12.05.2017

Sto siedemdziesiąt osiem

Rosa
Zmaterializowała się na samym środku niewielkiego, pogrążonego w mroku korytarza. Niespokojnie rozejrzała się dookoła, mimowolnie wzdrygając, zresztą tak jak i za każdym razem, kiedy lądowała tutaj. To miejsce było złe, chociaż nie potrafiła tego sprecyzować. Wiedziała jedynie, że czuła się tu równie nieswojo, co i w siedzibie Projektu Beta, gdzie pojawiała się regularnie, próbując przypilnować Jocelyne. Tak czy inaczej, Rosa zdecydowanie nie czuła się tutaj dobrze, choć tym razem przynajmniej nie przeczuwała, że w okolicy mogłaby znajdować się jakakolwiek niebezpieczna istota… Cóż, nic pokroju demonicy, która okazała się tak problematyczna w ośrodku.
Nie od razu zdecydowała się ruszyć z miejsca. Dopiero po kilku następnych sekundach udało jej się zapanować nad wątpliwościami, a już zwłaszcza wrażeniem, że ktoś przez cały ten czas ją obserwował. Wiedziała o kamerach, te jednak nie miały prawa zarejestrować jej obecności, co mimo wszystko wydało się Rosie przydatne. Cóż, była martwa – to w dość znaczący sposób ograniczało sposoby, w jakie mogła komunikować się z otoczeniem. Dallas miał większe pole do popisu, najpewniej zdolny skutecznie uszkodzić jakiekolwiek zapisy z monitoringu, ale zdecydowanie tego nie potrzebowała. Co jak co, ale o kwestię poruszania się w całkowicie niezauważony sposób tymczasowo mogła uznać za nieistotną.
Czuła się dziwnie od chwili, w której Rufus poprosił Jocelyne o pośredniczenie rozmowy z nią. Wciąż nie do końca docierało do niej, że mogliby tak po prostu znajdować się w jednym pomieszczeniu, podczas gdy on doskonale zdawał sobie sprawę z jej obecności. To było dziwne, chociaż w przeszłości wielokrotnie się nad tym zastanawiała – tylko czasami, to jednak nie miało większego znaczenia. Zanim pojawiła się Joce, Rosa po prostu obserwowała, bynajmniej nie poświęcając każdej wolnej chwili na podążanie za kimś, kogo w równym stopniu mogłaby uznać za najlepsze i jedno z najgorszych, co spotkało ją za życia. Nie obwiniała go o swoją śmierć, a przynajmniej nie w takim stopniu, jak mogłoby się wydawać. W gruncie rzeczy bardzo rzadko wracała pamięcią do tamtego dnia, uważając to za bezcelowe i zdecydowanie zbyt bolesne, by zdobywała się na to jakoś szczególnie często.
Życie pozagrobowe rządziło się swoimi prawami, o czym zdążyła wielokrotnie przekonać się przez te wszystkie lata. Przeszłość odchodziła w zapomnienie, blaknąc i przypominając raczej sen, który bardzo szybko schodził gdzieś na dalszy plan. Tak przynajmniej było w przypadku tych, którzy zaakceptowali taki stan rzeczy. Swoją drogą, jej samej przyszło to zaskakująco łatwo, chociaż początkowo czuła się zagubiona i… bardzo samotna. Do tej pory tego doświadczała, choć z perspektywy czasu było dużo łatwiej, a przynajmniej takie miała wrażenie. Jakkolwiek by nie było, przyjęła do wiadomości to, co zrobił jej Dean, czy może raczej Rufus… Och, chwilami tak naprawdę nie była pewna, co powinna o tym wszystkim sądzić – bo choć zdawała sobie sprawę z tego, że to Prime ostatecznie dokończył jej ziemski żywot, w roli kata za każdym razem widziała tego ze swoich adoratorów, którego traktowała jak przyjaciela.
Poeta doprowadził do śmierci swoje Muzy… To nawet nie brzmiało dobrze.
Po tych wszystkich latach nadal jawiło się Rosie jako coś, co najzwyczajniej w świecie nie powinno mieć miejsca. Tak przynajmniej sądziła kiedyś, gdy była jeszcze na tyle naiwna i głupiutka, by odrzucać od siebie prawdę.
Jej się udało, chociaż czasami nadal nie była pewna czy droga, którą obrała, faktycznie była taka dobra. Istnieli tacy, którzy kurczowo trzymali się ludzkiego życia, nie zamierzając ot tak pogodzić się z myślą o jego zakończeniu. Sęk w tym, że śmierć nie wybierała – po prostu nadchodziła i zbierała żniwo, nie dając szans na przygotowanie się albo zaprotestowanie przed wyznaczonym losem. Sama myśl o tym wydawała się Rosie okrutna, ale wszystko działało w ten sam sposób właściwie od zawsze, więc walka z tymi zasadami była bezcelowa. Co więcej, o czym również nie potrafiła ot tak zapomnieć, nieudolna próba trzymania się życia, które odeszło, nigdy nie kończyła się dobrze.
Nieznacznie potrząsnęła głową, chcąc odrzucić od siebie niechciane myśli. Musiała porozmawiać o tym z Dallasem, chociaż być może nie powinna mieszać się w to, co działo się pomiędzy nim a Jocelyne. Dotychczas próbowała tego nie robić, starając się zachowywać jak na dobrą przyjaciółkę przystało i czekać aż dziewczyna sama zacznie się zwierzać. Nie zmieniało to jednak faktu, że wiedziała wystarczająco dużo, żeby zorientować się, w jaki sposób prezentowała się sytuacja. Dallasowi od samego początku zaakceptowanie śmierci przychodziło z trudem, zaś zdolności, którymi dysponowała Joce, dodatkowo wszystko komplikowały, dając obojgu nadzieję na coś, co nigdy nie miało prawa zaistnieć. Problem leżał w tym, że w jak dziewczyna wydawała się to dostrzegać i rozumieć, tak on pozostawał całkowicie zaślepiony, przy każdej możliwej okazji podkreślając, że nekromancja była dla niego niczym prawdziwy cud – szansa, żeby wszystko pozostało niezmienione.
Z tym, że przecież do zmian już doszło… I to na dodatek nieodwracalnych, pomyślała i przez krótką chwilę była w stanie koncentrować się wyłącznie na tej jednej kwestii. Nie dawała jej spokoju, zresztą tak jak i wrażenie, że między Joce a Dallasem działo się coś bardzo niedobrego. Wiedziała, że ta dziewczyna była niezwykła, a jako nekromantka w oczach umarłych była niczym jaśniejąca latarnia morska – źródło energii, które ich przyciągało i którą nieświadomie mogli z nie wysysać. To, co Rosa zdołała zaobserwować w ostatnim czasie, wydawało się w dość jednoznaczny sposób sugerować, że Dallasowi bardzo łatwo mogło przyjść zrobienie czegoś, co zdecydowanie nie byłoby dobre dla małej Licavoli. Jeśli oboje faktycznie wierzyli, że ich związek miał jakikolwiek sens…
Świetnie, więc do tego wszystkiego została niańką. Po latach spędzonych w samotności w końcu zaczęła zwracać uwagę na innych sobie podobnych. Wcześniej nie przywiązywała do tego aż takiej uwagi, poniekąd dla wygodny, ale przede wszystkim przez brak konkretnego bodźca, który popchnąłby ją do działania. Skoro i tak nikt nie był w stanie usłyszeć jej nawoływań, mówienie do kogokolwiek wydawało się najzwyczajniej w świcie pozbawione sensu. Dopiero przy Jocelyne ta jedna kwestia uległa zmianie, chociaż to nadal niczego nie rozwiązywało, zaś w wielu sprawach Rosa nadal miała związane ręce. Istniały zasady, których się nie łamało, niezależnie od tego, jak bardzo chciałaby je ominąć. Już wcześniej mocno je nagięła, naprowadzając Joce na Projekt Beta, to jednak wydawało się mało znaczące w porównaniu z tym, o co prosił ją Rufus.
Gdyby to było takie proste, powiedziałaby. Nie miała żadnego powodu, dla którego miałaby źle życzyć czy to temu wampirowi, czy też znów Layli – dziewczynie, której może i nie znała, ale na pewno nie uważała jej za rywalkę. Och, wręcz przeciwnie – wręcz cieszyła się, że pojawił się ktoś, komu udało się dotrzeć do Rufusa, kiedy ona… Cóż, przestała być dysponowana. Potrzebował tego, chociaż przez większość czasu wydawał się wiedzieć swoje, przez co nawet po śmierci miała ochotę znaleźć sposób na to, żeby porządnie tym wampirem potrząsnąć. Może i był genialny, czego zresztą nigdy nie negowała, ale pod względem emocjonalnym zachowywał się chwilami gorzej niż dziecko.
Zacisnęła dłonie w pięści, dziwnie roztrzęsiona. Obawiała się tego, co mogłaby pomyśleć sobie Joce, a tym bardziej Rufus, któremu nie miała nawet okazji wytłumaczyć tego, co nią kierowało. Nie sądziła, żeby zrozumiał, zwłaszcza teraz, kiedy się martwił, najpewniej nie zwracając uwagi na czyjekolwiek intencje. Pewnie sama na jego miejscu koncentrowałaby się przede wszystkim na tym, że ktokolwiek nie chciałby jej pomóc, bez względu na sytuację. To było zrozumiałe, a jednak…
Po prostu musisz mi wybaczyć.
Szczerze nienawidziła uczucia bezradności, które ogarniało ją w takich chwilach. Zanim poznała Joce… Ba! Zanim w ogóle dowiedziała się o nekromantach, dopiero oswajając z życiem, które z jakiegoś powodu przyszło jej wieść, długo zadręczała się niewidzialnością. Czasami miała ochotę krzyczeć, chcąc ostrzec kogoś, kto znajdował się w zasięgu jej wzroku, przed niebezpieczeństwem, które była w stanie dostrzec. Gdyby to zależało od niej, zrobiłaby dosłownie wszystko, byleby kimś w rodzaju anioła stróża, tak jak i za życia pragnąć po prostu być i pomagać – z tym, że teraz to nie było możliwe. Niewidzialna, czy też znów dostrzegalna dla istot takich jak Jocelyne, od chwili śmierci nie należała do tego świata. Powinna była odejść w niebyt, o ile mogła określić tym terminem to, co znajdowało się gdzieś tam daleko, jakkolwiek powinna to rozumieć. Skoro została, mimo wszystko raz po raz powracając do miejsc albo osób, które miały dla niej znaczenie, obowiązywały ją zasady – i właśnie to było w tym wszystkim najgorsze.
Och, chwilami miała wrażenie, że z dwojga złego lepszym było, kiedy nikt nie słyszał jej krzyków, niż gdy musiała mieć zamknięte usta.
Gdyby było inaczej, mogłaby coś zrobić. Na pewno nie ewakuowałaby się w pośpiechu z pokoju Joce, ale wprost powiedziała, że jak najbardziej jest w stanie odszukać Laylę. Potrafiła bardzo wiele rzeczy, zresztą dzięki obserwacji zawsze wiedziała o wiele więcej niż śmiertelnicy albo te istoty, które wciąż mogły cieszyć się życiem – niezależnie od znaczenia tego terminu w przypadku większości istot mroku. Jakkolwiek by nie było, prawdą pozostawało to, że czułą się bezsilna. Mogła obserwować, ale interwencja nie wchodziła w grę, niezależnie od tego kto i dlaczego ją prosił.
Teraz była tutaj i miała o to do siebie pretensje, żałując, że nie mogła tak po prostu wrócić i choć spróbować naprowadzić Joce na znalezienie odpowiedzi. Takie rozwiązanie po prostu było niemożliwe, chociaż tak bardzo chciała…
Ciemność i cisza miały w sobie coś niepokojącego, ale nie na tyle, by zacząć dawać się dziewczynie we znaki. Poruszała się szybko i bezszelestnie, dobrze wiedząc, że nikt nie miał prawa jej zauważyć. Nie rozglądała się na boki, dobrze wiedząc, co takiego znajdowało się w pobliżu – liczne cele, jedna podobna do drugiej, dzięki czemu bez trudu mogła je sobie przypomnieć i wyobrazić. Nie rozumiała ani celu tego miejsca, ani tym bardziej ludzi, którzy się nim zajmowali, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. W zasadzie od chwili swojej śmierci raz po raz spotykała się z czymś, czego najzwyczajniej w świecie nie pojmowała, chociaż za wszelką cenę usiłowała sprawić, żeby było inaczej. Gdyby to faktycznie okazało się takie proste, już dawno zaznałaby spokoju, teraz zaś zdecydowanie nie krążyłaby bez celu po miejscu, gdzie i tak nie mogła niczego zdziałać czy choćby przyprowadzić Joce, Rufusa albo kogokolwiek innego.
Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że nie jest sama. W pierwszym odruchu zawahała się, wyczuwając obecność kogoś, kto był do niej podobny – kolejnego ducha, co samo w sobie na dłuższą chwilę wytrąciło ją z równowagi. Rzadko zwracała uwagę na innych sobie podobnych, woląc trzymać się na uboczu. Dopiero Dallas okazał się wyjątkiem od reguły, chociaż próba niańczenia go mało kiedy przynosiła cokolwiek dobrego. Chciała pomóc Joce, ten chłopak zresztą miał w sobie coś, co sprawiało, że tym bardziej pragnęła go poprowadzić, ale z trudem przychodziło jej zapanowanie nad kimś, kto tak naprawdę tego nie chciał. Chociaż dawała mu coś, czego sama nie zaznała – wsparcie i przewodnictwo po świecie, który tak bardzo różnił się od tego, w którym poruszali się żywi – to niczego nie zmieniało, skoro Dallas z uporem trwał w przeszłości, a konkretnie u boku Jocelyne.
To nie mogło skończy się dobrze. Tak czuła, chociaż zarazem nade wszystko pragnęła się mylić.
Jakkolwiek by jednak nie było, to nie Dallasa wyczuwała w pobliżu. Zawahała się, w pierwszym odruchu chcąc uznać, że coś pomyliła i najlepiej od razu się wycofać, ale ciekawość okazała się silniejsza. Nie miała poczucia, że przebywa na terenie, gdzie mógłby kręcić się demon albo ktoś równie niebezpieczny, co do pewnego stopnia pozwoliło się Rosie uspokoić. Z wolna ruszyła przed siebie, nawet nie musząc zastanawiać nad tym, gdzie i dlaczego chciała się znaleźć. Przecież czuła, że intruz kręcił się w dość konkretnym miejscu, co również dało dziewczynie do myślenia, jednocześnie wzbudzając silny niepokój.
Zawahała się, ogarnięta niepokojącą myśl o tym, że mogłoby być za późno. Widziała dość, żeby wiedzieć, że to miejsce było złe – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Nie byłaby zaskoczona, gdyby okazało się, że pod jej nieobecność wydarzyło się coś okropnego, a Layla…
Nie, wolała nie brać tego pod uwagę.
Wciąż pełna wątpliwości raz po raz niespokojnie rozglądała się dookoła. Mimo wszystko przez krótką chwilę niemalże podziewała się zobaczyć znajomą blondynkę – tym razem w postaci identyczne, co i ona sama, co jednoznacznie świadczyłoby, że… Cóż, jednak było za późno. Tym bardziej jej ulżyło, kiedy przekonała się, że wampirzyca spała, co w ostatnim czasie nie było niczym nowym. Rosa wyraźnie słyszała wręcz nienaturalnie spokojny, nieco urywany, ale za to stały oddech. To bez wątpienia świadczyło o tym, że Layla żyła, chociaż nie wyjaśniało wrażenia, że w okolicy znajdował się jeszcze jeden duch.
– Kto…? – zaczęła z wahaniem, po czym prawie natychmiast urwała, nieco wytrącona z równowagi widokiem postaci, która znajdowała się tuż obok śpiącej dziewczyny.
To był mężczyzna – na pierwszy rzut oka dość młody, chociaż w przypadku duchów i nieśmiertelnych pozory lubiły mylić. Uwagę Rosy prawie natychmiast zaobserwowały długie do ramion, rude włosy, dobrze widoczne nawet w panujących dookoła ciemnościach. Dziewczyna zawahała się, przez krótką chwilę obserwując zwróconą do niej plecami postać i próbując stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Widziała, że intruz nachylał się nad Layla, jakby od niechcenia raz po raz muskając dłonią jasne włosy wampirzycy, zupełnie jakby chciał przeczesać je palcami. Oczywiście to nie było możliwe, zresztą tak jak i to, żeby dziewczyna mogła usłyszeć nieco nerwowe szepty, które w pośpiechu z siebie wyrzucał. Mógł mówić, ale ktoś taki jak Layla nie miał prawa słyszeć – i całe szczęście, bo gdyby było inaczej, wtedy naprawdę mieliby powody do niepokoju.
Rosa zawahała się, przez krótką chwilę czując się jak intruz. Rzadko widywała innych sobie podobnych, ale to wydawało się najmniej ważne, przynajmniej tymczasowo. Zdecydowanie bardziej przejmowała się obecnością innego ducha, tym bardziej że pierwszy raz widziała tego chłopaka na oczy. Nie miała pojęcia kim jest, czego chciał i dlaczego kręcił się akurat przy Layli, ale…
– Kim jesteś?
Tym razem jej głos zabrzmiał o wiele pewniej, niemalże gniewnie, chociaż nigdy nie była dobra w sprawianiu wrażenia choć po części groźnej. Pamiętała, że w przeszłości rozmówcy zawsze patrzyli na nią w nieco pobłażliwy, często zdradzający rozbawienie sposób, co na dłuższą metę nie wydawało się niczym dziwnym. Mogła tylko zgadywać, jak wyglądała w większości przypadków – drobna i często dziecinna, przynajmniej początkowo całkowicie pozbawiona doświadczenia w sprawach, które nieśmiertelnym wydawały się czymś oczywistym. W którymś momencie chyba nawet przyzwyczaiła się do tego, że inni spoglądali na nią przez palce, uśmiechając się i nieraz powtarzając, że w niczym nie przypominała kogoś, kto miałby prawo odnaleźć się w okrutnym świecie wampirów.
Och, to było dawno. Od tamtego czasu zmieniło się wiele i to nie tylko dlatego, że umarła, a ostatecznie wylądowała w takiej formie. Przez całe dekady, które spędziła pod postacią ducha, zdążyła nauczyć się wystarczająco wiele, żeby zrozumieć to, co kiedyś było dla niej nie do pojęcia. Już nie czuła się jak dziecko, również w tamtej chwili gotowa nawet spróbować wymóc na swoim rozmówcy odpowiedzi, gdyby zaszła taka potrzeba.
Cóż, nie musiała.
Intruz drgnął, po czym poderwał głowę, w następnej sekundzie zwracając się bezpośrednio ku niej. Rosa zawahała się, ale zmusiła do tego, żeby tkwić w bezruchu, biernie obserwując wpatrzonego w nią nieznajomego. Wręcz poraził ja wyraz jego twarz – skupiony, a przy tym tak bardzo, ale to bardzo zmartwiony – to jednak okazało się niczym w porównaniu do przeszywającej wręcz zieleni oczu. Dwa szmaragdy, pomyślała mimochodem i to jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi. Dawno nie widziała czegoś tak pięknego i hipnotyzującego zarazem.
Przez dłuższą chwilę wzajemnie mierzyli się wzrokiem, tkwiąc w milczeniu i wydając się toczyć swego rodzaju nieformalny pojedynek na spojrzenia. Intruz dla lepszego efektu poderwał się na równe nogi, samym tylko ruchem sprawiając, że Rosa poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Musiała wręcz zmusić się, żeby dalej tkwić w tym samym miejscu, próbując przynajmniej udawać, że wcale nie jest zaniepokojona. Dłonie zacisnęła w pięści, zupełnie jakby w ten sposób mogła zacząć sprawiać wrażenie kogoś pewniejszego siebie i własnych umiejętności. Ostatnim, czego potrzebowała, było to, żeby mężczyzna uznał, że jest kimś, kim tak naprawdę nie należy się przejmować i zaczął ją ignorować.
– A ty? – usłyszała w odpowiedzi i aż uniosła brwi. Chociaż głos nieznajomego brzmiał spokojnie, wcale nie poczuła się pewniej.
– Pierwsza zapytałam! – obruszyła się, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. W takich chwilach rozumiała skąd brała się irytacja Rufusa za każdym razem, kiedy ktoś próbował odpowiadać mu pytaniem na pytanie.
– A ja pierwszy tutaj przyszedłem – stwierdził z uporem nieznajomy. Zauważyła, że przemieścił się w taki sposób, żeby móc osłonić sobą Laylę, chociaż to wydawało się co najmniej niedorzeczne, przynajmniej z perspektywy Rosy. Zupełnie jakby miała powody albo przynajmniej fizyczną możliwość, żeby wampirzycę zaatakować! – Więc? Nie patrz na mnie w ten sposób, dobra?
W pierwszym odruchu zapragnęła mu odpyskować, ale nie zrobiła tego. Było w jego zachowaniu coś, co jasno dało jej do zrozumienia, że nade wszystko zależało mu na bezpieczeństwie wampirzycy, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Co prawda wciąż nie uważała, że może tak po prostu zacząć mu udać, ale…
Cóż, zresztą w drugą stronę to działało tak samo. Nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale przynajmniej tymczasowo była zmuszona taki stan rzeczy zaakceptować.
– W porządku – dała za wygraną. Właściwie sama nie była pewna, dlaczego zdecydowała się odpuścić, ale to uczucie wydawało się silniejsze od niej. Dalsze tkwienie w ciszy i podporządkowywanie się do zasad jakiejś głupiej, bezsensownej gry, która polegałaby na wzajemnym warczeniu na siebie, zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń. – Mam na imię Rosa – oznajmiła przesadnie uprzejmym głosem. – Teraz twoja kolej – dodała, bo nieznajomy spojrzał na nią w dziwny, nie do końca przytomny sposób.
– Rosa…
Przez krótką chwilę miała ochotę wywrócić oczami. Tak, właśnie w ten sposób powinien się do niej zwracać. Nie sądziła, żeby zrozumienie tego stanowiło szczególnie trudne zadanie, chociaż z drugie strony…
– Kim jesteś? – ponagliła wcześniejsze pytanie. – I co tutaj robisz? Nie twierdzę, że masz złe zamiary, ale jednak byłoby miło, gdybyś mi się przedstawił, skoro ja… – zaczęła, jednak nie było dane jej dokończyć.
– Musisz mi pomóc, Roso – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu głosem. – O ile mi wiadomo, ta dziewczyna cię słyszy, a skoro tak…
– O co ci chodzi? – przerwała, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Layla? Nie wiem, czy w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę, ale my nie…
– Mówię o nekromantce. – Mężczyzna podszedł bliżej na tyle gwałtownie, że Rosa jednak zdecydowała się w pośpiechu wycofać. – Nie uciekaj! Ja nie… O bogini, po prostu potrzebuję pomocy – powtórzył z naciskiem. – Zresztą tak jak i ona – dodał, na krótką chwilę przenosząc wzrok z powrotem na Laylę.
– Ale…
Również i tym razem nie dał Rosie szansy na to, żeby dokończyła.
– Mam na imię Dylan… A teraz w końcu skup się, bo naprawdę musisz mi pomóc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa