29.06.2017

Dwieście siedemnaście

Renesmee
Od progu zorientowałam się, że było wręcz podejrzanie cicho. Spojrzałam na Isabeau, ale ta jedynie nieznacznie potrząsnęła głową, wyraźnie czymś zmartwiona. Co prawda w jej przypadku nie było to niczym nowym, tak jak i to, że mogłaby powstrzymywać się przed powiedzeniem czegoś istotnego, ale i tak poczułam się zaniepokojona.
– Beau…? – rzuciłam z wahaniem, ale wampirzyca jedynie westchnęła, po czym energicznie potrząsnęła głową.
– Ta… Tak, nic mi nie jest – przerwała, chociaż nie zdążyłam jej o nic zapytać. – Ty jedna nie próbuj mnie dręczyć bez powodu, dobra?
– Nie zamierzam.
Skinęła głową, bynajmniej nie sprawiając wrażenie uspokojonej moimi słowami. Wydawała się rozdrażniona, co zwłaszcza w przypadku Isabeau nie wróżyło niczego dobrego.  Nie miałam pojęcia, co sądzić o jej zachowaniu, ale powstrzymałam się od jakichkolwiek pytań, dochodząc do wniosku, że rozsądniej będzie nie rozpoczynać dyskusji, a tym bardziej nie próbować wampirzycy prowokować. Z łatwością mogłam sobie wyobrazić, jak skończyłyby się jakiekolwiek pytania o samopoczucie, a tym bardziej o to, czy faktycznie coś ją dręczyło. Co prawda na pewno nie zareagowałaby aż tak gwałtownie, jak całe lata temu, kiedy nie tylko przechodziła przemianę, ale na dodatek nosiła pod sercem Aldero i Cammy’ego, jednak i tak wolałam nie ryzykować.
– Świetnie – rzuciła z przekąsem, obrzucając mnie zaciekawionym spojrzeniem. – Nie chcę zabrzmieć wrednie, ale… ty też nie wyglądasz najlepiej. Gorszy dzień? – dodała tonem, który jednoznacznie dał mi do zrozumienia, że w ostatnim czasie nie wyobrażała sobie, by mogło być inaczej.
– Mam zobaczyć się z Sue, żeby porozmawiać o Secie – powiedziałam i zaraz musiałam urwać, kiedy coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w gardle. – Poza tym na mojej uczelni dzieją się dziwne rzeczy. W zasadzie… dzień jak co dzień – stwierdziłam, nie szczędząc sobie złośliwości.
Wampirzyca zawahała się, wyraźnie zaintrygowana. Jedynie westchnęłam, po czym machinalnie spojrzałam w stronę schodów, mimo wszystko martwiąc się o Claire. Nie miałam pewności, czy wciąż spała, przez co rozmawianie o Secie jawiło mi się jako coś co najmniej niewłaściwego. Do mnie samej wciąż to nie docierało, więc co dopiero musiało być w przypadku dziewczyny, która aż tak bardzo zdążyła się do zmiennokształtnego zbliżyć?
– Co masz na myśli? – zapytała mnie podejrzliwie Isabeau.
Jedynie wzruszyłam ramionami.
– Sama nie wiem… Albo po prostu jestem zmęczona – przyznałam po chwili zastanowienia. – Wiem, że ktoś zaginął, z kolei zdaniem mojego przyjaciela, niektórzy zachowują się naprawdę dziwnie. Chociażby jedna dziewczyna… Szczerze mówiąc, myślałam, że rzuci mi się do garda i to bez powodu – wyrzuciłam z siebie na wydechu. Ruszyłam w stronę kuchni, mimochodem rejestrując fakt, że Isabeau podążyła za mną. – To nie ma sensu, ale byłam gotowa przysiąc, że zachowywała się jak… No, sama wiesz.
– Nie, nie wiem – obruszyła się wampirzyca. – Mówisz od rzeczy, kochana – uświadomiła mnie, a ja jęknęłam.
– Jak pół-wampir w czasie przemiany – wyjaśniłam w końcu, rzucając szwagierce przepraszające spojrzenie. – Wam też troszeczkę odbijało.
– Dziękuję bardzo!
Puściłam jej uwagę mimo uszu, o wiele bardziej przejęta inną, istotniejszą kwestią.
– Tak czy inaczej, coś jest nie tak. Ewentualnie to ja mam przywidzenia, ale to zachowanie… – Urwałam, po czym energicznie potrząsnęłam głową, próbując łatwiej nad sobą zapanować. – Gdybyśmy byli w Mieście Nocy, nie byłabym zaskoczona… Albo raczej byłabym, bo ta dziewczyna tak czy inaczej jest człowiekiem.
Dopiero w chwili, w której wypowiedziałam te słowa, uświadomiłam sobie, że to naprawdę prezentowało się źle. Spojrzenie, którym obdarowała mnie Isabeau, wydawało się to potwierdzać, jedynie potęgując mętlik, który miałam w głowie. Wiedziałam już, że zdecydowanie miałam powody do niepokoju – z tym, że wciąż nie miałam pewności, co powinnam z tym zrobić.
– Chwila, bo niekoniecznie rozumiem… Widziałaś człowieka, który zachowywał się jak przemieniający się wampir? – Beau zamilkła, wydając się zastanawiać nad własnymi słowami. – Wiesz, że to źle brzmi? Mam na myśli…
– Mówię tylko to, co widziałam – przerwałam jej pośpiesznie. Zaczynałam mieć wątpliwości, czy robiłam słusznie, decydując się zacząć ten temat. – Mogłam coś pomylić, Beau… Ale to naprawdę wyglądało w ten sposób – wyjaśniłam i przez krótką chwilę poczułam się tak, jakbym wręcz błagała ją o to, żeby mi uwierzyła. – A zresztą…
– Co znowu? – ponagliła, po czym westchnęła, widząc moją minę. – Dobra, na spokojnie. Idę po wino.
W pierwszym odruchu chciałam zaprotestować, ale ostatecznie powstrzymałam się, dochodząc do wniosku, że jest mi wszystko jedno. Z braku lepszych pomysłów opadłam na krzesło, opierając się o blat stołu i z uwagą przypatrując Isabeau. Dziewczyna zniknęła mi z oczu, ale nie chciałam się nad tym zastanawiać. Co więcej, szczerze wątpiłam, żeby akurat alkohol był rozwiązaniem wszystkich problemów, jednak i tego zdecydowałam się nie komentować. Jak znałam Beau, to faktycznie miało jakiś sens – i to niezależnie od tego, czy ja go dostrzegałam.
Próbowałam zebrać myśli, ale szło mi to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie. Wsparłam brodę na dłoniach, nie do końca usatysfakcjonowana perspektywą czekania. Mimowolnie zaczęłam nasłuchiwać, zastanawiając się, czy gdzieś w pobliżu był Gabriel, ale nie czułam go, zresztą podejrzewałam, że gdyby był w domu, pojawiłby się z chwilą, w której znalazłam się na podjeździe. Nie przypominałam sobie, by chociaż wspominał o tym, że zamierza wychodzić, ale z drugiej strony, to wydało mi się do przewidzenia. Po tym, jak od kilku godzin czuwał przy Claire, robiąc użytek ze swojego daru, prędzej czy później musiał zdecydować się na polowanie, bynajmniej nie zamierzając szukać sobie źródła krwi.
– W porządku, co z tą dziewczyną? – zapytała Isabeau, dosłownie materializując się u mojego boku. Bez słowa podsunęła mi wino, w następnej sekundzie zajmując miejsce naprzeciwko mnie. – Po kolei…
– A co jeszcze ci mam powiedzieć? – westchnęłam, nie kryjąc rozdrażnienia. – Na pewno coś jest z nią nie tak… I mogłabym przysiąc, że jej oczy… – Potrząsnęłam głową. W zasadzie już niczego nie byłam pewna. – Nosiła okulary przeciwsłoneczne, ale widziałam dość. Jeszcze teraz ty powiedziałaś mi o tym dziwnym zapachu… Co to znaczy, Isabeau? – zapytałam wprost, nie mogąc się powstrzymać.
Nie odpowiedziała mi, ale to było do przewidzenia. Obserwowałam ją w milczeniu, kiedy jakby od niechcenia uniosła kieliszek do ust, przesadnie wręcz skupiona na jego zawartości. W tamtej chwili nabrałam pewności, że jak zwykle podejrzewała o wiele więcej, niż raczyła przyznać, ale starałam się o tym nie myśleć.
– Wiesz co? – odezwała się w końcu, nawet na mnie nie patrząc. – Szczerze mówiąc, to gdybym rozumiała wszystko, co tutaj się dzieje, zwariowałabym… Swoją drogą, pewnie teraz zabrzmię na egoistkę, ale średnio mnie interesuje, co dzieje się w przypadkowej ludzkiej szkole – dodała po chwili zastanowienia. – O ile ta szalona dziewczyna albo ktokolwiek inny nie jest w stanie powiedzieć ci, gdzie powinniśmy szukać Layli, nie zawracaj sobie nimi głowy. Serio.
W jakiś pokrętny sposób musiałam przyznać jej rację.
Claire
Obudziła się dziwnie roztrzęsiona, z poczuciem, że spała o wiele dłużej, niż miała w zwyczaju. Niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że była w swoim pokoju, o ile tak mogła nazwać sypialnię, którą zajmowała w domu Renesmee i Gabriela. Bolał ją głowa, co samo w sobie wydało się Claire niezwykle uciążliwe, tym bardziej że uczucie to zdecydowanie nie miało związku z niedoborem snu. Co więcej, wciąż czuła się zmęczona, chociaż nie powinna, skoro dopiero co się obudziła. To wszystko nie miało sensu, uczucia te jednak wydawały się niczym w porównaniu z pustką, której doświadczyła chwilę później.
Z wolna wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Pamiętała wszystko, chociaż nie chciała, zwłaszcza w kwestii tego, co wydarzyło się w tamtej wąskiej uliczce. Moment, w którym Seth tak po prostu…
Nie, to zdecydowanie nie było czymś, o czym chciała myśleć. W gruncie rzeczy pragnęła wierzyć, że wszystko było wyłącznie nic nieznaczącym, koszmarnym snem, ale tego również nie potrafiła ot tak przyjąć do świadomości. Aż nazbyt dobrze rozumiała, że to jak próba oszukiwania samej siebie, zresztą przechodziła już przez to w szpitalu, krótko po omdleniu. Tym razem przynajmniej nie śniła, a przynajmniej nie przypominała sobie, by doświadczyła czegokolwiek niewłaściwego od chwili, w której Carlisle odwiózł ją do domu. W zasadzie nie pamiętała nawet momentu, w którym znalazła się tutaj, a tym bardziej zamknęła oczy, chociaż kiedy zaczęła się nad tym zastanawiać, mimowolnie pomyślała o Lucasie. Miała wrażenie, że to jego poprosiła, żeby przy niej posiedział, ale nie miała co do tego pewności, zresztą nic nie wskazywało na to, by wampir znajdował się gdzieś w pobliżu.
Powiodła wzrokiem dookoła, wciąż dziwnie oszołomiona. Myślenie przychodziło jej z trudem, ale to było dobre, przynajmniej na dłuższą metę. Nie była pewna, ile czasu tak naprawdę straciła, ale czuła, że minęły długie godziny od chwili, w której zamknęła oczy. To i tak nie miało znaczenia, skoro nie była w stanie niczego zmienić, to jednak nie zmieniało faktu, że poczuła się dziwnie zagubiona. Nigdy nie przesypiała całego dnia, a jednak kiedy spojrzała w stronę okna, przekonała się, że na zewnątrz robiło się ciemno. Podejrzewała, że to skutek ziół, które podsunęła je Allegra, ale nawet to nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek pewnie. W zasadzie nie czuła się aż do tego stopnia rozbita od czasu tego, czego doświadczyła w hotelu, to z kolei zdecydowanie nie należało do kategorii wspomnień, do których chciała wracać z pamięcią.
Z wolna przesunęła się w stronę krawędzi łóżka, za wszelką cenę próbując powstrzymać senność. Nie chciała uciekać w sen, zwłaszcza że czuła, że ten i tak nie przyniósłby niczego dobrego. Czuła się prawie jak w transie, gotowa przysiąc, że wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, dziwnie przytłumione. To potęgowało wrażenie zmęczenia, potęgując wrażenie tego, że mogłaby być chora. Co prawda nie widziała w tym sensu, bo w jej przypadku jakiekolwiek objawy nie brały się znikąd, ale to nie zmieniało faktu, że tak właśnie było – i że taki stan rzeczy zdecydowanie jej się nie podobał.
Podniosła się z trudem, potrzebując dłuższej chwili, żeby uchwycić równowagę. Mimowolnie skrzywiła się, kiedy coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku, ale nie miała nawet czym zwymiotować. Czuła, że będzie potrzebować krwi albo czegokolwiek innego, żeby się wzmocnić, a jednak na samą myśl o tym, że miałaby cokolwiek przełknąć, z miejsca robiło jej się niedobrze. Podejrzewała, że to szalone – pół-wampir, którego odrzucało od krwi – ale myślenie w najmniejszy sposób nie wpływało na to, jak prezentowała się rzeczywistość Nic też nie była w stanie poradzić na fakt, że kiedy tylko zamykała oczy, mimowolnie myślała o Claudii, Secie i momencie, w którym wampirzyca posunęła się do zrobienia czegoś, co nigdy nie mogło mieć miejsca.
Nie… Po prostu… nie, pomyślała niemalże gorączkowo, ale nawet własne słowa zabrzmiały dla Claire co najmniej bezsensownie. Spróbowała potrząsnąć głową, ale to też nie przyniosło skutku, co zresztą było do przewidzenia. Nawet gdyby zamknęła oczy albo w dziecinnym odruchu zakryła uszy, by przypadkiem nie usłyszeć czegoś niewłaściwego, to i tak nie zmieniłoby faktu, że…
Usłyszała dziwny dźwięk, dopiero po chwili identyfikując go jako zdławiony jęk – i to na dodatek należący do niej. Zacisnęła usta, całą energię wkładając w próbę zapanowania nad sobą, zwłaszcza kiedy uświadomiła sobie, że zaczyna drżeć. Czuła, że balansowała gdzieś na krawędzi szoku i zrozumienia, kurczowo próbując uchwycić bezpiecznej otoczki, to jednak na dłuższą metę było niemożliwe. Wiedziała, że została z góry skazana na niepowodzenie – i że prędzej lub później miała doświadczyć tego, przed czym próbowała uciec. Te uczucia wciąż gdzieś tam były, gotowe w każdej chwili ją dopaść i przytłoczyć, a na to zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić.
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby łatwiej nad sobą zapanować. Pomogło, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, zresztą nawet to nie było w stanie sprawić, by poczuła się bezpieczniej. Poruszając się trochę jak w transie, zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę drzwi, chcąc jak najszybciej zejść na dół, by poszukać sobie towarzystwa. Wszystko wydawało się lepsze od trwania w ciszy, chociaż zarazem obawiała się tego, jak pozostali zareagują na jej widok. Nie chciała współczujących spojrzeć, a tym bardziej mierzyć się z jakimikolwiek próbami rozmowy, niezależnie od intencji pytających. Najprościej byłoby zapomnieć, ale to również nie wchodziło w grę, niezależnie od tego, jak bardzo tego pragnęła.
Zachwiała się, przez krótką chwilę mając wrażenie, że ciało odmówi jej posłuszeństwa. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co powinna zrobić, wyczuła ruch po swojej lewej stronie, w następnej sekundzie zaś czyjeś ramiona pewnie pochwyciły ją w pasie. Instynktownie wtuliła się w podtrzymującą ją osobę, dopiero po chwili rozpoznając znajomy zapach Rufusa. Wcześniej nie zorientowała się, że ktokolwiek prócz niej mógłby być w pokoju, to jednak nie wydało jej się dziwne. Tata zwykle potrafił dobrze ukrywać swoją obecność, zresztą czuła się wystarczająco źle, by wykorzystanie wyostrzonych zmysłów okazało się problematyczne.
– Claire… – usłyszała tuż przy uchu. Nie zaprotestowała, gdy jak gdyby nigdy nic wziął ją na ręce, ostatecznie na powrót sadzając na łóżku. Wciąż drżała, kiedy przykucnął tuż przy niej, bez słowa ujmując jej twarz w obie dłonie. – W porządku, tak? Zacznij oddychać, bo naprawdę…
Nie robiła tego? Nie miała pewności, w gruncie rzeczy sama niepewna, co i dlaczego robiła. Ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, w zamian pośpiesznie nabierając powietrza do płuc. Musiała wręcz przymusić się do rozluźnienia mięśni, uświadamiając sobie, że była aż do tego stopnia napięta, że to okazało się wręcz bolesnym doświadczeniem. Tak nie powinno być, a jednak wszystko wskazywało na to, że jej ciało reagowało po swojemu, pozbawione jakiejkolwiek kontroli.
Rufus milczał, wciąż ją obserwując i czekając aż dojdzie do siebie. Wiedziała, że poniekąd ją do tego przymuszał, kolejny raz korzystając z wpływu, ale nie potrafiła się na to zdenerwować, a tym bardziej próbować protestować. Wręcz przeciwnie – na swój sposób czuła, że tego potrzebuje, za wszelką cenę próbując utrzymać złudny spokój, którego pomógł jej doświadczyć ojciec. Pragnęła za wszelką cenę skupić się na tym stanie, gotowa zrobić dosłownie wszystko, byleby móc w nim trwać. Tak było bezpieczniej, a przynajmniej Claire miała takie wrażenie. W zasadzie wszystko wydawało się lepsze, niż gdyby miała poddać się narastającym w jej wnętrzu, nieprzyjemnym uczuciom.
– Tak jest dobrze… Nic złego się nie dzieje, moja mała.
Coś w tych słowach sprawiło, że miała ochotę roześmiać się histerycznie, aż nazbyt świadoma, jak dalekie od rzeczywistości pozostawało to stwierdzenie. Nie, zdecydowanie nie było dobrze, a przynajmniej ona nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Poczuła pieczenie pod powiekami, więc zamrugała kilkukrotnie, chociaż to wydawało się pozbawione sensu. Płacz i tak nie byłby w stanie niczego zmienić, zresztą dobrze wiedziała, jak łatwo emocje potrafiły spłoszyć siedzącego przy niej wampira. Nie mogła zaprzeczyć, że obecność ojca był na swój sposób kojąca, przez co tym bardziej nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której zdecydowałby się ją zostawić. To, że wrócił, samo w sobie wydało się Claire kojące, zresztą nie mogła tak po prostu zapomnieć, że obiecał jej rozmowę.
– Ja… – zaczęła i urwała, podchwyciwszy spojrzenie wampira. Natychmiast zamknęła usta, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej spazmatycznie chwytać oddech.
– Jak się czujesz? – zapytał i zrozumiała, że miał na myśli wyłącznie jej stan fizyczny. – Jesteś bardzo blada, ale możliwe, że to zmęczenie. Ewentualnie twoje wiersze, ale nie sądzę, żeby to aż do tego stopnia odbijało się na twoim stanie, niezależnie od tego, czy twoje ciotki mają racje…
– Sama nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. Zamknęła oczy, coraz bardziej wytrącona z równowagi. – Boli mnie głowa.
Nie odpowiedział, jedynie przypatrując jej się z powątpiewaniem. Rzadko widywała Rufusa przejętego, ale w tamtej chwili była w stanie wyczuć, że był podenerwowany. Co prawda nie wydawał się aż do tego stopnia podminowany, co w momencie, w którym ją zostawiał albo kiedy wspomniała od Claudii, ale i tak poczuła się dziwnie, nie będąc w stanie jednoznacznie określić targających wampirem uczuć.
– Przejdzie ci – stwierdził jakby od niechcenia Rufus. – Spałaś za długo, jak sądzę, ale skoro tego potrzebowałaś… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. – Jak wspomniałem, wszystko jest z tobą w porządku, Claire.
Otworzyła usta, chcąc o cokolwiek zapytać – choćby o to, jak długo była nieprzytomna – ale powstrzymała się, dochodząc do wniosku, że tak naprawdę nie chciała tego wiedzieć. I bez wyjaśnień podejrzewała, że sen zawdzięczała przede wszystkim Gabrielowi, co zresztą wyjaśniałoby brak snów. Podejrzewała, że wujek był do tego zdolny, chociaż nigdy nie doświadczyła pełni jego daru, co najwyżej świadoma, że potrafił manipulować nocnymi majakami. To również wydało jej się na swój sposób kojące, nawet jeśli wiedziała, że Gabriel nie będzie w stanie chronić jej w ten sposób w nieskończoność.
Zerknęła na Rufusa, coraz bardziej zdezorientowana. Coś ścisnęło ją w żołądku, kiedy usłyszała jego słowa – to, że jak zwykle koncentrował się na niej, spokojny tylko i wyłącznie dlatego, że była cała. To również wydawało się czymś do przewidzenia, zwłaszcza że od samego początku dawał jej do zrozumienia, że liczyło się tylko to. Przynajmniej nie wspominał o Secie, co było dobre, nawet jeśli stwierdzenie, że cokolwiek mogłoby być w porządku, pozostawało wierutnym, nieakceptowalnym przez nią kłamstwem. Nie, to zdecydowanie nie było takie proste, niezależnie od tego, czy chciała w to uwierzyć.
– Wróciłeś – powiedziała w końcu, woląc skoncentrować się na jakimkolwiek, choćby odrobinę bezpieczniejszym temacie.
– A czego się spodziewałaś? – Rufus przeczesał jej włosy palcami, być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy. – Mówiłem, że to zajmie chwilę, tak?
Skinęła głową, uspokojona. Wciąż nie wierzyła we wszystkie jego zapewnienia, aż nazbyt świadoma, że okłamanie jej przyszłoby mu z łatwością, zwłaszcza gdyby uważał, że to słuszne. Nie sądziła, by którekolwiek z obietnic, które jej złożył tylko po to, żeby została z Carlisle’m, traktował jako wiążące, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak bardzo była wtedy roztrzęsiona. Znała Rufusa za dobrze, żeby w to wierzyć, a jednak wciąż liczyła na to, że uda jej się wyciągnąć od niego jakiekolwiek odpowiedzi.
– Dalej nie rozumiem dlaczego – przyznała zgodnie z prawdą. – Czy w domu Marissy…? – zaczęła, ale Rufus prawie natychmiast uciszył ją spojrzeniem.
– Anton żyje, gdybyś chciała coś przekazać swojej przyjaciółce – uciął stanowczo.
Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, nie tyle z ulgi, co czystego przerażenia. To wciąż niczego nie zmieniało, bo zdecydowanie nie w tym celu obiecała Issie odwiedzić jej bliskich. Gdyby wiedziała…
– Ale…
– Nie myśl o tym teraz, bo to i tak niczego nie zmieni. Zresztą to nie twoja wina – przerwał jej Rufus. – Darujmy sobie na razie, w porządku? Chce ci się pić? – zmienił temat i to wytrąciło ją z równowagi na tyle skutecznie, by ograniczyła się do skinięcia głową.
– Trochę, ale… – zaczęła, jednak i tym razem wampir nie dał jej szansy na to, żeby dokończyć.
– Po postu się połóż i spróbuj odpocząć. Ja za chwilę wrócę, tak? – Zacisnął palce na jej ramieniu, odsuwając się dopiero w chwili, w której zdecydowała się podporządkować. – Później porozmawiamy, Clairie – dodał, ale po jego tonie poznała, że nieszczególnie śpieszył się w tym, by wnikać w jakiekolwiek szczegóły.
– W porządku – dodała za wygraną, chociaż dobrze wiedziała, że to wcale nie będzie takie proste.
Z chwilą, w której została w pokoju sama, jednak pozwoliła sobie na płacz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa