31.05.2017

Sto dziewięćdziesiąt sześć

Rufus
Pozbycie się Claire przyszło mu prościej niż początkowo zakładał, co przyjął z ulgą. Nie był zachwycony puszczenia córki gdziekolwiek w pojedynkę, ale wszystko wydawało się lepsze, jeśli tylko mogła znaleźć się z daleka od tego miejsca. Już i tak była przerażona, co zresztą wcale go nie dziwiło, zwłaszcza że dziewczyna zawsze była delikatna. Podejrzewał zresztą, że sytuację miał dodatkowo pogorszyć fakt, że najpewniej zamartwiała się rodziną przyjaciółki. Nie sądził, żeby mógł powiedzieć jej cokolwiek choć po części kojącego, a to zdecydowanie nie prezentowało się dobrze. W gruncie rzeczy podejrzewał, że obecni w domu ludzie nie mieli szans na szczęśliwe zakończenie, ale jak sam o to nie dbał, tak podejrzewał, że Claire nie miała być zadowolona.
Odsunął się od okna, ledwo tylko dziewczyna zniknęła z zasięgu jego wzroku. Mimo wszystko zdołał się rozluźnić, bo przejmowanie się wyłącznie swoim bezpieczeństwem, było o wiele prostsze, niż gdyby musiał dodatkowo troszczyć się o córkę. Instynkt w takich chwilach zwykle okazywał się silniejszy, niejako stając w sprzeczności do tego, co czego Rufus był przyzwyczajony. W normalnej sytuacji zrobiłby wszystko, byleby zadbać o siebie, ale kiedy w pobliżu znajdowały się Claire albo Layla, wtedy wszystko wydawało się inne. To zresztą potwierdzało jego teorię na temat niepraktyczności uczuć, ale już dawno przestał się tym przejmować. Cóż, w gruncie rzeczy zabrnął za daleko, żeby teraz chociaż myśleć o wycofaniu się. Nawet tego nie chciał, ale samemu sobie nie potrafił wytłumaczyć dlaczego. To po prostu wydawało się naturalne, zaprzeczając wszystkiemu, w co wierzył praktycznie przez całe stulecia.
Nie śpieszył się z wyjściem na korytarz. W milczeniu powiódł wzrokiem dookoła, próbując upewnić się, czy cokolwiek zmieniło się w jego układzie. Z łatwością przyszło mu skoncentrowali się przede wszystkim na podsuwanych przez wyostrzone zmysły bodźcach, a także instynkcie, który w dość jasny sposób sugerował Rufusowi, że w pobliżu jak najbardziej znajdował się ktoś, kogo być nie powinno. Nigdy nie przepadał za tropieniem, zresztą zawsze miał wrażenie, że szło mu to co najmniej marnie, ale kiedy trzeba było, prędzej czy później zawsze był w stanie znaleźć to, czego potrzebował. O wiele przyjemniej sprawy miały się z łączeniem faktów, bo to przychodziło wampirowi ot tak, co zresztą skrupulatnie wykorzystywał. Tak było i tym razem, bo chociaż nie miał potwierdzenia co do tego, kto znajdował się w tym domu, wszystko wskazywało na to, że działo się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego.
Cholera, to po prostu nie wyglądało dobrze. Zdążył zasugerować już Claire, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Nie potrzeba było ani geniusza, ani głębszego zastanowienia, aby zorientować się, że atak akurat na ten konkretny dom, zdecydowanie nie wiązał się z przypadkiem. To, że po tylu latach – w zasadzie całych wiekach, chociaż nie miał pewności, co przez cały ten czas działo się poza miejscami, w których przebywał – znów miał do czynienia z czymś, co z założenia nie powinno istnieć. Ktoś eksperymentował z wampirami albo demonami, mieszając ich krew z ludzką? To brzmiało niedorzecznie, ale wszystko wskazywało na to, że właśnie do tego doszło. Dobrze wiedział, jakie to niosło ze sobą konsekwencje, a tym bardziej jaki był wskaźnik przeżywalności. Widział dość, żeby już wieki temu dojść do wniosku, że to zdecydowanie zbyt daleko idące praktyki, w większości przypadków niebezpieczne – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Hybrydy były niebezpieczne, nie tyle z powodu tego, że mogłyby być jakkolwiek silniejsze od swoich – z braku lepszego słowa – stwórców, ale przez brak jakiejkolwiek kontroli nad tymi istotami. To było jak dać niebezpieczną broń dziecku, więc zdecydowanie nie mogło skończyć się dobrze.
Inną kwestią pozostawało to, co mówili ci mężczyźni, o ile oczywiście mógł im zaufać. Cóż, wiedział, że przynajmniej jeden z nich absolutnie nie tolerował ani jego, ani Claire, podczas gdy ten cały Anton wydawał się na swój sposób dziewczyną zachwycony. Tak czy inaczej, obaj skupiali się przede wszystkim na zniknięciu tej małej Issie, co na dłuższą metę wcale go nie dziwiło, skoro sam zachowywał się niewiele racjonalniej, kiedy chodziło o Clairie. Jakkolwiek by jednak nie było, miał wrażenie, że wzmianki, które zdradzili, były jak najbardziej prawdziwe. Zdążył poznać ludzką psychikę na tyle dobrze, by to zakładać, zwłaszcza że w nerwach w grę zwykle wchodziła szczerość. Sam miał okazję się o tym przekonać, biorąc pod uwagę fakt, że powiedział córce o wiele więcej, niż mógł sobie tego życzyć. Cholera, wciąż był o to na siebie zły, chociaż z drugiej strony miał wrażenie, że to było… na swój sposób właściwe. Możliwe, że Claire i Layla powinny wiedzieć, nawet jeśli zwierzanie się pozostawało ostatnią rzeczą, na którą tak naprawdę miał ochotę.
Cisza, która panowała w całym domu, miała w sobie coś wręcz nienaturalnego. Przynajmniej tym razem po dotarciu do schodów przekonał się, że jest w stanie swobodnie zejść na dół, zamiast bezmyślnie wpatrywać się w litą ścianę. Niekoniecznie miał ochotę na szukanie innego wyjścia albo fatygowanie się oknem tylko i wyłącznie po to, żeby po chwili wrócić do środka. W gruncie rzeczy sam nie był pewien, dlaczego w ogóle ryzykował i tracił czas, zwłaszcza że dbanie o ludzi nigdy nie znajdowało się w obrębie jego zainteresowań, ale to nie miało znaczenia. Po pierwsze, do pewnego stopnia chodziło o Claire, a po drugie… Cóż, jednak miał rację, twierdząc, że może mieć szansę znaleźć cokolwiek w domu przyjaciółki dziewczyny. Skoro tak, tym bardziej nie zamierzał zmarnować okazji, za wszelką cenę pragnąc dowiedzieć się, z czym tak naprawdę mieli do czynienia. Już i tak był w podłym nastroju, a skoro Claire znajdowała się poza zasięgiem tej istoty, mógł pozwolić sobie na naprawdę wiele, by poznać kilka dodatkowych informacji. Co prawda wątpił, żeby ktoś w tym domu trzymał srebrną broń, ale trudno. Nie raz musiał radzić sobie bez praktycznych narzędzi, musząc radzić sobie z pomocą tego, co miał pod ręką.
Uśmiechnął się w cierpki, pozbawiony wesołości sposób. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnim razem czuł się aż do tego stopnia zdeterminowany. No, może ten jeden raz, kiedy był gotowy postraszyć Asherę, by w końcu powiedziała mu wszystko, co wiedziała na temat Claire i grożącego dziewczynie niebezpieczeństwa, ale to było coś innego. Przynajmniej zakładał, że nie pokusiłby się o zabicie wampirzycy, niezależnie od tego, jak bardzo działała mu na nerwy. Tym razem sprawy mogły okazać się o wiele bardziej skomplikowane, ale nie dbał o to. Zwłaszcza teraz, kiedy przejmował się Laylą, był w stanie posunąć się naprawdę… daleko.
Parter sprawiał wrażenie równie opustoszałego, co i piętro, Rufus jednak nie dał tak po prostu się zwieść. Cisza, która wydawała się wręcz materialna, dosłownie napierając ze wszystkich stron jednocześnie, zdecydowanie nie była czymś, co mógłby uznać za normalne. Wyraźnie czuł narastające z każdą kolejną sekundą napięte, to zresztą bardziej go drażniło, aniżeli sprawiało, że czuł się niepewnie. Wiedział, czego powinien spodziewać się po tej istocie, chociaż zarazem nie był w stanie stwierdzić czy to, co robiła, miało jakikolwiek związek z celowym działaniem z jej strony, czy może raczej pozostawało całkowitym przypadkiem. Stawiał na to drugie, tym bardziej że to od zawsze pozostawało swoistym problemem tych, którym udawało się przeżyć – całkowity brak kontroli nad zdolnościami, które pozyskali, a które w znacznym stopniu ich przerastały. To po prostu nie było naturalne, a przynajmniej tak sądził, zwłaszcza teraz mając konkretne porównanie na podstawie tego, przez co sam przechodził po przemianie i później. Kiedy wróciła Isobel, a wampiry takie jak on zaczęły odkrywać, że są w stanie manipulować umysłami innych, wykorzystanie tych umiejętności przyszło Rufusowi ot tak, jakby od samego początku było mu pisane. Jasne, na samym początku łatwiej się dekoncentrował, a jego wpływ był o wiele słabszy, ale z czasem nabrał wprawy wystarczającej, by swobodnie sobie poradzić, jednak kiedy w grę wchodziły te istoty…
Hm, zdecydowanie były jak dzieci. Co więcej, wszystko wskazywało na to, że jakiś idiota puścił jedno z nich swobodnie, być może powierzając mu jakieś konkretne zadanie. Sądząc po tym, czego Rufus zdążył dowiedzieć się od bliskich Marissy, ktoś interesował się zniknięciem dziewczyny, najpewniej analizują je… pod bardziej nadnaturalnym kątem. Jak widać, trzymanie się na uboczu wychodzi nam znakomicie, zadrwił, nie mogąc się powstrzymać. To samo w sobie wydawało się nienormalne, chociaż świadomi ludzie nie szokowali go aż w takim stopniu, jak mogłoby być, gdyby żył na świecie krócej albo mieszkał poza Miastem Nocy. Bardziej niepokojący pozostawał fakt, że ktokolwiek mógłby się nimi interesować – bliżej nieokreślona organizacja, której nazwę jak najbardziej chciał poznać, żeby mieć szansę dowiedzieć się więcej. Sama świadomość, że ktoś nie tylko wiedział o nieśmiertelnych, ale mógł na nich polować, a przynajmniej próbować ich znaleźć, wydawała się co najmniej niepokojąca, zwłaszcza patrząc na to przez pryzmat zniknięcia Layli. Możliwe, że przez cały ten czas prowadzili poszukiwania w absolutnie niewłaściwy sposób, co samo w sobie pozostawało co najmniej niebezpieczne.
Och, tak, od samego początku wiedział, że przyjazd do Seattle to absolutnie spaczony pomysł. Co prawda nie sądził, że będzie aż tak źle, ale jednak.
Machinalnie już skierował się w stronę kuchni, być może dlatego, że to było jedno z pierwszych miejsc, które mieli okazję zobaczyć z Claire. Pomieszczenie było opustoszałe, poza tym przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądało dokładnie tak jak przed tym, jak postanowili je opuścić. Zacisnął usta, do pewnego stopnia rozczarowany, bo zabawa w podchody powoli zaczynała go nudzić. Wiedział, że coś tu jest, a jednak intruz przynajmniej tymczasowo trzymał się na dystans. Co prawda to wydawało się lepsze, niż gdyby przy pierwszej okazji coś spróbowało rzucić mu się do gardła, ale na dłuższą metę wolał załatwić sprawę w szybszy, bardziej konkretny sposób.
Wciąż podenerwowany i przesadnie wręcz czujny, bez pośpiechu podszedł do jednego ze stojących przy stole krzeseł, po czym zdecydowanym szarpnięciem odłamał jedną z nóg. Nie sądził, żeby ktokolwiek miał do niego o to pretensje, a nawet jeśli… Och, zupełnie jakby go to interesowało! Teraz przynajmniej miał coś, co od biedy można było uznać za drewniany kołek, a to w obecnej sytuacji mogło okazać się co najmniej praktyczne. Co prawda nie mógł tego nazwać śmiercionośną bronią, ale przecież nie chciał nikogo zabić – przynajmniej na razie. Na początek w równym stopniu usatysfakcjonowałaby go rozmowa, chociaż wątpił, żeby to okazało się takie proste. Biorąc pod uwagę fakt, że potencjalny partner do dyskusji się przed nim chował, najpewniej w grę jednak miały wchodzić bardziej… zdecydowane środki, mające na celu przekonać nieśmiertelnego do rozmowy.
– Och, bez przesady… Naprawdę będziemy się tak bawić? – rzucił jakby od niechcenia, nie kryjąc frustracji. Jakoś nie miał wątpliwości co do tego, że intruz go słyszy.
Podejrzewał, że gdyby akurat teraz towarzyszyła mu Layla, rozwiązałaby sprawę w zupełnie inny, bardziej łagodny sposób – i to zwłaszcza gdyby poinformował ją z kim mieli do czynienia. Mógł się założyć, że kolejny raz przejęłaby się o wiele bardziej niż powinna, najpewniej zachowując się tak, jakby faktycznie mieli do czynienia z niczego nieświadomym dzieckiem. Być może tak byłoby lepiej, ale sam nie wyobrażał sobie, żeby mógł cierpliwie nawoływać i znosić to, że ktoś mógłby spróbować go zaatakować. Lay od lat niańczyła swoje „dzieciaki”, co na dłuższą metę było całkiem urocze, nawet jeśli Rufusowi wydawało się absolutnie zbędne. Co więcej hybryda, na którą polował teraz, nie była taka, jak zatracający człowieczeństwo wampir. Gdyby miał nazwać tę istotę w bardziej trafny, choć być może na swój sposób okrutny sposób, powiedziałby raczej, że mieli do czynienia z defektem – jednym z wielu skutków ubocznych, do którego powstania niejako sam się przyczynił i który teraz należało jak najszybciej zlikwidować.
Jakby niechcenia zaczął obracać w palcach prowizoryczny kołek, mając wrażenie, że wkrótce przyjdzie mu go wykorzystać. Chociaż na pierwszy rzut oka musiał sprawiać wrażenie przesadnie wręcz pewnego siebie i świadomego tego, co i dlaczego chciał zrobić, w rzeczywistości wciąż zachowywał czujność. Co jak co, ale pozwolenie sobie na choćby chwilowe rozproszenie akurat teraz, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. To, że przeciwnik się przed nim chował, jeszcze o niczym nie świadczyło, poza tym…
Bardziej wyczuł niż usłyszał ruch za plecami. Ledwo powstrzymał się przed wywróceniem oczami, mimochodem zauważając że to było do przewidzenia – to, że przeciwnik może próbować zajść go od tyłu. W końcu bezpośredni atak byłby zbyt prostym rozwiązaniem, nie wspominając o tym, że wymagałby odwagi, a tej raczej trudno doszukiwać się u kogoś, kto tak naprawdę nie miał pojęcia o tym, co robi.
No to świetnie, pomyślał mimochodem wampir, specjalnie czekając niemalże do ostatniej chwili, zanim ostatecznie zdecydował się zareagować.
Zaraz po tym odwrócił się, a potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Claire
Popędziła przed siebie, coraz bardziej podenerwowana. Raz po raz odwracała się za siebie, chcąc upewnić się, że była sama. Co prawda nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek próbował za nią podążać, a przynajmniej Claire nie wyczuwała niczego, co świadczyłoby o obecności ewentualnego intruza, ale to wcale nie musiało świadczyć o bezpieczeństwie. Może i nie miała doświadczenia w walce, ale nie była głupia, Gabriel zresztą powiedział jej dość, by wiedziała, w jaki sposób powinna się zachowywać, skoro podejrzewała, że gdzieś znajdował się ewentualny przeciwnik. To, czego dowiedziała się od ojca na temat tożsamości istoty, która została w domu Marissy, również wystarczyło, żeby dziewczyna nabrała pewności, że bezpieczniej będzie w dość sceptyczny sposób podchodzić do tego, co podsuwały jej zmysły.
Wciąż miała mętlik w głowie na samo wspomnienie tego, jak przebiegła jej rozmowa z Rufusem. Od samego początku zdawała sobie sprawę z tego, że bywał nieobliczalny, a już na pewno nie zawsze zachowywał się właściwie, jeśli wziąć pod uwagę przeszłość, ale czym innym było mieć świadomość ważności pewnych kwestii, a czymś zgoła odmiennym poznać szczegóły. Mogła przewidzieć, że ktoś, kto przeżył tyle lat, a przy tym doświadczył wystarczająco dużo, by to wpłynęło na jego charakter, może mieć wiele na sumieniu, ale mimo wszystko…
Z tym, że kiedy pierwszy szok minął, uświadomiła sobie, że tak naprawdę wcale nie jest zaskoczona – a przynajmniej nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Słodka bogini, to był Rufus. Znała go i to może aż za dobrze, chociaż podejrzewała, że wciąż istniało wiele rzeczy, o których nie powiedział ani jej, ani mamie. Wiedziała za to, że bywał trudny, miał swoje grosze moment, a jego podejście do niektórych spraw przyprawiało ją o dreszcze. Gdyby chciała się tym przejmować, pewnie do tej pory nie wybaczyłaby mu tego, że okłamywał ją przez większość życia, pozwalając wierzyć, że tak naprawdę została sama, chociaż w rzeczywistości przez cały czas miała obok ojca. Jeśli miała być ze sobą szczera, wielu kwestii wciąż nie pojmowała, chociaż teraz o wiele łatwiej przychodziło jej zaakceptowanie ich. Przynajmniej w większości przypadków potrafiła zrozumieć, że nadążenie za Rufusem bywało problematyczne, bo kierował się swoją własną logiką i czymś, co dla niej przez te wszystkie lata pozostawało zagadką.
Wciąż o tym myślała, zanim ostatecznie skoncentrowała się na innej, bardziej istotnej kwestii. Wiedziała, że powinna biec, ale już wychodząc z domu nie zastanawiała się nad tym, co tak naprawdę zamierzała zrobić później. To, co powiedział jej ojciec, również niekoniecznie pozwalało jej podjąć jakąkolwiek konkretną decyzję. Na pewno miała trzymać się z daleka, niezależnie od tego, czy była takim stanem rzeczy usatysfakcjonowana, czy może wręcz przeciwnie. Pomyślała, że powinna wracać do domu, a jednak nie potrafiła się na to zdobyć, nawet nie biorąc pod uwagę, że miałaby tak po prostu zostawić to wszystko. Nie po tym, czego dowiedziała się na temat przebywającej w domu Issie istoty, która – co jasno zasugerował Rufus, chociaż z uporem odrzucała od siebie taką możliwość – mogła mieć na sumieniu bliskich Marissy. Na samą myśl o tym robiło jej się niedobrze, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, że będzie musiała poinformować przyjaciółkę. To nawet nie brzmiało dobrze, Claire z kolei nie była w stanie choćby zaplanować ewentualnego przebiegu rozmowy.
Zwolniła, nie tyle za sprawą zmęczenia, co narastającego z każdą kolejną sekundą podenerwowania. Uświadomiła sobie, że w którymś momencie musiała skręcić, wbiegając w jedną ze słabo oświetlonych, opustoszałych uliczek. Podejrzewała, że to zły pomysł, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, po dłuższej chwili wahania dochodząc do wniosku, że to nie ma znaczenia. Gdyby coś faktycznie za nią podążało, już dawno by się ujawniło, tym bardziej że nie czuła się jak ktoś, kogo można uznać za szczególnie niebezpiecznego przeciwnika. Cokolwiek jej zagrażało, najwyraźniej zostało w domu, a skoro tak… Cóż, chyba wolała, żeby faktycznie musiała bardziej martwić się o to coś niż Rufusa, zwłaszcza że ten wydawał się absolutnie pewien tego, co zamierzał zrobić. Zdążyła już przekonać się, że potrafił walczyć, nie wspominając o tym, że bywał niebezpieczny. Po tym, jak na jej oczach zamordował Lilię, byłaby naprawdę głupia, gdyby wciąż miała jakiekolwiek wątpliwości.
Wypuściła powietrze ze świstem, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że się trzęsie. W pierwszym odruchu uznała, że to napierający ze wszystkich stron chłód, podświadomie jednak wiedziała, że chodzi o coś zupełnie innego. Wcześniej nie dopuszczała do siebie emocji, chociaż naturalnie pozostawała świadoma wszystkiego, co się wydarzyło się w ostatnim czasie. Mimo wszystko w jakiś pokrętny sposób z łatwością przychodziło jej ignorowanie uczuć, których w gruncie rzeczy nie chciała przyjąć, podejrzewając, że mogą okazać się co najmniej trudne. Sęk w tym, że na dłuższą metę ta metoda nie przynosiła żadnego skutku, Claire zaś poczuła się co najmniej osaczona i coraz bardziej skołowana. Gdyby przynajmniej mogła uczepić się nadziei, że sprawy wcale nie miały się aż tak źle, a Rufus miał szansę cokolwiek zdziałać…
Zacisnęła usta, ledwo będąc w stanie powstrzymać jęk frustracji. Musiała zamrugać kilkukrotnie, żeby na domiar złego nie popłakać się przez nadmiar emocji. Ostatnie sięgnęła po telefon, chcąc zająć czymś ręce, ale i to nie przyniosło oczekiwanego skutku. W zamian dziewczyna na dłuższą chwilę zamarła, bezmyślnie wpatrując się w rozświetlony ekran i samej sobie nie potrafiąc odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę chciała zrobić. Do kogo zadzwonić? Na myśl niemalże natychmiast przyszedł jej Seth, ale to wydawało się bez sensu. Nie chciała wyciągać go z La Push, zwłaszcza o tej porze, nawet jeśli nade wszystko go potrzebowała. Była sama i to jej ciążyło, wzbudzając w pół-wampirzycy coraz więcej wątpliwości. Kiedy do tego wszystkiego poczuła narastające stopniowo, dające jej się we znaki przerażenie, doszła do wniosku, że prędzej postrada zmysły, niż zdoła wytrzymać choćby godzinę dłużej w samotności.
Lucas… Mogła zadzwonić do niego, prawda? Podejrzewała wręcz, że powinna to zrobić, żeby nie ryzykować poruszania się po mieście w pojedynkę. Potrzebowała kogoś, kto zdołałby ją uspokoić, chociaż trochę, chociaż nie sądziła, że to w ogóle będzie możliwe. W gruncie rzeczy nie brała pod uwagę bardzo wielu rzeczy, łącznie z…
W chwili, w której trzymana przez nią komórka sama się rozdzwoniła, a na ekranie pojawiło się znajome imię, zamarła. Zaraz po tym, poruszając się trochę jak w transie, pośpiesznie odebrała, po czym przyłożyła telefon do ucha.
– Claire…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa