27.05.2017

Sto dziewięćdziesiąt dwa

Claire
Zawahała się przed drzwiami. Stała przed niewyróżniającym się niczym szczególnym, jednopiętrowym domkiem, bezmyślnie przypatrując się jasnej, wyniszczonej przez czas i warunki atmosferyczne elewacji. Wyraźnie czuła, że ktoś jest w środku – nawet więcej niż jedna osoba – i to wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, dla pewności raz jeszcze rozglądając się dookoła i szukając czegokolwiek, czym mogłaby zająć myśli.
Zdążyła zauważyć niewielki, uśpiony o tej porze roku ogródek. Z jakiegoś powodu bardzo łatwo wyobraziła sobie Issie w tym miejscu – roześmianą i najpewniej czerpiącą przyjemność z samej tylko możliwości obserwowania kwiatów. Coś ścisnęło ją w gardle, więc przełknęła z trudem, próbując doprowadzić się do porządku. To okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby początkowo przypuszczać, co bynajmniej nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek lepiej. W duchu raz po raz powtarzała sobie, że nie ma powodów do niepokoju, ale to na dłuższą metę nie przynosiło żadnego, nawet po części satysfakcjonującego skutku.
Raz jeszcze powiodła wzrokiem dookoła, wciąż niespokojna. Słyszała szum przemykających drogą samochodów, a także dziesiątki pulsów ludzi, którzy musieli znajdować się gdzieś w pobliżu. Miasto tętniło życiem nawet pomimo później pory, co do pewnego stopnia podziałało na dziewczynę kojąco, ale nie na tyle, by zdołała się rozluźnić. Wciąż miała wrażenie, że w ciemnościach czai się coś, czego nie powinno tam być i to wystarczyło, żeby poczuła się niemal osaczona. Raz jeszcze spojrzała na Rufusa, chcąc upewnić się, że nie zamierzał przypadkiem się wycofać albo przypadkiem również nie wyczuł czegoś niewłaściwego, po czym pośpiesznie nacisnęła dzwonek, nie chcąc dawać sobie czasu na to, żeby jednak stchórzyć.
Wszystko trwało zaledwie kilkanaście sekund, ale jej wydawało się niemalże wiecznością. Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści, chcąc powstrzymać się przed ponownym naciśnięciem dzwonka i przytrzymaniem go dłużej. Próbowała skupić się na swobodnym oddychaniu, z niemalże przesadną uwagą biorąc kolejne wdechy. W duchu odliczała kolejne sekundy, skoncentrowana do tego stopnia, że kiedy drzwi wejściowe delikatnie się otworzyły, wzdrygnęła się mimowolnie, skutecznie wyrwana z zamyślenia. W nieco nieprzytomny sposób spojrzała na stojącą tuż przed nią postać, w pośpiechu wyrzucając z siebie pierwsze sensowne słowa, które przyszły jej do głowy.
– Dobry wieczór, jestem… – zaczęła, ale nie miała okazji po temu, żeby dokończyć.
– Claire. – Na moment zamarła, kiedy męski głos bez chwili wahania wypowiedział jej imię. – O mój Boże, tak. Wejdź, dziecko.
Uniosła brwi, w końcu będąc w stanie skupić się na swoim rozmówcy. Przed sobą miała bez wątpienia człowieka, na dodatek starszego, chociaż zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kogo mogłaby uznać za staruszka. Jeden rzut oka na twarz mężczyzny wystarczył, żeby zorientowała się, że najpewniej ma przed sobą dziadka Issie – w końcu dziewczyna sama dopiero co o nim wspominała. Również w rysach twarzy śmiertelnika było coś znajomego, chociaż podobieństwo między nim a Marissą nie było aż tak uderzające, jak chociażby pomiędzy jej kuzynostwem a ich rodzicami.
Znów się zawahała, ale – o dziwo – już nie czuła się aż tak onieśmielona jak na początku. W sposobie, w jaki mężczyzna wypowiedział jej imię, było coś ciepłego – rodzaj życzliwości, która wystarczyła, by choć trochę dziewczynę uspokoić. Co prawda wciąż nie była pewna, czego powinna się spodziewać, ale wszystko wskazywało na to, że była w tym miejscu mile widziana. Podejrzewała, że gdyby ktokolwiek podejrzewał, że miała jakikolwiek związek z zaginięciem Issie, sytuacja uległaby zmianie, ale starała się o tym nie myśleć. To zdecydowanie nie był dobry moment na zadręczanie się, niezależnie od tego, czy miała powody.
– Tak… Możemy wejść? – zapytała, celowo podkreślając liczbę mnogą, by zwrócić uwagę również na Rufusa.
W jej przypadku przekroczenie progu nie stanowiło problemu, ale z wampirem było inaczej, chociaż oczywiście nie mogła wprost poprosić o zaproszenie. To, które padło z ust mężczyzny, było przeznaczone dla niej, co w znacznym stopniu komplikowało sytuację.
Mężczyzna na powrót odwrócił się w jej stronę, dopiero w tamtej chwili orientując się, że nie była sama. Raz jeszcze zmierzył wzrokiem najpierw Claire, a dopiero później towarzyszącego jej wampira, bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaskoczonego albo rozeźlonego tym, że nie była sama.
– Oczywiście, że tak – zapewnił bez chwili wahania. – Zapraszam.
Miała nadzieję, że to wystarczy, tym bardziej że ostatnim, czego tak naprawdę chciała, było zmuszenie taty do mieszania komukolwiek w głowie. Nie puściłby jej samej i to było pewne, dlatego znacznie uspokoiła się, kiedy Rufus bez chwili wahania ruszył za nią, nie mając problemu z wejściem do środka. Jak na razie wszystko wydawało się cudownie proste, chociaż to wciąż był zaledwie początek, a Claire wiedziała, że najpoważniejsza część rozmowy wciąż była dopiero przed nią.
Dyskretnie rozejrzała się dookoła, wciąż pełna wątpliwości. Obojętnym wzrokiem omiotła skromnie urządzony przedsionek, ostatecznie koncentrując się na mężczyźnie, który wpuścił ją do środka. Znał ją, co może nie powinno aż tak dziwić, skoro Issie miała w zwyczaju dużo mówić. Mogła przewidzieć, że rozmawiała również o niej, ale i tak coś w samej tylko świadomości sprawiło, że poczuła się dziwnie. Więc była na tyle ważna, żeby odpowiadać o niej na prawo i lewo, i…
To może zaczekać!, warknęła na siebie w duchu. Musiała wziąć się w garść i to najlepiej tak szybko, jak tylko miało się to okazać możliwe.
– Bardzo przepraszamy za najście, zwłaszcza o tej porze – zaczęła pośpiesznie, chcąc postawić sprawę jasno i w końcu przerwać przeciągającą się ciszę – ale to ważne. Musiałam przyjść – wyjaśniła, a przynajmniej próbowała, bo szczerze wątpiła, żeby kilka lakonicznych słów cokolwiek rozjaśniło.
– Miałem nadzieję, że w końcu się pojawisz. Byłbym zdziwiony, gdyby nie… No, Issie tyle razy powtarzała, że ma przyjaciółkę, że naprawdę… – Mężczyzna zamilkł, po czym odwrócił się w jej stronę. – Nie przepraszaj. Wpuściłbym każdego, kto przyszedłby w sprawie mojej Issie – dodał pośpiesznie.
– Trochę to nieroztropne – wtrącił Rufus, odzywając się po raz pierwszy, odkąd weszli do domu.
Claire spojrzała na niego z wahaniem, sama niepewna, czego powinna się spodziewać. Wciąż nie była pewna ani tej wizyty, ani tym bardziej obecność taty, chociaż teoretycznie mu ufała. Wiedziała, że miał swój cel, poza tym na pewno chciał ją pilnować. Co więcej, kiedy była taka potrzeba, zachowywał się w jak najbardziej ludzki sposób, ale to na dłuższą metę niewiele zmieniało. Wciąż obawiała się tego, co mógłby powiedzieć, gdyby zbytnio się zapędził. Dla niej ważna była Issie, ale wampir koncentrował się przede wszystkim na sprawdzeniu swoich teorii. Claire nie miała pojęcia, jak zamierzał tego dokonać. Chyba nawet nie chciała wiedzieć, chociaż z drugiej strony…
– Może. – Mężczyzna zawahał się na dłuższą chwilę, po czym wzruszył ramionami. – Ale to teraz nieważne. Nie widzę też powodu, żeby rozmawiać w przejściu.
Sama mimo wszystko wolała załatwić to w taki sposób, tak szybko, jak tylko miało okazać się to możliwe. Mimo wszystko nie zaprotestowała, chcąc nie chcąc przechodząc do kolejnego pomieszczenia, które okazało się kuchnią. Zmrużyła oczy w jasnym blasku jarzeniówek, po czym na krótką chwilę uciekła wzrokiem gdzieś w bok. W milczeniu przyjrzała się szarym, lśniącym meblom, do pewnego stopnia rozproszona lakierowanymi, odbijającymi światło frontami. Dostrzegła również swoje odbicie, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy faktycznie była aż do tego stopnia blada i spięta, czy może wszystko sprowadzało się do gry świateł. Wciąż nie czuła się najlepiej, nerwowo szarpiąc bransoletkę i niemalże spodziewając się tego, że w którymś momencie będzie musiała pod jakimś pretekstem się wycofać, żeby zapisać haiku. Niemalże czuła, że jakieś zagrożenie wisi w powietrzu… Czy też może raczej ostrzeżenie przed czymś więcej, bo wciąż liczyła, że w pierwszej kolejności da o sobie znać dar, którym dysponowała.
– Jesteśmy tutaj dosłownie na chwilę, więc może po prostu darujmy sobie niepotrzebne uprzejmości, herbatę czy co tam jeszcze… – Głos Rufusa skutecznie sprowadził ją na ziemię. Przynajmniej o jeden nie wydawał się mieć problemów z tym, żeby mówić. Co więcej, mimo wszystko brzmiał względnie uprzejmie, co dziewczyna przyjęła z ulgą. – Claire zamartwia się o przyjaciółkę, więc… Hm, po prostu chcielibyśmy wiedzieć, czy wiadomo coś nowego.
Zacisnęła usta, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że to nie było uczciwe. Nie tak wyobrażała sobie tę rozmowę – w gruncie rzeczy w ogóle jej sobie nie wyobrażała, przez co tym bardziej była wdzięczna ojcu, że przynajmniej on wiedział, co powiedzieć – ale czuła się źle z tym, że mieliby ograniczyć się do kilku lakonicznych pytań. To wydawało się egoistyczne, przynajmniej z jej perspektyw; ta myśl wręcz nie dawała dziewczynie spokoju, niezmiennie ją dręcząc i sprawiając, że pragnęła zrobić… Cóż, dosłownie cokolwiek. Chciała się na coś przydać, ale nie potrafiła, nie będąc w sanie nawet właściwie odnaleźć się w roli ewentualnej pocieszycielki. To zdecydowanie nie powinno tak wyglądać i ta jedna myśl nie dawała jej spokoju, dręcząc równie mocno jak i to, że nie mogła powiedzieć prawdy.
– Ja… Pomyślałam, że Issie na pewno chciałaby, żebym przyszła – przyznała, nie mogąc się powstrzymać. – Martwię się o nią. No i chciałabym wiedzieć…Jest śledztwo, prawda? – zapytała wprost, próbując jakkolwiek rozeznać się w sytuacji. To było istotne, tym bardziej że mogło okazać się niebezpieczne również dla niej i pozostałych. – Proszę pana…
– Mów mi Anton – przerwał jej niemalże łagodnie mężczyzna. – Nic się nie zmieniło. Issie nie ma, dosłownie jak kamień w wodę, ale… – Urwał, po czym westchnął przeciągle. – Jak wspomniałem, nie jestem zaskoczony, że w końcu przyszłaś. Marissa tyle o tobie mówiła… Przyjaźniłyście się, prawda? To nic dziwnego, że chciałabyś cokolwiek wiedzieć.
Słuchała go, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że na swój sposób pozostawał nieobecny. Jej również koncentracja na poszczególnych słowach przyszła z trudem, ale zrzuciła to na nerwy. Chciała się skupić i doprowadzić sprawy do końca, ale coś w zachowaniu Antona sprawiało, że nie potrafiła. To, że raz po raz spoglądał na nią w tak życzliwy sposób, tym bardziej, zwłaszcza że musiała go okłamywać. Przecież dobrze wiedziała, co działo się z Marissą, ale… Cóż, oczywiście nie mogła o tym powiedzieć – i to nie tylko dlatego, że mężczyzna najpewniej uznałby ją za wariatkę.
Milczała, ale to najwyraźniej nie przeszkadzało jej rozmówcy. Obserwowała go, kiedy nagle zaczął krążyć po kuchni, jak gdyby nigdy nic nastawiając czajnik, być może po to, żeby zająć czymś ręce. Z drugiej strony, łatwo mogła sobie wyobrazić, jak zachowałaby się Issie, gdyby ktokolwiek spróbował zasugerować jej, że coś, co sobie zaplanowała, nie jest konieczne. Nie miała pewności, ale nie była w stanie tak po prostu zaprotestować, po chwili wahania decydując się opaść na jedno z najbliżej stojących kuchennych krzeseł. Uświadomiła sobie, że się trzęsie, a ciało ma napięte do granic możliwości. Wciąż zaciskała dłonie w pięści, podświadomie wyczekując czegoś, co nie nadchodziło, chociaż powinno.
Wyczuła ruch za plecami, a chwilę później ciepłe dłonie wylądowały na jej ramionach. Krótko obejrzała się, bez trudu podchwytując pytające, pełne napięcia spojrzenie Rufusa. Nie skomentował jej zachowania nawet słowem, ale bez trudu wyczuł, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Jedynie potrząsnęła głową, próbując zapewnić go, że jest w porządku – przynajmniej teoretycznie, bo sama nie była pewna, w czym leżał problem.
– Po prostu mi zimno – przyznała lakonicznie, bo to nie było szczególnie dalekie od prawdy.
– Dlatego szybko wrócimy do domu – oznajmił natychmiast wampir. – Co z tym śledztwem. Mam na myśli… Czy działo się coś wartego uwagi?
Wyczuła w jego glosie dość charakterystyczną, naglącą nutę, która wystarczyła, żeby zorientowała się, że jednak pokusił się o użycie wpływu. Był zniecierpliwiony, co zresztą wcale jej nie zdziwiło, bo tata rzadko bywał cierpliwy. Wciąż stał przy niej, zaciskając dłonie na jej ramionach w geście, który z założenia miał dodać jej pewności, ale w rzeczywistości zdradzał przede wszystkim irytację.
– Jest zimno. Issie też ciągle wracała zmarznięta, a później… – Anton zamilkł, po czym westchnął przeciągle. – Niczego nie wiadomo. Wiem, że przepytywano kilka dzieciaków w szkole, ale nikt niczego nie widział Dziwna sprawa, prawda? Dziewczyna zaginęła na balu, ale nikt nic nie wie.
Spodziewała się choćby odrobiny goryczy, ale niczego podobnego nie wychwyciła w tonie mężczyzny. Była świadoma przede wszystkim troski – i niczego ponadto. Poczuła się dziwnie, tym bardziej że przecież była obca – przynajmniej dla Antona, który musiał znać ją przede wszystkim z opowieści Marissy. Nie była pewna, w jaki sposób powinna się zachować, a tym bardziej co powinna powiedzieć. Obiecała Issie, że to załatwi, ale o wiele łatwiej było zapewniać, że znajdzie jakiś sposób i przekaże jej najbliższym, co tylko okaże się konieczne, ale kiedy przyszło co do czego…
Słodka bogini, przecież nie mogła poruszyć tego tematu ot tak, a tym bardziej zasugerować, że cokolwiek wie. Im dłużej o tym myślała, tym więcej pretensji miała do samej siebie, nie potrafiąc wytłumaczyć, czego tak naprawdę oczekiwała, decydując się tutaj przyjść. Gdyby nie to, że nie była sama, pewniej wciąż tkwiłaby w progu, niezdolna wykrztusić z siebie słowa. Co prawda bezpośredniość Rufusa w kwestii zadawania pytań pozostawiała wiele do życzenia, ale to wydawało się lepsze niż nic. Cóż, przynajmniej było praktyczne, czego nie dało powiedzieć się o milczeniu i rozpamiętywaniu rzeczy, na które i tak nie miała już wpływu.
– Tak… To akurat wiemy – stwierdził Rufus, jakimś cudem wciąż panując nad tonem. Brzmiał niemalże uprzejmie, chociaż Claire dobrze wiedziała, że brak jakichkolwiek konkretnych informacji go zniechęcał. – Więc wypytywano uczniów…
– Claire nie? – zapytał zaskoczony mężczyzna. – Dziwne, skoro były razem, ale może tak jest lepiej… Nie chodzi o to, żeby dziewczynę zamęczyć – przyznał, ale w jego oczach pojawiło się coś, czego Claire co prawda nie potrafiła zinterpretować, ale dało jej do myślenia. – Nie chcę być uciążliwy, ale skoro już tutaj jesteś, chciałbym wiedzieć, co pamiętasz z balu. Proszę… Widziałaś wtedy Issie, prawda?
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez krótką chwilę świadoma przede wszystkim nieprzyjemnego uścisku w gardle. Mogła spodziewać się tego pytania, ale i tak ją zaskoczyło, na kilka sekund wytrącając z równowagi. Wyczuła, że Rufus drgnął, najpewniej planując zainterweniować, ale nie dała mu po temu okazji, jednak decydując się odezwać.
– Na balu nie wydarzyło się nic szczególnego, przynajmniej kiedy ja tam byłam – zapewniła pośpiesznie. No, prawie nic… Tylko zaatakowała nas banda wampirów, zdemolowaliśmy kilka samochodów, a na koniec pańska wnuczka została ugryziona przez wampira. Tak swoją drogą, Issie przesyła pozdrowienia z innego kraju. Pomijając to, że pije krew, jest pod opieką jednego z moich przyjaciół i ma się świetnie, dopowiedziała w myślach i to wystarczyło, żeby przez krótką chwilę miała ochotę histerycznie się roześmiać. O tak, to zdecydowanie brzmiało dobrze! – Szybko się rozdzieliłyśmy. Jedna z moich kuzynek źle się poczuła, więc wróciliśmy do domu…
Przynajmniej znała oficjalną wersję, która jak do tej pory zapewniała im spokój, przynajmniej jeśli chodziło o konieczność spotkań z policją. Wiedziała, że to kosztowało Carlisle’a kilka rozmów, a ostatecznie i tak Aldero i Cammy musieli dodatkowo pokusić się o użycie perswazji, ale to przynajmniej tymczasowo nie było ważne. Liczył się efekt, a ten wydawał się nienajgorszy, skoro sytuacja wydawała się względnie opanowana – przynajmniej z perspektywy jej bliskich, bo sama nie czuła się ani trochę lepiej. Nie, skoro pewne sprawy tak czy inaczej miały miejsce i teraz nic nie miało być w stanie ich cofnąć, czy chociażby odrobinę zmienić.
– To jest po prostu bez sensu – stwierdził Anton, więc zaskoczona poderwała głowę, niemalże spodziewając się tego, że mężczyzna jednak się zdenerwuje, a potem zarzuci jej kłamstwo. Nic podobnego nie miało miejsca, a śmiertelnik wciąż patrzył na nią w niemalże łagodny, troskliwy sposób. – Oczywiście nie to, co mówisz, kochanie. Po prostu to takie nie w stylu Marissy, żeby uciekać… Och, to nam na początku zarzucili – że uciekła. – Mężczyzna zacisnął usta, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Może i postępują w ten sam sposób za każdym razem, niezależnie od przypadku, ale znam Issie. Cokolwiek by się stało, nie zrobiłaby nam czegoś takiego… Nie miała powodów – dodał i zabrzmiało to tak, jakby próbował przekonać przede wszystkim samego siebie.
– Przykro mi – wyrzuciła z siebie na wydechu. To była prawda, uczuci zaś narastało z każdą kolejną sekundą, zwłaszcza odkąd znalazła się w tym domu. Zamrugała pośpiesznie, nie chcąc pozwolić sobie na sny i chociaż trochę łatwiej nad sobą zapanować. – Ka też poznałam Issie… I wiem, że cokolwiek się wydarzyło, ona na pewno… – zaczęła, chcąc wykorzystać okazję, żeby spełnić złożoną dziewczynie obietnicę, ale nie miała po temu okazji.
Coś ścisnęło ją w gardle, jednak to nie emocje sprawiły, że miała problem z dokończeniem wypowiedzi. Zawahała się, słysząc dźwięk otwieranego zamka, co dopiero z opóźnieniem uprzytomniło jej, że ktoś wrócił do domu. Anton również się wyprostował, po czym ponad jej ramieniem spojrzał do przedpokoju. Przez jego twarz przemknął cień, nie wydawał się jednak zaniepokojony. Najwyraźniej chodziło o kogoś znajomego – najpewniej kolejnego domownika – ale i tak obejrzała się, woląc to sprawdzić.
Mężczyzna, który ostatecznie pojawił się w zasięgu jej wzroku, był dużo młodszy od Antona. Jeden rzut oka wystarczył, żeby Issie zorientowała się, że obaj panowie są do siebie podobni, przynajmniej do pewnego stopnia. Dostrzegła to zarówno w rysach twarzy, jak i kolorze włosów – jasnym brązie, który w przypadku Antona zdążył częściowo przejść w siwiznę. Również oczy okazały się znajome, w obu przypadkach intensywnie niebieskie, ale przy tym szokująco wręcz różnie. Poczuła to na własnej skórze, pod spojrzeniem Antona czując się po prostu dobrze, czego nie dało się powiedzieć w przypadku wzroku nieznajomego.
Przybysz przystanął w progu, po czym krótko zlustrował kuchnię. Kiedy jego spojrzenie spoczęło na niej, Claire zapragnęła się ewakuować – i to najlepiej tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.
– Co ta dziewczyna tutaj robi? – wycedził i to wystarczyło, żeby pojęła, że ten człowiek również wiedział, kim była dla Marissy.
Zesztywniała na krześle, przez krótką chwilę świadoma wyłącznie kołatającego się w jej piersi serca. Poczuła przejmujący chłód i zadrżała, gotowa przysiąc, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno byłaby martwa. W tamtej chwili nie zastanawiała się ani nad tym, jakim cudem wszyscy w tym domu potrafili ją rozpoznać, ani tym bardziej o opinii, którą miała. Jeszcze mocniej napięła już i tak obolałe mięśnie, po czym wyprostowała się niczym struna, jedynie dzięki uściskowi na ramionach powstrzymując przed natychmiastowym poderwaniem na równe nogi.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć – jakkolwiek się wytłumaczyć, chociaż w głowie miała kompletną pustkę – jednak i to nie wchodziło w grę. Zanim zdążyła choćby się zastanowić, przybyły mężczyzna wszedł do kuchni, bez chwili wahania kierując się w jej stronę. Chociaż wiedziała, że to niemożliwe, skoro miała przed sobą człowieka, przez krótką chwilę wręcz była w stanie sobie wyobrazić, że śmiertelnik za chwilę jednak pokusi się o to, żeby rzucić jej się do gardła albo najlepiej od razu rozszarpać na kawałeczki.
– Wynoś się stąd – usłyszała i to wystarczyło, żeby wytrącić ją z równowagi. Jeśli do tej pory była podenerwowana, w tamtej chwili nie mogła wyjść z narastającego z każdą kolejną sekundą szoku. – I to natychmiast! – dodał, a Claire aż się wzdrygnęła, kiedy tak po prostu podniósł głos.
Chciała zareagować, ale nie miała po temu okazji. Jakby tego było mało, jej uszu dobiegł cichy, ale aż nazbyt wyraźny głos Rufusa.
– Jeszcze jedno słowo, a przysięgam, że pożałujesz…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa