01.05.2017

Sto siedemdziesiąt

Isobel
Poruszanie się po mieście przypominało mały horror. Obserwowała mijających ją ludzi, słuchała trzepoczących się w ich piersiach serc i zastanawiała, jakim cudem te istoty wciąż żyły. Świat się zmienił, ale choć wiedziała o tym od chwili powrotu, niezmiennie dawało jej się to we znaki. W efekcie nie pierwszy raz czuła narastająca z każdą kolejną frustrację, tym silniejszą, skoro wylądowała w samym środku wielkiej metropolii. Jakby tego było mało, musiała ukrywać się przed wzrokiem tych, którymi szczerze gardziła i których z łatwością mogła pozbawić życia.
To nie powinno być tak. Ta myśl nie dawała wampirzycy spokoju, dręcząc bardziej niż cokolwiek innego. Miała wrażenie, że to takie upokarzające – konieczność krycia się w cieniu, choć przecież powinno być odwrotnie. Wciąż pamiętała czasy, kiedy każde wyjście na ulice kończyło się strachem i poruszeniem pośród zarówno jej pobratymców, jak i ludzi. Rozstępowali się przed nią, spoglądając nań z obawą i całymi sobą dając do zrozumienia, że tylko modlili się, żeby przypadkiem nie zdecydowała się ich skrzywdzić. Wiedziała o tym doskonale, zdolna przewidzieć targające nimi emocje. To było tak oczywiste, jak i świadomość potęgi, którą wówczas dysponowała, zajmując pozycję, która przecież od samego początku jej się należała. Była królową, a więc kimś, kogo należało traktować z należytym szacunkiem…
A przynajmniej tak było kiedyś.
W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, wręcz przytłoczona widokiem tętniącego życiem, pogrążonego w pozornym tylko półmroku Seattle. Ulicami przemykały samochody, ludzie mijali się wzajemnie, raz po raz potrącając jeden drugiego. Chociaż było późno, dookoła latarnie i wystawy sklepów dosłownie się jarzyły, rzucając to dziwne, sztuczne światło na wszystko, co znajdowało się w ich zasięgu. Nikt nie zwracał na nią uwagi, zupełnie jakby była jedną z tych marnych, pozbawionych znaczenia istot – zwyczajnym śmiertelnikiem, który nie zasłużył na choćby szczątkową uwagę. Wiedziała, że powinna się z tego cieszyć, bo teraz najważniejsze pozostawało wtopienie się w tłum, przynajmniej do czasu podjęła konkretnych działań, ale taki stan rzeczy i tak wzbudzał w kobiecie gniew. To było takie upokarzające, chociaż przynajmniej nie było nikogo, kto mógłby ją oceniać.
Nie podejrzewała nawet, że przyjdzie jej upaść aż tak nisko, choć to i tak wydawało się lepszą perspektywą, aniżeli powrót do podziemi. Była tutaj, kolejny raz musząc się wycofać i czekając… Och, tak – jak na ironię potrafiła czekać, nawet jeśli nigdy nie była szczególnie cierpliwa. Wampiry podobno były do tego stworzone, zaś Isobel zdążyła się przekonać, że ostrożne planowanie kolejnych kroków zwykle dawało zadowalające efekty. Zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie pośpiech za każdym razem prowadził ją do upadku. Tak było całe wieki temu, kiedy potęga przysłoniła jej zdrowy rozsądek na tyle, by przestała dostrzegać istotne oznaki zagrożenia, jak również tym razem. Gdyby była ostrożniejsza, nikt nie podważyłby jej potęgi w Mieście Nocy. Być może popełniła błąd, usiłując grać fair, zgodnie ze starymi regułami. Możliwe, że zabicie króla wcale nie było takie istotne – w końcu zdążyła wyprzeć jego wpływy, a on jak ostatni tchórz zostawił wszystko i wszystkich. Równie błędnie postąpiła, decydując się zaufać komukolwiek, a już zwłaszcza zdając się na Gabriela, skoro był taki chwiejny. Gdyby wiedziała, już dawno wymogłaby na Michaelu przyprowadzenie dziewczyny, bo mając ich przy sobie razem, nie musiałaby obawiać się, że którekolwiek z nich zwróci się przeciwko niej.
Popełniła bardzo wiele błędów, które widziała dopiero teraz, spoglądając na swoje działania z perspektywy czasu. Najpoważniejszym z nich jednak było to, że jak ostatnia naiwna rzuciła się na Elenę – cholerne Światło, jak nazywali dziewczynę wszyscy wokół, choć przecież nie była nikim szczególnym. Przynajmniej początkowo, bo teraz Isobel widziała, że pozwoliła ponieść się emocjom, na własne życzenie tworząc sobie wroga. Gdyby zostawiła tę dziewczynę w spokoju, inne jej plany miałyby szansę się powieść… Ale skąd tak naprawdę mogła wiedzieć, że Ciemności zależy na tej małolacie, skoro jej rzekomy sojusznik nawet słowem nie skomentował działań, które podejmowała?
Chwilami wciąż nie docierało do niej to, że w tak prosty sposób straciła Rafaela – a wraz z nim zwierzchnictwo nad demonami. Tak po prostu odeszły, podążając za bratem i ojcem, zupełnie jakby jej pozycja nigdy nie miała znaczenia. Isobel wiedziała, że nigdy nie będzie miała pełnej władzy nad tymi istotami, ale to i tak było niczym najgorszy z możliwych ciosów. Czuła się oszukana, a to nie powinno mieć miejsca, choć pewnie sama była sobie winna. Gdyby była rozsądniejsza, nie pozwoliłaby sobie na wiarę w to, że ona i Ciemność mogliby stać się partnerami; ta istota była zbyt przebiegła i dumna, by postawić kogokolwiek na równi ze sobą – i to nawet ją. Może i pod wieloma względami byli do siebie podobni, ale to o niczym nie świadczyło, zaś Isobel bardziej niż kiedykolwiek wcześniej rozumiała, że w rzeczywistości pozostawała wyłącznie marionetką. Zaczęła się również zastanawiać, czy to możliwe, żeby dała się wciągnąć w jakąś chorą grę, której zasad nie znała i najpewniej nie miała poznać, a która opierała się przede wszystkim na dawaniu Ciemności tego, czego ta oczekiwała. Śmierć Eleny bez wątpienia była mu na rękę, tak jak i zmuszenie jej do sprowadzenia dziewczyny z powrotem, co zresztą pociągnęło za sobą liczne konsekwencje.
Oczywiście nie zapytała o to wprost, choć miała okazję. Rozmowa z mężczyzną, który pierwszy raz od wieków zaszczycił ją swoją obecnością, wciąż nie dawała Isobel spokoju. Wspomnienie słów, które wówczas padły – a zwłaszcza tego jednego, jedynego imienia – niezmiennie doprowadzało ją do szału, utrudniając panowanie nad sobą. To nie powinno mieć miejsca, bo zwykle kontrolowanie emocji przychodziło Isobel ot tak, ale teraz wszystko było inne. Nie sądziła, że kiedykolwiek sprawy zabrnął aż tak daleko, a ona zostanie zobowiązana, żeby komukolwiek służyć – a już zwłaszcza Ciemności, z która układ przecież był jasny. Spłaciła swój dług całe wieki temu, a jednak…
Ophelia… Wszystko przez Ophelię!
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, czując narastającą frustrację. Gdyby była w pokoju hotelowym, najpewniej pokusiłaby się o zniszczenie pierwszej rzeczy, która wpadłaby jej w ręce. Nie miała przy sobie nikogo, na kim mogłaby wyładować gniew, a jakby tego było mało, właśnie znajdowała się w otoczeniu setek śmiertelników – z tym, że żadnego z nich nie mogła tknąć. Jakże szalony był świat, w którym przyszło jej żyć, skoro nawet wyrwanie serca choćby jednemu ze znajdujących się w zasięgu rąk ludzi, nie wchodziło w grę?!
Gniewnie zmrużyła oczy, ledwo powstrzymując grymas, kiedy przypomniała sobie o kolorowych soczewkach. Musiała je nosić, żeby niepotrzebnie nie zwracać uwagi lśniącymi, rubinowymi tęczówkami – czymś, co jedynie potęgowało lęk, który potrafiła wzbudzić samym tylko spojrzeniem. Szczerze tego nienawidziła, niezmiennie mając ochotę pozbyć się tłamszących jej wyostrzony wzrok dodatków. Tylko czekała aż soczewki w końcu się rozpuszczą, a ona przestanie mieć wrażenie, że spogląda na świat zza brudnej szyby. Wrażenie było takie, jakby wszystko wokół przysłaniała delikatna mgiełka, nie wspominając o tym, że widziała dosłownie każdą niedoskonałość na powierzchni soczewek – najmniejszą choćby rysę czy zabrudzenie. Co prawda była w stanie to ignorować, a z czasem nawet przywyknąć do spoglądania na świat w ten sposób, ale doświadczenie samo w sobie nie przypadło jej do gustu, a już na pewno nie zamierzała go zaakceptować.
Właściwie sama nie była pewna, co takiego chciała zrobić. Siedzenie w hotelowym pokoju, choćby i najbardziej wygodnym, zdecydowanie nie było tym, czego oczekiwała. Co więcej, przecież nawet gdyby chciała, nie mogłaby sobie na to pozwolić. Ciemność oczekiwała od niej czegoś konkretnego, chociaż – a jakże! – choćby słowem nie zasugerowała, w jaki sposób Isobel mogłaby się przysłużyć. Wszystko sprowadzało się do niej i tego, co była w stanie zrobić. Musiała się zastanowić, poza tym pierwszy raz od dawna działała sama, poniekąd z własnego wyboru, bo szczerze wątpiła, żeby dopuszczenie do siebie kogokolwiek przyniosło jakiekolwiek skutki. Mogła stworzyć sobie towarzystwo albo zdać się na Huntera, ale czuła, że to nie jest najlepszy pomysł. Przypadkowa osoba z ulicy zdecydowanie nie miała być w stanie zadowolić królowej, z kolei demon… Och, względem nic zaczynała mieć naprawdę poważne wątpliwości – i to nawet w przypadku istoty, która pałała szczerą nienawiścią względem Rafaela.
Wciąż o tym myślała, kiedy ktoś uderzył w nią z całym impetem. W pierwszym odruchu nie zorientowała się, że doszło do zderzenia, reagując w absolutnie instynktowny sposób. Cofnęła się o krok, bez trudu utrzymując równowagę, a w następnej sekundzie z wyższością spoglądając na – jak ostatecznie się okazało – jednego z wielu przechodniów, który miał czelność na nią wpaść. Mężczyzna zatoczył się i ciężko upadł na chodnik, mrucząc coś gniewnie; Isobel rozpoznała przede wszystkim całą wiązankę przekleństw, co zdecydowanie nie przypadło jej do gustu. Och, to właśnie był jeden z licznych problemów ówczesnych czasów – całkowity brak kultury względem kobiet, co kiedyś byłoby nie do pomyślenia. Już nawet nie chodziło o to, że ta marna, ludzka istota nie zdawała sobie sprawy z tego, że właśnie wystawiała na próbę na nerwy kogoś o wiele silniejszego, kto w kilka chwil mógł wymordować całą ulicę. Zacisnęła dłonie w pięści, musząc trzymać nerwy na wodzy i mimowolnie krzywiąc się, gdy poczuła jakże nieprzyjemny, dający jej się we znaki swąd alkoholu. Już w czasach, które znała, śmiertelnicy nie stronili od picia, ale mało kiedy miała okazję przebywać w takich warunkach, zresztą chyba tylko szaleniec odważyłby pokazać jej się na oczy w takim stanie.
– Uważaj, paniusiu!
Uniosła brwi, słysząc nieco bełkotliwy, wyraźnie poirytowany głos. Odrzuciła na plecy jasne włosy, prostując się niczym struna. Nawet nie zwróciła uwagi na tego, który na nią wpadł, zamierzając jak najszybciej go wyminąć i ruszyć dalej. Gdyby sytuacja była inna, nie zawahałaby się przed zrobieniem tej istocie krzywdy, ale teraz nie mogła sobie na to pozwolić. Zdecydowanie bezpieczniej było odejść, tym bardziej, że aż korciło ją, żeby poderwać z ziemi tego, który miał czelność zwracać się do niej w ten sposób, a potem zanurzyć dłonie w jego piersi – na tyle głęboko, żeby sięgnąć serca, a potem wyrwać je z piersi i zmiażdżyć nieszczęsny, wciąż trzepoczący się narząd jednym zdecydowanym ruchem. Oczywiście nie pożywiłaby się nim, nie uznając tej zbroczonej krwi. Tylko raz w Seattle pozwoliła sobie na polowanie na bezdomnych, musząc zadowolić się tym, co krążyło w żyłach ludzi, którzy upadli tak nisko, więc zdecydowanie nie zamierzała tego powtarzać. Ani alkohol, ani narkotyki nie były tym, co mogłoby ją zadowolić, a skoro tak…
– Ej, nie przeprosisz kolegi? – usłyszała tuż za plecami. Chwilę później ktoś chwycił ją za ramię, więc szarpnęła się, bez trudu oswobadzając z niechcianego uścisku. – Patrzcie jaka nietykalna! Kultury w domu nie nauczyli?
Z niedowierzaniem spojrzała na tego, który do niej mówił – dobrze zbudowanego, wpatrującego się w nią zamglonym wzrokiem śmiertelnika. Trudno było jej określić w jakim był wieku, Isobel zresztą nie obchodziło to, z kim miała do czynienia. Wiedziała jedynie, że miała przed sobą kogoś, kim szczerze gardziła i to tym bardziej, że również był pod wpływem alkoholu. Co więcej, ta istota śmiała zwracać jej uwagę, zupełnie jakby miała do tego prawo, chociaż zdecydowanie tak nie było.
Zacisnęła usta, ledwo powstrzymując się przed uświadomieniem nieszczęśnika, dlaczego postępował bardzo, ale to bardzo głupio, traktując ją w taki sposób. Bezpieczniej było milczeć, odniosła zresztą wrażenie, że jej obojętność i wyniosłość doprowadzała skupionego na niej śmiertelnika do szału.
– Głucha jesteś czy co? – zniecierpliwił się. – Wpadłaś mi na kolegę. Wypadałoby przeprosić.
Tym razem musiała całą energię włożyć w to, żeby się nie roześmiać. Przeprosić? Miałaby kajać się przed człowiekiem, zupełnie jakby był kimś równym jej, a ona była mu coś winna? Nie wierzyła, że w ogóle śmiał zasugerować coś takiego, niejako utwierdzając Isobel w przekonaniu, że ludzie w ówczesnych czasach pozwalali sobie na o wiele więcej, aniżeli powinni. Nie rozumiała jakim cudem to nieśmiertelni zostali zmuszeni do wycofania się w cień, ulegając wpływowi rasy, która w wielu przypadkach zachowywała się co najmniej prymitywnie. Być może w grę wchodziły wyjątki – jednostki, które mogłaby uznać za margines społeczny – ale nie dbała o to. W tamtej chwili liczyło się przede wszystkim to, że takie istoty chodziły po świecie, wystawiając jej nerwy na próbę i aż prosząc się o to, żeby zmusić ją do zrobienia czegoś, czego teoretycznie nie powinna.
Gdyby tylko zechciała, mogłaby zaprowadzić porządek. Musiała być ostrożna i to zarówno z wykorzystywaniem telepatii, jak i zdradzaniem swojej obecności. Uwolnienie mocy i zrównanie jednej z większej ulic Seattle z ziemią, jawiło się nieśmiertelnej jako dziecinna igraszka… A przy tym zadanie wystarczająco proste i tak kuszące, że ledwo była w stanie się powstrzymać. Jedynie zdrowy rozsądek pozwolił kobiecie utrzymać nerwy na wodzy, przypominając o konieczności pozostania w cieniu. Nie obawiała się Volturi i praw, które rzekomo teraz obowiązywały, bo żaden z Włochów nie miał na nią wpływu. Jedynym, czym się przejmowała, było to, że Licavoli zbyt wcześnie mogliby zorientować się gdzie była, a to wszystko by skomplikowana. Miała względem nich plany, ale potrzebowała czasu, żeby je zrealizować. Tracenie go na przypadkowe ludzkie istoty nie było warte przekreślenia wszystkiego, co do tej pory zdołała osiągnąć.
Właśnie z tego powodu nie odezwała się nawet słowem. W zamian raz jeszcze omiotła kolejno stojącego przed nią śmiertelnika, a później tego, który z jej powodu wylądował na chodniku. Zauważyła, że ten drugi z wysiłkiem przetoczył się w taki sposób, by znaleźć się na kolanach i z tej pozycji spróbować się podnieść. Ostatecznie pomógł mu w tym kolejny mężczyzna, być może członek tej grupki, ale to w gruncie rzeczy nie miało dla niej znaczenia. Ona przede wszystkim chciała się oddalić i o nich zapomnieć – najlepiej tak szybko, jak tylko miało się to okazać możliwe, póki wciąż miała w sobie choć odrobinę cierpliwości.
Och, gdyby to było takie proste…
Któryś z nich coś za nią zawołał, ale puściła jego słowa mimo uszu. Kątem oka zauważyła, że kilku przechodniów obejrzało się z zaciekawieniem, być może spodziewając się czegoś co najmniej poważnego – tego, że jednak pozwoli się sprowokować albo w inny sposób zareaguje na zaczepki. Sęk w tym, że nikt nie wyglądał na chętnego, żeby jakkolwiek zareagować, kiedy zaś uszu Isobel dobiegły dość niewybredne określenia pod jej adresem, zorientowała się, że kilka osób w pośpiechu odwróciło wzrok. Przyśpieszyła, uśmiechając się pod nosem w chłodny, pozbawiony wesołości sposób. To jest wasza solidarność, ludzie? Tak wiele obojętności dla siebie nawzajem?, pomyślała mimochodem, bynajmniej niezaskoczona takim stanem rzeczy. Tak było zawsze, właściwie odkąd sięgała pamięcią. Ludzie robili wszystko, byleby ocalić swoje życie, czasami również najbliższych, ale nic ponad to. Zabawne, że najczęściej jednoczyli się dopiero wtedy, gdy mieli nóż na gardle i zmuszeni byli zacząć walczyć. Cóż, na pewno musiała przyznać, że ludzie bywali fascynujący – a przy tym równie uparci, co i w wielu kwestiach okrutni. Tym bardziej wydawało jej się to, że akurat nieśmiertelnych traktowali jak bestie, skoro paradoksalnie byli do siebie tak bardzo podobni.
Oczywiście tylko do pewnego stopnia…
Skrzywiła się, nie do końca usatysfakcjonowana kierunkiem, który przybrały jej myśli. Nie lubiła porównywać śmiertelników do siebie, swoich pobratymców, a więc tych, którzy przecież powinni mieć władzę. Nie bez powodu natura nadała im cechy, które pozwalały dominować nad słabszymi. Tak działała natura, więc porządek, który aktualnie panował na świecie, zdecydowanie nie był normalny. Czuła to całą sobą, aż rwąc się do tego, żeby spróbować przywrócić stan rzeczy sprzed dnia, w którym upadła. Wiele by za to dała, a jednak z jakichś niezrozumiałych dla niej powodów ci, którym najbardziej powinno zależeć na przywróceniu naturalnego porządku, zwrócili się przeciwko niej. Gdyby było inaczej, pewne rzeczy nigdy nie miałyby miejsca, a ona nie musiałaby czuć się jak intruz, obserwując to, co działo się wokół niej – ludzi, dla których była obojętna, chociaż przecież nie powinna.
Cóż, nie dla wszystkich.
Bez trudu zorientował się, że ktoś ją obserwuje. Zrozumiała również, że jest śledzona, tym bardziej że ci, którzy podążali za nią krok w krok, nawet nie próbowali szczególnie ukrywać swojej obecności. Nie żeby byli do tego zdolni, dysponując marnymi, ludzkimi zmysłami i próbując mierzyć się z istotą, która z łatwością mogłaby zetrzeć ich z powierzchni ziemi, ale Isobel i tak poczuła się rozczarowana. Czy naprawdę ludzkość upadła aż tak nisko? Nie miała pojęcia, to zresztą nie wydało się wampirzycy istotne. O wiele ważniejsze pozostawało to, że ktokolwiek próbował ją śledzić, o ile tak mogła nazwać nieudolne podążanie tuż za nią. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenia, słyszała śmiechy i wiedziała, że nie ma co liczyć na spokojny, przyjemny wieczór. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazywało na to, że pewne osoby zamierzały dostarczyć jej rozrywki, chociaż wcale nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
Przyśpieszyła – tylko nieznacznie, zresztą wciąż utrzymywała ludzkie tempo. Znów usłyszała śmiech, tym samym utwierdzając się w przekonaniu, że najpewniej przypadkiem urodziła męską dumę kilku nieszczęśników. Żałosne, przeszło jej przez myśl, ale choć z łatwością mogła pozbyć się niechcianego towarzystwa, nie zrobiła tego. Przez krótką chwilę nawet miała na to ochotę, ale zmieniła zdanie, kiedy wyraźnie wyczuła charakterystyczny zapach narastającego z każdą kolejną sekundą pożądania.
Ach… Więc do tego wszystkiego mieli czelność jej pragnąć? Uśmiechnęła się drapieżnie, wciąż powstrzymując się przed obejrzeniem przez ramię. W porządku, więc niech i tak będzie – skoro jej pragnęli, mogła dać im przynajmniej cień złudzenia, że zdołają ją posiąść. Ludzie zdecydowanie byli okrutni, co miała okazję zaobserwować nie raz, ale teraz na dodatek miała na to niemalże materialny dowód – trzy naiwne potwory, które najpewniej bez chwili wahania podniosłyby rękę na przedstawicielkę swojego gatunku. Gdyby była śmiertelniczką, najpewniej zaczęłaby się bać, ale w sytuacji, w której ci mężczyźni próbowali zwrócić się przeciwko niej, towarzyszył jej przede wszystkim gniew.
To, a także narastająca z każdą kolejną sekundą satysfakcja, kiedy uświadomiła sobie, że być może jednak miała mieć szansę przelać dzisiaj krew.
Będąc śmiertelniczką, mając pewność, że późną porą podąża za nią trzech dobrze umięśnionych, pijanych mężczyzn, zaczęłaby się bać. Najpewniej szukałaby pomocy albo przynajmniej usiłowała trzymać się blisko dobrze oświetlonych, zatłoczonych ulic, czekając aż zrezygnują z pogoni. Nawet ludzie mieli instynkt samozachowawczy, zaś Isobel czuła, że na miejscu nieprzygotowanej do walki kobiety postąpiłaby w taki sposób.
Sęk w tym, że już dawno nie była delikatna i krucha, a tym bardziej nie zamierzała pozwolić upokorzyć się kilku nic nieznaczącym istotom. Właśnie dlatego bez chwili wahania skręciła w pierwszą zaciemnioną uliczkę, którą tylko udało jej się zauważyć. Za sobą usłyszała pełne satysfakcji śmiechy, ale nie zatrzymała się, wciąż wprawnie udając naiwną, aż proszącą się o nieszczęście ofiarę. Tylko ona zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo ironiczna była w tamtej chwili sytuacja – bo i owszem, ktoś miał ucierpiał, ale sytuacja prezentowała się zgoła inaczej, aniżeli sądzili podążający za nią mężczyźni.
Jeszcze trochę, pomyślała, coraz bardziej oddalając się od głównej ulicy. Wciąż dobrze słyszała to, co działo się w bardziej tętniącej życiem części miasta, jednak bodźce stały się bardziej przytłumione. Jeszcze tylko chwilę…
W momencie, w którym usłyszała, że kroki za jej plecami przyśpieszają, zatrzymała się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa