13.05.2017

Sto siedemdziesiąt dziewięć

Elizabeth
Dźwięk wystrzału miał w sobie coś ogłuszającego. Aż wzdrygnęła się, chociaż po kilku wcześniejszych razach powinna przyzwyczaić się do hałasu. Jednoczenie machinalnie cofnęła się o krok, żeby łatwiej uchwycić równowagę, czując znajome już uczucie, które za każdym razem towarzyszyło odrzutowi broni. Ręce nieznacznie jej zadrżały, ale mimo wszystko czuła się o wiele lepiej niż za pierwszym razem, kiedy dopiero oswajała się z ciężarem broni w rękach.
Liz zawahała się, po czym z wolna wypuściła powietrze z płuc. Dopiero po chwili odważyła się unieść głowę i spojrzeć przed siebie, wprost na zawieszoną na znajdującym się kilkanaście stóp dalej tarczę. Skrzywiła się, kiedy zauważyła, że również tym razem na gładkiej powierzchni nie pojawił się nawet ślad po kuli, nie licząc dwóch wyżłobień, które znajdowały się tam od samego początku. Znów nie trafiła, chociaż starała się jak mogła, próbując dostosować się do wszystkich wskazówek, które otrzymała. Powinna wiedzieć, a jednak…
– Och, Elizabeth, wystarczy już.
Nawet się nie obejrzała, słysząc zdecydowany głos Urlicha. Wiedziała, że stał tuż za nią, o wiele bliżej niż mogłaby sobie tego życzyć. Przynajmniej zakładała, że na jego miejscu obawiałaby się niedoświadczonej małolaty z bronią, która potrafiła trafić dosłownie wszędzie, ale nie do celu. Zacisnęła usta, po czym w pośpiechu zamrugała, próbując powstrzymać cisnące jej się do oczu łzy frustracji. Dawno nie czuła się aż do tego stopnia rozdrażniona, nie będąc w stanie tak po prostu przyjąć do wiadomości, że do nauki pewnych czynności potrzeba cierpliwości i czasu. Tak było w tym przypadku, a gdyby robiła to rekreacyjnie, najpewniej zadanie przyszłoby jej w o wiele prostszy sposób. Wiedziała jak działa stres w nadmiernym natężeniu; czasami potrafił motywować i to było dobre, ale w jej przypadku ciągłe napięcie sprawiało, że była jednym wielkim kłębkiem nerwów, przez co nawet utrzymanie pistoletu w rękach wydawało się wyjątkowo trudnym zadaniem.
Od samego początku wiedziała, że coś jest nie tak. Pojawienie się Urlicha zmieniło wszystko, a Liz do tej pory nie była pewna jakim cudem wylądowała z tym mężczyzną w samym środku lasu, w odległości wystarczająco dużej od siedzib ludzkich, by mogli pozwolić sobie na swobodne używanie broni. Wciąż nie do końca rozumiała rolę tego mężczyzny z życiu jej i rodziców, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Liczyło się, że ich znał – i był kimś bliskim, a przynajmniej tak przez cały ten czas twierdził. Pierwsza rozmowa z nim uświadomiła Elizabeth jak wiele uległo zmianie w ciągu ostatnich miesięcy, a już zwłaszcza jak bardzo zmieniła się ona, skoro bez chwili wahania zaufała komuś, kogo nawet nie znała. Dawna Liz zdecydowanie by sobie na to nie pozwoliła, a jednak ona…
Ale przecież nie miała wyboru. Co więcej, choć to wciąż brzmiało jak marna wymówka, Urlich pozostawał kimś, komu najzwyczajniej w świecie ufała. Tak było od samego początku, nawet wtedy, kiedy tkwiąc z nim w tamtej uliczce, pragnęła rzucić się do ucieczki. W gruncie rzeczy traktowała go jak prawdziwe wybawienie – kogoś, kto miał prawo ją zrozumieć i poprowadzić, rozumiejąc wszystko to, co dla niej pozostawało czystym szaleństwem. Jakby tego było mało, w końcu mogła polegać na kimś, kto było człowiekiem i wiedział wystarczająco wiele, by stwierdzić, że wcale nie postradała zmysłów. Ewentualnie oboje byli szaleni, Urlich bowiem okazał się nie tylko znajomym jej rodziców, ale również kimś im podobnym.
Klan Łowców znalazł ją i w końcu zamierzał poprowadzić, chociaż nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie.
Nieznacznie potrząsnęła głową, próbując odrzucić od siebie niechciane myśli. Raz jeszcze zacisnęła palce wokół pistoletu, układając palec na spuście, żeby w każdej chwili móc ponownie go nacisnąć. Czuła, że metal pulsuje ciepłem – być może za sprawą wcześniejszego wystrzału, a może po prostu uczucie to było wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Nie wiedziała, ale nie dbała o to, próbując ignorować to dziwne wrażenie, wpatrzonego w nią Urlicha i wszystko inne, a w zamian skoncentrować się z powrotem na celu. Kiedyś musiało się udać, a gdyby skupiła się odpowiednio mocno…
– Liz, do cholery!
Tym razem omal nie wyszła z siebie, co najmniej zaskoczona nie tylko brzmieniem głosu mężczyzny, ale przede wszystkim tym, że błyskawicznie znalazł się przy niej. Aż wzdrygnęła się, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia chwycił ją za nadgarstek, zmuszając do skierowania lufy w ziemię. W ostatniej chwili powstrzymała się przed nerwowym naciśnięciem spustu, po czym z niejakim niedowierzaniem spojrzała na Urlicha, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy całkiem postradał zmysły. Naprawdę zamierzał ją straszyć akurat w sytuacji, w której już i tak ledwo była pewna tego, w jaki sposób powinna trzymać broń?
– Już, już… Za chwilę na pewno mi się uda – wyrzuciła z siebie na wydechu. Skrzywiła się, uświadamiając sobie, że jej głos zabrzmiał dziwnie, nienaturalnie zachrypnięty. Przełknęła z trudem, po czym spróbowała odchrząknąć, próbując doprowadzić się do porządku. – Muszę się skupić – dodała i chciała oswobodzić się z uścisku mężczyzny, ale ten nie dał jej po temu okazji.
– Wystarczy – oznajmił z naciskiem. Otworzył usta, gotowa zaprotestować, ale nie pozwolił na to, żeby doszła do słowa. – Elizabeth, zacznij mnie słuchać… I oddaj ten pistolet.
Niechętnie poluzowała uścisk, dochodząc do wniosku, że nie ma wyboru. Dopiero z chwilą, w której wyciągnął broń z jej dłoni, uświadomiła sobie jak bardzo była spięta. Trzęsła się cała, chociaż do tej pory nie zauważała tego, niemalże całkowicie pewna, że przynajmniej ten raz panowała nad sobą w niemalże idealny sposób. W równym stopniu oszołomiona, co i wytrącona z równowagi własną nieporadnością, w pośpiechu zwiesiła ramiona, po czym spróbowała rozluźnić zaciśnięte w pięści dłonie. Skrzywiła się, kiedy krew wróciła do palców, niosąc ze sobą nieprzyjemne mrowienie i pulsujące ciepło.
Czuła, że Urlich ją obserwuje, ale próbowała ignorować zarówno tę świadomość, jak również targające nią emocje. Nie chciała tego przyznać, ale sama konieczność pochwycenia broni jawiła jej się jako prawdziwe piekło, niosąc ze sobą najgorsze z możliwych wspomnień. Rzadko wracała pamięcią do tamtego dnia, ale choć pamiętała go jak przez mgłę, obrazy pozostawały wystarczająco wyraźne, by nawet mimo szoku potrafiła je odtworzyć. Raczej trudno byłoby, żeby tak po prostu zapomniała zakrwawiony salon, szaleńczą ucieczkę przed Jasonem oraz to, że celowała do siebie z czterdziestki piątki, szantażując brata tym, że jeśli się do niej zbliży, zrobi sobie krzywdę.
To było niczym sen – prawdziwy koszmar – który w naturalny sposób powrócił, kiedy znów dostała do ręki broń. Kolejny raz trzymała ją w pełni świadomie, chociaż tym razem zamierzała wykorzystać pistolet do zupełnie innych celów. Widziała, że w ten sposób nie zatrzyma kogoś takiego jak Jason, ale perspektywa tego, że mogłaby chociaż po części nauczyć się bronić, wydawała się nader kusząca. W pierwszym odruchu niedowierzała, kiedy Urlich tak po prostu zapytał, czy kiedykolwiek uczyła się strzelać, ale kiedy przyszło co do czego, zgodziła się na kilka lekcji bez choćby chwili wahania. Jeśli nie przed bratem, może przynajmniej miała być wstanie ochronić się przed innymi istotami mroku, tym bardziej że Damien twierdził, że było ich sporo. Jego chociażby mogłaby w ten sposób zabić, tak jak i inne pół-wampiry, te „nowe” wampiry i co tam jeszcze chodziło po świecie, a czego wolałaby nigdy nie spotkać na swojej drodze…
Znów zadrżała, tym razem prawie nieświadoma własnych odruchów i towarzyszących jej emocji. W głowie miała pustkę, niemalże przez cały dzień działając prawie jak automat. Tak było prościej, a przynajmniej to usiłowała sobie wmówić, raz po raz przekonując samą siebie, że wszystko jest w absolutnym porządku. Być może przy odrobinie szczęścia faktycznie miała w to uwierzyć, coraz łatwiej zdobywając się na „wyłączenie” emocji i skupienie na działaniu. Czuła, że dopiero wtedy mogła być naprawdę skuteczna i przy tym nie zwariować, ale sądząc po tym, jak reagowało jej ciało, najpewniej nie miała na co liczyć.
– Dobrze się czujesz? – Głos Urlicha wyrwał ją z zamyślenia. – Dziewczyno, zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądasz? Tak czułem, że to nienajlepszy pomysł, ale…
– Jest w porządku – przerwała mu bez przekonania.
Mężczyzna jedynie potrząsnął głową.
– Tak, mów mi jeszcze… Nie sądziłem, że to będzie wyglądać w ten sposób – dodał, a Liz ledwo powstrzymała sfrustrowany jęk.
– Nauczę się – zapewniła pośpiesznie, niemalże błagalnie. Mimowolnie pomyślała, że brzmiała naprawdę żałośnie. – Potrzebuję jeszcze trochę czasu. Nikt nigdy mnie do tego nie przygotowywał, ale…
– Przecież tu nie o to chodzi, Liz – przerwał jej łagodnie Urlich.
Zamilkła, wpatrując się w niego i po wyrazie jego twarzy próbując stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. Obserwowała go, kiedy skupił się na broni, z zadziwiającą wręcz wprawą wyjmując magazynek. Chwilę przypatrywał się pozostałym nabojom, po czym na powrót przeniósł wzrok na nią, zdecydowanie nie paląc się do tego, żeby oddać dziewczynie broń.
– Nie rozumiem – przyznała zgodnie z prawdą.
To nie było niczym nowym, ale i tak niezmiennie doprowadzało Liz do szału. Poczucie bezradności pozostawało jednym z najgorszych, jakie miała okazję doświadczyć. Zawahała się, chcąc dodać coś jeszcze, ale ostatecznie się na to nie zdobyła, zbytnio wytrącona z równowagi czymś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować.
– Nie chodzi o to, że ci nie wychodzi – wyjaśnił cicho jej rozmówca, starannie dobierając słowa. – Chyba nawet zmartwiłbym się, gdyby okazało się, że jest inaczej. Prawda jest taka, że ja też nie powinienem uczyć cię strzelać. Dawanie dziecku broni…
– Nie jestem dzieckiem – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nie, zdecydowanie nie czuła się jak niedoświadczona małolata, chociaż zachowywanie się w ten sposób byłoby o wiele prostsze. Gdyby mogła, bardzo chętnie wróciłaby do okresu, kiedy jej największym problemem była nauka i to, żeby wymóc na Elenie spotkanie, by razem mogły przygotować kolejny projekt. Tęskniła nawet za czymś tak prozaicznym jak wspólne zakupy – i to nie takie, które skończyłyby się nieświadomym wybieraniem sukni ślubnej dla nieśmiertelnej przyjaciółki, która zdecydowała się na potajemny ślub z naczelnym demonem.
To wciąż brzmi bardzo, ale to bardzo źle…
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie pierwszy raz czując jak coś nieprzyjemnie ściska ją w gardle. Miała wrażenie, że powinna się przyzwyczaić, a jednak wątpliwości wciąż powracały. Miała mętlik w głowie, chociaż sądziła, że w końcu będzie w stanie nad nim zapanować – i że Urlich wytłumaczy jej to, czego nie zrobili rodzice, próbując chronić ją nawet kosztem wieloletnich kłamstw i wyparciem własnego syna. Chciała ich zrozumieć, zresztą tak jak i wszystko to, co robił Jason, ale to najzwyczajniej w świecie nie miało sensu. Ona po prostu… nie potrafiła.
– Nie jesteś – zgodził się pośpiesznie Urlich. Rzucił jej przepraszające spojrzenie, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. – Nie to miałem na myśli… Ale to nie zmienia faktu, że to nie powinno wyglądać w ten sposób.
– Więc jednak nie chcesz mi pomagać? – obruszyła się, a mężczyzna westchnął, wyraźnie zaczynając tracić cierpliwość.
– Nie, skoro to wywołuje tyle emocji.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, wciąż oszołomiona. Niby w jaki sposób powinna to rozumieć? Byli tutaj, bo sam jej to zaproponował, a jednak kiedy przyszło co do czego…
Zacisnęła usta, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc żeby zauważył jak źle się przez to wszystko czuła. Zamrugała kilkukrotnie, żałując, że nie ma szansy na to, żeby dyskretnie otrzeć oczy. W głowie kolejny raz miała pustkę, przez dłuższą chwilę świadoma wyłącznie narastającego zmęczenia oraz odczuwanych niemalże na każdym kroku wątpliwości. Cokolwiek się działo, nie było normalne, z kolei ona…
– Nie widzisz samej siebie, Liz – stwierdził w zamyśleniu Urlich. – Dawno nie widziałem kogoś tak… – Urwał, po czym wzruszył ramionami.
– Kogo? – ponagliła.
Jedynie westchnął.
– Zdeterminowanego – powiedział w końcu i chociaż brzmiało to szczerze, nie miała pojęcia czy przypadkiem jej nie okłamywał. Zdecydowanie sprawiał wrażenie kogoś, kto byłby w stanie uprzejmym tonem wcisnąć jej cokolwiek, jeśli tylko w ten sposób zdołałby ją uspokoić. – Sam nie wiem, w jaki sposób powinienem to opisać, ale to naprawdę… niepokojące – dodał po chwili zastanowienia.
– Przecież nie zamierzam zrobić niczego głupiego – zaoponowała, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Ja po prostu… – zaczęła, ale tym razem nie pozwolił, żeby dokończyła.
– Tak czy inaczej sądzę, że na dzisiaj wystarczył – uciął nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Pamiętaj, że i tak wiele ryzykuję, pozwalając ci dotykać broni. To miejsce… – Wymownie rozejrzał się dookoła. – Wierz mi, że moglibyśmy mieć kłopoty, gdyby ktoś się na nas napatoczył.
– Sam mi to zasugerowałeś. Nie wspominałeś, że czymkolwiek ryzykujesz – zauważyła przytomnie.
– Bo to nie jest ważne. Powinnaś umieć się bronić – zapewnił pośpiesznie. – Ja po prostu…
Liz zacisnęła usta.
– Uważasz mnie za desperatkę? – wypaliła, próbując nadążyć za jego tokiem rozumowania.
– Absolutnie nie. – Mimo wszystko zabrzmiało to szczerze. – Uważam za to, że za długo tutaj tkwimy, a ty jesteś zmęczona. Nie nauczysz się strzelać w jedno popołudnie.
Znów chciała zaprotestować, ale coś w wyrazie twarzy Urlicha jasno dało jej do zrozumienia, że to nie ma sensu. Dopiero po chwili zdecydowała się rozejrzeć dookoła, przy okazji zauważając, że dookoła powoli zaczynało robić się ciemno. Nie miała pojęcia, która jest godzina, zresztą przywykła do szybko zapadającego mroku – trudno, żeby oczekiwała czegoś innego o tej porze roku – ale i tak poczuła się dziwnie. Było jej zimno, nie wspominając o tym, że mięśnie wręcz pulsowały bólem od ciągłego napięcia. Znów zacisnęła dłonie w pięści, po czym wsunęła skostniałe, zesztywniałe dłonie do kieszeni kurtki, próbując w ten sposób się rozgrzać. Nie sądziła, że spędziła z Urlichem dłużej niż dwie godziny poza domem, ale wszystko wskazywało na to, że w rzeczywistości minęło o wiele więcej czasu, a ona najzwyczajniej w świecie straciła poczucie czasu.
Czy naprawdę aż tak źle to wyglądało? Nie miała pojęcia ile tak naprawdę tkwiła w jednej pozycji, co jakiś czas próbując wycelować, rozmyślając się i znów podejmując próbę trafienia do celu. Długo wahała się przed oddaniem kolejnych strzałów, po każdym kolejnym niepowodzeniu robiąc sobie długą, wypełnioną frustracją i niechcianymi myślami przerwę. Próbowała sobie wyobrazić, w jaki sposób wyglądała w oczach Urlicha – milcząca, blada i tkwiąca na mrozie, kiedy to raz po raz usiłowała się na coś przydać. Mogła tylko zgadywać, co takiego kryło się pod pojęciem „determinacji”, skoro mężczyzna spoglądał na nią tak dziwnie, wyglądając na chętnego wycofać się ze wszystkiego, co do tej pory obiecał i natychmiast odwieść ją do domu.
– W porządku – dala za wygraną. Nie chciała się kłócić, zbytnio obawiając się tego, że jedynie utwierdzi Urlicha w przekonaniu, że całkiem powinien zrezygnować z prób nauczenia jej czegokolwiek. – Przepraszam. Ja… Chyba faktycznie jestem zmęczona – dodała, a coś w wyrazie twarzy mężczyzny złagodniało.
– Pomyślę o jakimś odpowiedniejszym miejscu. Może następnym razem będziesz w lepszej formie, zresztą… Och, oboje wiemy, że przebywanie w takim miejscu nie jest zbyt rozsądne, Liz.
Machinalnie rozejrzała się dookoła, z powątpiewaniem spoglądając na rosnące dookoła drzewa. Czuła się wręcz osaczona, z łatwością będąc w stanie sobie wyobrazić, że gdzieś w ciemnościach kryje się jakaś postać – chociażby Jason, który w każdej chwili mógł spróbować ją zaatakować. Chciała tego czy też nie, prawda była taka, że bardzo ryzykowała, trzymając się z daleka od Damiena i jego rodziny. Kimkolwiek był Urlich, nie sądziła, żeby okazał się zdolny do walki z kimś takim jak jej brat – i to nie tylko dlatego, że na Jasonie najmniejszego wrażenia nie zrobiłaby ani pozycja, którą ten mężczyzna zajmował, ani widok broni, ani tym bardziej powiązanie z rodzicami albo nawet całym klanem łowców.
Ci ostatni niezmiennie wzbudzali w niej wątpliwości. Próbowała rozmawiać z Urlichem, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli początkowo sądziła. Jak na ironię problem wcale nie leżał w tym, że mężczyzna mógłby unikać udzielenia jakichkolwiek odpowiedzi, ale w niej. To ona unikała pytań, w pierwszej kolejności próbując oswoić się z samym tylko istnieniem zorganizowanej grupy śmiertelników, która od lat próbowałaby radzić sobie z istotami nadnaturalnymi. Miała do czynienia z brzemieniem, którego nie chciała – przeznaczeniem, od którego ją odcięto, tym samym czyniąc bezbronną. Czegokolwiek pragnęli jej rodzice, nie mogła tak po prostu zapomnieć, że popełnili olbrzymi błąd, okłamując ją przez cały ten czas. Gdyby wiedziała, już wcześnie mogła ćwiczyć i wiedziała, że Jason…
Z tym, że zadręczanie się nie miało sensu. Nie mogło, skoro pewne rzeczy już po prostu się wydarzyły, a ona nie była w stanie niczego zmienić.
Milczała w drodze do samochodu, zresztą tak jak i jej towarzysz. Tak było prościej, przynajmniej do pewnego stopnia, bo na usta wciąż cisnęły jej się dziesiątki pytań, które pragnęła zadać. Raz po raz spoglądała na Urlicha, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy gdyby go poprosiła, pozwoliłby jej dotrzeć do reszty organizacji. Chociaż rodzice próbowali się od tego odciąć, to nie zmieniało faktu, że mieli jakieś znajomości – a także alternatywę na wypadek śmierci, o czym świadczyło pojawienie się Urlicha. Miał się nią zająć i jakoś poprowadzić przez to szaleństwo, co zresztą robił, ale nie sądziła, żeby w pojedynkę dał sobie radę. Widziała dość, żeby wiedzieć, że ktoś taki jak Jason potrafił wybyć choćby i całą armię, gdyby przyszła taka potrzeba. Jakiekolwiek środki ostrożności nie miały sensu, a jednak ona i tak zamierzała się bronić – i to niezależnie od tego, czy jedynym sposobem na ucieczkę okazałaby się śmierć.
Nie powinna nawet o tym myśleć, a jednak ta świadomość wracała nader często, niemalże za każdym razem, kiedy przypominała sobie, co przygotował dla niej Jason. Nie zamierzał odpuścić, a skoro tak…
Och, musiała mieć plan, przynajmniej szczątkowy.
Mogła zapytać o naprawdę wiele rzeczy, a jednak z uporem milczała, tępo wpatrując się w przemykający za oknem krajobraz. Zrobiło się ciemno, ale to jej nie przeszkadzało, chociaż w mroku tym prościej była w stanie wyobrazić sobie postać, która kryłaby się gdzieś poza zasięgiem jej wzroku. Gdyby Jason chciał, wtedy mógłby ją dopaść, niezależnie od tego, gdzie by się schowała i jaką dysponowałaby bronią. Nie rozumiała jakim cudem organizacja łowców w ogóle miała rację bytu, skoro próbowali mierzyć się z idealnym, niezniszczalnym drapieżnikiem, ale z drugiej strony… Cóż, ludzie od zawsze byli uparci. Może odpowiedzi kryły się właśnie w tym stwierdzeniu, niekoniecznie kierując jakimiś racjonalnymi zasadami. Gdyby świat faktycznie podlegał jakimkolwiek prawom, a już zwłaszcza tym, w które nie tak dawno temu wierzyła, wtedy wszystko stałoby się prostsze, a ona nie byłaby na dobrej drodze do tego, żeby zacząć bać się własnego cienia.
– Zmykaj od razu do domu – rzucił spiętym tonem Urlich, parkując samochód w sporym oddaleniu od domu Shannon – wystarczającym, by mógł swobodnie obserwować budynek, nie ryzykując przy tym, że ktokolwiek ich zauważy. Liz drgnęła, dopiero po dłuższej chwili orientując się, że znaleźli się na znajomej ulicy. – Odpocznij trochę i… Och, Elizabeth, uważaj na siebie. Wiem, że to źle zabrzmi, ale po prostu nie rób niczego głupiego.
– Nie zamierzałam – zapewniła, przesuwając się bliżej drzwiczek. W ostatniej chwili zawahała się przed wyjściem. – Ja… Możemy pomówić o moich rodzicach? Cała ta organizacja i… – zaczęła, ale zrezygnowała, kiedy Urlich wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
– Następnym razem opowiem ci tyle, ile będę w stanie – obiecał pośpiesznie.
Z wolna skinęła głową. Nie miała innego wyboru, jak tylko spróbować mu zaufać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa