01.06.2017

Sto dziewięćdziesiąt siedem

Claire
Wypuściła powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując się uspokoić. Mimo wszystko było coś kojącego w brzmieniu głosu, który usłyszała w słuchawce, zwłaszcza że ten należał do osoby, którą nade wszystko chciała zobaczyć.
– Claire… Hej, Claire, jesteś tam? – ponaglił Seth i to wystarczyło, żeby zorientowała się, że od dłuższej chwili trwała w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń.
– T-tak… – zreflektowała się pośpiesznie. – Wszystko w porządku.
To brzmiało jak kłamstwo i to nie tylko dlatego, że miała wątpliwości względem własnych słów. Mimowolnie skrzywiła się, uświadamiając sobie, że jej własny głos brzmiał dziwnie, nieznacznie drżąc, chociaż próbowała nad tym zapanować. Chciała dyskretnie odchrząknąć w nadziei, że to jakkolwiek poprawi jej stan, ale szybko przekonała się, że to nie miało sensu, wątpiła zresztą, by Seth jakkolwiek zignorował oznaki tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
– Dobre mi nic… Co się stało? – zaniepokoił się, wyraźnie zmartwiony jej tonem. – Płaczesz? Mam takie wrażenie, ale…
– Nie, nie… Wydaje ci się – przerwała mu pośpiesznie. Dla pewności otarła policzki, korzystając z tego, że nie mógł jej widzieć. W istocie nie płakała, chociaż podświadomie czuła, że była tego bliska, na wszystkie możliwe sposoby próbując zapanować nad emocjami. Teraz, kiedy te stopniowo wymykały się spod kontroli, zadanie okazało się o wiele trudniejsze. – Ja… Nic takiego, jasne? Po prostu… trochę się martwię – przyznała niechętnie.
Wiedziała, że najpewniej się pogrąża, ale co innego mogła mu powiedzieć? Był w rezerwacie, co najmniej godzinę drogi od niej, o ile pokusiłby się o złamanie kilku przepisów drogowych. Och, ewentualnie pozostawała jeszcze jego wilcza postać, tym bardziej że jako zmiennokształtny potrafił dorównać prędkością wampirowi. To również o czymś świadczyło, sugerując chociażby tyle, że gdyby tylko zechciał, mógłby do niej dotrzeć, ale… nie chciała tego. Ostatnim, czego tak naprawdę potrzebowała, było to, żeby po raz kolejny odciągać go od rezerwatu i obowiązków. Zresztą i tak nie mogła czekać, aż nazbyt świadoma, że nie powinna zostawać w jednym miejscu dłużej niż to konieczne.
Niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, chcąc upewnić się, że wciąż była sama. W zasięgu wzroku nie widziała żywej duszy, świadoma co najwyżej obecności ludzi zamieszkujących pobliskie domy albo przechadzających się częściej uczęszczanymi uliczkami. To nic nie znaczyło, przynajmniej z jej perspektywy, bo żaden ze śmiertelników nie stanowił dla niej niebezpieczeństwa… Cóż, teoretycznie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co powiedział ojciec Marissy o jakiejś organizacji, która się z nim kontaktowała. Szukali jej, wyraźnie sugerując, że mogłaby mieć jakiś związek z nieobecnością dziewczyny, zresztą słusznie, ale wciąż nie była pewna, co powinna o tym sądzić. Ta kwestia zresztą i tak mogła poczekać, wyparta przez coś o wiele ważniejszego – niebezpieczeństwo, którego z założenia być nie powinno, a które mogło oznaczać dosłownie wszystko.
– Claire, co się dzieje? – Nie musiała pytać, żeby zorientować się, że Seth był coraz bardziej zaniepokojony. To, że nie potrafiła udzielić mu żadnej, choć częściowo sensownej odpowiedzi na pytania, które zadawał, jedynie pogarszało sytuację. Nie to chciała osiągnąć, po raz kolejny robiąc wszystko na opak. Zwłaszcza kiedy chodziło o niego, najwyraźniej miała do tego jakieś szczególne zdolności. – Wiem, że coś jest nie tak i… Nie ma cię w domu, prawda? – dodał po chwili, a ona westchnęła.
– Skąd wiesz?
Po drugiej stronie na dłuższą chwilę zapanowała cisza.
– Bo dopiero co u ciebie byłem – stwierdził z rozbrajającą szczerością. Uniosła brwi, zdecydowanie nie spodziewając się takiej odpowiedzi. – Nessie powiedziała mi, że wyszłaś… I że nic nie zmieniło się, jeśli chodzi o twoją mamę. O to chodzi?
– Poniekąd – przyznała w dość lakoniczny sposób. Zawahała się, próbując zapanować nad pustką w głowie i powiedzieć cokolwiek, co zabrzmiałoby choć odrobinę sensowniej. – I o Marissę. Musiałam… pójść w jedno miejsce.
– Dlaczego mam wrażenie, że wydarzyło się coś niedobrego?
Tym razem nie była w stanie odpowiedzieć, dłuższą chwilę milcząc i próbując zrozumieć, dlaczego obraz stał się dziwnie niewyraźny. Zamrugała kilkukrotnie, co przynamniej na chwilę poprawiło sytuację, jednak prawie natychmiast wszystko znów wydało się dziewczynie zamazane. Gniewnym ruchem otarła oczy rękawem, próbując zrozumieć, dlaczego zbierało jej się na płacz. W końcu nic szczególnego się nie działo, prawda? Co najwyżej istniała szansa, że bliskie dla Marissy osoby spotkało coś bardzo złego. To nic nie znaczyło, zwłaszcza w świecie nieśmiertelnych… Chyba powinna się do tego przyzwyczaić, a jednak powtarzając w myślach tych kilka, pozornie prostych stwierdzeń, czuła się okropnie. Nie miała pojęcia, czy poza Adamem i Antonem Issie miała kogoś jeszcze, zwłaszcza że kiedyś wspominała o mamie – o tym, że ta jako pierwsza zabrała ją na lodowisko – ale…
– Powiedz mi gdzie jesteś. Zaraz przy tobie będę – usłyszała i tych kilka słów wystarczyło, żeby wyrwać coraz bardziej niespokojną dziewczynę z zamyślenia.
Zamrugała kilkukrotnie, próbując doprowadzić się do porządku. W pierwszym odruchu otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie chociaż słowa. Mogła się tego po Secie spodziewać, ale i tak coś w jego deklaracji sprawiło, że momentalnie zrobiło jej się cieplej. To, jak zawsze się o nią troszczył, niezmiennie wprawiało ją w stan, którego nawet nie potrafiła opisać słowami. Wiedziała jedynie, że bez znaczenia jest, czy w grę wchodziło wyłącznie wpojenie, czy cokolwiek innego. Liczyło się przede wszystkim to, jak się przy nim czuła – i że za każdym razem dawał jej o wiele więcej, niż sobie zasłużyła, chociaż już dawno przestała przed tym oponować.
W pierwszym odruchu mimo wszystko chciała mu powiedzieć, że ma sobie darować, ale nie zrobiła tego. Pewnie i tak by nie posłuchał, zresztą nie mogła zaprzeczyć, że go potrzebowała. Chciała, żeby tutaj był – ktokolwiek, byleby tylko mogła poczuć się lepiej. Potrzebowała wsparcia w jakiejkolwiek formie, pragnąc wpaść w ramiona pierwszej osobie, która tylko zechciałaby ją pocieszyć, nawet jeśli ten sposób jawił się jak swego rodzaju ucieczka. Wiedziała jedynie, że nie chciała być sama, a tym bardziej siedzieć w tym ciemnym zaułku i czekać na coś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Cały czas niemalże na każdym kroku słyszała, że nie wolno się rozdzielać, przynajmniej na razie, póki nie mieli pojęcia, czego spodziewać się po potencjalnych wrogach. Bezpieczniej było trzymać się razem, a skoro tak…
– Chyba… Wiesz, chyba się boję – przyznała zgodnie z prawdą. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat te słowa w pierwszej kolejności przyszły jej do głowy, ale nie mogła powstrzymać się przed wyrzuceniem ich z siebie.
– Okej, w porządku… Pośpieszę się, jeśli w końcu podasz mi adres – rzucił spiętym tonem chłopak. – Najlepiej prześlij mi go, okej? I tak musze się rozłączyć, żeby… No, sama wiesz – rzucił wymijająco, jednak jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnia były absolutnie zbędne.
Och, tak – rozumiała i to może nawet lepiej, niż kiedykolwiek mogłaby przypuszczać. Wiedziała, że pod postacią wilka przemieszczał się w o wiele pewniejszy, szybszy sposób. Jakiś czas temu sama myśl o jego zwierzęcej formie przyprawiała ją o dreszcze, ale teraz to zniknęło, a Claire przekonała się, że nie miała nic przeciwko bliskości piaskowego wilka. Wręcz tęskniła za nim, mimochodem zauważając, że czekanie w towarzystwie czuwającego na nią zwierzęcia, nie byłoby takie złe. Podejrzewała, że Rufus nie miał być zachwycony tym, że zamiast bezpiecznie wrócić do domu, mogłaby kręcić się w pobliżu domu Marissy, chcąc jak najszybciej upewnić się, czy wszystko w porządku, ale nie zamierzała się tym przejmować. Wampir mógł myśleć sobie, co tylko chciał, ale prawda była taka, że nie potrafiła zignorować faktu, że został miejscu co najmniej niebezpieczny. Wiedział co robi czy też nie, martwiła się, zwłaszcza teraz, kiedy nie miała pojęcia, co takiego działo się z jej własną matką.
Ewentualnie była po prostu głupia. Takie rozwiązanie też wydawało się dość prawdopodobne, ale i tym nie zamierzała się przejmować. W tamtej chwili przede wszystkim potrzebowała Setha i choć szczątkowej pewności, że nic złego nie stało się tym, którzy pozostawali dla niej ważni. Tym, jak rozmawiać z Marissą, równi dobrze mogła przejmować się później.
– Trafisz gdzie trzeba? – zapytała, nawet nie próbując ukryć obaw. – Seattle jest ogromne, a ja…
– Claire, wychowałem się tutaj – przypomniał usłużnie chłopak. – Nie w Seattle, ale wystarczająco blisko, żeby poznać to miasto… Zresztą ciebie znajdę dosłownie wszędzie.
Słodka bogini, rozbrajał ją za każdym razem, kiedy zachowywał si w ten sposób. Co więcej, jego słowa sprawiały, że czuła się naprawdę bezpieczna. Co prawda to nie było to samo, co możliwość wpadnięcia chłopakowi w ramiona i upewnienia się, że faktycznie nie miała się czego obawiać, ale na dobry początek musiało wystarczyć. To tylko kwestia czasu, pomyślała stanowczo, ale z jakiegoś powodu nie potrafiła przekonać nawet samej siebie, że cokolwiek mogłoby mieć szansę wróci do normy. Wręcz przeciwnie – wszystko w niej aż krzyczało, że powinna się martwić i że wkrótce wydarzy się coś niedobrego, a jednak…
– Okej – rzuciła z opóźnieniem, po czym w pośpiechu rozłączyła się, nie chcąc pozwolić sobie na wątpliwości.
Zdołała wystukać krótką wiadomość, samą siebie zaskakując tym, że wciąż była w stanie utrzymać telefon w dłoniach. Była spięta, nawet bardzo, mając problem z tym, żeby zapanować nad emocjami. Wciąż czuła wilgoć pod powiekami, ale przynajmniej nie płakała, dochodząc do wniosku, że to nie najlepszy moment na okazywanie słabości. Teraz musiała zachować czujność, zwłaszcza że wciąż nie mogła jednoznacznie stwierdzić, że była bezpieczna. Czuła, że wciąż znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko domu Marissy, chociaż nie na tyle, by fizycznie doświadczała obecności tamtej istoty. Mimo wszystko wolała być ostrożna, niespokojnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo, niemalże będąc w stanie sobie wyobrazić, że coś czai się w ciemnościach, z uporem ją obserwując. Nie chciała o tym myśleć, ale wątpliwości były o wiele silniejsze od niej, stopniowo doprowadzając dziewczynę do szaleństwa. Gdyby przynajmniej mogła udawać, że nie działo się nic wartego uwagi…
Po prostu weź się w garść, nakazała sobie stanowczo. Nawet mówienie do siebie wydawało się lepsze od całkowitego trwania w marazmie. Nic się nie dzieje, tak? Przynajmniej na razie…
To nie brzmiało szczególnie pocieszająco, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Ostatecznie zaczęła niespokojnie krążyć, zwłaszcza kiedy chłód zaczął dawać jej się we znaki na tyle, by doświadczenie zaczęło jawić się jako coś naprawdę nieprzyjemnego. Machinalnie napięła mięśnie, wciąż zaniepokojona i gotowa do ucieczki. Pełna napięcia cisza doprowadzała ją do szału, nienaturalnie wręcz głośna, przez co znoszenie jej okazało się nie lada wyzwaniem. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż do tego stopnia źle, świadoma przede wszystkim mieszającego się z poczuciem winy strachu oraz narastającego przygnębienia. Miała wrażenie, że kolejne sekundy wleką się w nieskończoność, coraz bardziej i bardziej, zupełnie jakby czas nagle stanął w miejscu, chociaż to przecież było niemożliwe.
Palce zacisnęła wokół zawieszki przy bransoletce od Lucasa. Przy okazji przesunęła palcami po plecionce, którą podarował jej Seth, a która dla takich jak on miała ogromne znaczenie. To do pewnego stopnia sprawiło, że poczuła się lepiej, chociaż nie na tyle, by zdołać się rozluźnić. W duchu próbowała pocieszać się myślą, że chłopak już był w drodze, prędzej czy później mając się pojawić. Wtedy najpewniej wszystko wróciłoby do normy, przynajmniej teoretycznie, a przecież właśnie tego potrzebowała, prawda? To, że czuła się zaniepokojona, było naturalne, poza tym miała prawo się bać. Oczywiście, że w obecnej sytuacji mogła czuć się niemalże przytłoczona nadmiarem emocji i informacji, nade wszystko żałując, że poruszając się pod postacią wilka, Seth nie był w stanie jednoznacznie rozmawiać przez telefon. Może gdyby mogła mu się zwierzyć, wtedy czekanie stałoby się choć odrobinę mniej uciążliwe, chociaż zastanawiając się nad tym, szczerze wątpiła, by cokolwiek poza powrotem Rufusa mogło przynieść jej ukojenie.
Tak czy inaczej, wtedy przynajmniej mogłaby się zwierzyć albo chociaż mieć poczucie, że wcale nie była sama. Pomyślała, że może jednak telefon do Lucasa nie był takim złym pomysłem, wydając się dobrą alternatywą przynajmniej do czasu pojawienia się Setha. Co prawda podejrzewała, że przyjaciel pofatygowałby się do, ledwo tylko zorientowałby się, że była sama w obcym miejscu, ale z drugiej strony… Czy to faktycznie byłoby takie złe? Wtedy przynajmniej nie byłaby sama, zresztą Lucasowi mogła opowiedzieć o tym, co dręczyło ją najbardziej – kolejnym haiku, które dręczyło ją jeszcze w domu Marissy, zanim sprawy dodatkowo się skomplikowały. Nade wszystko pragnęła to z siebie wyrzucić, choć to nie z Pavarottim tak naprawdę chciała porozmawiać na temat tego wiersza. Instynktownie czuła, że poszczególne linijki miały prawo zrozumieć tylko dwie osoby – Allegra i Isabeau – jednak nie chciała zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę to oznaczało. To mogło poczekać, Claire zaś czuła się zbyt wymęczona, by dokładać sobie problemów.
Najgorszy w tym wszystkim pozostawał wciąż odczuwany przez dziewczynę strach. Dawno nie doświadczyła czegoś tak intensywnego, choć zarazem wrażenie nie było aż tak gwałtowne i paraliżujące, jak jej dotychczasowe reakcje na wilki. Tym razem w grę wchodziło coś innego – uczucie na swój sposób subtelne i mające swoje źródło gdzieś w jej wnętrzu. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że to swoiste ostrzeżenie. Rodzaj przeczucia, które nakazywało jej mieć się na baczności, co w pierwszym odruchu nawet chciała zrzucić na instynkt, jednak czuła, że chodzi o coś więcej. To było… coś innego, a przy tym o wiele bardziej złożonego, nawet jeśli nie potrafiła tego nazwać. Ten lęk towarzyszył jej jeszcze w domu Marissy, w zasadzie na długo przed tym, jak zdecydowała się przekroczyć próg. Początkowo sądziła, że wszystko sprowadzało się do wrażenia, że w każdej chwili może spodziewać się nadejścia kolejnego wiersza, ale teraz, znając treść haiku, wiedziała, że obawy wiązały się z czymś jeszcze bardziej odmiennym. Co prawda nadal nie potrafiła tego zidentyfikować, ale…
Pamiętaj.
Mimowolnie zadrżała, przypominając sobie to jedno, jedyne słowo. W jakiś pokrętny sposób ją prześladowało, zwłaszcza teraz, kiedy w grę mógłby wchodzić kolejny wiersz. Gdyby nie to, że towarzyszył jej tata, pewnie długo nie zdecydowałaby pójść akurat do łazienki. Nawet kiedy patrzyła na swoje odbicie, czekając aż znajome mrowienie w dłoni ustąpi, a przynajmniej stanie się choć trochę bardziej znośne, podświadomie obawiała się, że znów napisze te same słowa – wiersz, który znała praktycznie na pamięć i który ostatnim razem tak skutecznie wytrącił ją z równowagi. Chyba nawet spodziewała się doświadczyć po raz kolejny porównywalnej paniki albo – chociaż to wydawało się nieprawdopodobne – znów dostrzec krwawe ślady na tafli lustra. To nie było normalne, ale nic nie mogła poradzić na to, że wciąż pamiętała, czego doświadczyła w łazience Clearwaterów. Czegoś takiego po prostu nie dało się wyrzucić z pamięci, niezależnie od tego, jak bardzo by się stała.
Chciała wierzyć, że wszystko pozostawało wyłącznie wytworem jej wyobraźni albo snem na jawie, ale to również nie wchodziło w grę. W ostatnim czasie nie rozumiała bardzo wielu rzeczy, gotowa wręcz przysiąc, że powoli traciła zmysły. Doświadczenie samo w sobie okazało się nawet gorsze od tego, które pamiętała sprzed lat, kiedy wciąż miała wątpliwości względem własnych umiejętności. Zarówno wtedy, jak i teraz, nade wszystko potrzebowała wsparcia, żałując, że działo się zbyt wiele, by mogła tak po prostu pójść do kogoś bliskiego i porozmawiać. Kilka razy wahała się, czy próba poproszenia Rufusa o pomoc byłaby dobrym pomysłem, ale do tej pory nie miała po temu okazji, za każdym razem się wycofując. To, że wampir praktycznie nie bywał w domu, utrudniało jakąkolwiek rozmowę, zresztą nie sądziła, żeby miał cierpliwość do słuchania jakichkolwiek zwierzeń. Fakt, że bywał sceptycznie nastawiony do wielu nie do końca wytłumaczalnych kwestii, również wzbudzało w niej wątpliwości, przez co znów czuła się dokładnie tak jak wtedy, gdy przymierzała się do powiedzenia mu o wierszach. Obawiała się, że po prostu odprawi ją z niczym, tak jak lata temu, niezależnie od tego, czy byłaby w stanie taką reakcję zrozumieć.
O bogini, zdecydowanie miała powody, żeby się stresować. Gdyby nie to, że Layla była bezpieczna, kiedy niepokojące haiku pojawiło się po raz pierwszy, Claire może nawet zdołałaby przekonać samą siebie, że wszystko tak naprawdę sprowadzało się do stresu. Wszystko wydawało się lepsze niż faktyczne wytłumaczenie, którego co prawda nie znała, ale podejrzewała, że zdecydowanie nie przypadłoby jej do gustu.
Chłód i narastające zmęczenie dawały jej się we znaki, przez co ostatecznie zdecydowała się zatrzymać. Wiedziała, że to nie najlepszy pomysł, ale i tak nie powstrzymała się przed oparciem plecami o ścianę jednego z budynków. Zaraz po tym ciężko osunęła się do pozycji siedzącej, obojętna na bijące od bruku zimno – w końcu jako istota w połowie śmiertelna i tak nie była w stanie rozchorować się w tak błahy sposób. Palce wplotła we włosy, przeczesując je nerwowo, a ostatecznie decydując się ukryć twarz w dłoniach. Na dłuższą chwilę zamarła w bezruchu, skupiona przede wszystkim na miarowym oddychaniu. Chociaż nie sądziła, że w ten sposób zdoła się chociaż częściowo uspokoić, ostatecznie metoda okazała się skuteczna, pozwalając dziewczynie zapanować nad emocjami. To wciąż pozostawało zdecydowanie zbyt skomplikowane, a jakby tego było mało…
Cichy szelest wyrwał ją z zamyślenia. W pierwszym odruchu zignorowała go, uznając za coś nieistotnego, a przynajmniej nie związanego z nią. Dopiero kiedy dźwięk się powtórzył i rozpoznała w nim ciche, wyraźnie zmierzające w jej stronę kroki, pośpiesznie poderwała głowę, nieco nieprzytomnie rozglądając się dookoła. Serce nieprzyjemnie tłukło jej się w piersi, zdecydowanie zbyt głośno, przynajmniej z perspektywy kogoś obdarowanego wyostrzonymi zmysłami. Podejrzliwie zmrużyła oczy, po czym machinalnie jeszcze mocniej napięła mięśnie, choć nie sądziła, że w jej przypadku w ogóle będzie to jeszcze możliwe. I tak czuła się co najmniej źle, obolała i zmęczona, to jednak nie wpłynęło na nią na tyle źle, by nie zorientowała się, że ktokolwiek ją obserwował. To wystarczyło, żeby jeszcze bardziej wytrącić Claire z równowagi, sprawiając, że dziewczyna w pośpiechu poderwała się na równe nogi, dla pewności przybierając pozycję obronną, gdyby nagle okazało się, że będzie musiała walczyć.
Przez kilka sekund panowała niemalże nieprzenikniona, zmącona przede wszystkim jej przyśpieszonym pulsem i urywanym oddechem, cisza. Dopiero po dłuższej chwili intruz znów się poruszył, a Claire zdołała dostrzec w ciemnościach nieśpiesznie zmierzającą ku niej sylwetkę. W pierwszym odruchu pomyślała nawet, że to Seth, ale prawie natychmiast dotarło do niej, że to mało prawdopodobne. Przybysz – czy może raczej przybyszka, bo na to wskazywała sylwetka – poruszał się zdecydowanie zbyt lekko, co samo w sobie wydawało się Claire podejrzane. Wkrótce po tym zorientowała się, że prawie na pewno ma przed sobą kobietę, na dodatek o wyróżniających się nawet w ciemnościach rubinowych tęczówkach. Świetnie, więc na domiar złego miała przed sobą kogoś, kto mógł potraktować ją jak potencjalny obiad albo… No cóż, gorzej.
Cofnęła się w popłochu, mocno przywierając plecami do ściany i żałując, że nie miała żadnej drogi ucieczki. Od samego początku ryzykowała, świadoma, że przebywanie w tak opustoszałym miejscu, jest niczym prośba o nieszczęście, ale dopiero na widok zmierzającej ku niej wampirzycy, w pełni dotarło do niej, jak głupio postąpiła. To, że pozwoliła się rozproszyć i zajść w tak prosty sposób, również o czymś świadczyło, a jakby tego było mało…
Kobieta zatrzymała się nagle, zamierając i już tylko przypatrując się coraz bardziej podenerwowanej Claire.
W zaułku na powrót zapadła długa, przeciągająca się cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa