07.06.2017

Dwieście dwa

Rufus
Nie był przyzwyczajony prosić o pomoc. Niezależnie od przyczyny i tego, jakim tonem ostatecznie się posługiwał, zdecydowanie nie miał do takiej konieczności przywyknąć, niezależnie od sytuacji. Gdyby była inna, a on nie musiał przejmować się bezpieczeństwem Claire, w żadnym wypadku nie trudziłby się ani próbą stwierdzenia, czy kiedykolwiek brał numer od któregokolwiek z bliskich Renesmee, a tym bardziej czekania, aż ktoś łaskawie odbierze. Trzy sygnały to było za długo, zwłaszcza z perspektywy wampira, który w tym czasie już dawno zdążyłby przemieścić się o kilka ładnych metrów, gdyby tylko miał pewność, że to nie jest strata czasu.
– To nie jest dobry moment, Rufusie. – Carlisle nie ukrywał zaskoczenia, zresztą jak i tego, że brzmiał na wyraźnie zmartwionego. Och, to było do przewidzenia, zwłaszcza że w ostatnim czasie niekoniecznie si dogadywali. Do tego, że wszyscy spoglądali na niego tak, jakby w każdej chwili mógł zrobić coś wybitnie głupiego, również zdążył już przywyknąć. – Jestem w pracy, więc…
– Tyle chciałem wiedzieć – przerwał mu bezceremonialnie naukowiec. Przynajmniej jeden problem z głowy, o ile jego orientacja w Seattle jednak nie miała zawieść. To, że rzadko interesował się kimkolwiek innym prócz Layli i Claire, a do tego miasta w ogóle nie zamierzał przyjeżdżać, jeszcze nie znaczyło, że nie zaobserwował tego, co kiedyś mogło się przydać. – Cokolwiek robisz, informuję cię, że widzimy się za jakieś… dziesięć minut. Reszta mnie nie obchodzi – oznajmił niemalże pogodnym tonem, nie zamierzając wnikać w szczegóły.
– Ale…
Rozłączył się, tym samym ucinając wszelakie dyskusje. Nie było na to czasu, tym bardziej że musiał się pośpieszyć – i to nie tylko przez wzgląd na Claire. Wciąż miał w planach wrócić do domu Marissy po chłopaka, którego tam zostawił – i to na dodatek pod opieką niekoniecznie świadomego człowieka, najwyraźniej mającego w zwyczaju mierzyć do wszystkiego, co popadnie. Biorąc pod uwagę taki stan rzeczy, zdecydowanie nie mógł sobie pozwolić na odstawienie córki do domu albo czekanie, aż ktokolwiek się do nich pofatyguje. Szpital, w którym pracował Carlisle, wydawał się dobrym rozwiązaniem, przynajmniej na chwilę, bo dość mało prawdopodobnym wydawało się, żeby coś złego spotkało Claire akurat tam. Jakoś nie miał wątpliwości, że bliscy Renesmee nie daliby skrzywdzić dziewczyny, co jak najbardziej było mu na rękę.
Podchwycił spojrzenie jasnych, niemalże srebrzystych oczu Claire, tym samym uprzytomniając sobie, że ta przez cały czas go obserwowała. Jeden rzut oka na jej bladą twarz wystarczył, żeby zorientować się, że była zmartwiona – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Co prawda nie płakała, przynajmniej tymczasowo sprawiając wrażenie zbyt zmęczonej i otępiałej, by sobie na to pozwolić, ale podejrzewał, że to jedynie kwestia czasu. Cokolwiek stało się pod jego nieobecność, nie było dobre, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że chodziło o tego konkretnego chłopaka.
Świetnie, gdyby wiedział, że tak to się skończy, sam by go zabił – i to na długo przed tym, jak Claire przestała się go bać.
– Chcesz mnie zostawić z Carlisle’m – stwierdziła dziewczyna, najwyraźniej będąc w stanie skupić się bardziej niż początkowo zakładał. Nie był pewien czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale jakie to tak naprawdę miało znaczenie?
– Na początek. Albo odstawi cię do domu, albo niech poszuka kogoś innego, żeby to zrobił – cokolwiek, bylebyś bezpiecznie wróciła.
Zawahała się, ale nie próbowała protestować. Wciąż ufnie się do niego tuliła, tym samym skutecznie wprawiając wampira w konsternację, zwłaszcza że nadmiar emocji wciąż pozostawał dla niego czymś, co niekoniecznie mógł zrozumieć.
– A ty dokąd idziesz?
Ledwo powstrzymał się przed wywróceniem oczami, tym bardziej że pytanie Claire zabrzmiało zadziwiająco wręcz stanowczo. Rozbita czy nie, wciąż potrafiła się skoncentrować, na dodatek dostrzegając więcej niż mógłby sobie tego życzyć. Być może powinien czuć z tego powodu satysfakcję, skoro sam ją uczył zwracać uwagę na szczegóły, ale nic podobnego nie miało miejsca – nie teraz, kiedy zbytnio przejmował się innymi kwestiami, by pokusić się o jakiekolwiek wyjaśnienia.
– Na razie jestem tutaj – uciął stanowczo, bardziej stanowczo przygarniając ją do siebie. – Spróbuj chwilę odpocząć, co moja mała?
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale ostatecznie usłuchała, co jak najbardziej było wampirowi na rękę. Co prawda martwiła go, zwłaszcza po rozmowie w domu, kiedy z takim uporem zadawała mu kolejne pytania, obojętna na jego wyraźne sugestie, że to zły moment. Jasne, milczenie bardziej mu odpowiadało, tak jak i brak przeszkód w działaniu, ale różnica w jej zachowaniu wydawała się wręcz namacalna. Nie musiał ani pytać, ani spekulować, by zorientować się, że była w szoku – i że sprawy miał się co najmniej źle, nawet jeśli Claire na pierwszy rzut oka pozostawała spokojna.
Nie skomentował tego nawet słowem, woląc nie ryzykować pogorszenia sytuacji. Mógł pozwolić jej zasnąć, do czego zresztą wyraźnie dążyła od chwili, w której ją znalazł, ale to nie było takie proste. Musiał zapytać ją o to, co się stało, zwłaszcza że odpowiedź mogła okazać się kluczowa. Jeśli poza tamtym dzieciakiem, w okolicy kręcił się ktoś jeszcze…
Nie odezwał się nawet słowem, w pełni skoncentrowany na przemieszczaniu się. Claire nieznacznie wszystko komplikowała, nie tylko do pewnego stopnia go opóźniając, ale też zmuszając do poruszania bocznymi uliczkami. Co jak co, ale z dziewczyną, która dosłownie przelewała mu się w rękach, zdecydowanie zwróciłby na siebie uwagę, niezależnie od tego, czy pokusiłby się o poruszanie ślamazarnym, ludzkim tempem. Ostatnim, czego potrzebował, to dodatkowo użerać się ze śmiertelnikami, jakby już mało było problemów, które wszyscy mieli na głowie w ostatnim czasie.
– W porządku, Claire? – odezwał się w końcu, przystając, by łatwiej móc zajrzeć dziewczynie w oczy. Poderwała głowę, utwierdzając Rufusa w przekonaniu, że jednak nie zasnęła, dostosowując się do tego, o co ją prosił. – Dasz radę przejść kawałek? Jesteśmy blisko, ale… Cóż, sama rozumiesz – stwierdził, bo wyczucie obecności ludzi było czymś dziecinnie prostym, zwłaszcza dla wampira. Nawet z odległości czuł krew, ta zresztą niezmiennie go drażniła, choć nie na tyle, by zaczął obawiać się o samokontrolę.
– Nic mi nie jest – zapewniła pośpiesznie dziewczyna, oboje jednak wiedzieli, że ta teoria pozostawiała wiele do życzenia, przynajmniej w kwestii wiarygodności.
Spojrzał na nią z powątpiewaniem, po czym skinął głową. Zachwiała się, kiedy pomógł jej stanąć na nogi, zresztą wciąż trzymała się blisko, dosłownie uczepiona jego ramienia. Zwłaszcza w ciemnościach wydawała się chorobliwie blada, co w połączeniu z lśniącymi niezdrowo, zdradzającymi czyste przerażenie oczami, nadawało jej dość przerażający wygląd. Gdyby nie to, że dobrze wiedział, kim była, doszedłby do wniosku, że jednak mogła chorować, to jednak w przypadku pół-wampira nie wchodziło w grę… Cóż, nie tak po prostu.
– Chodź. Jeszcze kilka minut, tak? – rzucił spiętym tonem, właściwie sam niepewny, co próbował jej obiecać.
Sen? Na pewno tego potrzebowała, zresztą tak jak i powrotu do domu. Gdyby sprawy miały się jakkolwiek inaczej, już dawno dałby znać Layli, całkowicie pewien, że w ten sposób rozwiązałby wszystkie problemy. Ona wiedziałaby, co zrobić, nie tylko idealne nadając się na pocieszycielkę, ale będąc przede wszystkim matką. Może to nie było uczciwe, że wolał zrzucić odpowiedzialność na kogokolwiek innego, ale nie dbał o to, aż nazbyt świadom, że nie był w stanie uspokoić Claire w takim stopniu, jak tego potrzebowała. Emocje zdecydowanie nie były czymś, z czym chciał mieć do czynienia, nie wspominając o tym, że targająca dziewczyną mieszanka skutecznie przytłaczała również jego. Jak nigdy miał ułatwić jej radzenie sobie z czymś, czego nie rozumiał, zwłaszcza w sytuacji, w której sam miał ochotę zabić pierwszą osobę, która wpadnie mu w ręce?
– Tato…? – Głos dziewczyny skutecznie wyrwał go z zamyślenia. Natychmiast przeniósł na nią wzrok, próbując stwierdzić, czego tym razem powinien się spodziewać. – Hm… Mógłbyś być trochę milszy – stwierdziła cicho, a Rufus ledwo powstrzymał się przed prychnięciem. Żartowała sobie? – Dla Carlisle’a – dodała, jak nic mając tę nieszczęsną rozmowę telefoniczną.
– Nie jestem niemiły, tylko zdenerwowany… I nie, to nie jest to samo.
Sądząc po spojrzeniu, które mu rzuciła, w tej jednej kwestii absolutnie się nie zgadzali.
– Dalej nie wiem, co się dzieje – przyznała cicho, a on z westchnieniem wyciągnął dłoń, by ująć ją pod brodę i zmusić do spojrzenia sobie w oczy.
– Mam za mało czasu, żeby wszystko tłumaczyć. W domu porozmawiamy o… pewnych kwestiach – stwierdził, siląc się na w miarę kojący, a przy tym stanowczy ton głosu. Przynajmniej tymczasowo musiało wystarczyć, skoro nie był w stanie zrobić niczego więcej.
– Obiecujesz?
Dlaczego w ogóle musiała o to pytać? Byłby naiwny, gdyby sądził, że po tym wszystkim w ogóle dałaby mu spokój, choć tak bez wątpienia byłoby prościej. Nie miał ochoty spowiadać się z przeszłości – nie po raz kolejny – ale w przypadku Claire ukrywanie prawdy, wydawało się co najmniej trefnym pomysłem, o czym zresztą zdążył się przekonać. Już raz to zrobił i choć co prawda nadal dostrzegał sens w sposobie, w jaki próbował ją chronić – i to nawet przez kłamstwo – w jakimś stopniu zdawał sobie sprawę z tego, że drugi raz mogłaby mu tego nie wybaczyć. Z drugiej strony, może po prostu chciał, żeby rozumiała, zwłaszcza po tym, co w Lille opowiedział Layli. Claire od samego początku była względem niego zbyt ufna, tak jak i Renesmee dostrzegając w nim o wiele więcej człowieczeństwa niż powinna – z tym, że dziewczynę łatwiej mógł w ten sposób zranić.
Mimo wszystko nie odpowiedział, w zamian mocniej chwytając ją za ramię. Chciał udawać, że wszystko sprowadzało się do tego, że mieli wejść do budynku pełnego ludzi, co w znacznym stopniu utrudniało rozmowę. Jasne, prawda była o wiele bardziej skomplikowana, z czego również zdawał sobie sprawę, ale ta kwestia mogła poczekać. Bardzo wiele z tego, co miał jej do powiedzenia, zamierzał odłożyć na później.
Nie lubił tłumów, a tym bardziej niepewności co do tego, gdzie powinien się udać, dlatego z tym większym entuzjazmem przyjął fakt, że Carlisle najwyraźniej doszedł do wniosku, że sprawa jest wystarczająco poważna, by ignorowanie jej nie wchodziło w grę. Tak czy inaczej, wampir najwyraźniej czekał w pobliżu wejścia, co może i wiązało się ze swego rodzaju wątpliwościami względem jego intencji, ale Rufus absolutnie o to nie dbał. Cóż, zasada ograniczonego zaufania sprawdzała się zawsze, w niektórych przypadkach jawiąc się wręcz jak swego rodzaju wybawienie.
– Co się stało? – usłyszał, ledwo tylko znaleźli się na tyle blisko Cullena, by jakiekolwiek słowa zabrzmiały naturalnie. Co prawda każde z nich usłyszałoby nawet najcichszy szept nawet ze znacznej odległości, to jednak wyglądałoby co najmniej dziwnie z perspektywy znajdujących się w pobliżu ludzi. – Czy Claire…? – zaczął, natychmiast przenosząc wzrok na ledwo trzymającą się na nogach dziewczynę, Rufus jednak wyłącznie potrząsnął głową.
– Jest zdrowa. Nie byłbym spokojny, gdyby coś jej dolegał – stwierdził zgodnie z prawdą.
– Jesteś spokojny… – powtórzył z rezerwą Carlisle, nie kryjąc sceptycyzmu.
Świetnie, więc nawet on nie szczędził sobie czegoś, co od biedy można było uznać za sarkazm. Robiło się naprawdę interesująco…
– Na tyle, na ile to możliwe – mruknął bez zainteresowania. – Jest jakieś miejsce, w którym możemy porozmawiać. Nie mam za wiele czasu – dodał pośpiesznie, decydując się przejść do rzeczy.
Tkwienie w rejestracji, czy jaką tam rolę pełniła przechodnia sala przy wejściu, zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. Już i tak miał poczucie, że wszystko idzie za wolno, nie wspominając o tym, że sama Claire nie ułatwiała mu zadania, niemalże kurczowo uczepiona jego ramienia, zupełnie jakby liczyła, że w ten sposób nakłoni go do zmiany decyzji. Miał ochotę z nią zostać, ale kwestia wampira, który pozostał w tamtym domu, pozostawała zbyt istotna, by pozwolić sobie na nadmierną ckliwość. Jeśli dopisałoby mu szczęście, wszystko i tak okazałoby się kwestią co najwyżej godziny, miał zresztą wrażenie, że oboje tego potrzebowali. Już teraz czuł, że dziewczyna była kłębkiem nerwów, co niezmiennie dawało mu się we znaki, skutecznie utrudniając koncentrację. Liczył, że kiedy wróci, Claire będzie spała, zwłaszcza że takie rozwiązanie jak najbardziej mu odpowiadało. I tak podejrzewał, że najbliższe dni miały okazać się… problematyczne, a skoro tak…
– To teraz po kolei – zadecydował spiętym tonem Carlisle, ledwo tylko wprowadził ich do niewielkiego, opustoszałego gabinetu. – Co się stało? Nic nie wyjaśniłeś przez telefon, więc…
– Bo to nie jest rozmowa na telefon – przerwał natychmiast Rufus. Och, to w ogóle nie był materiał na jakąkolwiek rozmowę, przynajmniej z kimś, kogo poglądy bywał zdecydowanie zbyt pacyfistyczne. To, co mógł Carlisle’owi zakomunikować, zdecydowanie nie wiązało się z kwestią, w której mieliby szansę się porozumieć. – Claire tu zostaje i dobrze by było, gdybyś zapewnił jej szybki powrót do domu. W zasadzie… Masz telefon, tak, moja mała? Możesz do kogoś zadzwonić, byle nie do bliźniaków, bo po ostatniej akcji nie ufam samochodom… Cóż, nie, jeśli mieliby przyjechać sami – poprawił się niechętnie. – Ja tak czy inaczej mam coś jeszcze do załatwienia i…
– Tak po prostu wychodzisz? – zapytał z niedowierzaniem Carlisle, najwyraźniej nie zamierzając tak po prostu odpuścić sobie zadawania pytań.
Rufus przystanął, mimowolnie zastanawiając nad tym, dlaczego wszyscy wokół wydawali się chętni, żeby doprowadzić go do szału. Już i tak ledwo nad sobą panował, zdecydowanie nie mając cierpliwości ani do prowadzenia tej rozmowy, ani tym bardziej udawania miłego.
– Hm… Wszystko na to wskazuje– odezwał się, siląc na nieco wymuszony, pozbawiony oznak wesołości uśmiech. – Wbrew przekonaniu, w którym żyła Lorena, nie opanowałem przemiany w nietoperza, ani tym bardziej sztuki latania, więc chyba nie mam wyboru, prawda? Na tę chwilę zostają mi tylko drzwi.
Wampir spojrzał na niego z niedowierzaniem, przez dłuższą chwilę sprawiając wrażenie chętnego, żeby zacząć się kłócić. Co prawda to wydawało się mało prawdopodobne, ale z drugiej strony… Cóż, w ostatnim czasie działo się dość, by Rufusa przestało dziwić cokolwiek – i to łącznie z tym, że akurat tego z Cullenów mógłby być w stanie wytrącić z równowagi.
Wykorzystał okazję, by ostatecznie zignorować Carlisle’a, w zamian woląc skoncentrować się na Claire. Po wyrazie twarzy dziewczyny trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała, a może po prostu wolał się nad tym nie zastanawiać, woląc tymczasowo ignorować fakt, że mogłaby cierpieć. Westchnął, kiedy wyprostowała się na krześle, na którym posadził ją zaraz po wejściu do gabinetu, po czym spróbował nieznacznie ją od siebie odsunąć, kiedy w pośpiechu przesunęła się na tyle, by spróbować wtulić się w jego tors.
– Masz po prostu tu zostać – oznajmił z naciskiem. – Claire…
– Nie chcę – zaoponowała i zabrzmiało to niema błagalnie. – Mamy nie ma, a ty…
– Właśnie dlatego wychodzę – stwierdził, zupełnie jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Na godzinę, tak? Ustaliliśmy to.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, wyraźnie nieusatysfakcjonowana jego propozycją. W tamtej chwili zaczął żałować, że nie wyszedł od razu, ale to wcale nie było takie proste. Claire była roztrzęsiona, co zresztą wcale go nie dziwiło, zresztą tak jak i to, że mogłaby szukać poczucia bezpieczeństwa akurat u niego. Po tym, co spotkało ją w hotelu, zachowywała się bardzo podobnie, chociaż starał się o tym nie myśleć. Tym razem przynajmniej była cała i chwała bogini, bo nie powstrzymywałby się, gdyby wiedział, że gdzieś w Seattle znajdował się ktoś, kto pokusił się o podniesienie ręki na jego córkę. Wystarczyło, że nie miał pojęcia, gdzie znajdowała się Layla. Gdyby miał przejmować się kimkolwiek więcej…
– Jesteś tutaj bezpieczna, Claire. – To była chyba pierwsza z wypowiedzi Carlisle’a, która wydała się Rufusowi praktyczna. Co prawda miał wątpliwości co do zostawienia dziewczyny w miejscu, gdzie roiło się od ludzi, ale nie miał większego wyboru. – Cokolwiek się stało…
– Claudia dopiero co zabiła Setha, kiedy on… To nie jest cokolwiek – jęknęła, ostatecznie tracąc cierpliwość.
Na kilka sekund zapanowała wymowna, przenikliwa cisza. Claire w pośpiechu wyprostowała się na krześle, blada jak papier i wyraźnie bliska płaczu. Ostatnim, czego tak naprawdę potrzebował, było to, żeby dostała histerii, ale z drugiej strony…
– Seth nie żyje? Seth Clearwater…? – powtórzył z niedowierzaniem Carlisle, dopiero po chwili orientując się, że zadawanie jakichkolwiek pytań zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. Nie, skoro w odpowiedzi Claire wzdrygnęła się, przez krótką chwilę sprawiając wrażenie bliskiej ego, żeby jednak zemdleć.
– Och, świetnie… Powtórz to przy niej jeszcze kilka razy – warknął gniewnie, coraz bardziej rozdrażniony. – Jak wspomniałem, muszę iść, więc… – zaczął i zaraz urwał, dopiero po chwili dostrzegając najistotniejszą kwestię. W pośpiechu ujął twarz Claire w obie dłonie, tym samym nakłaniając ją do spojrzenia sobie w oczy. – Chwila… Co takiego? Co przed chwilą powiedziałaś?
Początkowo nie zwrócił na to uwagi, podejrzewając, że z tym, co miało miejsce, mógł mieć związek dosłownie ktokolwiek, a już na pewno grupka, która z sobie znanych powodów polowała na nich wszystkich, ale słowa Claire wyraźnie temu przeczyły. Co więcej, osoba, o której wspominała, zdecydowanie nie miała prawa tutaj być. Co prawda również Isabeau mówiła o Claudii, kiedy robili porządek w porcie, ale to i tak nie miało sensu.
Szlag, nie chciał, żeby go miało. Ta wampirzyca pojawiała się zdecydowanie zbyt często, zresztą po wizycie w Lille zdecydowanie nie miał do tego cierpliwości.
– Claire, do cholery…
– Wiem, kogo widziałam. – Urwała, wyraźnie niechętna, żeby ciągnąć temat. Oddech miała płytki i nienaturalnie urywany. – To znaczy… Na początku nie byłam pewna, ale… Ale on tak się do niej zwracał. Chyba, bo…
– Kto? – przerwał spiętym tonem.
Spróbował nad sobą zapanować, zwłaszcza że już i tak wydawała się przerażona. Chociaż miał wątpliwości, ostatecznie pokusił się o użycie wpływu, bo to wydawało się najbardziej sensownym rozwiązaniem. Musiał ją uspokoić, co wcale nie okazało się takie łatwe, skoro sam miał problemy z trzymaniem emocji w ryzach. To, że Claudia jednak mogłaby kręcić się w okolicy, zdecydowanie nie było dobrą informacją, a jakby tego było mało…
– Chłopak, o którym wspominała mi mama… Nie mówił, więc założyłam, że to Oliver – powiedziała w końcu Claire. Jej głos zabrzmiał dziwnie obojętnie, wręcz mechanicznie, co miało związek z jego próbami mieszania w głowie, ale nie dbał o to. Inaczej i tak nie byłaby w stanie odpowiedzieć. – Byli razem. A potem Seth…
– W porządku – przerwał, w pośpiechu decydując się wycofać. To wydawało się najrozsądniejsze, chociaż nadal musiał zapytać ją o jedną rzecz. – Claire… Powiedz mi coś jeszcze, moja mała.
Spojrzała na niego w nieco nieprzytomny, zdradzający przede wszystkim zmęczenie sposób. Mimo wszystko nie zaprotestowała, co przyjął z ulgą, bo naciskanie na nią zdecydowanie nie było tym, co w obecnej sytuacji zrobiłby z jakąkolwiek przyjemnością.
Wciąż próbował patrzeć jej w oczy, woląc nie przerywać kontaktu wzrokowego. Dzięki temu wydawała się spokojniejsza, zresztą tak było o wiele łatwiej utrzymać wpływ.
– Twój wiersz… Pamiętasz? Niczego przy mnie nie napisałaś, ale znasz go, prawda? – Tym razem nawet nie czekał na odpowiedź. – Czego dotyczył?
Być może nie musiał pytać, zwłaszcza po tym, co się wydarzyło, ale coś w jej zachowaniu nie dawała mu spokoju. Cokolwiek się działo, wolał mieć pewność, że przynajmniej tymczasowo wiedział wszystko – i to niezależnie od tego, czy dotyczyło przyszłości, czy może tego, co już się wydarzyło.
Miał wrażenie, że minęła cała wieczność zanim Claire w końcu się odezwała. Zanim zachwiała się i ostatecznie straciła przytomność, zdążyła jeszcze wyrzucić z siebie trzy krótkie linijki.

Strzał w ciemnościach
Potężna strata
I wybaczenie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa