryciem, że Dallas próbował się z niej naigrywać. – Wszystko jest w porządku, tak? Jestem tutaj… To nie wystarczy?
Zadrżała, kiedy przesunął się w taki sposób, że dosłownie znalazła się w jego objęciach. Tak przynajmniej pomyślała w pierwszej chwili, już z przyzwyczajenia pozwalając Dallasowi zrobić to, co zawsze – ułożyć ramiona w taki sposób, że z łatwością mogła sobie wyobrazić, jak owijają się wokół niej. To nie było prawdziwe, nie wspominając o tym, że nie mogła pozwolić sobie nawet na coś tak oczywistego, jak wtulenie się w jego tors. Dobrze wiedziała, jak łatwo było naruszyć względną równowagę tego, co działo się między nimi – iluzji bliskości i dotyku, którą zdążyli opracować i która do tej pory jej wystarczyła.
Zacisnęła usta, widząc jak kot korzysta z okazji, żeby oswobodzić się z uścisku, którym dotychczas go obdarowywała. Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy stworzonko jak gdyby nigdy nic przemknęło bezpośrednio przez Dallasa, w następnej sekundzie zeskakując z łóżka i wkrótce po tym znikając dziewczynie z oczu.
Och, no tak… To też było do przewidzenia, prawda? W końcu trwali w iluzji.
A Dallasa tak naprawdę nie było.
Dallas umarł.
– Tak dobrze? – usłyszała tuż przy uchu. Nie odpowiedziała, ale chłopak najwyraźniej tego nie oczekiwał, skupiony na przemawianiu do niej w taki sposób, jakby była małym, wystraszonym dzieckiem – cicho i kojąco, byleby tylko sprawić, żeby poczuła się lepiej. – Cii, Joce… Przepraszam, że ostatnio źle nam się rozmawiało, ale to już się nie powtórzy, tak? Możliwe, że niepotrzebnie na ciebie naciskałem.
Być może mówił coś jeszcze, ale praktycznie nie słuchała, świadoma tylko i wyłącznie tego, że czuła się dosłownie jak w potrzasku. Bała się poruszyć, a tym bardziej odezwać, całą sobą chłonąc to, że Dallas był obok. Dotychczas to wystarczyło, tak? Może faktycznie sprawy były w o wiele prostszy, bardziej oczywisty sposób, niż mogłoby się do tej pory. Możliwe, że to ona się myliła, a jej dar faktycznie cokolwiek zmieniał, chociaż…
– Dallas – wyszeptała, w następnej chwili urywając, żeby złapać oddech. – Myślałeś w ogóle o tym, co ci powiedziałam? O… Sam wiesz.
Odpowiedziała jej wymowna, przeciągła cisza. To sprawiło, że z miejsca zapragnęła się wycofać, ale zmusiła się do spokojnego siedzenia. W duchu odliczała kolejne sekundy, gotowa wręcz błagać, żeby w końcu się odezwać.
– Jasne – powiedział w końcu i zabrzmiało to względnie spokojnie. – Wydaje mi się, że… jesteś jeszcze bardzo zagubiona. Ja zresztą też.
– Zagubiona… – powtórzyła cicho.
W pokoju na powrót zapanowała cisza, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. W zamian zamknęła oczy, całą sobą koncentrując się na Dallasie i jego ramionach.
Ten jeden raz chciała pozwolić sobie na to, żeby jednak trwać w iluzji. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa