30.05.2017

Sto dziewięćdziesiąt pięć

Claire
– Nie rozumiem…
W gruncie rzeczy chyba nawet nie chciała poznać odpowiedzi, całą sobą czując, że ta jej się nie spodoba. Potrzebowała dłuższej chwili, by zebrać myśli i chociaż spróbować zastanowić się nad tym, co sugerował Rufus. Nie pierwszy raz wprawiał ją taki stan samą tylko uwagą czy informacją, zmuszając do przemyślenia czegoś, co wcale nie było dla dziewczyny czymś oczywistym. Zwykle od niej wymagał, prowadząc rozmowy w taki sposób, że chwilami za nim nie nadążała, ale nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż do tego stopnia zdezorientowana, nie wspominając o tym, że to, co mówił, miało dość konkretne znaczenie.
– Jak wspomniałem, to nie jest dobry moment. Wszystko tak czy inaczej sprowadza się do tego, że musimy stąd wyjść – stwierdził, Claire jednak nie była w stanie ot tak przyjąć tej informacji do świadomości.
– Ale co z tą krwią? – zniecierpliwiła się. – To znaczy… – Nieznacznie potrząsnęła głową. Potrzebowała dłuższej chwili, by mieć przynajmniej cień szansy, żeby zebrać myśli i spróbować się skoncentrować. – Na zewnątrz jest coś, co jest nie do końca wampirem albo… demonem? Tak to działa?
Rufus westchnął, ale tym razem przynajmniej nie próbował jej zbyć. Przyjęła to z ulgą, chociaż po słowach, które ostatecznie padły z ust wampira, wcale nie poczuła się lepiej.
– Do pewnego stopnia. Nie mówimy o przemianie, bo do tej nie dochodzi. – Zawahał się na dłuższą chwilę. – To nie jest tak, jak z wprowadzeniem do krwiobiegu jadu. Reakcja jest… inna i zwykle kończy się śmiercią.
– Wydawało mi się, że wampirzą krew nie działa wcale na ludzi – zauważyła przytomnie, Rufus jednak jedynie pokręcił głową.
– To… Och, niech będzie wirus, chociaż dalej uważam, że to określenie na wyrost… Zresztą nieważnie – zreflektował się, podchwyciwszy jej spojrzenie. Ostatnim, czego w obecnej sytuacji potrzebowała, był wykład na temat tego, jak tak naprawdę powinno się rozumieć Syndrom Agresji. – Tak czy inaczej, to wirus jest nieszkodliwy dla ludzi i reaguje dopiero z pół-wampirzą krwią – wyjaśnił pośpiesznie. – Podobnie jest z demonami. W zasadzie gdyby nie twoja kuzynka, wciąż miałbym wątpliwości, czy można ot tak stworzyć demona…
– Elena jest demonem? – wyrwało jej się, bo chociaż wiedziała, że z dziewczyną coś jest nie tak, nikt nigdy nie powiedział wprost w czym rzecz.
Rufus uśmiechnął się cierpko.
– Czymś na pewno – stwierdził lakonicznie. – Wróciła, więc najwyraźniej nawet tam na dole nie byli nią zainteresowani…
– To nie jest śmieszne! – obruszyła się, ale nic nie wskazywało na to, żeby wampir myślał podobnie.
– Zależy z czyjej perspektywy.
Zamilkł na dłuższą chwilę, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Nie była pewna, czy zadawanie jakichkolwiek kolejnych pytań, a tym bardziej naciskanie ma sens, ale czuła, że nie ma innego wyboru. Działo się coś niedobrego, czego nawet nie potrafiła nazwać, a to zdecydowanie jej się nie podobało. Zdążyła przyzwyczaić się, że wszystko wydawało się o wiele prostsze, jeśli wiedziała z czym ma do czynienia. Teraz w głowie miała mętlik i to ją frustrowało, nie pozwalając skoncentrować na niczym innym. To, że Rufus milczał, prawie na pewno rozważając, co jeszcze powinien jej powiedzieć, a co zostawić dla siebie, nie poprawiało Claire nastroju, wręcz wzbudzając w dziewczynie jeszcze więcej wątpliwości.
– Tato? – ponagliła, coraz bardziej spięta. Niespokojnie rozejrzała się po sypialni, woląc upewnić się, że ta w żaden sposób się nie zmieniła.
– Myślę, co dalej… Wyjście oknem wydaje się za proste – stwierdził z wahaniem. Machinalnie wyjrzała na zewnątrz, próbując stwierdzić, czy w krajobrazie na zewnątrz było cokolwiek, co mogłoby świadczyć o kolejnej iluzji. – Zresztą to nie tłumaczy, co ta istota robi akurat tutaj.
– Poluje? – zasugerowała natychmiast.
Spojrzenie, które jej rzucił, sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Nie potrafiła nawet stwierdzić, czy miała rację, czy może wręcz przeciwnie.
– Możliwe – przyznał niechętnie. – Ale nie o to mi chodziło. Zastanów się chwilę, Claire… Co jakakolwiek nieśmiertelna istota miałaby robić w akurat tym domu, na dodatek teraz, kiedy…
Cokolwiek jeszcze miał do powiedzenia, ostatecznie urwał – i to na dodatek na tyle gwałtownie, że aż się wzdrygnęła, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. W następnej sekundzie błyskawicznie zmaterializował się przy niej, dla pewności chwytając ją za ramię, a potem bezceremonialnie zmuszając do tego, żeby schowała się za nim. Pozwoliła mu na to, chociaż zdecydowanie nie była zadowolona perspektywą biernego obserwowania i kolejny raz pozwalania na to, by ktokolwiek ją chronił.
Potrzebowała krótkiej chwili, żeby zorientować się, że drzwi do pokoju Issie uchyliły się z cichym skrzypnięciem. W tamtej chwili serce omal nie wyrwało jej się z piersi ze zdenerwowania, trzepocąc się tak rozpaczliwie, że Claire aż zabrakło tchu. Machinalnie napięła mięśnie, po czym przeniosła wzrok na wejście, niemalże spodziewając się dostrzec w progu coś, czego nie powinno tam być – niekoniecznie ludzką sylwetkę albo… cokolwiek innego, bo wciąż nie potrafiła wyobrazić sobie istoty, o której wspominał Rufus. Wciąż nie była w stanie uporządkować tego, czego się dowiedziała, nie wspominając o tym, że nie miała pojęcia skąd ojciec wiedział takie rzeczy. Fakt, że do tej pory nie zająknął się na ten temat, również nie dawał dziewczynie spokoju, bo chociaż wampir miał skłonność do chronienia jej dosłownie przed wszystkim i wszystkimi, to nie miało związku ze sposobem w jaki ją uczył. Jeśli chodziło o teorię, nie było tematów, które by przemilczał, tak jak chociażby w przypadku Marco i tego, co ten wieki temu zrobił mamie.
Zawsze wiedziała, że Rufus ma jakieś swoje tajemnice. Tym razem wyraźnie chodziło o coś więcej, ale wciąż nie miała okazji dowiedzieć się na tyle dużo, by móc cokolwiek sensownego stwierdzić. Zresztą i tak nie miała po temu okazji, wytrącona z równowagi osobą, która ostatecznie weszła do pokoju, w poddańczym geście unosząc obie ręce ku górze.
– To tylko ja – oznajmił Anton, a Rufus cicho prychnął, wyraźnie nie zamierzając się rozluźnić.
– Tylko… – powtórzył sceptycznie.
Claire przesunęła się bliżej, ostatecznie decydując się uchwycić ramienia naukowca. Właściwie sama nie była pewna, co chciała w ten sposób zyskać – jakkolwiek go uspokoić, czy może samej poczuć się bezpieczniej – to zresztą wydawało się najmniej istotne. Wystarczyło, że czuła się niemalże jak osaczona, na każdym kroku przekonując, że coś było nie tak. Stopniowo przestawała być pewna czegokolwiek, nawet rodziny Issie, chociaż to wydawało się pozbawione sensu. Z drugiej strony, Rufus miał rację, sugerując, że obecność jakiegokolwiek nieśmiertelnego akurat tutaj, na dodatek w wieczór, w który oni tutaj byli. W pierwszym odruchu przyszło jej do głowy, że to kolejna kwestia, w związku z którą zawiniła, w jakiś sposób ściągając na bliskich Marissy niebezpieczeństwo, ale kiedy zaczęła się nad tym zastanawiać, przekonała się, że nie jest w stanie tak po prostu przyjąć tej informacji do wiadomości. Miała wrażenie, że chodziło o coś innego, ale…
– Musimy stąd uciekać – powiedziała cicho, nie będąc w stanie znieść przeciągającego się milczenia. Spojrzała na Antona, po wyrazie jego twarzy próbując określić, czy zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek było nie tak. Fakt, że z łatwością dostał się do pokoju, również nie umknął jej uwadze, chociaż to wcale nie musiało o czymkolwiek świadczyć. – To znaczy… Proszę mi uwierzyć, że tutaj po prostu jest niebezpiecznie – dodała, siląc się na łagodny ton, czuła jednak, że to szło jej – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
– Zdaję sobie z tego sprawę. – Ta odpowiedź ją zaskoczyła, zresztą jak i spojrzenie, którym obdarował ją Anton. – To od początku nie miało dla mnie sensu, a jeszcze kiedy pojawiłaś się ty… Issie by tego nie chciała – stwierdził, a Claire uniosła brwi.
– Nie rozumiem…
Chciała dodać coś jeszcze, ale nie miała po temu okazji.
– Powiesz mi przynajmniej jedną rzecz? – zapytał z wahaniem mężczyzna i nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: – Jest bezpieczna? Mam na myśli… Sama wiesz – dodał, chociaż przy mętliku w głowie nie była pewna już praktycznie niczego. – Jestem pewien, że coś wiesz, chociaż nie sądzę, że mogłabyś skrzywdzić Marissę. Nie wiem, to nie ma sensu… Chcę po prostu mieć pewność, że Issie w choć niewielkim stopniu jest bezpieczna.
– Skąd takie wnioski? – wtrącił Rufus.
Był spięty, a po jego tonie Claire poznała, że najpewniej podejrzewał więcej od niej. Ledwo nadążała za interpretacją poszczególnych bodźców, nie wspominając o wyciągnięciu jakichkolwiek sensownych wniosków, ale tata najwyraźniej nie miał z tym problemów. Co więcej nie zaprzeczył, chociaż to wydawało się naturalne – to, że powinni jak najszybciej dać Antonowi do zrozumienia, że nie mają żadnego związku ze zniknięciem Issie. Przecież właśnie takie od samego początku było założenie całego spotkania, a jednak…
– Powiedzieli nam, czego możemy się spodziewać. To było dziwne i od samego początku mi się nie podobało, ale Adam się uparł… Teraz zrobiłby wszystko, byleby odszukać Issie – rzucił niemalże przepraszającym tonem Anton. – Od samego początku powtarzałem mu, że taka niewinna dziewczyna… – Urwał, po czym z uwagą zmierzył Claire wzrokiem. – Nie wyglądasz na potwora.
– Kto i co wam powiedział? – zniecierpliwił się Rufus. Do tego głosu wkradła się ostrzegawcza, gniewna nuta, która skutecznie przyprawiła Claire o dreszcze. Z drugiej strony, być może drżała już wcześniej, czy to za sprawą otwartego okna, czy może od nadmiaru emocji, zwłaszcza że jej nerwy były raz po raz wystawiane na próbę. – Odpowiedz i to najlepiej konkretnie, bo naprawdę nie mamy czasu. Kto i co mówił na temat Claire? – sprecyzował i tym razem do jego głosu wkradła się charakterystyczna, hipnotyzująca nuta, którą dziewczyna natychmiast zidentyfikowała jako wpływ.
Anton się zawahał, przez krótką chwilę wyglądając na chętnego, żeby się wycofać. Wyglądał na zdezorientowanego, zaś słowa Rufusa dodatkowo wytrąciły go z równowagi, nie dając mężczyźnie szans na to, żeby tak po prostu je zignorował.
– Nie jestem pewien… To Adam na własną rękę szukał Issie – wyjaśnił, starannie dobierając słowa. – Nikt nie potrafił nam powiedzieć, co stało się na tym balu. Jedynym punktem zaczepienia byłaś ty, Claire, tym bardziej że Marissa tyle o tobie mówiła, ale… Ale to nie ma sensu, prawda? – Z niedowierzaniem potrząsnął głową. – W sensie… nawet jeśli nie jesteście ludźmi…
– Skąd…? – wyrwało jej się, ale Rufus jedynie machnął ręką, wyraźnie tą kwestią niezainteresowany.
– Co jest w domu? – zadał kolejne pytanie. Claire nie miała pojęcia, jakim cudem w ogóle był w stanie myśleć rozsądnie w obecnej sytuacji. – Albo raczej skąd się wzięło?
– Adam…
Cokolwiek jeszcze miał do powiedzenia, powstrzymał go zdławiony jęk, który doszedł od strony drzwi. W progu pojawiła się kolejna postać, a Claire na krótką chwilę zamarła, kiedy zauważyła bladego jak papier ojca Issie. Jeden rzut oka na twarz mężczyzny wystarczył, żeby zorientowała się, że ten był przerażony – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
– To przecież nie miało być tak – oznajmił spiętym tonem. – Miałem tylko zadzwonić, gdyby pojawił się ktoś, kto zacznie wypytywać o Marissę… A już zwłaszcza ona – dodał, skinieniem głowy wskazując na Claire. – Byłyście razem. To oczywiste, że ty powinnaś…
– Tak, tak, to już przerabialiśmy. Zbiorowe oskarżenia zostaw dla siebie – warknął Rufus. – Dalej nie wiem, z kim rozmawialiście. Kto, do cholery, naopowiadał wam, że…
– Że Issie trafiła w złe towarzystwo i to mogło doprowadzić do jej zniknięcia? – przerwał pośpiesznie Adam.
Wampir westchnął, po czym wywrócił oczami. Claire wciąż milczała, skulona za jego plecami, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, jakim cudem wciąż trzymała się na nogach. W głowie miała mętlik, w przeciwieństwie do ojca nie będąc w stanie tak po prostu odciąć od nadmiaru emocji i skupić na najważniejszych kwestiach.
– „Złe towarzystwo” to dyskusyjna kwestia – rzucił jakby od niechcenia Rufus. Claire wyraźnie wyczuła, że zachowanie cierpliwości kosztowało go coraz więcej energii. – A teraz do rzeczy. Pytam po raz ostatni, więc proszę o konkrety, bo inaczej naprawdę trafi mnie szlag – stwierdził, ostatecznie przestając dbać o pozory i dla lepszego efektu wysuwając kły. Chociaż wszystko wskazywało na to, że zarówno Anton, jak i Adam, dobrze wiedzieli, z kim mieli do czynienia, obaj wyraźnie pobladli w odpowiedzi na ten gest. – Kto z wami rozmawiał?
Przez dłuższą chwilę panowała pełna napięcia cisza, aż Claire zwątpiła, czy jakakolwiek odpowiedź ostatecznie padnie. Zawahała się, przez krótką chwilę gotowa wręcz błagać ojca o to, żeby wyszli – niezależnie od wszystkiego, chociaż nie miała wątpliwości, że poznanie odpowiedzi na zadane przez niego pytanie, pozostawało kluczowe. Jakkolwiek by jednak nie było, chciała się ewakuować, zdecydowanie woląc nie sprawdzać, jak daleko byłby w stanie posunąć się wytrącony z równowagi Rufus, skoro już teraz był w dość specyficznym nastroju.
– Ktoś, kto chciał pomóc – oznajmił w końcu Adam, jakimś cudem będąc w stanie się odezwać. Chociaż nawet z odległości dało się wyczuć, że ledwo panował nad emocjami, ostatecznie zmusił się do tego, żeby mówić dalej, wyraźnie rozeźlony. – Policja nie była zainteresowana… Nic nie robili chociaż mnie wmawiali co innego. Co miałem zrobić, skoro wszyscy inni po prostu zignorowali to, co się działo? A ta organizacja sama przyszła… Byłbym głupi, gdybym z tego nie skorzystał, skoro mieli pomóc. Issie wpadła w kłopoty, najpewniej przez nią – zerknął na Claire – więc…
Tym Rufus warknął, po czym gwałtownie przesunął się naprzód.
– Jaka znowu orga…?!
Tato?
Zamarła, zresztą nie jako jedyna, już od pierwszej chwili wiedząc, że głos, który nagle usłyszała, miał w sobie coś niewłaściwego – i to nie tylko dlatego, że był znajomy. Gdyby nie to, że miała okazję się przekonać, co takiego stało się z Issie, pewnie sama uwierzyłaby, że dziewczyna znajdowała się gdzieś w pobliżu, jednak decydując się wrócić do domu. Sęk w tym, że to nie było możliwe, Claire zaś zbyt wiele razy miała do czynienia z telepatią, by nie zauważyć, że nawoływanie brzmiało dziwnie, wydając się dochodzić ze wszystkich stron jednocześnie. To nie były słowa, które ktokolwiek wypowiedział, ale mentalny przekaz – głos, który rozbrzmiewał w głowie, nie mając żadnego związku z rzeczywistością.
Ona to wiedziała, ale to w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało problemu. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazywało na to, że sztuczki istoty, której obecności wciąż nie była pewna, dodatkowo komplikowały sytuację. Kiedy na dodatek zauważyła, że Adam jakimś cudem jeszcze bardziej pobladł, po czym dosłownie rzucił się w stronę korytarza, przez krótką chwilę zamierzała się za nim rzucić, gotowa zrobić wszystko, byleby powstrzymać mężczyznę przed zrobieniem czegoś głupiego.
Kiedy do tego wszystkiego za mężczyzną podążył Anton, wyrwał jej się cichy, zdławiony jęk. Czuła, że to po prostu nie mogło skończyć się dobrze.
– I tak cię nie posłuchają – usłyszała, zatrzymując się tylko i wyłącznie dlatego, że Rufus chwycił ją za rękę. – Zbiorowa śmierć to bardzo zły pomysł.
– Ale…
Jedynie potrząsnął głową.
– Przykro mi – rzucił, chociaż szczerze w to wątpiła. Od samego początku dawał jej do zrozumienia, że z całego towarzystwa, tylko jej bezpieczeństwo się dla niego liczyło. Co więcej, to zdecydowanie nie on musiałby potem rozmawiać z Issie, gdyby… – A teraz w końcu się stąd wynosimy – zadecydował, ale coś w jego sławach wciąż nie dawało Claire w spokoju.
– Skąd wiesz, że to nie demon? – wypaliła, bo nadal jej tego nie wytłumaczył. – I że to krew. Nie mówiłeś mi wcześniej, że…
– Nie wszystkie pomysły moje i Michaela były udane – stwierdził lakonicznie.
Aż się zapowietrzyła, zdecydowanie nie takiej odpowiedzi się spodziewając. Z niedowierzaniem potrząsnęła głową, coraz bardziej zdezorientowana.
– Kiedy i jak niby eksperymentowaliście nad czymkolwiek z Michaelem? – zapytała, a Rufus zaklął, zupełnie jakby dopiero w tamtej chwili dotarło do niego, że powiedział za dużo.
– To było… Dawno temu, w porządku? Nigdy ci nie wmawiałem, że jestem święty, ale o tym naprawdę możemy porozmawiać przy innej okazji.
Innymi słowy, najlepiej byłoby, żeby wcale nie pytała. Najgorsze w tym wszystkim pozostawało to, że na swój sposób miał rację, raz po raz powtarzając, że pora była nieodpowiednia. Dyskutowanie o czymkolwiek akurat w sytuacji, w której coś na nich polowało, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
– To nie ma sensu – poskarżyła się. – To wszystko… Mama wie?
Rzucił jej pełne powątpiewania spojrzenie, po czym uśmiechnął się w pozbawiony wesołości sposób.
– Wie, że miałem kilka… nie do końca rozsądnych pomysłów – przyznał, a ona aż prychnęła, aż nazbyt świadoma, że nie pierwszy raz pokusił się eufemizmy. Mogła się tego spodziewać, ale i tak poczuła się co najmniej rozdrażniona. – Fakt, może SA to coś więcej, ale…
– A co do tego ma SA? – przerwała mu, coraz bardziej oszołomiona.
To brzmiało tak, jakby właśnie on miał jakikolwiek związek z Syndromem Agresji, chociaż to wydawało się niemożliwe. Z drugiej strony, to był Rufus, o którym dobrze wiedziała, że w wielu przypadkach w dość znaczący sposób mijał się z człowieczeństwem. Mogła o takim stanie myśleć cokolwiek chciała, ale to nie zmieniało faktu, że wampir bywał niebezpieczny, a chwilami wręcz nawet szalony. Co prawda względem niej przez większość czasu zachowywał się inaczej, ale to i tak nie zmieniało faktu, że był w stanie posunąć się naprawdę daleko. Chwilami wręcz miała wrażenie, że dopiero ona i Layla były w stanie utrzymać go w ryzach, zmuszając do trzymania się tej bardziej ludzkiej cząstki, a może po prostu nią będąc. Sądząc po tym, jak zwykle zachowywał się, kiedy którejś z nich mogła stać się krzywda, zdecydowanie coś w tej teorii było.
– Dużo – usłyszała i coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle. Nie powiedział tego wprost, ale dobrze czuła, dokąd to wszystko zmierzało. – Potem ci powiem w czym rzecz. Teraz po prostu mi zaufaj, że to… dość odległy etap, o którym do tej pory nie było okazji mówić.
– Nie było okazji? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Przez tyle lat?
Wampir jedynie wywrócił oczami.
– No tak, mój błąd! Jak tylko wrócimy do domu, urządzę audyt i pogadamy sobie o wszystkich moich eksperymentach, zwłaszcza tych mniej udanych – rzucił przesadnie entuzjastycznym tonem, nie szczędząc sobie złośliwości. – Niezły pomysł, moja mała.
– Ale mama…
Tym razem uciszył ją samym tylko spojrzeniem, wyraźnie zmęczony kierunkiem, który przybrała rozmowa.
– Jak wspomniałem, wie… I powtarza, że to nie ma znaczenia. – Po jego tonie poznała, że absolutnie się w tej jednej kwestii z Laylą nie zgadzał. – Uwierzysz, że miała większe pretensje o to, że od razu jej nie powiedziałem, niż że mógłbym… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. – Brak instynktu samozachowawczego, ale to wiem od dawna. Jakby nie patrzeć, skądś wzięłaś się na świecie.
Trudno jej było stwierdzić, czy sobie żartował, czy może mówił poważnie, to jednak nie miało znaczenia. W głowie wciąż miała mętlik, dlatego nie zaprotestowała, kiedy Rufus chwycił ją za ramię, w następnej sekundzie stanowczo ciągnąć w stronę okna. Wyjrzała na zewnątrz, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że na zewnątrz było bezpiecznie, chociaż równie dobrze mogła się mylić.
Wciąż o tym myślała, kiedy wampir odwrócił ją w swoją stronę, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy.
– Dasz radę stąd wyjść, prawda? – rzucił i nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej. – Ja zobaczę, czy da się tutaj jeszcze coś zrobić. Nie zamierzam ciągać cię za sobą.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna zaprotestować. Do głowy przyszło jej, że być może wykorzystywał na niej wpływ, ale nawet jeśli tak było, nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że co najwyżej mogła go rozpraszać, tym samym czyniąc bardziej podatnym na ewentualny atak. Podejrzewała, że faktycznie był w stanie coś zrobić, zresztą jakaś cząstka tego chciała, chociaż przez wzgląd na Marissę. To była jej rodzina, a skoro tak…
– W porządku – zgodziła się niechętnie, a Rufus skinął głową, wyraźnie uspokojony.
– Nie podoba mi się, że będziesz sama, ale trudno. Chcę żebyś znalazła jakieś bezpieczne miejsce albo od razu do kogoś zadzwoniła i wracała do domu. Daj mi góra dwie godziny – dodał i chociaż wciąż miała wątpliwości, ostatecznie przystała na takie rozwiązanie.

Chciała tego czy nie, wszystko wskazywało na to, że mogła co najwyżej wyjść na zewnątrz i popędzić w noc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa