23.06.2017

Dwieście dwanaście

Beatrycze
Ophelio…
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. Nie spała – nie tym razem – a jednak wyraźnie słyszała to jedno, pobrzmiewające gdzieś w jej umyśle imię. Na krótką chwilę zesztywniała, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, sama niepewna, co takiego spodziewała się zobaczyć. Pokój był pusty, a przynajmniej takie wrażenie odniosła Beatrycze, zwłaszcza dzięki Jocelyne świadoma, że nie zawsze warto było ufać własnym zmysłom. W ciemnościach mogło znajdować się cokolwiek, na dodatek gdzieś na wyciągniecie ręki, niezależnie od tego, czy ona mogła to zobaczyć.
Mimowolnie zadrżała, po czym w pośpiechu odrzuciła od siebie niechciane myśli. Nie miała pewności, która jest godzina, ale to też nie było istotne. Chociaż słońce już dawno zaszło, kobieta ani myślała o tym, żeby iść spać. W ostatnim czasie nie mogła się skoncentrować, siedząc dosłownie jak na szpilkach i nawet samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, skąd brały się targające nią wątpliwości. Początkowo przekonywała samą siebie, że w grę wchodziła przede wszystkim świadomość ewentualnego niebezpieczeństwa – tego, że wkrótce mógł pojawić się ktoś, kto zdecydowanie nie miał dobrych zamiarów względem jej rodziny. Wiedziała o Volturi, a także o tym, że najlepiej byłoby, gdyby na czas wizyty Włochów gdzieś zniknęła. Obecność człowieka zdecydowanie nie polepszyłaby sytuacji jej bliskich, nie wspominając o tym, że żadne z nich nie czuło się specjalnie dobrze z perspektywą tłumaczenia, jakim cudem wyglądała tak, jak Elena.
Był jeszcze Lawrence, którego całkiem przestała rozumieć. Czuła, że znów próbował się od niej odsunąć, w ostatnim czasie pojawiając się wtedy, gdy było mu to na rękę. Mogła tylko zgadywać, co takiego próbował zrobić za jej plecami po tym, jak Rafael odmówił pomocy. Próbowała z wampirem rozmawiać, zapewniając go, że nie miał powodów do niepokoju – w końcu nie musiał się o nią aż tak troszczyć – ale niezmiennie doprowadzała wyłącznie do tego, że L. jeszcze bardziej się denerwował. Nie podobało jej się to, że po raz kolejny zaczynał traktować ją jak dziecko, zwłaszcza że sądziła, iż tę jedną kwestię zdążyli już sensownie omówić. Najwyraźniej ostatnie wydarzenia zmieniły wszystko, jednak Beatrycze zdecydowanie nie zamierzała tego zaakceptować. Była celem Ciemności czy też nie, to niczego nie zmieniało, przynajmniej w kwestii tego, jak chciała być traktowana przez Lawrence’a.
Głos przestał pojawiać się w jej snach, ale i to nie sprawiało, że kobieta czuła się jakkolwiek lepiej. Miała wrażenie, że to cisza przed burzą – sposób na to, by uśpić jej czujność, chociaż sama nie była pewna, co Ciemność mogłaby chcieć przez to osiągnąć. Zabawne, ale nie miała najmniejszych problemów z myśleniem o ojcu demonów tak, jakby był materialną, żyjąca gdzieś istotą. Och, wręcz przeciwnie – kiedy się nad tym zastanawiała, dochodziła do wniosku, że gdyby zaszła taka potrzeba, potrafiłaby go sobie wyobrazić. Co prawda sama próba przypominała spoglądanie na gotowy obraz przez brudne, zamazane lustro, dzięki czemu widziała kontur, ale nie była w stanie określić szczegółów. Nie miała pojęcia, czy to miało jakikolwiek sens, ale na pewno wydawało się co najmniej niepokojące. Wiedziała, że dzieje się coś ważnego, ale nie potrafiła określić kierunku, który ostatecznie przybrały pewne sprawy, a tym bardziej konsekwencji, które mogły za sobą pociągnąć.
Inną sprawą pozostawało to, że sny nie zniknęły całkowicie. Zmieniły się, a Beatrycze miała wrażenie, że teraz śniła podwójnie, zupełnie jakby dwie całkowicie obce rzeczywsitości zmieszały się ze sobą, tworząc dziwną, trudną do zrozumienia całość. Niewiele pamiętała, może pomijając to, że prędzej czy później zawsze lądowała na polanie przed znajomym domem, który nawiedzał ją od samego początku, nie zmieniało to jednak faktu, że początek majaku wyglądał teraz zupełnie inaczej. Pamiętała jedynie tyle, że uciekała – biegła, raz po raz przeżywając scenę, którą być może powinna rozumieć, a jednak wciąż miała w głowie pustkę. Uciekała, chociaż nie wiedziała przed czym i dlaczego, zresztą za każdym razem wyraźnie czuła, że pragnęła coś ochronić. Albo kogoś, chociaż i to wydawało się pozbawione sensu.
Och, było jeszcze to imię – powracające jak bumerang od dnia, w którym zemdlała w pokoju Jocelyne. Ophelia, kimkolwiek była, nawiedzała Beatrycze dosłownie na każdym kroku, kobieta zaś za żadne skarby nie potrafiła stwierdzić, z czym tak naprawdę miała do czynienia.
Ophelio…
Wzdrygnęła się, w następnej sekundzie decydując podejść do okna, by upewnić się, że dobrze je zamknęła. Wyjrzała na zewnątrz, z powątpiewaniem spoglądając na majaczącą w pobliżu ścianę lasu. Pomiędzy drzewami nie dostrzegła niczego szczególnego, a jedynie zalegający na zamarzniętej ziemi śnieg. Tym razem nie padało, chociaż przywykła już do widoku wirujących, odcinających się na tle atramentowego nieba płatków. W tym miejscu to wydawało się normalne – padający śnieg albo deszcz, zależnie od temperatury, zupełnie jakby nad całym Seattle ciążyła jakaś klątwa. Oczywiście wiedziała, że to nieprawdopodobne, a w grę wchodził tylko i wyłącznie klimat, ale z łatwością potrafiła sobie wyobrazić jakieś wyjątkowe, tajemne moce, które odpowiadałyby za całe zło. Jakby nie patrzeć, sama również mierzyła się ze swoimi przekleństwami, zaczynając od niepamięci, po samą Ciemność, która z jakiegoś powodu pragnęła zarówno jej, jak i Ciemności.
Myśląc o tym z tej perspektywy, zaczynała coraz łatwiej pojmować niektóre kwestie. To, że tutaj była, uciekając przed czymś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Przed Ciemnością? Być może, choć i to nie musiało okazać się aż tak oczywiste. Wiedziała już, że kiedyś umarła, dokładnie tak jak Elena, chociaż do jej powrotu doszło w zupełnie inny sposób. Czuła, że wszystko sprowadzało się do Jocelyne, niezależnie od tego, czy dziewczyna potrafiła tę kwestię wyjaśnić. To również tłumaczyło przebudzenie na cmentarzu, a także to, że właśnie mała Licavoli i Lawrence byli przy niej, kiedy otworzyła oczy. Jeśli wszystko to, czego się dowiedziała, było prawdziwe, najwyraźniej jakimś cudem wyrwała się z rąk Ciemności – ta z kolei pragnęła odzyskać to, co jej odebrano.
Dlaczego?, pomyślała mimochodem, ale oczywiście nie otrzymała odpowiedzi. Dręczyło ją tak wiele różnych pytań, że gdyby miała przejmować się niemocą wywołaną przez każde z nich, najpewniej już dawno popadłaby w obłęd. O wiele prościej było udawać, że jest w porządku, niezależnie od tego, czy miało to jakikolwiek sens. Chciała koncentrować się na tym co tu i teraz, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że kiedy w końcu odpuści, odpowiedzi same do niej przyjdą. Dotychczas tak było, a może po prostu chciała wierzyć w to, że za przypadkami, których doświadczała, kryło się coś więcej.
Prawda była taka, że wszystkie odpowiedzi, których potrzebowała, kryły się w tym domu – budynku, o którym śniła dosłownie każdej nocy. To miejsce ją przyciągało, zaś pragnienie, by w końcu do niego dotrzeć i zrozumieć, dawało jej się we znaki do tego stopnia, że doświadczenie samo w sobie wydawało się wręcz bolesne. Problem polegał na tym, że w rzeczywistości miała związane ręce. Nie wiedziała czego szuka, nie wspominając o tym, że nie miała nikogo, kto mógłby udzielić jej odpowiedzi. Podejrzewała, że nawet gdyby zaczęła pytać, nie ustaliłaby niczego – i to nie dlatego, że ktokolwiek próbowałby okłamać, ale najzwyczajniej w świecie dlatego, że dom, który widziała, pozostawał wytworem jej wyobraźni. Miejscem ze snu, do którego mogła dotrzeć wyłącznie w ten sposób – i nic ponadto.
Bzdura!, warknęła na siebie w duchu. Przecież wiesz, że ten dom istnieje. Musi, bo…
Bo wtedy co? Nie miała pojęcia i tak naprawdę nie chciała poznać odpowiedzi na pytanie. Pragnęła trzymać się celu, gotowa zrobić dosłownie wszystko, byleby mieć szansę do niego dotrzeć. Niemalże czuła przyciąganie tamtego miejsca – coś, co potrafiła przyrównać wyłącznie do niewidzialnej więzi, która próbowała przyprowadzić ją do miejsca przeznaczenia. Nie miała pojęcia, czy takie wyjaśnienie w ogóle miało rację bytu, ale również nad tym nie chciała się zastanawiać. Dom ze snów należał do niej, pozostając jedną z najważniejszych tajemnic, którymi dysponowała, a skoro tak…
Chodź.
Aż wzdrygnęła się, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś stał tuż obok niej i dosłownie szeptał jej do ucha. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, po czym nerwowo obejrzała się przez ramię, niemalże spodziewając się dostrzec tuż za sobą jakąś postać. Uczucie niepokoju pojawiło się nagle, równie intensywne, co i wrażenie bycia obserwowaną. Wcześniej nie dostrzegła, by za oknem znajdował się ktoś, kto mógłby ją obserwować, a jednak kiedy na powrót skoncentrowała się na okolicy, dostrzegła drobną, skrzydlatą postać, spokojnie stojącą tuż przed linią drzew. Zmrużyła oczy, jednocześnie nachylając się na tyle, że prawie dotknęła czołem szyby, by lepiej móc przyjrzeć się intruzowi. Już wcześniej odniosła wrażenie, że miała do czynienia z kobietą, kiedy zaś przyjrzała się dokładniej, przekonała się, że to Miriam – siostra Rafaela, o ile dobrze pamiętała.
Poczuła, że puls jak na zawołanie jej przyśpiesza, zdradzając coraz silniejsze podenerwowanie. Nie czuła się dobrze ze świadomością, że akurat nią mogłaby interesować się demonica. Nie znała tej kobiety, a tym bardziej nie miała pewności, czego powinna się po niej spodziewać, to jednak nie zmieniało faktu, że z miejsca poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana. Pomyślała nawet, że coś pomyliła albo Miriam pilnowała Eleny, ale prawie natychmiast odrzuciła taką możliwość. Nie, skoro demonica wpatrywała się bezpośrednio w okno tymczasowo zajmowanej przez Beatrycze sypialni. Kobieta wręcz czuła na sobie przenikliwe spojrzenie tej istoty, a to… zdecydowanie nie było normalne.
Równie nieprawdopodobne wydawało się to, że w pewnym momencie pokusiła się o to, żeby otworzyć okno. Poruszając się trochę jak w transie, z wolna wychyliła się na zewnątrz, obojętna na lodowate powietrze, które jak na zawołanie wdarło się do środka. Wcale nie poczuła się źle z powodu zimna, w gruncie rzeczy nie zwracając najmniejszej uwagi na drażniący skórę chłód. Całą sobą skupiła się na Miriam, gotowa przysiąc, że demonica uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy na dodatek nieśmiertelna wyprostowała się, by z wolna ruszyć w jej stronę, Beatrycze ostatecznie utwierdziła się w przekonaniu, że Mira była tu z jej powodu.
– Wyjdź na zewnątrz – zaproponowała, jak gdyby nigdy nic podnosząc głos. Miriam wydawała się nie przejmować tym, że ktokolwiek mógłby ją usłyszeć.
– Ja nie… – Beatrycze przerwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. Co ona robiła? – Mogę zawołać Elenę – dodała, a obserwująca ją demonica parsknęła śmiechem.
– Gdybym chciała rozmawiać z laleczką, nie traciłabym czasu tutaj. Zresztą nie przejmuj się tym, co mogłabym zrobić, dobrze? – Mira wydała z siebie przeciągłe, sfrustrowane westchnienie. – Na wrota piekielne, jacy ludzie potrafią być uciążliwi… Skacz, złapię cię. A potem sobie porozmawiamy.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, coraz bardziej oszołomiona. Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie czegoś takiego, zwłaszcza że Miriam mimo wszystko pozostawała jej obca. Już samo to, że demonica mogłaby chcieć czegokolwiek akurat od niej, wydawał się niedorzeczny. Również to, że kobieta tak po prostu wydawała jej polecenia, wydając się nie brać pod uwagę odmowy, wręcz do Beatrycze nie docierało, brzmiąc jak jakiś marny, nie mający racji bytu żart. Niby dlaczego miałaby ze spokojem zgadzać się na wszystko, czego chciała ta istota, nie wspominając o tym, że przecież miała przed sobą córkę Ciemności – a więc kogoś, kogo szczerze się obawiała?
Wciąż o tym myślała, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, co ostatecznie podkusiło ją do tego, żeby ulec Miriam. Wiedziała, że demony potrafiły wpływać na rzeczywistość, najpewniej z równie wielką wprawą wpływając na wolę, ale nawet ta świadomość nie pozwoliła jej się wycofać. Zanim choćby zastanowiła się nad własnymi ruchami, jednak wspięła się na parapet, by w następnej sekundzie wyskoczyć na zewnątrz. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, niemalże spodziewając się uderzenia i bólu, gdyby demonica zdecydowała się ją oszukać, jednak nic podobnego nie miało miejsca. W zamian wyraźnie poczuła, że silne ramiona nieśmiertelnej owijają się wokół niej, by w następnej sekundzie rozluźnić się, zmuszając Beatrycze do natychmiastowego stanięcia na nogi. Zachwiała się lekko, wciąż oszołomiona tym, że tak po prostu wyszła na zewnątrz, w jednej chwili stojąc przy oknie, a w następnym próbując uchwycić równowagę. Machinalnie objęła się ramionami, momentalnie zaczynając drżeć z zimna, tym bardziej że nie zdążyła zarzucić na siebie nawet swetra.
Miriam odsunęła się, obojętna i na swój sposób oschła, zupełnie jakby konieczność prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy nie była jej na rękę. To wydawało się bez sensu, skoro sama do niej przyszła, ale Beatrycze nie odważyła się tego skomentować. Nerwowo obejrzała się przez ramię, próbując stwierdzić, dlaczego nikt nie zwrócił uwagi ani na obecność demona, ani tym bardziej ich rozmowę. Z wyostrzonymi zmysłami wampirów jakiekolwiek przeoczenie wydawało się niemożliwe, a jednak…
– Nie patrz na mnie w tak przerażony sposób, co? Jakbym miała cię zabić, zrobiłabym to – stwierdziła demonica, jakby od niechcenia wywracając oczami. Jej słowa zdecydowanie nie brzmiały pocieszający, przynajmniej z perspektywy Beatrycze.
– Nie rozumiem…
Kobieta jedynie potrząsnęła głową.
– Tak, tak… Wiem o tym. Jesteś cudownie nieświadoma, niewinna i tak dalej – przerwała szorstko Miriam. – Serio mnie to nie interesuje. Robię tylko… Hm, za posłańca, że tak się wyrażę.
Uniosła brwi, coraz bardziej zdezorientowana. Próbowała się skoncentrować, jednocześnie usiłując stwierdzić, czy słowa demonicy powinny brzmieć dla niej jakkolwiek sensownie, ale w głowie miała ni mniej, ni więcej, ale po prostu pustkę. W efekcie była w stanie co najwyżej tępo wpatrywać się w swoją rozmówczynię i liczyć na to, że jednak otrzyma odpowiedzi. Raz po raz energicznie pocierała ramiona, próbując się rozgrzać, choć i to szło jej – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie.
Miriam westchnęła, po czym spojrzała na nią w sposób sugerujący, że czuła się coraz bardziej rozdrażnienia. Wrażenie to pogłębiło się z chwilą, w której kobieta w pośpiechu odsunęła się, zakładając ramiona na piersiach. Ciemne oczy dosłownie przenikały Beatrycze, wzbudzając w niej coraz silniejszy niepokój. Czuła, że nie powinna wychodzić – nie sama i bez wcześniejszego poinformowania kogokolwiek – jednak to okazało się silniejsze od niej.
– Za… posłańca? – powtórzyła, starannie dobierając słowa. Chciała przerwać przeciągającą się ciszę, woląc nie sprawdzać, jak daleko sięgała cierpliwość stojącej przed nią istoty.
– Będziesz tak powtarzać po mnie to, o powiedziałam? – Mira z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Najwyraźniej jesteś równie ogarnięta, co i Elena – stwierdziła mimochodem, a Beatrycze napięła mięśnie. Do tego wszystkiego jeszcze próbowała ją obrażać?
– A jednak przyszłaś do mnie – zauważyła, próbując wziąć się w garść. – Dlaczego…?
– Pogadajmy sobie o Ophelii, co?
To jedno pytanie wystarczyło, żeby skutecznie wytrącić ją z równowagi. Zesztywniała, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej tępo wpatrywać się w nieśmiertelną. Jeśli do tej pory w głowie miała mętlik, po tej krótkiej sugestii całkiem przestała panować nad własnym ciałem i tym, co działo się w jej głowie. Dopiero po krótkiej chwili uprzytomniła sobie, że się trzęsie, nim jednak zdążyła się nad tym zastanowić, zauważyła, że Mira uśmiechnęła się w chłodny, wyraźnie wymuszony sposób.
– Nie rozumiem – przyznała zgodnie z prawdą Beatrycze. – Kim ona jest? I skąd ty…?
– Więc ojciec miał rację i rozpoznajesz to imię – przerwała w zamyśleniu nieśmiertelna. – To dobrze. Może ułatwisz mi zadanie.
– Nie sądzę, skoro ja nie… – zaczęła, coraz bardziej zniecierpliwiona, Mira jednak nie dała jej szansy na to, żeby dokończyć.
– Więc lepiej by było, gdybyś szybko zrozumiała. Nie jesteś zainteresowana, Beatrycze?
Wzięła kilka głębszych wdechów, bezskutecznie próbując się uspokoić. Dłonie zacisnęła w pięści, coraz bardziej podenerwowana i bliska tego, żeby jednak dostać szału. To brzmiało jak czyste szaleństwo – to, że po tych wszystkich dziwnych snach pojawiał się ktoś, kto miał szansę naprowadzić ją na znalezienie odpowiedzi. Chciała tego, ale sama świadomość, że akurat Miriam mogłaby przejąć rolę posłańca, wydała jej się przerażająca – i to zwłaszcza po tym, jak przyznała, że przysyłała ją sama Ciemność.
Wiedziała, że nie powinna tej kobiecie ufać. To było oczywiste, zresztą jak i to, że nieśmiertelna wciąż mieszała jej w głowie. Cokolwiek robiła, nie było normalne, wręcz jawiąc się Beatrycze jako coś niebezpiecznego. Czuła, że powinna mieć się na baczności, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby przypuszczać. Co więcej, w jakimś stopniu znów poczuła to dziwne przyciąganie i podekscytowanie, które towarzyszyło jej za każdym razem, kiedy myślała o tym domu.
– Ophelia… To imię mnie prześladuje – przyznała zgodnie z prawdą. Być może nie powinna tego mówić, tym bardziej że nawet Lawrence’owi nie opowiadała o wszystkim, co ją dręczyło, ale… – Tak jak i dom. Śnię o domu…
Spojrzała na Miriam, próbując stwierdzić po wyrazie twarzy kobiety, czy tych kilka słów zrobiło na niej jakiekolwiek wrażenie. Szukała odpowiedzi albo przynajmniej samych tylko oznak tego, że w jej postępowaniu i słowach było coś niezwykłego – coś, co przeoczyła albo co tylko ktoś inny miał szansę zrozumieć. Potrzebowała jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale obserwując Miriam czuła przede wszystkim rozczarowanie, bez trudu orientując się, że demonica była co najwyżej znudzona – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
– To cudownie. Więc teraz zastanów się, co to oznacza – zaproponowała kobieta, jakby od niechcenia wzruszając ramionami. – Ojciec twierdzi, że możesz okazać się przydatna, cokolwiek to znaczy. W ogóle nie wiem, skąd ta słabość do ciebie czy Eleny, ale… – Urwała, po czym wydała z siebie przeciągłe, sfrustrowane westchnienie. – Miałam ci powiedzieć, żebyś zaczęła działać. Uznaj to za zagadkę do rozwikłania.
– Dlaczego po prostu nie powiesz mi, o co tak naprawdę chodzi? Ty albo twój ojciec? – zniecierpliwiła się. Spróbowała zapanować nad sobą na tyle, by zabrzmieć choć odrobinę bardziej przekonująco i mieć szansę wymóc na demonicy odpowiedzi. – Dlaczego miałabym grać zgodnie z jego zasadami, skoro…?
– Bo wtedy da wam spokój – odpowiedziała natychmiast Miriam. – To nie jest tego warte? Znajdź odpowiedzi i żyj swoim życiem. Sądzę, że tak to wygląda – dodała i coś w jej słowach uświadomiło Beatrycze, że demonica tak naprawdę nie miała pojęcia, czego należało spodziewać się po Ciemności.
Trycze wypuściła powietrze ze świstem, coraz bardziej oszołomiona. Uniosła obie dłonie, by móc energicznie potrzeć skronie, świadoma nadchodzącego bólu głowy. To wciąż nie miało sensu, a przynajmniej ona nie potrafiła doszukać się go w tym, co mówiła jej Miriam. Wiedziała jedynie, że słowa nieśmiertelnej nie wróżyły niczego dobrego, tym bardziej że kierowała je do niej sama Ciemność. Jeśli faktycznie demonica przemawiała w imieniu ojca – dokładnie tego samego, który całe tygodnie nawiedzał ją w snach…
Zadrżała, tym razem nie z powodu niskiej temperatury. Serce w niemalże desperacko zaczęło trzepotać się w jej w piersi, zupełnie jakby chciało wyrwać się na zewnątrz i gdzieś uciec. Raz po raz wodziła wzrokiem dookoła, próbując upewnić się, czy była z Mirą sama, ale nie miała pewności. W mroku mogło czaić się dosłownie wszystko, czego zresztą była świadoma od samego początku, ale dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niej, jak bardzo to mogło okazać się niebezpieczne.
– Cóż… Zrób z tym, co tylko chcesz. Nie jestem tutaj po to, żeby prowadzić cię za rączkę – stwierdziła jak gdyby nigdy nic Miriam, w następnej sekundzie w pośpiechu rozkładając skrzydła. Beatrycze w popłochu cofnęła się o krok, woląc trzymać się w bezpiecznej odległości. – Może dodam jeszcze… Hm, zdaniem ojca dostrzegłaś już dość, by mieć szansę cokolwiek zdziałać. Może po prostu za mało o tym myślisz – stwierdziła na odchodne.
Zaraz po tym w pośpiechu wzbiła się w powietrze, rozgarniając skrzydłami zalegający na ziemi śnieg i zostawiając wciąż oszołomioną Beatrycze samą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa