12.07.2017

Dwieście dwadzieścia dwa

Renesmee
Już po przekroczeniu progu kuchni zorientowałam się, że atmosfera jest nieciekawa. Sage i Claire milczeli, oboje dziwnie spięci, chociaż to wydawało się bardziej wyczuwalne w przypadku dziewczyny. Krótko zerknęła w naszą stronę, po czym nieznacznie uniosła brwi, być może zaskoczona, że nie towarzyszył nam Rufus. Jedynie wzruszyłam ramionami, powstrzymując się przed powiedzeniem jej, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Już i tak wyglądała marnie, więc dorzucanie kolejnych powodów do zmartwień wydawało się zbędne.
Jedynie Isabeau wyglądała na względnie spokojną, choć w przypadku tej z sióstr Gabriela to mogło być jedynie próbą sprawiania pozorów. Nie byłam zaskoczona tym, że w rękach obracała kolejny kieliszek wina, bez pośpiechu sącząc jego zawartość. W milczeniu wpatrywała się w przestrzeń i choć w pierwszym momencie uznałam tę pozę za coś niepokojącego, kiedy zajrzałam jej w oczy, przekonałam się, że nie zmieniły koloru. To była po prostu Isabeau – jak zwykle poważna i w nastroju, którego nie byłam w stanie określić.
– Hm, jednak nic jej nie jest… – rzuciła jakby od niechcenia. Zaraz po tym spojrzała w moją stronę, po czym ze świstem wypuściła powietrze. – No, prawie.
Machinalnie uniosłam dłoń do gardła, woląc nie zastanawiać się, jak wyglądała moja szyja. To była chwila, zresztą czułam się bardziej pobudzona niż obolała czy zaniepokojona. Jakby tego było mało, w głowie miałam pustkę, przez co tym bardziej chciałam dowiedzieć się, jak Rufus zamierzał sensownie wytłumaczyć to, co się wydarzyło. Już i tak czułam się podle, przez co zdecydowanie nie miałam ochoty znosić wykrętów, nie wspominając o tym, że jakoś nie miałam złudzeń co do podejścia Gabriela. Na swój sposób obawiałam się tego, co mogło się wydarzyć, gdyby puściły mu nerwy, taki obrót spraw zresztą wydawał mi się wręcz niepokojąco prawdopodobny.
– Zawsze wiem, kiedy coś jest nie tak – stwierdził z rezerwą Gabriel. Nieznacznie potrząsnął głową, wyraźnie poirytowany. – Nie wiem, co znowu kombinuje Rufus, ale…
– Co zrobił? – przerwała mu wyraźnie wytrącona z równowagi Claire.
Wyczułam, że się zawahał. Sama również spojrzałam na dziewczynę z powątpiewaniem, już chyba z przyzwyczajenia mając wątpliwości co do tego, jak wiele mogliśmy jej powiedzieć. Zwykle nie byłam za tym, żeby traktować Claire jak dziecko, ale w tamtej chwili wydawała mi się tak nienaturalnie krucha…
– Nic szczególnego – stwierdził w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – To znaczy…
– Znam tatę – przypomniała.
Co do tego tym bardziej nie miałam wątpliwości. Zerknęłam krótko na Gabriela, po czym raz jeszcze bezwiednie dotknęłam szyi.
– To nie on – powiedziałam w końcu, dochodząc do wniosku, że to najistotniejsze. – Tylko coś w piwnicy. Rufus po prostu… ma dziwne pomysły.
– Ach, tak… – Po minie Claire poznałam, że dobrze wiedziała, co takiego miałam na myśli.
– Wiesz, co się dzieje? – zapytał wprost Gabriel, ale dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Obiecał mi wyjaśnić – przyznała, a ja ledwo powstrzymałam sfrustrowany jęk.
– Nie tobie jednej.
Nie byłam pewna czy to dobrze, czy nie, zresztą nie chciałam się nad tym zastanawiać. Wiedziałam jedynie, że Claire coś niepokoiło, to jednak w najmniejszym stopniu nie wydało mi się dziwne.
Chwilę jeszcze wahałam się, zanim ostatecznie podeszłam do dziewczyny, by jak gdyby nigdy nic otoczyć ją ramionami. Nawet jeśli w ten sposób ją zaskoczyłam, nie dała niczego po sobie poznać, w zamian bez słowa się we mnie wtulając. Nie miałam pewności, czy to cokolwiek da, ale nie mogłam się powstrzymać, zwłaszcza że nie było Layli. Czułam się odpowiedzialna i to nie tylko dlatego, że wampirzyca była przy Alessi i Damienie wtedy, kiedy ja nie mogłam.
Wyczułam ruch za plecami, więc odwróciłam się, żeby móc spojrzeć na Gabriela. Wydawał się zamyślony, wydając się koncentrować na czymś, czego ja sama mogłam co najwyżej się domyślać.
– Zapraszałaś może gości, mi amore? – zapytał w pewnym momencie, a ja uniosłam brwi, co najmniej zaskoczona.
– Nie. Dlaczego?
Westchnął, wyraźnie rozdrażniony.
– Bo czuję Carlisle’a i zastanawiam się, czego może chcieć… Zwłaszcza, że nie jest sam – dodał i w tamtej chwili wszystko stało się dla mnie jasne.
– Cholera… – wyrwało mi się. Gabriel spojrzał na mnie z zaciekawieniem, ale nie skomentował mojej reakcji nawet słowem. – Carlisle pytał mnie, czy na kilka dni mógłby podrzucić do nas Beatrycze. Mówiłam mu, że to zły pomysł, ale… Och, ewentualnie martwi się, bo nie byłam w szczególnie dobrym nastroju, kiedy rozmawialiśmy.
Jeszcze kiedy mówiłam, poczułam na sobie przenikliwe spojrzenie Sage’a. Jeden rzut oka na wampira wystarczył, żebym zorientowała się, że coś w moich słowach go zaintrygowało, mężczyzna sam zdecydował się odezwać.
– To Lawrence jednak nie zabrał Beatrycze w jakieś bezpieczne miejsce? – zapytał, tym samym skutecznie mnie zaskakując.
– Nie bardzo rozumiem…
– Znamy się – zapewnił mnie z bladym uśmiechem. – Można powiedzieć, że dość dobrze, bo na swój sposób mieszkamy razem… Ja, Lawrence i Beatrycze.
Po jego słowach zapadła chwila wymownej ciszy, to jednak w najmniejszym stopniu Sage’a nie speszyło. Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta, próbując przypomnieć sobie, ile tak naprawdę wiedziałam od Carlisle’a na temat jego ojca, zwłaszcza od chwili powrotu Beatrycze. Co prawda nie było tego dużo, zwłaszcza że omijaliśmy temat L. po tym, jak bez pozwolenia zabrał ze sobą Joce, ale…
– Chwileczkę – rzucił spiętym tonem Gabriel i to wystarczyło, żebym zorientowała się, że myślał o tym samym, co i ja. – O ile się orientuję, Lawrence przebywał ze swoim stwórcą. To znaczy…
– Zanim mnie zlinczujesz, weź pod uwagę, że on naprawdę jest znośny – przerwał mu pośpiesznie Sage. – Po prostu bywa odrobinę ciężki w obejściu, ale nic ponadto.
Ciężki w obejściu?! – wypaliłam, przez krótką chwilę sama niepewna czy powinnam śmiać się, czy może płakać. – Prawie pozabijał mi dzieci!
Być może to była naciągana teoria, zresztą nie mogłam zaprzeczyć, że chcąc nie chcąc równie wiele Lawrence’owi zawdzięczałam, ale to wcale nie było takie proste. Nie, skoro z powodzeniem mogłam wskazać przynajmniej po jednej sytuacji, w której omal nie zrobił czegoś naprawdę głupiego. Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż miałam do niego żal za zabranie ze sobą Jocelyne, tym bardziej czułam, że mogę sobie na to pozwolić.
– Hm… Tak, to brzmi trochę jak Lawrence.
Po wyrazie twarzy Sage’a trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślał. Zawahałam się, wciąż podenerwowana, chyba jedynie cudem zmuszając się do zachowania spokoju. Potrzebowałam dłuższej chwili, by jednak ruszyć się z miejsca, zwłaszcza kiedy Gabriel bez słowa położył mi dłonie na ramionach, chcąc jakkolwiek mnie uspokoić. Poddałam mu się, ostatecznie pozwalając, by posadził mnie na jednym z krzeseł, samemu kucając tuż obok.
– Potem poklniemy sobie na Lawrence’a – stwierdził, siląc się na powagę. – Lepiej powiedz mi, jak zamierzamy rozegrać sprawy z Carlisle’m. Mówiłaś, że chciał podrzucić nam Beatrycze, ale… – Urwał, po czym skinął głową, zachęcając mnie do mówienia.
– Nie wiem – przyznałam zgodnie z prawdą. – To nie jest dobry moment na trzymanie w domu człowieka.
Rzuciłam mu znaczące spojrzenie, podejrzewając, że i tak nie musiałam tłumaczyć niczego więcej. Biorąc pod uwagę fakt, że dopiero co coś próbowało mnie udusić, zdecydowanie nie mieliśmy tu warunków dla Beatrycze. W gruncie rzeczy miałam ochotę zejść na dół i porządnie Rufusem potrząsnąć, wcześniej pytając, czy wziął pod uwagę chociażby Jocelyne. Co prawda fakt, że na swój sposób narażał Claire, wydawał się dość wymowny, ale nad tym akurat wolałam się nie zastanawiać.
– Macie problem – nie tyle zapytał, co stwierdził Sage. Chcąc nie chcąc spojrzałam na wampira, bynajmniej nie mając nastroju, by prowadzić rozmowę w ten sposób. –  Mogli mi powiedzieć. Nie niańczę Lawrence’a, ale Trycze bym się zajął – stwierdził z powagą.
– Poradzimy sobie – stwierdził z rezerwą Gabriel.
Po jego nastroju trudno było mi poznać, co tak naprawdę czuł względem Sage’a. W gruncie rzeczy sama nie byłam pewna, co takiego działo się wokół mnie, bardziej zmęczona niż faktycznie zaniepokojona sytuacją. Potrzebowałam wyjaśnień, choć zarazem miałam wątpliwości co do tego, czy zdołam je uporządkować na tyle sensownie, by się nie pogubić. Co więcej, chcąc nie chcąc zaczęłam zastanawiać się nad tym, co mogłoby się wydarzyć, kiedy już pojawią się Volturi, a to zdecydowanie nie poprawiło mi nastroju.
– Gabrielu… – zaczęłam, ale tej jedynie potrząsnął głową.
– Ja to załatwię, w porządku? – zasugerował mi ze spokojem. Spojrzałam na niego z powątpiewaniem, ale nie próbowałam protestować. – Dajcie mi chwilę.
Odprowadziłam go wzrokiem, po czym ukryłam twarz w dłoniach. W porządku, więc poza śmiercią Setha, koniecznością przekazania informacji dalej i Cassandrą działo się coś jeszcze, czego wciąż nie potrafiłam wytłumaczyć. To wciąż nie brzmiało dobrze, ja zaś miałam wrażenie, że wciąż mogło być gorzej – i to niezależnie od tego, czy takie rozwiązanie wydawało się choć po części prawdopodobne.
– Cóż…
Poderwałam głowę, by spojrzeć na Isabeau. Zwykle wręcz podziwiałam spokój, z jakim się zachowywała, ale w tamtej chwili coś w jej postawie wręcz działało mi na nerwy. Podejrzewałam, że to wyłącznie moje przewrażliwienie, jednak już od dłuższego czasu dostrzegałam w wampirzycy coś, co nie dawało mi spokoju. To mógł być smutek albo jakaś bardziej złożona, skomplikowana emocji. Kto jak kto, ale Beau potrafiła udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca, ja jednak bez trudu zorientowałam się, że to wcale nie takie proste – i to zwłaszcza w przypadku mojej szwagierki.
– Coś jest nie tak? – zaryzykowałam, ale wampirzyca najzwyczajniej w świecie mnie zignorowała.
– Może po prostu potrzebuję powietrza – stwierdziła lakonicznie.
Nie odezwałam się nawet słowem, kiedy również ona wyszła, dochodząc do wniosku, że to i tak nie miałoby sensu. Jakiekolwiek kłótnie z Beau i tak nie miały sensu, zwłaszcza że ta miała w zwyczaju robić dokładnie to, na co miała ochotę.
– Skoro tak uważasz… – mruknęłam, ale w rzeczywistości nie miałam już przed sobą nikogo, do kogo mogłabym się zwracać.
W kuchni jak na zawołanie zapanowała wymowna, pełna napięcia cisza.
Isabeau
– Czy nie powiedziałem wam, żebyście…? – Rufus urwał, po czym w wyrazie poirytowany sposób spojrzał w jej stronę. – Och, świetnie – to ty. Jeszcze lepiej.
Wysiliła się na blady, pozbawiony wesołości, ale za to jak najbardziej złośliwy uśmiech. To przynajmniej planowała, chociaż zdecydowanie nie miała nastroju nawet do tego, żeby się z kimkolwiek drażnić. Czuła, że coś jest nie tak, uczucie to zaś niezmiennie dawało jej się we znaki, potęgując wszechogarniające zmęczenie. Dobrze znała ten stan, ale powstrzymywała się przed poddaniem się mu, w zasadzie sama nie pewna, czy powinna cieszyć się ze znajomych, poprzedzających wizję symptomów. W ostatnim czasie widzenia przychodziły nagle, nie dając jej nawet czasu na reakcję, co na dłuższą metę bywało naprawdę frustrujące. Co prawda trwała w takim stanie już od lat, mało kiedy mogąc cieszyć się „normalnością” – cokolwiek ten stan znaczył w przypadku kogoś, kto regularnie obracał się wokół najgorszych nieszczęść.
Problem w tym, że ucieczka nigdy nie wchodziła w grę. Cóż, nie w nieskończoność, ale tego akurat zdążyła nauczyć się już jako dziecko.
– Co znowu się dzieje, hm? – zapytała wprost, najzwyczajniej w świecie ignorując jego słowa.
Oparła się o ścianę, tym samym skutecznie blokując wampirowi dojście do schodów. Dla lepszego efektu założyła ramiona na piersiach, próbując udawać, że sytuacja była najnormalniejsza w świecie, co zresztą nie aż tak bardzo mijało się z prawdą. Jakby nie patrzeć, z Rufusem zawsze rozmawiało jej się ciężko, nie wspominając o tym, że nie przypominała sobie sytuacji, w której w trakcie nie miał ochoty zrobić jej krzywdy.
– Zależy o co pytasz – stwierdził z rezerwą Rufus. – A teraz bądź taka dobra i się odsuń.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – zarzuciła mu.
– Bo go nie sprecyzowałaś. Zresztą i tak nie widzę powodu, dla którego miałbym odpowiadać akurat teraz – stwierdził ze spokojem. – Już i tak będziecie wystarczająco uciążliwi.
– Oczywiście, że będziemy. Biorąc pod uwagę, jak wygląda Renesmee…
– Śmiem twierdzić, że dużo lepiej od ciebie – przerwał jej bezceremonialnie. – Rzadko mówię przykre rzeczy kobietom, ale w twoim przypadku to akurat prawda. Z tym że ja nie próbuję zawracać ci głowy tym, co i dlaczego ukrywasz… Bo coś jest, prawda Isabeau? Od samego początku.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej wytrącona z równowagi. Zdecydowanie nie tego spodziewała się po tej rozmowie, słowa Rufusa zaś sprawiły, że z miejsca zapragnęła się wycofać. Napięła mięśnie, coraz bardziej podenerwowana, przez krótką chwilę czując się jak zwierzę, które ktoś nagle zapędził w ślepy zaułek. Czuła, że popełniła błąd, dając po sobie znać, że cokolwiek mogłoby być nie tak, ale nie była w stanie tego zmienić.
Wyprostowała się niczym strona, nerwowo zaciskając usta. Zaraz po tym spojrzała na szwagra w niemalże wyzywający sposób, to jednak nie zrobiło na wampirze najmniejszego nawet wrażenia.
– Cóż… Tak właśnie sądziłem – stwierdził ze spokojem. Nie sądziła, że się wycofa, nie miała jednak zamiaru chociażby rozważać tego, czy w ogóle powinna być mu wdzięczna. – A teraz zejdź mi z drogi.
Nawet nie drgnęła, uparcie trwając przy swoim. To było niczym impuls, który zadecydował, że w ogóle zdecydowała się tutaj przyjść. Nie była pewna, co podkusiło ją, żeby jednak spróbować dostać się do piwnicy, ale nie mogła się powstrzymać. W innym wypadku pomyślałaby, że to instynkt, który nakazał jej znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, gdzie nikt nie reagowałby w przesadnie gwałtowny sposób, gdyby nagle poddała się widzeniu, ale w sytuacji, w której wiedziała, że zastanie tutaj Rufusa, to wydawało się bez sensu.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, dziwnie podenerwowana. Dłonie zacisnęła w pięści, obojętna na to, czy siła uścisku przypadkiem nie zacznie sprawiać jej bólu.
– Dobra… Naprawdę zaczynasz mnie irytować, Isabeau – oznajmił Rufus. Tym razem w jego głosie wyraźnie wyczuła frustrację, czego zresztą mogła się spodziewać. – Nie wierzę, że muszę tłumaczyć ci takie rzeczy, na dodatek po tylu latach znajomości, ale…
– Zacznij pilnować Claire, w porządku? – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Reakcja była natychmiastowa, czego zresztą mogła się spodziewać. Mimowolnie wzdrygnęła się, nerwowo napinając mięśnie i wysuwając kły, kiedy została bezceremonialnie przyciśnięta do ściany. Gniewnie spojrzała na Rufusa, próbując dać mu do zrozumienia, że ma się odsunąć, to jednak nie zrobiło na nieśmiertelnym najmniejszego nawet wrażenia.
– Co widziałaś? – zapytał natychmiast. – Śmierć tego kundla czy coś innego, skoro…? – zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
– Nic – oznajmiła z naciskiem. – A teraz mnie puść, bo rozwalę tobą ścianę.
Rzucił jej spojrzenie, które w jasny sposób dało Isabeau do zrozumienia, że nie uważał, by faktycznie posunęła się aż tak daleko, ostatecznie jednak chcąc nie chcąc zdecydował się odsunąć. Wciąż dosłownie taksował ją wzrokiem, stojąc o wiele bliżej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć. Odczekała dłuższą chwilę, aż nazbyt świadoma, że w ten sposób aż prosiła się o nieszczęście, testując cierpliwość szwagra, ale nie dbała o to. Oboje byli zbyt dumni, tak zresztą było, odkąd tylko sięgała pamięcią.
Westchnęła cicho, po czym z wolna wyprostowała się, próbując udawać, że nic wartego uwagi nie miało miejsca. To, że próbował ją zaatakować, nie robiło na niej wrażenia, a przynajmniej chciała udawać, że właśnie tak było.
– W porządku – powiedziała w końcu. – Przekazuję ostrzeżenia, kiedy akurat jakieś mam. Layla by zrozumiała – dodała, a wampir rzucił jej wyraźnie poirytowane spojrzenie.
– Jak zdążyłaś zauważyć, od dłuższego czasu jej nie ma – rzucił z rezerwą, ale i to Isabeau zdecydowała się zignorować.
– Tak czy inaczej – podjęła Isabeau – nie widziałam niczego, również w kwestii śmierci Setha. Zresztą cokolwiek bym zobaczyła, nie zmieniłoby się.
– Więc dlaczego powiedziałaś, że…
– Do cholery, nie wiem! – zniecierpliwiła się. Nie chciała podnosić głosu, nie tyle z obawy przed reakcją Rufusa, bo ta nie miała dla niej znaczenia. Bardziej przejmowała się, że ktokolwiek mógłby zwrócić na nich uwagę, chociaż zdecydowanie tego nie chciała. – Nie wiem – powtórzyła ciszej, po czym dla pewności spojrzała w górę schodów, by upewnić się, że wciąż ją sami. – W ostatnim czasie niczego nie jestem pewna.
W gruncie rzeczy zwracała się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Nerwowo zacisnęła usta, nagle zaczynając niespokojnie krążyć i nie wyobrażając sobie, że mogłaby ustać w miejscu. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż do tego stopnia wytrącona z równowagi, może pomijając moment, kiedy…
– Co ty ukrywasz, Isabeau?
Zesztywniała, ale nie od razu zareagowała na zadane jej przez wampira pytanie. Dłuższą chwilę trwała w milczeniu, bezmyślnie wpatrując się w ciemność i raz po raz zadając sobie pytanie, dlaczego przyszła akurat tutaj. W takich chwilach nie rozumiała samej siebie, próbując udawać, że w rzeczywistości miała pełną kontrolę nad tym co i dlaczego robiła. Tak było prościej, zresztą wtedy nie musiała myśleć, co dla kogoś, kto przywykł poddawać się instynktowi, wydawało się wręcz zbawienne.
– Nic, co miałoby jakikolwiek związek z tobą – stwierdziła wymijająco.
Spodziewała się, że zacznie naciskać, ale nic podobnego nie miało miejsca. Zawahała się, ostatecznie przenosząc wzrok na wampira, by przekonać się, że po prostu ją obserwował – i to w sposób wystarczająco przenikliwy, by poczuła się nieswojo. Nie była pewna, co powinna sądzić o tym spojrzeniu, nie zmieniało to jednak faktu, że poczuła się dziwnie, bardziej niż wcześniej mając ochotę zniknąć wszystkim wokół z oczu.
– Jak uważasz – powiedział w końcu Rufus. – Powidz mi tylko jedną rzecz… Nie widziałaś niczego, co wiązałoby się z Laylą i Claire?
– Nic pod tym względem się nie zmieniło – zapewniła pośpiesznie.
W zamyśleniu skinął głową. Po jego zachowaniu i wyrazie twarzy trudno było stwierdzić, czy wierzył w którekolwiek z wypowiedzianych przez nią słów.
– Skoro tak uważasz…
Zawahała się, dziwnie zdezorientowana.
– I tyle? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać. – To znaczy…
– Powiedzmy, że ci wierzę – stwierdził wymijająco. – I tak nie mam wyboru. Zresztą widzę… że chodzi o coś innego.
– Och, ty widzisz… – rzuciła z przekąsem.
Bawił się w psychoanalizę czy coś innego? Nie miała pojęcia, ale nie podobało jej się to, zresztą jak i wrażenie, że Rufus kolejny raz podejrzewał o wiele więcej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć. To w przypadku tego wampira wydawało się już normą, co bynajmniej nie sprawiało, że zdążyła się do jego zachowania przyzwyczaić.
– I tak wiem, że widziałaś coś złego – stwierdził z rozbrajającą wręcz szczerością. – Jeszcze zanim tu przyjechałaś. Może nie Laylę, ale…
– Nie, nie Laylę – warknęła, kolejny raz reagując bez głębszego zastanowienia. – To… coś innego, jak sam stwierdziłeś.
– Ale najpewniej ma związek – oznajmił i to również nie było pytanie. Sam ten fakt sprawił, że zapragnęła na niego warknąć. – Jeśli tak…
– Ktoś… – Urwała, po czym energicznie potrząsnęła głową. – Możliwe, że coś się stanie. Ale nie Layli.
– Więc komu? – ponaglił, chociaż musiał zdawać sobie sprawę z tego, że nie otrzyma odpowiedzi.
– Komuś, komu obiecałam milczenie – powiedziała w końcu.
Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Zabrnęła za daleko, na dodatek w rozmowie z kimś, kto zwykle ją drażnił, ale to w jakiś pokrętny sposób wydawało się sensowne. Nie miała pojęcia, czy faktycznie miało sens, ale nie mogła zaprzeczyć, że mówiło jej się łatwiej, niż gdyby to Gabriel zaczął ją wypytywać.
– Ach… – usłyszała i coś w tonie Rufusa dało jej do myślenia. – Powiedz jej, że… Ale to nie ma już znaczenia, prawda?
– Nie ma.
Jedynie skinął głową, a potem w końcu zostawił ją samą. Dopiero w tamtej chwili pozwoliła sobie, żeby oprzeć się o ścianę, zamknąć oczy i zanurzyć się w ciszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa