28.05.2017

Sto dziewięćdziesiąt trzy

Claire
Napięła mięśnie, czując narastające z każdą kolejną sekundą podenerwowanie. Chciała zaprotestować, woląc nie sprawdzać, co takiego mógłby zrobić Rufus, gdyby jednak się zdenerwował, nim jednak zdążyła powiedzieć chociaż słowa, spojrzenie wampira w dość jasny sposób zasugerowało jej, że powinna milczeć. Od samego początku czuła, że przyjście tutaj nie będzie najlepszym pomysłem, ale dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niej, że popełniła błąd. Co prawda zdawała sobie sprawę z tego, że niczym nie zawiniła, przynajmniej teoretycznie, ale i tak poczuła się źle  i to najdelikatniej rzecz ujmując.
– To jest groźba – zapytał wyraźnie wytrącony z równowagi mężczyzna.
Coś w spojrzeniu Rufusa przekonało go do tego, żeby cofnął się o krok, momentalnie tracąc rezon. Claire z łatwością mogła to sobie wyobrazić, tym bardziej że ludzie zwykle wyczuwali, kiedy przebywali z nieśmiertelnymi. Cóż, nie miała również wątpliwości co do ego, że tata w dość jasny sposób potrafił zasugerować, że jest do kogoś negatywnie nastawiony. W efekcie nawet z odległości wyczuła, że wcześniej gotowy wyrzucić ją z domu człowiek wyraźnie się zdenerwował, zresztą tak jak i wciąż obecny w kuchni Anton. Ludzie może i w większości przypadków ignorowali instynkt, co zresztą było jednym z poważniejszych błędów, które popełniali, ale niektóre reakcje mimo wszystko przychodziły im naturalnie.
Z wolna podniosła się z krzesła, coraz bardziej niespokojna. Wiedziała, że powinna zareagować, aż nazbyt świadoma, że atmosfera z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej napięta. Co prawda nie sądziła, żeby Rufusowi ostatecznie puściły nerwy – nie przy niej, a już na pewno nie przy ludziach, którzy i tak nie byli w stanie uczynić im najmniejszej nawet krzywdy – ale wolała być ostrożna. Czuła, że najrozsądniej będzie się ewakuować, zwłaszcza że nic nie wskazywało na to, by jakakolwiek dalsza rozmowa miała być możliwa.
– Już wychodzimy – zapewniła pośpiesznie. – To wcale nie była… – dodała, a przynajmniej miała taki zamiar, bo ostatecznie nie było jej dane dokończyć.
– Ależ oczywiście, że to była groźba – rzucił niemalże uprzejmym tonem Rufus. Gdyby nie to, że wyraźnie czuła w jego głosie zdradzającą rozdrażnienie, ostrzegawczą nutę, może nawet doszłaby do wniosku, że dobrze się bawił. – Zadziwiające, że musze to potwierdzać. Zawsze mi się wydawało, że subtelne sygnały są tym, co absolutnie mi nie wychodzi.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, nie chcąc nawet zastanawiać się nad tym, czy faktycznie zamierzał to ciągnąć. W ostatniej chwili powstrzymała się przed dodaniem czegoś od siebie, w duchu raz po raz upominając się, że w razie czego powinna zwracać się do niego po imieniu. Zdecydowanie nie wyglądał na jej ojca – co najwyżej brata, chociaż i takiego rozwiązania nie brała pod uwagę. Do tej pory nie musiała się nad tym zastanawiać, przyzwyczajona, że w Mieście Nocy jakiekolwiek wyjaśnienia są po prostu zbędne. W miejscu, gdzie ludzie dobrze wiedzieli o istnieniu nieśmiertelnych, zastanawianie się nad takimi drobiazgami pozostawało absolutnie zbędne.
Zawahała się, coraz bardziej podenerwowana. Raz jeszcze spojrzała na Rufusa, rzucając mu niemalże błagalne spojrzenie i wręcz naciskając w ten sposób na to, żeby wyszli. To nie był najlepszy pomysł, a skoro sprawy ostatecznie potoczyły się w ten sposób, tym bardziej powinni się powstrzymać i…
– Wystarczy. – Aż wzdrygnęła się, kiedy do rozmowy tak po prostu postanowił włączyć się Anton. W nerwach prawie zdążyła o nim zapomnieć, więc niespokojnie obejrzała się przez ramię, spoglądając na mężczyznę w roztargnieniu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, jakie targały nim emocje, dziadek Issie Ciągnął dalej, wyraźnie nie zamierzając czekać na moment, w którym ktokolwiek spróbuje mu przerwać. – To są moi goście, Adam. Nie bądź nieuprzejmy – dodał, a drugi z obecnych w kuchni ludzi aż się zapowietrzył, wyraźnie wytrącony z równowagi.
– Goście! – powtórzył, potrząsając z niedowierzaniem głową. – I oczywiście nie słyszałeś, że dopiero co próbowano mi grozić, poza tym…
– To naprawdę takie dziwne? – przerwał mu Anton. – Dopiero co obraziłeś tę uroczą panienkę – ciągnął, ruchem głowy wskazując na Claire – więc to oczywiste, że odpłacono ci się w równie nieuprzejmy sposób. Pomińmy, że nie w taki sposób powinieneś odnosić się do przyjaciółki swojej córki.
– Żartujesz sobie ze mnie.
Adam – ojciec Marissy, a przynajmniej takie rozwiązanie nagle wydało się Claire najbardziej sensowne – gwałtownie zaczerpnął powietrze do płuc, wyraźnie rozeźlony. Z chwilą, w której zdołała powiązać fakty na tyle sensownie, by zorientować się w czym rzecz. Coś ścisnęło ją w gardle, tym bardziej że również reakcja mężczyzny w momencie, w którym ją zauważył, stała się dla niej jasna. Jeśli miała być ze sobą szczera, w jakimś stopniu chyba nawet się tego obawiała – oznak niechęci i obwiniania, niezależnie od tego, że nie mieli prawa wiedzieć o wszystkim, co zaszło w dniu balu.
Wciąż milczała, niezdolna wykrztusić z siebie chociaż słowa. Mogła spróbować przeprosić, ale wiedziała, że gdyby to robiła, wzbudziłaby zbyt wiele emocji. Ostatnim, czego potrzebowała, to niewygodne pytania, na które nie mogłaby odpowiedzieć. W efekcie wolała trwać w ciszy, chociaż i ta męczyła ją aż do tego stopnia, że aż odetchnęła, kiedy ponownie odezwał się Anton.
– Claire przyszła, bo też martwi się o Marissę. To nie powinno cię dziwić, skoro Issunia ciągle o niej mówiła, prawda? – stwierdził z przekonaniem, a Claire wymownie uniosła brwi.
– Mówiła o mnie? – wyrwało jej się.
Anton tylko się uśmiechnął.
– Jak nakręcona – przyznał tonem na tyle pewnym, że nie potrafiła mu nie uwierzyć. – Dziwiło mnie, że ani razu się u nas nie pojawiłaś, ale Issie twierdziła, że nie wyglądasz na kogoś, kto lubi przebywać poza domem. Nie chciała na ciebie naciskać.
To wystarczyło, żeby wprawić ją w jeszcze silniejszą dezorientację. Wcześniej nie zastanawiała się nad tym, jak bardzo była ważna dla Marissy. To wciąż wydawało się świeże, zresztą nie miała absolutnie żadnego doświadczenia w zawieraniu przyjaźni. Lucas był wyjątkiem, ale najpewniej dlatego, że znała go od dziecka. Dla niej był jak rodzina, zresztą tak jak i kuzynostwo, które szybko zaakceptowało ją przez wzgląd na to, że byli ze sobą spokrewnieni. Podejrzewała, że nie jest najlepszym materiałem na jakąkolwiek przyjaciółkę, zwłaszcza że mimo wszystko preferowała samotność. Gdyby nie Marissa, zdecydowanie nie pojawiłaby się ani na imprezie z okazji Halloween, ani tym bardziej balu. Prawda była taka, że to przede wszystkim Issie ciągnęła ją do tego, co w przypadku ludzi musiało być normalnością – i to wydawało się po prostu dobre.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, pośpiesznie mrugając, kiedy poczuła pieczenie pod powiekami. Jeśli do tej pory czuła się źle, w tamtej chwili doświadczenie to okazało się jeszcze gorsze. Co więcej, bardzo łatwo przyszło Claire wyobrażenie sobie, że Marissa porządnie by jej przyłożyła, gdyby zająknęła się choć słowem na temat tego, że była czemukolwiek winna albo sobie nie zasłużyła. Nie rozumiała, co takiego popchnęło tę dziewczynę do zainteresowania się akurat nią, ale była jej za to wdzięczna, niezależnie od tego, jak ostatecznie się to skończyło.
Och, poza tym wszystko wskazywało na to, że Issie była dobrą obserwatorką. Co prawda przez większość czasu działała po swojemu, ale najwyraźniej również ona dostrzegała granice. Myśląc o tym, jak dziewczyna zawsze próbowała ją podejść, przekonując do coraz to nowych pomysłów, uświadomiła sobie, że nigdy nie czuła się przy Marissie źle. Może i czasami wywracała oczami, dochodząc do wniosku, że nie ma sensu się kłócić, ale to za każdym razem była jej decyzja. Podejrzewała, że gdyby odmówiła, Issie tak czy inaczej by to przyjęła. To, że nigdy tego nie zrobiła, pozostawało wyłącznie jej decyzją, a Claire nie mogła zaprzeczyć, że w jakimś stopniu tego potrzebowała, podświadomie dążąc do tego, co wydawało się normalne.
– Skoro tak bardzo się przyjaźniły, dlaczego pojawiła się dopiero teraz? – zapytał spiętym tonem Adam, przy okazji skutecznie wyrywając ją z zamyślenia. – Przepraszam bardzo, że szlag mnie trafia, skoro nie wiem, gdzie jest moja córka i…
– Wiem – przerwał mu natychmiast Anton. Zaraz po tym energicznie potrząsnął głową, wyraźnie zmartwiony. – Idź ochłonąć, co? – zaproponował, samym tylko pytaniem zamykając mężczyźnie usta.
Sądziła, że Adam zaprotestuje albo w jakikolwiek inny sposób da do zrozumienia, że nie zamierza usłuchać, ale nic podobnego nie miało miejsca. Przez dłuższą chwilę trwał w bezruchu, wodząc wzrokiem po kuchni i wyglądając na chętnego, żeby zaprotestować, ostatecznie jednak tego nie zrobił.
– Och, cholera, róbcie sobie, co chcecie! – warknął, po czym najzwyczajniej w świecie się wycofał, odwracając się na pięcie, by w następnej sekundzie zniknąć gdzieś na prowadzących na piętro schodach.
Claire odprowadziła go wzrokiem, całą sobą czując, że to nie powinno wyglądać w ten sposób. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że wciąż stoi, nerwowo napinając mięśnie i nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca. Natychmiast spróbowała nad sobą zapanować, po czym w pośpiechu opadła na krzesło, dochodząc do wniosku, że nie będzie w stanie dłużej ustać w miejscu. W głowie miała pustkę, a przynajmniej tak się czuła, nie będąc w stanie tak po prostu zebrać myśli. Próbowała choć po części nad sobą zapanować, ale to również okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
– Przepraszam za niego – usłyszała i coś w słowach Antona sprawiło, że zapragnęła histerycznie się roześmiać. Och, tak, to zdecydowanie ona potrzebowała przeprosić za to, że ojciec Issie odchodził od zmysłów. – Jest nerwowy, odkąd Cóż, to chyba oczywiste.
– Możliwe, ale nie znaczy, że ma przestać nad sobą panować – stwierdził cierpko Rufus.
Aż na niego spojrzała, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy sam również myślał takimi kategoriami, kiedy zamartwiał się o nią albo mamę. Biorąc pod uwagę fakt, że zwłaszcza w ostatnim czasie bywał nerwowy, szczerze wątpiła.
– A ja sądzę, że go rozumiem – stwierdziła zgodnie z prawdą. – Niektórzy bywają bardzo nerwowi, kiedy zamartwiają się o bliskich…
– Tak uważasz, moja mała?
Wzruszyła ramionami, aż nazbyt świadoma, że pojął aluzję. Co prawda sądziła, żeby to mogło cokolwiek zmienić, ale z jakiegoś powodu poczuła się lepiej. Co prawda wszystko wciąż wydawał się dziać o wiele za szybko, przez co ledwo mogła nadążyć nad sytuacją, ale…
A potem to poczuła i cały jej dotychczasowy spokój trafił szlag.
Machinalnie zacisnęła dłoń w pięść, czując znajome mrowienie. Podświadomie wyczekiwała go już od dłuższego czasu, ale i tak ją zaskoczyło, zwłaszcza że przez przebieg rozmowy zdążyła stracić czujność. Ledwo zdusiła jęk, próbując zachować spokój i gorączkowo zastanawiając nad tym, w jaki sposób i gdzie powinna się ewakuować. Gdyby była w domu, nie zastanawiałaby się nad drogą ucieczki, ale w obecnej sytuacji…
– Czy wszystko w porządku? – doszło do niej jakby z oddali. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby skoncentrować się na słowach Antona, a tym bardziej pojąc, że ten niespokojnie jej się przypatrywał. – Bardzo pobladłaś, więc… Raz jeszcze przepraszam za syna – dodał, chociaż zdecydowanie nie nerwy miały wpływ na to, jak się czuła.
– Nic mi nie jest. Ja po prostu… – Zamilkła, po czym przełknęła z trudem. – Muszę wyjść na chwilę. Ja nie…
Chciała dodać coś jeszcze, ale nie miała pojęcia, co i dlaczego powinna powiedzieć. Teraz już nie miała wątpliwości, że przyjście tutaj nie było dobrym pomysłem – przynajmniej nie dzisiaj i nie bez przemyślenia – ale nie było czasu, żeby zastanawiać się nad czymś, czego już i tak nie dało się zmienić.
– Claire? – Rufus znalazł się przy niej na tyle szybko, na ile pozwalała mu sytuacja. Czuła, że był zniecierpliwiony, zwłaszcza że konieczność poruszania się ludzkim tempem zdecydowanie nie była czymś, co praktykował na co dzień. – Hej, spójrz na mnie – ponaglił, ujmując jej twarz w obie dłonie.
Nie zaprotestowała, kiedy spojrzał jej w oczy. Zlustrował ją wzrokiem, ostatecznie przenosząc spojrzenie na rękę, którą tak kurczowo zaciskała w pięść. Wyczuła, że to mu wystarczyło, żeby zorientować się w czym rzecz, a przynajmniej to sugerowało jego spojrzenie. Wyraźnie się rozluźnił, uspokojony tym, że nie doświadczała niczego bardziej niepokojącego niż zazwyczaj. To, że czasami pisała wiersze, które niosły ze sobą ostrzeżenie, już jakiś czas temu przestało szokować, stając się czymś niemalże normalnym. Co więcej, była pewna, że również Rufus przeszedł z tym do porządku dziennego, bynajmniej nie próbując negować prawdziwości tego, co zapisywała. Miała wrażenie, że chociaż wciąż bywał sceptyczny, ostatecznie zaakceptował to tak, jak chociażby wizję Isabeau – a więc coś, co po prostu działało, nawet jeśli nie dało się tego opisać w stricte naukowy sposób.
– Zaraz mi przejdzie – odezwała się ponownie – ale naprawdę potrzebowałabym… kilku minut.
– Tak, tak… Chodź – zadecydował, stanowczo obejmując ją ramieniem i nakłaniając do tego, żeby się podniosła. Nie miała problemu z tym, żeby uchwycić równowagę, a tym bardziej poruszać w pojedynkę, ale znajomy uścisk sprawił, że poczuła się o wiele bezpieczniejsza. – Nie obraziłbym się za łazienkę, jeśli łaska – dodał, nie tyle prosząc, co raczej oczekując od Antona odpowiedzi.
Mogła się tego po nim spodziewać, ale w tamtej chwili nie miała głowy do zastanawiania nad tym, co i dlaczego było nieuprzejme. Wątpiła zresztą, żeby na Rufusie jakiekolwiek uwagi zrobiły wrażenie, zwłaszcza kiedy przejmował się nią. Zdążyła przywyknąć, że w większości przypadków i tak działał po swojemu, najzwyczajniej w świecie ignorując uwagi, które nie były mu na rękę. Chwilami wciąż tego nie rozumiała, ale zdążyła przywyknąć, że naukowiec postępował w stosunkowo daleki od jakichkolwiek przyjętych przez ludzi norm sposób.
– Na górze, drugie drzwi po lewej – odpowiedział pośpiesznie Anton. Wydawał się zmartwiony, poza tym wciąż obserwował ją niespokojnie. – Na pewno wszystko w porządku? Jeśli mogę jakoś pomóc…
– Tak, tak… Claire zaraz przejdzie – uciął stanowczo wampir, ciągnąc ją za sobą.
W jakimś stopniu poczuła się lepiej, kiedy znaleźli się poza zasięgiem wzroku mężczyzny. Milczała, przesadnie wręcz skupiona na kolejnych krokach, zwłaszcza kiedy stanęła przed koniecznością wejścia po schodach. Rufus wciąż ją obejmował i z zaskoczeniem przekonała się, że wydawał się spięty z innego powodu, niż tylko tego, że mogłaby doświadczać skutków swojego daru. Kiedy na niego spojrzała, odniosła wrażenie, że przejmował się czymś innym, ale nie próbowała pytać, podejrzewając, że i tak nie uzyskałaby odpowiedzi. W tamtej chwili zależało jej przede wszystkim na tym, żeby znaleźć się w miejscu, w którym mogłaby dojść do siebie, a później najlepiej jak najszybciej się ewakuować.
Znalezienie łazienki okazało się dziecinnie proste. Natychmiast oswobodziła się z objęć ojca, po czym – wciąż dziwnie roztrzęsiona – podeszła do umywalki, żeby obmyć twarz zimną wodą. Trochę pomogło, ale nie na tyle, by zdołała zapanować nad mrowieniem, które czuła w ramieniu. Dawno nie doświadczyła aż do tego stopnia gwałtownego, pragnąc zapisać słowa, wciąż nie pojawiły się w jej umyśle. Czasami, kiedy zwlekała albo nie miała możliwości, by zapisać kolejny wiersz, była w stanie obyć się bez konieczności notowania haiku, w zamian zdolna przywołać odpowiednią treść w myślach, ale najwyraźniej tym razem było inaczej.
– Jak się czujesz? – usłyszała tuż za plecami. – To kolejnych z tych twoich wierszy? Nie żebym narzekał, ale to nie jest najodpowiedniejszy moment, Claire – przyznał Rufus, a ona jęknęła, po czym z wolna odwróciła się w jego stronę. Plecami oparła się o umywalkę, wciąż nie ufając sobie na tyle, by stać bez żadnego wsparcia.
– Wiem o tym – zapewniła pośpiesznie. – Powinniśmy stąd iść, ale… – Urwała, kiedy ramię w bardziej znaczący sposób dało jej się we znaki. Zaciskała palce tak mocno, że chyba jedynie cudem wciąż nie połamała sobie kości. – Zaraz mi przejdzie – dodała i w tamtej chwili pragnęła przekonać do tego samą siebie, powoli zaczynając wątpić, że tym razem będzie to możliwe.
Rufus rzucił jej badawcze, zdradzające niepokój spojrzenie. Zrozumiała, że najwyraźniej aż nazbyt dobrze widać było po niej, że ledwo radziła sobie z emocjami i sytuacją. Nie wiedziała jak wygląda, ale czuła, że pobladła, co zresztą jeszcze na dole zauważył Anton.
– Co się dzieje? – rzucił spiętym tonem wampir. – Coś cię boli? Claire…
Potrząsnęła głową. Do tej pory nie miała okazji, żeby z nim o tym porozmawiać, bo i nie było takiej potrzeby. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek z powodu wiersza czuła się aż tak źle i to ją martwiło. W gruncie rzeczy zaczynała być przerażona, nie potrafiąc sobie wyobrazić, o czym tym razem mogłaby pisać. W gruncie rzeczy nie chciała wiedzieć, bo gdyby okazało się, że kolejny raz chodzi o mamę albo…
Zacisnęła usta, niemalże zmuszając się do zachowania spokoju i odpowiedzi.
– Trochę, jeśli nie piszę – wyjaśniła po chwili wahania. Uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony jej słowami. – Tak czasami jest, kiedy w porę nie zareaguję albo…
Gwałtownie urwała, jedynie cudem powstrzymując się od zaskoczonego okrzyku. W zamian wyrwał jej się cichy, zdławiony jęk, stanowczo zaprzeczający temu, że w grę mogłoby wchodzić tylko trochę bólu. Wrażenie było tak silne i nieprzyjemne, że przez krótką chwilę miała wrażenie, że oszaleje, jeśli natychmiast czegoś nie zrobi.
Nie zauważyła, żeby Rufus się przemieścił, a jednak nagle znalazł się tuż przy niej, bez słowa chwytając ją za rękę. Zdecydowanym, choć przy tym niezwykle ostrożnym ruchem nakłonił ją do tego, żeby wyprostowała ramię. Skrzywiła się, ale nie próbowała z nim walczyć, pozwalając by delikatnie ją zbadał, nawet jeśli to wydawało się bez sensu. Fizycznie nic jej nie dolegało, przynajmniej na razie, chociaż wcale nie zdziwiłaby się, gdyby w którymś momencie przypadkiem sama doprowadziła do jakiegokolwiek urazu.
– Claire… Dziecko, na litość bogini, spróbuj się rozluźnić, bo za chwilę zrobisz sobie krzywdę – upomniał ją, ostatecznie chwytając za dłoń. Rozprostowała palce tylko i wyłącznie dlatego, że ją do tego przymusił, samą siebie zaskakując tym, że w ogóle była do tego zdolna. – W porządku… Chcesz stąd wyjść? Mam wrażenie, że i tak niczego z tego nie będzie, zresztą…
Cokolwiek miał do powiedzenia, nie była w stanie skoncentrować się na kolejnych słowach. Myślami był gdzieś daleko, wciąż roztrzęsiona, chociaż samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, co było tego przyczyną. Oddech nagle jej przyśpieszył, płytki i urywany, przez co miała problem z tym, żeby nad nim zapanować. Z zaskoczeniem uprzytomniła sobie, że towarzyszył jej przede wszystkim strach – silny, przejmujący i absolutnie niemożliwy do zignorowania. Nie potrafiła wytłumaczyć jego podłoża, świadoma wyłącznie mętliku w głowie, co również dawało się dziewczynie we znaki. Pomyślała, że powinna wyjąc pisak od Lucasa i zapisać haiku chociażby na kafelkach, byleby mieć szansę pozbyć się towarzyszącego jej przez cały ten czas napięcia, ale nie była w stanie chociażby ruszyć ręką.
Miała wrażenie, że wszystko trwało w całą wieczność, chociaż w rzeczywsitości w grę musiały wchodzić co najwyżej minuty. Dziwne uczucie zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, pozostawiając po sobie przede wszystkim dezorientację oraz słowa, których wyczekiwała, a które ostatecznie pojawiły się w jej umyśle. Na moment zamarła, po czym zachwiała się niebezpiecznie, w następnej sekundzie dosłownie wpadając ojcu w ramiona. Rufus objął ją, wyraźnie podenerwowany, być może próbując o coś pytać, ale również na tych słowach nie była w stanie się skoncentrować. Nie, skoro całą sobą skupiała się na trzech krótkich linijkach, które majaczyły gdzieś w jej pamięci, niezmiennie przyprawiając dziewczynę o dreszcze.
– Ja nie… – zaczęła, próbując ubrać w słowa to, co się z nią ziało, ale nie miała po temu okazji.
Z chwilą, w której spróbowała się odezwać, gdzieś na dole rozległ się głośny, niepokojący huk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa