29.05.2017

Sto dziewięćdziesiąt cztery

Claire
Zamarła w bezruchu, przez krótką chwilę świadoma przede wszystkim tłukącego się w jej piersi serca. W głowie jej wirowało, to jednak było wywołane przede wszystkim nadmiarem emocji i słowami, które w końcu dano jej poznać – trzema linijkami, które teraz powracały raz po raz, dręcząc Claire bardziej niż cokolwiek innego.
– Wiesz co to było? – zapytał cicho Rufus, tym samym skutecznie zwracać na siebie uwagę córki. Nie musiała zastanawiać się nad tym, o co tak naprawdę pytał.
– Niekoniecznie coś, co właśnie… podejrzewam – przyznała z wahaniem.
Podświadomie czuła, że pobrzmiewające w jej umyśle słowa nie miały żadnego związku z tym, co działo się teraz. Wręcz przeciwnie – rozpamiętywała je, bardziej niż pewna, że związane z nimi wydarzenia dopiero miały nadejść. Co więcej, na samą myśl o tym serce chciało wyskoczyć jej z piersi ze zdenerwowania, ale to zdecydowanie nie był najlepszy moment, żeby próbować o tym myśleć.
– W porządku. – Po tonie Rufusa trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślał. Wciąż trzymał ją za rękę, ostatecznie ujmując dziewczynę bardziej stanowczo, by bez przeszkód móc pociągnąć ją za sobą. – Chodź za mną, tak?
Skinęła głową, bynajmniej nie potrzebując ponagleń, żeby trzymać się blisko niego. Nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej, skupiona przede wszystkim na próbie dotrzymania wampirowi kroku. Nie była pewna, co właśnie się działo, ale miała złe przeczucia, zdecydowanie woląc nie ryzykować, że mogliby się rozdzielić. Nigdy nie była dobra w walce, pomijając kilka lekcji z Gabrielem, które ewentualnie mogły jej pomóc w natychmiastowej ucieczce. Wątpiła, żeby to okazało się praktyczne, zresztą nie sądziła, by była w stanie tak po prostu opuścić to miejsce, jeśli wcześniej nie upewniłaby się, że nikomu nie stała się krzywda.
Wciąż drżała niespokojnie, kiedy znaleźli się na korytarzu. Mocniej przywarła do Rufusa, wodząc wzrokiem na prawo i lewo, żeby upewnić się, czy coś przypadkiem nie czaiło się w ciemnościach. Palce machinalnie zacisnęła na ramieniu wampira i to tak mocno, że gdyby był człowiekiem, najpewniej już dawno zrobiłaby mu krzywdę, jednak w obecnej sytuacji nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał protestować. Wyczuła, że był spięty, zresztą kiedy zmierzyła go wzrokiem, wyczuła w nim charakterystyczną zmianę, która niezmiennie od lat przyprawiała ją od dreszcze. Wampiry, zwłaszcza te polujące, zawsze miały w sobie coś niepokojącego, nie wspominając o tym, że już miała okazję zobaczyć ojca w morderczym szale. Co jak co, ale zdecydowanie nie wspominała tego dobrze.
– Coś jest w domu – wypaliła pod wpływem impulsu. – Czułam to jeszcze na zewnątrz, ale nie byłam pewna.
– Tak… Zorientowałem się – stwierdził cicho. Już wcześniej miała wrażenie, że zachowywał się dziwnie, przesadnie wręcz spięty i w nastroju dość niepokojącym, by zaczęła się martwić. Cała ta wizyta nie była normalna, łącznie z zachowaniem bliskich Marissy, ale do tej pory z uporem odpychała od siebie tę świadomość. – Wychodzimy stąd.
– Ale… – zaczęła, zdecydowanie nie biorąc takiej możliwości pod uwagę.
Chciała stąd uciekać, jasne, jak miałaby zostawić któregokolwiek z domowników? Jeśli coś tutaj było, najpewniej przyszło za nimi, a przynajmniej takie rozwiązanie wydawało się Claire najbardziej rozsądne. Chciała tego czy nie, kolejny raz czuła się odpowiedzialna, wręcz gotowa zacząć się kłócić, gdyby przyszła taka potrzeba. Może i dla Rufusa zostawienie ludzi na pastwę losu było czymś, co zrobiłby bez mrugnięcia okiem, ale nie dla niej.
– Nie rozumiesz – usłyszała i to wystarczyło, żeby spojrzała na wampira z niedowierzaniem.
– Czego? – zapytała natychmiast, coraz bardziej zaniepokojona. – Tato, co właściwie…?
Musiała zamilknąć, kiedy coś gwałtownie poruszyło się w ciemnościach. Zamarła, po czym jeszcze mocniej przywarła do jego ramienia, już nie mając wątpliwości, że w domu znajdował się ktoś, kogo zdecydowanie być nie powinno. Spróbowała uspokoić oddech, aż nazbyt świadoma, że zwracała na siebie przesadną wręcz uwagę, co w każdej chwili mogło skończyć się naprawdę źle, nim jednak zdołała się choćby zastanowić, Rufus pociągnął ją za sobą, zmuszając do ruszenia się z miejsca. Posłusznie podążyła za nim, koncentrując się przede wszystkim na stawianiu kolejnych kroków, chociaż czuła się tak bardzo, że nawet utrzymanie pionu okazało się problematyczne.
Zadrżała, coraz bardziej niespokojna. Z zaskoczeniem przekonała się, że w domu zrobiło się zadziwiająco wręcz zimno, zupełnie jakby w czasie, który oboje spędzili w łazience, temperatura spadła o kilka znaczących stopni. Uciekaj, musisz uciekać…, przeszło Claire przez myśl i na dłuższą chwilę to przede wszystkim ta myśl nią zawładnęła, nie pozwalając skoncentrować się na niczym innym. Serce tłukło się w piersi dziewczyny jak szalone, uderzając tak mocno i szybko, że ledwo była w stanie złapać oddech. Znała to dziwne uczucie chłodu i narastającej paniki, wciąż jednak nie była w stanie dopuścić do myśli tego, co tak naprawdę się działo, coraz bardziej oszołomiona sytuacją. Przecież to nie było możliwe – przynajmniej nie tutaj – ale…
– Cholera.
Aż wzdrygnęła się, słysząc wyraźnie podminowany glos Rufusa. Na krótką chwilę zamarła, po czym poderwała głowę i zamrugała nieprzytomnie, z opóźnieniem uświadamiając sobie, co aż do tego stopnia wytrąciło wampira z równowagi. Jej oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania na widok litej ściany w miejscu, gdzie do tej pory znajdowały się schody. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, kiedy coś nieprzyjemne ścisnęła ją w gardle, przez co dopiero po dłuższej chwili zdołała wykrztusić z siebie jedno, jedyne słowo, które niejako tłumaczyło wszystko.
– Demon? – wyrwało jej się i wiedziała, że ma rację, chociaż Rufus nie zdecydował się tego potwierdzić. – Ale jak…?
– Gorzej – usłyszała i to jedno słowo wytrąciło ją z równowagi. To w ogóle było możliwe?
– Tato? – zaryzykowała, całą sobą czując, że nie pierwszy raz wiedział o czymś, czego ona mogła się co najwyżej domyślać, Rufus jednak po raz kolejny ją zignorował.
– Nie teraz – stwierdził lakonicznie. To jedynie utwierdził Claire w przekonaniu, że rozumiał o wiele więcej, niż początkowo mogłaby podejrzewać. – To iluzja, ale wolę nie ryzykować. Chodź tędy – rzucił nieznoszącym sprzeciwu tonem i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, stanowczo pociągnął ją za sobą.
Nie była zachwycona perspektywą błądzenia po piętrze i szukania innego wyjścia, ale również czuła, że to najlepsze rozwiązanie. Złe przeczucia narastały, coraz bardziej dając się dziewczynie we znaki, przez co tym trudniej przychodziło jej zebranie myśli. Dobrze znała ten stan, jeszcze z ośrodka, z którego razem z bliźniakami wyciągali Joce i Shannon kiedy obecny w budynku demon manipulował rzeczywistością, podsuwając coś, czego nie było. W normalnym wypadku iluzja nie zrobiłaby na niej żadnego wrażenia, zwłaszcza że wychowała się przy Pavarottich, którzy mieli w zwyczaju popisywać się swoim darem, ale jak wygłupy wampirów były niegroźne, tak w tym wypadku zdecydowanie mieli powody, żeby się martwić. Tak przynajmniej sądziła, próbując doszukać się w jakże optymistycznym „gorzej” Rufusa jakiejkolwiek sensownej wskazówki.
Coś czaiło się w ciemnościach i nie miała co do tego wątpliwości. Czuła, że atmosfera stopniowo gęstnieje, może nawet bardziej niż wtedy, gdy Rufus wyglądał na chętnego rzucić się do gardła ojcu Issie. Coś niedobrego wisiało w powietrzu, ale nie była w stanie określić z czym tak naprawdę mieli do czynienia. Wiedziała jedynie, że się martwiła, bardziej niż do tej pory świadoma, że powinni uciekać, jednak i to mogło okazać się problematyczne.
Nigdy wcześniej nie była w tym domu, a jednak idąc pogrążony w ciszy korytarzem, wyraźnie czuła, że coś jest z tym miejscem nie tak. Nie miała porównania, ale to, że mogłoby być inne, wydawało się czymś najzupełniej oczywistym. Mocniej zacisnęła usta, nie chcąc pozwolić sobie na kolejne jęki, kiedy coś znowu przemknęło poza zasięgiem jej wzroku. Machinalnie uniosła wzrok, przez krótką chwilę obserwując sufit, zupełnie jakby podejrzewała, że w każdej chwili coś zdecyduje się zaatakować z góry. W tamtej chwili każde rozwiązanie wydawało się równie prawdopodobne, zresztą tak jak i to, że nawet trzymanie się blisko ojca nie zapewni jej całkowitego bezpieczeństwa.
– Słodka bogini, jakie to jest frustrujące… – stwierdził cierpko wampir, bardziej poirytowany niż faktycznie zaniepokojony.
– To nie powinno wyglądać w ten sposób, prawda? – upewniła się, nie mogąc powstrzymać przed zadaniem tego pytania.
Jedynie wzruszył ramionami.
– Pewnie nie, o ile jakimś cudem w wolnej chwili nie rozbudowali domu na długość całej ulicy. Swoją drogą, to interesujące, nawet jeśli nie jest prawdziwe – dodał, a Claire ledwo zdusiła jęk.
Och, jasne, w końcu akurat załamanie czasoprzestrzeni było aktualnie najbardziej fascynującym zjawiskiem! Właśnie nad tym chciała się zastanawiać, co prawda mając poczucie, że wciąż poruszała się naprzód, ale w rzeczywsitości najpewniej tkwiąc w miejscu. Tym razem przynajmniej nie tkwiła na cieniutkim gzymsie, świadoma wyłącznie poruszającej się wokół niej Miriam, która raz po raz próbowałaby wytrącić z równowagi, ale wcale nie czuła się lepiej. Wciąż miała wrażenie, że jeden nieostrożny ruch mógłby sprawić, że wydarzy się coś niedobrego – nagle spadnie albo w inny sposób narazi się na już i tak czające się gdzieś w pobliżu niebezpieczeństwo.
Lawrence kazał mi wtedy zamknąć oczy, pomyślała mimochodem. Właściwie sama nie była pewna, dlaczego akurat o tym wampirze pomyślała w pierwszej kolejności, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. Liczyło się to, że już przez to przechodziła, a skoro tym razem nie mogła liczyć ani na kogoś, kto dysponowałby zdolnością hipnozy, ani nawet telepatią, musiała poradzić sobie inaczej. Co prawda odcięcie się od jednego z głównych zmysłów akurat w chwili, w której coś mogło na nich polować, wydawało się co najmniej głupim pomysłem, ale z drugiej strony, wiedziała przecież, że ufaniem oczom akurat w tej sytuacji nie wchodziło w grę. Skoro tak, musiała spróbować czegoś innego i modlić o to, by mieć przynajmniej cień szansy na wymyślenie czegokolwiek sensownego.
Zacisnęła powieki, na dłuższą chwilę koncentrując się przede wszystkim na obecności Rufusa. Skorzystała z tego, że przystanęli, by pozwolić sobie na przynajmniej chwilowe odcięcie od tego, co działo się wokół niej. Machinalnie cofnęła się niemalże pod samą ścianę, na oślep wyciągając rękę w nadziei, że zdoła znaleźć… Cóż, w zasadzie cokolwiek, bo korytarz wyglądał na całkowicie opustoszały. Bała się, że coś spróbuje ją pochwycić, jeśli nie będzie ostrożna, ale o wiele bardziej Claire martwiło to, że nie znajdzie niczego. Wiedziała, że to nie było normalne – ta wszechobecna pustka i lite, pozbawione śladu jakichkolwiek drzwi ściany. Nie tak powinien wyglądać korytarz w jakimkolwiek domu, co jedynie potwierdzało teorię związaną z tym, że ktoś próbował ingerować w to, jak prezentowała się rzeczywistość. To ją martwiło, najdelikatniej rzecz ujmując, a jakby tego było mało…
Serce zabiło jej szybciej, kiedy palcami natrafiła na coś, co zdecydowanie musiało być klamką. Mocniej zacisnęła palce wokół czegoś, czego nie miała okazji zauważyć, gdy jeszcze niespokojnie rozglądała się po korytarzu, dziwnie podekscytowana. Więc jednak istniał sposób, by zwalczyć iluzję, choć wciąż nie miała pewności, czy to działało w takim stopniu, jak mogłaby oczekiwać.
– Tutaj są drzwi – oznajmiła z przekonaniem. Przesunęła się, po czym nacisnęła klamkę, decydując się sprawdzić, czy w ogóle miała być w stanie z nich skorzystać. Poczuła wręcz niewysłowioną ulgę, kiedy zamek tak po prostu ustąpił, dając jej szansę na dostanie się do środka. – Nie wiem, czy ja… – zaczęła, ale nie miała okazji dokończyć.
– Och, zdolna dziewczynka… Wchodź – ponaglił Rufus, nie pierwszy raz bezceremonialnie wchodząc jej w słowo.
Nie zaprotestowała, ostatecznie decydując się odwrócić. Nie była pewna, czego powinna się spodziewać z chwilą, w której jednak postanowiła otworzyć oczy, szybko jednak przekonała się, że korytarz po raz kolejny zmienił wygląd. Tym razem wydawał się niemalże normalny, a przynajmniej Claire wyraźnie widziała drzwi, które zdołała znaleźć. Nie była pewna, czy wejście do środka faktycznie było takim dobrym pomysłem, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, w zamian w pośpiechu przekraczając próg, poniekąd tylko i wyłącznie dlatego, że Rufus wciąż jej towarzyszył. Wolała nie brać pod uwagę tego, że mogliby się rozdzielić, chociaż zarazem miała wrażenie, że wampir byłby w stanie poruszać się w o wiele skuteczniejszy sposób, gdyby na każdym kroku nie musiał przejmować się nią.
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, chcąc nie chcąc koncentrując na pomieszczeniu, w którym oboje się znaleźli. Wystarczył jej jeden rzut oka, żeby zorientować się, że to sypialnia – i to na dodatek nieprzypadkowa, bo bez wątpienia musiała należeć do Marissy. Pokój był jasny, przestronny, poza tym na pewno dotychczas zamieszkiwała go młoda dziewczyna. Takie wrażenie przynajmniej odniosła Claire, tym bardziej że dookoła panował na swój sposób uroczy chaos, który jak najbardziej mógł mieć związek z nieco roztrzepanym sposobem bycia Issie. Na podłodze i łóżku dostrzegła porzucone ubrania, zupełnie jakby ktoś całkiem niedawno był w pokoju, najpewniej w celu wykonania najprostszych czynności. Kiedy powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając na ładne, białe meble, a ostatecznie na lekko uchyloną szafę, dostrzegła kilka porzuconych sukienek, wręcz będąc w stanie wyobrazić sobie, jak Issie do ostatniej chwili zmieniała zdanie co do tego, jak powinna się ubrać na bal.
Coś ścisnęło ją w gardle, sprawiając, że poczuła się gorzej niż do tej pory. Tydzień? Dwa? Nie była pewna, ile czasu minęło od wydarzeń ze szkoły, to zresztą nie było istotne. Wręcz nie docierało do niej, że od tamtej chwili w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło. Ten pokój wydawał się czekać, chociaż już nie miał na kogo, przynajmniej na razie. Issie też to wiedziała, chociaż Claire podejrzewała, że to było dla dziewczyny co najmniej trudne. Sama pragnęłaby zrobić wszystko, byleby wrócić, gdyby była na jej miejscu, to jednak zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Z wolna wypuściła powietrze, po czym z wolna podeszła bliżej. Drgnęła, kiedy po swojej lewej stronie wyczuła jakiś ruch, szybko jednak zorientowała się, że to jej własne odbicie. Uniosła brwi, z powątpiewaniem spoglądając na drewnianą toaletkę z dużym lustrem – coś, co nie robiło na niej wrażenia, bo zdążyła przywyknąć do podobnych widoków czy to w domu Allegry, czy znów w Niebiańskiej Rezydencji. Mimo wszystko coś podkusiło dziewczynę, żeby podejść bliżej, chociaż czułą swego rodzaju opór przed zbliżeniem się do lustra. Gdzieś w pamięci wciąż miała swój sen, niemalże spodziewając się, że nagle jej odbicie zachowa się w dziwny, co najmniej niepokojący sposób albo na gładkiej tafli pojawi się znajomy już napis. Oczywiście nic podobnego nie miało miejsca, ale Claire i tak nie była w stanie się rozluźnić, zbytnio podenerwowana, by mieć szansę choćby po części nad sobą zapanować.
Jakby tego było mało, jej uwagę przykuła kolorowa fotografia, którą Marissa musiała zatknąć za ramę lustra. Chociaż dobrze wiedziała, co takiego przedstawia zdjęcie, wyciągnęła ku niemu rękę, ostatecznie decydując się je zabrać. Dobrze pamiętała, kiedy zostało zrobione, przez krótką chwilę zdolna już tylko przypatrywać się roześmianej twarzy Issie. Cóż, była jeszcze ona, znacznie bardziej niepewna, co wydawało się dość naturalne, skoro fotografia była świeża, a do tego zrobiona na lodowisku. Co prawda Marissa większość czasu jeździła sama, zachowując się przy tym jak zawodowa łyżwiarka, Claire z kolei większość czasu spędzała z Sethem, nic jednak nie byłoby w stanie powstrzymać Issie przed przynajmniej jedną wspólną przejażdżką, o uwiecznieniu wszystkiego na zdjęciu nie wspominając.
W pośpiechu złożyła zdjęcie, ostatecznie decydując się je zabrać. Przynajmniej już rozumiała, dlaczego Anton i Adam z taką łatwością ją rozpoznali, to zresztą było do przewidzenia. Issie niemalże na każdym kroku robiła zdjęcia, tak jak i w dniu balu, na krótko przed tym, jak opuściły dom. Nie miała nic przeciwko temu, aż nazbyt dobrze rozumiejąc znaczenie takich pamiątek. Do tej pory miała album, który zrobiła dla niej Layla, uzupełniony o kilka dodatkowych zdjęć, jeśli zaś chodziło o to…
– Claire?
Drgnęła, po czym chcąc nie chcąc odwróciła się w stronę Rufusa. Wiedziała, że powinna się skoncentrować, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż początkowo mogłaby się spodziewać. W gruncie rzeczy nie była w stanie wyobrazić sobie, że miałby być inaczej, skoro zarówno ten pokój, jak i silna obecność Issie, niezmiennie dawały jej się we znaki, wyzwalając emocje, których nie potrafiła opanować. Już i tak była roztrzęsiona, uczucie to zaś narastało, nie pozwalając jej myśleć trzeźwo.
– Nic mi nie jest – zapewniła, chociaż to było jednym wielkim kłamstwem. W rzeczywsitości czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła rozpaść się na kawałeczki, ale z uporem ignorowała to uczucie, w duchu powtarzając sobie, że powinna wziąć się w garść. – Co tutaj się dzieje? To jest demon albo…? – Urwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową.
– To nie jest najodpowiedniejszy moment – stwierdził lakonicznie wampir, ale nie zamierzała tak po prostu dać za wygraną.
– A jakikolwiek będzie odpowiedni? – zapytała z powątpiewaniem.
Spojrzał na nią jakby od niechcenia, skoncentrowany przede wszystkim na krążeniu po pokoju. Mimowolnie zadrżała, kiedy podszedł do okna, ostatecznie otwierając je na oścież i tym samym wpuszczając do sypialni chłodne, nocne powietrze. Wszystko wskazywało na to, że sytuacja wróciła do normy, to jednak nie wyjaśniało tego, co chwilę wcześniej stało się na korytarzu. W gruncie rzeczy nie rozumiała niczego, bezskutecznie próbując uporządkować coś, co na pierwszy rzut oka najzwyczajniej w świecie nie miał sensu.
– Może – stwierdził lakonicznie Rufus. – Na razie byłoby dobrze się stąd wydostać. Chyba nie muszę ci mówić, że zrobiło się niebezpiecznie – dodał, a Claire z niedowierzaniem potrząsnęła głową.
– Dalej nie wiem, co tak naprawdę się dzieje – poskarżyła mu się. Zaraz po tym westchnęła i spróbowała mówić dalej, po cichu licząc na to, że jednak zdoła wymóc na nim wyjaśnienia. – Powiedziałeś, że to coś gorszego od demona, ale…
– Naprawdę musimy o tym rozmawiać? – zniecierpliwił się. Poczuła się dziwnie, kiedy wkrótce po tym coś w wyrazie jego twarzy złagodniało, zwłaszcza gdy rzucił jej niemalże zaniepokojone spojrzenie. – Lepiej się już czujesz? Jak wspomniałem, to nie jest najodpowiedniejszy moment na rozmowy, ale ten twój wiersz…
– O tym też nie musimy rozmawiać – stwierdziła cierpko.
Wiedziała, że go zaskoczyła, zresztą tak jak i samą siebie, ale nie mogła się powstrzymać przed taką reakcją. Wcześniej wystarczająco wiele razy pozwalała się zwodzić, nawet pomimo tego, że niezwykle irytowało ją, kiedy po raz kolejny traktował ją jak dziecko. Była zmęczona i przerażona, co dodatkowo podsycało pragnienie, żeby poznać prawdę. Cokolwiek się działo, chciała wiedzieć, a jeśli szantaż pozostawał jedyną sensowną metodą, to…
– Świetnie, mogłem się tego spodziewać… Chwilami jesteś aż za bardzo podobna do Layli, moja mała – przyznał, ale nie wydawał się rozeźlony. Była raczej skłonna założyć, że wampir pozostawał przed wszystkim rozdrażniony, zwłaszcza że nie przywykł, że ktokolwiek mógłby mu się sprzeciwiać – a już zwłaszcza ona. – Chociaż nie wiem, co powinienem ci powiedzieć. Wciąż nie mam pewności, ale… Wiesz, tej istoty nie powinno tutaj być. Jeśli to jest to, co myślę, ktoś bardzo, ale to bardzo ryzykuje.
– Nie rozumiem, tato.
Zawahała się, kiedy Rufus nagle zmaterializował się u jej boku. Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał, nie po raz pierwszy zresztą.
– Cóż… Mówiłem ci może kiedyś, dlaczego ani wampirzej, ani demonicznej krwi lepiej nie mieszać z ludzką? – zapytał jakby od niechcenia, a Claire zamarła w bezruchu, coraz bardziej oszołomiona. – Bo jeśli nie, to odpowiedź najpewniej znajdziesz na korytarzu… A to bardzo niedobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa